Arkadiusz Gardzielewski: „W Berlinie możemy walczyć o medal” [WYWIAD]

fot. Tomasz Więcławski

fot. Tomasz Więcławski

O uporze, cierpliwości, prztyczku w nos, przygotowaniach w USA i Afryce, ulubionych książkach fantasy, trenowaniu innych osób i wojsku, które pozwala rozwijać się sportowcom, z Arkadiuszem Gardzielewskim, świeżo upieczonym wojskowym mistrzem świata w maratonie rozmawia Tomasz Więcławski.

TM: Został Pan wojskowym mistrzem świata w maratonie. Co dla Pana znaczy ten tytuł?

AG: Bardzo wiele. Jako żołnierz, który rozpoczął 11 rok służby, osiągnąłem ogromny sukces. Świadczy o tym fakt, że wcale w przeszłości nie mieliśmy tylu tytułów mistrzowskich w tych zawodach. Wygrywali je dotychczas Henryk Szost i Marcin Chabowski. Lata w wojsku lecą, a dotychczas udało mi się tylko zdobyć srebrny medal w 2010 roku. Ciężko było tym razem myśleć o takim kolorze, ale chciałem o złoto walczyć. Gdy przyjechaliśmy na miejsce (do Turynu – przyp. red.) to okazało się, że obsada jest bardzo mocna. Startował trzynasty zawodnik IO w Londynie, do tego bardzo mocny Włoch, który ma życiówkę na poziomie 1:02 w półmaratonie, mocni Francuzi. Startował m.in. James Theuri z rekordem w półmaratonie na poziomie 1:00:54, który nie raz nam pokrzyżował plany, więc nie było wcale łatwo.

No właśnie, Wojskowe Mistrzostwa Świata w maratonie możliwe, że są nieco mniej znaną kibicom imprezą, ale przecież wojsko wspiera kariery biegaczy w wielu krajach na świecie. Nie jest to tylko polska specyfika.

Dokładnie. W wielu krajach tak jest. Opieka wojskowa nie ogranicza się tylko do lekkiej atletyki, ale praktykowana jest w różnych dyscyplinach, także w sportach zimowych. Chociażby wielu Francuzów startujących w konkurencjach narciarskich jest żołnierzami. Jest to naturalny sposób radzenia sobie przez sportowców z otaczającą nas rzeczywistością.

Przygoda z wojskiem zaczęła się od tego, że zaczął Pan reprezentować klub z Wrocławia, wspierany od lat przez tę instytucję? To zadecydowało o tym, że wojsko wspomaga Pana karierę?

Nie do końca. Pochodzę z Pomorza i na początku przygody z bieganiem reprezentowałem Sambor Tczew. Byłem uzdolnionym młodzieżowcem, który zajmował wysokie miejsca nawet na imprezach rangi mistrzowskiej w Europie. Wiedziałem, że jeżeli czegoś nie wymyślę, nie znajdę sposobu na kontynuowanie kariery, to czeka mnie etat w jakiejś firmie i nie rozwinę skrzydeł. Wojsko oferuje dobre możliwości rozwoju, więc był to jedyny rozsądny wybór, żeby dalej biegać. Prawda jest taka, że źródeł finansowania młodych zawodników nie ma. Bardzo trudno jest znaleźć fundusze, żeby uprawiać ten sport.

Jakie są Pana ambicje na przyszłość? Chce pan dalej startować w biegach ulicznych rozsianych po świecie – komercyjnych czy liczy Pan jeszcze na szansę w dużej imprezie rangi mistrzowskiej, gdzie można powalczyć o medale dla Polski?

W 2012 roku – olimpijskim – pobiegłem wynik 2:11:34, które dawałby mi awans na wszystkie wcześniejsze igrzyska. Niestety w tym roku PZLA ustaliło minimum na kosmicznym poziomie 2:10:30. Moim celem jest teraz powrót na poziom, który pozwoli mi myśleć o starcie w najważniejszych imprezach. Już teraz byłem w stanie pobiec na poziomie 2:13. Wiadomo, że na mistrzostwach człowiek nie wybiera sobie ani trasy ani pogody, ale były możliwości, żeby wykręcić nieco lepszy rezultat (Arkadiusz wygrał Wojskowe MŚ w maratonie z czasem 2:14:40 – przyp. red.). W kolejnych startach chcę zbliżyć się do „życiówki”, bo tylko to pozwala myśleć o tym, żeby zakwalifikować się do reprezentacji. Mamy w nieodległej przyszłości, bo w 2018 roku, ME w Berlinie. One są moim celem. Jeżeli PZLA będzie chciał wystawić drużynę, to mamy szansę powalczyć o medal.

ME, przy dominacji na świecie zawodników z Afryki, są w zasadzie jedyną szansę dla Europejczyków na walkę o medale. Na MŚ czy IO jest to zdecydowanie trudniejsze. Przykład Yareda Shegumo pokazuje, że Polacy mogą meldować się na podiom tej imprezy, a przecież Marcin Chabowski długo przewodził stawce maratończyków podczas wspomnianych ME w Zurychu.

Rzeczywiście. Medal Yareda pokazuje, że można, chociaż trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w Zurychu, podobnie jak podczas wielu maratonów na mistrzostwach, było bardzo gorąco. Jemu, jako zawodnikowi pochodzącemu z Etiopii, znacznie łatwiej się do takiej pogody przystosować. Największą bolączką polskich maratończyków jest właśnie zmaganie się upałem na trasie. Biegi komercyjne – największe – często są organizowane wcześniej, gdy temperatura jest niższa. Do tego MŚ, ME czy IO wypadają zazwyczaj latem. Południowcy, którzy są najlepszymi biegaczami, są do tego naturalnie przygotowani. Nam jest trudniej. Mimo wszystko, jeżeli podejście nie będzie minimalistyczne, a wystawimy 6 zawodników, to śmiało możemy walczyć o medal w drużynie. Zgłoszenie 3 zawodników i liczenie na to, że każdy z nich dobiegnie na pewno do mety i osiągnie czas w okolicach „życiówki” jest często zgubne. Przy szerokiej grupie szanse byłyby większe. Potencjał polskich maratończyków jest bardzo duży.

Pana przygotowania do startów głównie odbywają się w Polsce czy może sobie Pan pozwolić na obozy zagraniczne?

W Polsce nie da się dobrze przygotować do startów na pewnym etapie kariery. Od wielu lat jeżdżę do Afryki lub USA. Latem zdarza się nam jeździć w europejskie góry. Prawda jest taka, że zimą nie ma takich warunków na naszym kontynencie, żeby trenować na odpowiedniej wysokości. Sporo przygotowań realizuję więc daleko poza Polską.

Mówi Pan, że finansuje wyjazdy z własnej kieszeni. Musi więc Pan pracować zarobkowo? Co Pana zajmuje? A może realizuje się Pan poza bieganiem w jakimś hobby?

Pracuję jako trener. Dzięki temu jestem w stanie sfinansować swoje przygotowania. A koszty z tym związane wcale nie są małe. To praca związana z bieganiem, więc trudno mówić o jakiejś odskoczni. Chociaż mogę to traktować jako zajęcie zarobkowe i hobby jednocześnie. Chociaż z każdym rokiem coraz więcej jest w tym pracy (śmiech). Muszę jednak zaznaczyć, że nie przestaje mnie to cieszyć i przysparzać przyjemności.

Największą satysfakcję trenując inne osoby ma Pan wtedy, gdy pokonują one swoje bariery?

Najdokładniejszym określeniem będzie stwierdzenie, że najwięcej satysfakcji daje ich radość. To szerokie pojęcie. Dla jednego będzie to bowiem rekord życiowy, a dla drugiego zgubienie kilku kilogramów, a dla trzeciego fakt, że się rusza i same endorfiny wydzielane podczas wysiłku. Każdą osobę trzeba rozpatrywać indywidualnie.

fot. Tomasz Więcławski

fot. Tomasz Więcławski

Poza trenowaniem innych osób i samego siebie wystarcza Panu jeszcze na coś czasu? A może grafik jest tak napięty, że można tylko po ciężkim dniu poleniuchować?

Rzeczywiście grafik mam bardzo napięty. Gdy przygotowuję się do maratonu to zajmuje mi to niemal cały dzień. Trzeba w to wliczyć obowiązkową drzemkę po południu i regenerację. Są małe przerwy, w których czytam książkę czy gram w jakąś grę i to wszystko. Zawodowy biegacz nie ma żadnego dnia w roku wolnego. We wszystkie niedziele i święta trenuję tak samo ciężko jak w inne dni tygodnia.

A książki? Gdy już Pan po nie sięga to jaki gatunek króluje?

Fantastyka i kryminały.

Ulubieni autorzy?

W tym roku jest to na pewno George Martin – autor „Gry o tron”. Czytam też Harlana Cobena, a obecnie mam na tapecie polskiego autora – Zygmunta Miłoszewskiego.

Wracając do spraw okołosportowych trzeba podkreślić, że cała pana rodzina ma w sobie sportowego ducha.

Rodzice bardzo mocno mi kibicują. Nie mieli kiedyś możliwości rozwijania swoich talentów, ale mam takie wrażenie, że czerpią z tego co ja robię dużo satysfakcji. Cieszą się z tego, że kontynuuję ich zainteresowania. Brat również jest związany ze sportem, ale on wybrał piłkę nożną. Moja rodzina jest rzeczywiście bardzo mocno nastawiona na sport. Mama i tata zarażali nas generalnie aktywnością fizyczną – bez względu na dyscyplinę. W bieganiu byłem szybko sporo lepszy od rówieśników. Kilka pochwał od trenerów jeszcze bardziej mnie nakręciło i uwierzyłem, że jestem w stanie zdziałać w sporcie wiele.

Żeby być maratończykiem na wysokim poziomie trzeba mieć określone cechy charakteru?

Zdecydowanie. Zawsze powtarzam, że w Polsce było bardzo wielu młodych i zdolnych sportowców, ale brakowało im cierpliwości i konsekwencji. Wielu odpadło ze względu na to, że nie umieli znosić pierwszych, nawet najmniejszych porażek. Niezwykle ważny jest też upór. Niewiele zdziała się także bez pracowitości. Gdybym miał jednak wybrać dwie cechy, to byłyby to cierpliwość i konsekwencja.

Każdy kolejny przebiegnięty maraton uczy nas więcej o sobie samym? Pozwala lepiej zrozumieć swoje ciało, fizjologię i psychikę – wystawione na sporą próbę?

Myślę, że tak. Mogę powiedzieć na swoim przykładzie, że kiedyś myślałem, że nie da się biegać wolniej od tego, co już wypracowałem. „Kręciłem się” wokół i łamałem rezultat 2:13 w komercyjnych startach. Nie wyobrażałem sobie, że może być inaczej. Dostałem prztyczka w nos. Przytrafiła się kontuzja i musiałem uczyć się biegania maratonów od nowa. Przytrafiło się kilka zupełnie nieudanych startów. Chwilę to zajęło, żebym wrócił i osiągał przyzwoite wyniki.

Maraton, bez względu na rezultat, rzeczywiście jest biegiem, który przy odpowiednim zaplanowaniu i wcześniejszych przygotowaniach może pokonać każdy z nas?

Tak. Przy odpowiednim przygotowaniu i rozłożeniu sił może go przebiec każdy. Tylko jednemu to przygotowanie zajmie kilka tygodni, a drugiemu kilka lat.

Obserwuje Pan modę na bieganie w Polce? Na ulicach, szczególnie dużych miast, widać coraz więcej osób, które postanowiły zacząć uprawiać sport – z różnych pobudek i motywacji.

O tym jakie jest zapotrzebowanie świadczy rosnąca frekwencja na biegach i ich ilość w Polsce. Jest też wielu miłośników biegania, którzy nie biorą udziału w zawodach, a ta forma ruchu im bardzo odpowiada i powoduje, że są szczęśliwi. Można powiedzieć, że Polacy pokochali bieganie.

Ostatnie pytanie dotyczy nieco odleglejszej przyszłości. Czy planuje pan kiedyś starty w ultramaratonach czy biegach katorżnika?

Raczej nie. Przynajmniej na razie nie widzę takiej możliwości. Przez lata biegania nakręciłem się na walkę z czasem. Pokonanie określonego dystansu nie jest problemem. Codziennie na treningu, oczywiście w rozsądnym czasie, mógłbym przebiec maraton. Biegi nastawione na bicie rekordu kilometrów nie są dla mnie czymś specjalnym. Chcę być coraz szybszy na określonym odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *