40. PZU MARATON WARSZAWSKI – 39 WSPOMNIEŃ Z 39 EDYCJI BIEGU – CZ. III 1989-1993

Autor: Jakub Karasek • 27.07.2018

1990-foto-do-relacji

Dotychczasowe 39 edycji Maratonu Warszawskiego to niezliczone ilości wspomnień, emocji i niezapomnianych przeżyć wszystkich uczestników. Jeśli chcecie poczuć namiastkę tej pięknej historii, zapraszamy do zapoznania się z fragmentami relacji z ubiegłych lat. W trzeciej części prezentujemy wybrane wspomnienia z lat 1989 do 1993 r.

1989 – XI Międzynarodowy Maraton Pokoju

Z XI Międzynarodowego Maratonu Pokoju zwycięzca miał wrócić nowym samochodem. Fiat 126p czekał na najszybszego maratończyka, a tym okazał się czołowy polski długodystansowiec, Jerzy Skarzyński, który mając na koncie już 3 medale krajowego czempionatu na królewskim dystansie oraz sporo doświadczenia, odniósł wówczas… pierwsze zwycięstwo w maratonie! Wynik nie był rewelacyjny (2:22:19), ale w warunkach upału i silnego wiatru nikt nie kwapił się do nadawania rekordowego tempa. Mimo tego 1 rekordowy wynik podczas tych zawodów padł – Roman Gafie pokonał cały dystans na kulach w 5 godzin 5 minut i 56 sekund. Jak wspomina Zenon Lewandowski, same zawody, choć coraz mniejsze, wciąż wywierały ogromne wrażenie na uczestnikach:

Z tych biegów pamiętam tumult na starcie – odliczanie od dziesięciu do zera, hałas w tunelu i bieg. Wszystko było wtedy dla mnie fantastyczne: tłumy ludzi, zegary na kolejnych piątkach, punkty odżywiania. Nigdy nie byłem na żadnym biegu za granicą, a Maraton Pokoju był największą i najlepszą imprezą w Polsce.

Na końcówce biegliśmy Mostem Syreny aż do Stadionu Dziesięciolecia, na płycie jeszcze kółko po bieżni i wreszcie finisz – poprawiłem swój czas o prawie pół godziny.

1990 – XII Międzynarodowy Warszawski Maraton Pokoju

Chociaż określenie „Międzynarodowy” w nazwie imprezy widniało od wielu lat, tak naprawdę dopiero edycja w 1990 r. miała pełne prawo, żeby zostać określona właśnie w ten sposób. Obcokrajowcy startujący w Warszawie stanowili bowiem 11% wszystkich uczestników! Tylko raz w późniejszej historii imprezy udało się tę proporcję wyrównać. Tym razem nie było upału, ale warunki nie okazały się bardzo sprzyjające. W przeciwieństwie do roku 1989, biegacze zmagali się z deszczem.

Podczas edycji w 1990 r. padły głównie 2 wyniki godne odnotowania – Janusz Chomontek z wsi Grzmiąca pokonał królewski dystans… żonglując piłkę! Natomiast do grupy, którą dzisiaj określilibyśmy mianem „Klubu 100”, czyli zawodników, którzy ukończyli 100 maratonów, dołączył Tadeusz Dziekoński, dzisiaj znany głównie z tego, że jest chyba najsłynniejszym w Polsce, a na pewno najbardziej doświadczonym, atestatorem tras biegów ulicznych. Z tej okazji Pan Tadeusz otrzymał numer startowy 100, a na mecie za swój wyczyn został uhonorowany specjalnych pucharem ufundowanym przez PZLA.

1991 – XIII Maraton Pokoju

1991-mapa

XIII edycja Maratonu Pokoju otrzymała Honorowy Patronat Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Trasa w całości prowadziła lewym brzegiem Wisły i była rozciągnięta od Żoliborza aż po Wilanów. Jednak nawet zmiana lokalizacji okolic startu i mety oraz nagrody dla najszybszej kobiety i najszybszego mężczyzny w postaci Skody Favorit, nie uchroniły imprezy od spadku frekwencji. Po raz pierwszy w historii biegu na starcie pojawiło się mniej niż 1000 osób. Postępujący spadek frekwencji jeszcze przez kilka lat będzie spędzał organizatorom sen z powiek. Na szczęście wciąż znajdowali się zapaleńcy, którzy chcieli biegać w Warszawie. Przykładem może być zawodnik aktywny do dziś, Dariusz Wieczorek, który w 1991 r. zadebiutował na królewskim dystansie i od razu stanął na podium imprezy z czasem 2:20:50:

XIII Maraton Warszawski był moim debiutem maratońskim. Miałem zaledwie 21 lat i w tamtym roku pierwszy raz pobiegłem dłuższe dystanse – 10 i 20 km. Zaczęło się dla mnie trochę pechowo, osiem dni przed biegiem pogryzł mnie podczas treningu pies – duży wilczur. Do końca nie wiedziałem, czy nie był wściekły. Byłem bardzo przejęty tym startem. Na trasie czekało na mnie sporo znajomych, którzy mieli mi kibicować. Przez ostatnią noc praktycznie nie spałem.

Zacząłem wolno, na półmetku byłem dopiero trzydziesty siódmy, nie czułem wysiłku związanego z biegiem, zacząłem delikatnie przyspieszać. Na trzydziestym kilometrze byłem już w dziesiątce. Przyspieszałem coraz bardziej, na trzydziestym siódmym do pierwszego miałem już tylko 2 min 40 straty. Na 41 kilometrze minąłem leżącego na asfalcie faworyta – Tanzańczyka Simona Kamungę, byłem już trzeci. Z jednej strony byłem bardzo zadowolony z wyniku – trzecie miejsce w debiucie i wynik 2:20:50 było czymś znacznie więcej niż się spodziewałem. Ale czułem że przy bardzo dobrej dyspozycji zabrakło doświadczenia.

1992 – XIV Maraton Pokoju

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to nie do pomyślenia, ale to dopiero w 1992 r. po raz pierwszy w historii biegu uczestnicy wraz z numerem startowym odbierali drobne upominki. Organizatorzy chcieli w ten sposób wzorem innych wielkich biegów światowych uhonorować każdego biegacza i udało się to, choć zgodnie z założeniem, gdyby w zawodach udział wzięło ponad 1500 uczestników, upominków nie wystarczyłby dla wszystkich. Jednak frekwencja ciągle spadała – tym razem do mety dotarło niespełna 800 biegaczy. O ile rok wcześniej fenomenalnym debiutem zaimponował Dariusz Wieczorek, o tyle w 1992 r. debiutant nie tylko osiągnął jeszcze lepszy czas (2:17:38), ale także wygrał całą imprezę! Był nim Jacek Kasprzyk z Wawelu Kraków, późniejszy reprezentant Polski na Mistrzostwach Europy w maratonie. Ciekawe wspomnienia z XIV Maratonu Pokoju ma również Michał Walczewski:

W 1992 roku pierwszy raz udało mi się skończyć maraton. Wcześniej myślałem o tym przez rok.

Rok wcześniej z kolegą z klasy usłyszeliśmy, że w Warszawie odbywa się za dwa miesiące maraton i że może wziąć w nim udział każdy kto skończył 18 lat. Nie biegaliśmy, nie lubiliśmy biegać, ale pomyśleliśmy że jeśli możemy pobiec to trzeba to wykorzystać. W ramach treningu przebiegliśmy się ze cztery razy, przy najdłuższym dystansie około 10 km. I przyszedł dzień startu.

O biegach nie wiedziałem nic, tym bardziej o bieganiu maratonu, zacząłem bardzo szybko i jakoś udawało mi się utrzymywać tempo. Kiedy około 32 kilometra przebiegałem obok mety, akurat finiszowali najlepsi, musiałem mieć w tym miejscu czas 2:15 – 2:17, biegłem dalej. Około 35 kilometra dopadło mnie – stanąłem. A później zszedłem z trasy i położyłem się w rowie, przespałem tam jakąś godzinę i wróciłem na metę. Nie wiedziałem, że w maratonie można iść, że po powrocie na trasę mogę kontynuować bieg. Gdybym wiedział to bym skończył. Zazdrościłem swojemu koledze – on zaczął spokojnie pobiegł w czasie ponad cztery godziny, ale był maratończykiem.

Ja czekałem na swój ukończony maraton jeszcze rok. Nie żebym się przygotowywał, w kolejnym roku też pobiegłem na żywca, ale tym razem zacząłem spokojnie i skończyłem w czasie ponad cztery godziny.

1993 – XV Maraton Pokoju

1993-numer-15-maraton-resize

Tylko 560 osób na starcie i 520 na mecie pokazuje, że zainteresowanie biegiem zdecydowanie słabło. Ale maraton odbył się, pomimo zagrożenia, że impreza zakończy swoją historię. Chociaż w stawce pojawiło się jedynie 12 obcokrajowców, pierwszy raz w historii zwycięska para nie miała przedstawiciela z Polski. Wśród kobiet wygrała Rosjanka Polina Grigorienko, zaś wśród mężczyzn Julius Mitibani został pierwszym w historii Afrykańczykiem, który tryumfował w Warszawie. Zwycięzców się nie sądzi, ale styl w jakim pobiegł Tanzańczyk pozostawia trochę do życzenia, gdyż przez niemal cały dystans utrzymywał się na plecach Piotra Pobłockiego i dopiero na końcówce rozstrzygnął losy rywalizacji. Tak wspomina ten bieg sam Piotr Pobłocki:

Biegliśmy razem właściwie od startu, kolejni zawodnicy odpadali, w końcu zostaliśmy na czele tylko my dwaj. Tanzańczyk nie chciał współpracować, cały czas to ja musiałem ciągnąć, on chował się za plecami. Bałem się przyspieszyć i oderwać od niego, gdyż miałem skurcze żołądka. Coś mi zaszkodziło, być może przyczyną był upał. Decydująca walka o zwycięstwo rozegrała się na ostatnich 200 metrach. Kiedy zaatakował Tanzańczyk nie miałem sił żeby odeprzeć jego atak, był świeższy po biegu za moimi plecami Wyprzedził mnie o osiem sekund. Muszę więc mieć niedosyt. Wystartowałem z zamiarem zwycięstwa, by tym samym poprawić swój byt. Nie mam szczęścia, koczuję z żoną i trzyletnią Kamilą w bursie przy klubie Gryf. Nie mam sponsora, sam jestem sobie menedżerem i trenerem.

Wszystkie zdjęcia oraz cytaty i przytoczone relacje pochodzą z archiwum Fundacji Maraton Warszawski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger