Bieg po spełnione marzenia. 44. BMW Berlin Marathon oczami ambitnego amatora [RELACJA]

Jakub Szymczak

Być amatorem i przebiec maraton z czasem grubo poniżej 2:30? Marzenie, które wymaga wielkiej wiary w siebie, pasji, zaangażowania i potężnej pracy. Jesteście ciekawi, jak to się robi? Koniecznie przeczytajcie relację Kuby Szymankiewicza z 44. BMW Berlin Maratonu, który ukończył bieg w… 2 godziny, 23 minuty i 35 sekund.

Tekst pochodzi z bloga kuba.blog.onet.pl.

Wybierając się na start docelowy do Berlina, byłem pewny siebie. Wiedziałem, że cały cykl przygotowań trwający od końcówki czerwca, pozwala mi na zbliżenie się do etapu końcowego mojej przygody z maratonem. Jako twórca i tworzywo, skrobię materiał końcowy w taki sposób, by użytkownik mógł cieszyć się precyzją i wytrzymałością produktu końcowego. Jestem bliski osiągnięcia doskonałości. Wystarczy kilka poprawek, by ucieszyć najbardziej wymagającą osobę.

W piątek spotkałem się z organizatorami w hotelu Intercontinental, gdzie w salce „Rook” odebrałem numery startowe i akredytację potrzebną do bezproblemowego poruszania się w dniu startu. Kolejny raz dziękuję m.in. Nadine Mietke i Markowi Milde za wsparcie, opiekę i możliwości, jakie daje udział w elicie biegu. Po pechowej kontuzji na kilka dni przed maratonem wiedeńskim, pół roku temu, otrzymałem następną okazję do poznania smaku wyniku poniżej 2:20. W tym roku miało być już na poważnie.

Sobota stała pod znakiem nicnierobienia i oglądania 1. oraz 2. Bundesligi. Oprócz rannego treningu, w większości odpoczywałem i zbierałem siły na niedzielną młockę. Skoro przetrwałem trzydniową dietę unikając węglowodanów, to ten jeden dzień leżenia jakoś również przeleciał. Sztandarowy tydzień. Żadnych fałszywych ruchów, eksperymentów. Dni odwzorowane niemal identycznie.

Niedzielna pobudka o godzinie 6:01. Śniadanie. Wszystkie rzeczy przygotowane na swoim miejscu. Deadline do wyjścia zbliżał się nieuchronnie. Zapas zawsze się przydaje.  Koło godziny 8:25 byłem w namiocie przygotowanym dla tych szybkobiegaczy z Kipchoge, Bekele, czy Kipsangiem na czele. Szczerze powiedziawszy nie robi to na mnie wrażenia. To są normalni ludzie, tacy jak ja, i tacy jak Ty. Było również kilka znajomych osób, które poznałem w Wiedniu czy Pradze.

Janusz Szymczak

Zostawiłem swój worek i wyruszyłem na rozgrzewkę w parku. Sprawdzone schematy. Po skończeniu, założyłem strój i buty startowe. Co jakiś czas przychodziła osoba, która przypominała ile czasu zostało nam do opuszczenia strefy i wyjścia na start. Nadszedł ten moment. Wychodziłem z namiotu jako jeden z ostatnich. Tak na luzie. Czułem się idealnie tego dnia. Ustawiliśmy się w wyznaczonych miejscach (kobiety po lewej stronie, mężczyźni po prawej), zaczęło się odliczanie i ruszyliśmy…

Po około 150 metrach przebiegłem na drugą stronę i dołączyłem do elity kobiet. Wiedziałem, że celują w czas poniżej 2:20. Pogoda była jaka była. Duża wilgotność, deszcz i momentami wiatr, które nie sprawiały mi problemu. Przed nami jechał samochód, który informował na bieżąco o planowym czasie ukończenia maratonu oraz w jakim tempie przebiegliśmy ostatni kilometr. Lepiej nie mogłem trafić. Zegarek nie był mi wtedy potrzebny. I tak do 25 km…

Nasze „Zajączki” prowadziły bardzo równo i przyjemnie. Średnie tempo było na poziomie 3:19-20 min/km. Piąty kilometr mijaliśmy z czasem 16:42. Traciłem niejako 4 sekundy od swojego planu. Po ósmym kilometrze ruszyliśmy mocniej. 3:12. 3:15. 3:17. 3:16. Dyszka w 33:13. W międzyczasie zaczęło mocniej padać, ale lecieliśmy według planu.

Czułem się rewelacyjnie. Żadnych oznak zmęczenia. Nogi pracują idealnie. Najważniejsza w takim ścisku to współpraca. Nie wyprzedzaliśmy kobiet. Bardziej byłem skupiony na tym, by nie zahaczyć liderującej czołówce. Co innego z osobami za plecami elity kobiet. Momentami przepychaliśmy się ręką, szczególnie zbiegając po napoje. Dbaliśmy o siebie jak tylko mogliśmy.

Piętnasty kilometr w 49:35. Dobre tempo. Przewidywane zakończenie w 2:19 z hakiem. Kolejne kilometry mijały szybko i zwinnie. Połówka w 1:09:39. Wychodzi 20 sekund szybciej od założeń. Znośnie. W głowie rodziła się ciekawa myśl. Byłem zadowolony. Wyglądało to imponująco. Zastanawiałem się później, czy uda mi się utrzymać równie imponujące tempo maratońskie?

Janusz Szymczak

25 km w 1:22:37. Pamiętając międzyczasy, dalej byłem na plusie o 13 sekund. Intuicyjnie odłączyłem się od grupki. Coś mi nie pasowało. Od tego momentu zaczął się samotny bieg. Przed 27 km, widziałem słabnącego Pacemakera z naszej grupki. W bólu człapał. Kiedy go mijałem, przykleił się do mnie, by złapać oddech. Zapytałem co się stało. Kolka. Współczułem mu i robiłem swoje. Koło 29 km zauważyłem grupę. Widocznie też lekko zwolnili. Zajączek poczuł się lepiej i ruszył do przodu. Nie był to zbyt udany ruch. Po pierwsze strata do reszty była duża, a po drugie i tak znów go dogoniłem po 600-700 metrach.

30 km w 1:39:37. Do czasu na poziomie 2:19:48, mam już stratę 13 sekund. Straciłem 26 sekund. Co gorsze, w momencie rozpoczęcia prawdziwego maratonu, czyli od tego miejsca, dochodzi do mnie wiadomość włączonej kontrolki paliwa. Kończy się energia. Zasięg zaczyna się lekko wymykać spod kontroli. Zjadłem żel. Już z dodatkiem kofeiny (pierwszy zjadłem przed 16 km, jeden żel wypadł mi na 3 km, miał się przydać na 35.5 km). Na każdym punkcie piłem napoje, który działały pobudzająco. Odżywałem. Kilometry nawet mijały szybko. Mimo, że tempo spadło o 33 sekundy w porównaniu z poprzednią piątką, miałem w głowie tylko jedną myśl. Nie odpuszczać.

35 km w 1:57:11. Słabizna. Łapałem się już na granicy 2:20-21. Momentami czułem jakbym szedł. Jeden z kilometrów po około 3:45-46 między dwoma słupkami. Byłem załamany. Gdzieś na trasie widziałem telebim z relacją na żywo. Kipchoge był pierwszy. Dobiegał do Bramy Brandenburskiej. Miał do przebiegnięcia jakieś 300-400 metrów. Czas na poziomie 2:02:15. Wiedziałem, że rekordu nie będzie. Szybko wykalkulowałem czas w okolicach 2:03:30-40. Już tylko chciałem 38 km. Potsdamer Platz, historyczny, z szerokimi ulicami. Byłem już coraz bliżej. Starałem się wykrzesać nowe pokłady sił. Koło 39 km lekko przyspieszyłem. W końcu byłem bardzo blisko…

40 km w 2:15:42. Katastrofa. Musiałem zebrać się w sobie i zmusić do szybkiego biegania. Zostało już tak niewiele. Wiedziałem, że planowanego przed startem czasu 2:19 nie zrobię. Rozmył się jak bańka mydlana. Postarałem się dać coś więcej, z rezerw, z wątroby. Wymusić pracę rąk, by pobudzić nogi. Czułem już opary. Udało się w jakimś stopniu odzyskać szybkość. Tyle o ile. Byle jaką, ale prędkość na poziomie 3:30-35 . Były i dłuższe momenty po 3:25, ale i tak chwilowe. Na domiar złego zabrałem ze stolika nie swój napój, bidon. Leciałem już na tyle ile mogłem. Nie wiem skąd te rezerwy. 41 km. Już blisko. Zakręt. Widzę Bramę. Tam już jest meta. Kilka metrów przede mną zatrzymuję się jedna osoba, którą łapią skurcze. Przebiegam pod bramą. 2:22:17. Kuźwa, dlaczego tutaj, a nie tam, za linią mety? Pełno kibiców. Biegnę sam. Na telebimie moja sylwetka. Pusto.

Kiedy na wysokości 39 km wyprzedzała mnie Tola, nawet machnąłem na to ręką. Nie miałem za bardzo sił. Jakoś się w sobie jednak zebrałem. Ta ostatnia prosta. Uciekający czas. Linia mety. 2:23:35. Oficjalnie. Wiedziałem, że coś koło 2:23:30. Tyle mi wszyło w głowie. Jaka była pierwsza moja myśl po ukończeniu? Mniej więcej w stylu – „aaa, takie to uczucie wybiegać 2:23″. Z lekką dumą, załamaniem i oszołomieniem. Nie chciało mi się już nic. Tylko przebrać się i napić ciepłej herbaty.

Janusz Szymczak

Poszedłem do namiotu dla elity mężczyzn, który mieścił się zaraz za metą. Ciepełko. Owoce, batony, napoje. Poprosiłem o swój worek z ciuchami. Chwilę posiedziałem. Odetchnąłem. Przebrałem się. Zmieniłem obuwie. I poszedłem. Swoje zrobiłem. Zbliżyłem się do złamania 2:20. To był pierwszy atak. Miałem już go przeprowadzić pół roku temu, w Wiedniu, ale kontuzja łydki odniesiona na kilka dni przed startem rozwaliła cały system. Ten bieg kończę w zdrowiu i w poczuciu zadowolenia. Światełko jest coraz jaśniejsze. Brexit możliwy za rok. 🙂

Po biegu trochę pozwiedzałem. W końcu będąc tutaj grzechem jest odmówić sobie zwiedzenia ważnych, historycznych punktów…

Start docelowy. Tutaj chciałem i dałem z siebie tyle, ile mogłem tego dnia. Gdybym miał powtórzyć ten bieg, to zrobiłbym dokładnie to samo. Czując się świetnie, nie kalkulując, zawalczyłem o 2:19. Wiem co muszę poprawić, na co muszę jeszcze bardziej zwrócić uwagę.

Berlin Marathon to najlepsza impreza na świecie. Ilość świetnych zawodników, poziom. Organizacja. Szczegóły. Opieka. Poczucie zainteresowania. Oczywiście nikt mnie tam nie zna, tak samo jak w Polsce. Jednak największe wsparcie czuję poza krajem. Ciepłe przyjęcie. Klasa. Humor. Wzajemny szacunek. To najbardziej lubię w zagranicznych maratonach. Jako amator, wyczynowiec, żyjący w symbiozie z bieganiem, bez trenerów, bez sponsorów, z ambicją i głową, udowadniam, że nie tylko ja jestem w stanie dokonywać rzeczy z pozoru niemożliwych!

Jedno przemyślenie nt. „Bieg po spełnione marzenia. 44. BMW Berlin Marathon oczami ambitnego amatora [RELACJA]

  1. Rewelacja, podziw! Ręce same składają się do oklaskôw. Jest coś w kulturze zachowań i wzajemnym szacunku w startach zagranicznych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *