Artur Kozłowski: „Nie mam czasu na gry komputerowe” [WYWIAD]

Artur Kozłowski Fot. PAP

Artur Kozłowski, najlepszy wśród Polaków, z brązowym medalem po zajęciu trzeciego miejsca 21. Biegu św. Dominka w Gdańsku, 2.08.2014 roku. Fot. PAP/Piotr Pędziszewski

Ze sportowcem-informatykiem, młodym mężem i wielokrotnym mistrzem kraju w półmaratonie, Arturem Kozłowskim, o pracy zawodowej, zaciszu rodzinnego domu, maratonie, jako celu samym w sobie, organizacji życia, wakacjach i podróży poślubnej last minute, rozmawia Tomasz Więcławski.

W tym roku wygrałeś po raz kolejny rywalizację w mistrzostwach kraju w półmaratonie. Nie staje się to dla Ciebie normą?

Nigdy mi to nie spowszednieje. Traktuję kolejny złoty medal i dobry rezultat jako motywację do jeszcze cięższej pracy. Rywalizacja na tym dystansie sprawia mi wiele radości.

Czemu biegacze powinni wybierać właśnie półmaraton?

Bo jest to wyzwanie, ambitny dystans. Dużo mu co prawda brakuje do maratonu, który jest biegiem morderczym. Po pół roku… no… może roku biegania każdy może spróbować swoich sił na takiej trasie. To też wyzwanie, chociaż dla każdej, troszeczkę na serio podchodzącej do biegania osoby jest to tylko przystanek. Etap w drodze do zaliczenia maratonu – prawdziwego celu.

Czyli specjalnie nie przygotowujesz się pod biegi półmaratońskie?

Nigdy nie traktowałem ich jako kluczowe. Może raz mi się to zdarzyło w karierze. Wiosną przebiegłem półmaraton dwa razy. Te starty były wplecione w przygotowania do warszawskiego maratonu. Na królewskim dystansie biegam dwa razy w roku. Na poważnie nie można tego robić częściej. Przede mną w tym roku jeszcze jeden taki start – we Frankfurcie.

To będzie zakończenie sezonu?

Tak. To był bardzo dobry rok. Zdobyłem cztery medale mistrzostw kraju na różnych dystansach. Ale maraton zawsze był dla mnie najważniejszy. To o tyle specyficzny bieg, że nie da się w czasie takiej rywalizacji wiele przewidzieć. Bezpośrednie przygotowania do niego zajmują 8-10 tygodni, podczas których pokonuje się w każdym z nich po około 200 kilometrów. Można, na moim poziomie, myśleć jedynie o jednym starcie wiosną i jednym jesienią. Wystarczy, że przytrafi się drobny uraz czy zła pogoda podczas biegu lub drobna niedyspozycja i już nie osiągniesz świetnego rezultatu.

Czyli celem nie mogą być konkretne miejsca?

Ja do tego podchodzę nieco inaczej. Trzeba wykonać na treningach swoją pracę, jak najlepiej się potrafi. Sam start w maratonie jest już tylko wisienką na torcie. Jeżeli uda się „wykręcić” dobry rezultat – to super, jeżeli nie – trzeba szukać rezerw w treningu.

Z racji specyfiki tego dystansu trudno przygotować się do imprezy mistrzowskiej – Igrzysk Olimpijskich, mistrzostw świata czy Europy?

Ostatnimi czasy nie miałem okazji uczestniczyć w takich imprezach, więc wiele nie mogę powiedzieć o specyfice przygotowań. Ale gdy planuje się taki start, to cały cykl musi być inaczej ułożony. Któryś z planowanych występów – wiosenny lub jesienny – trzeba wykreślić z kalendarza. Inaczej też dobiera się wtedy obciążenia, ale jest tak wiele czynników, które na to wpływają, że trzeba to skrupulatnie analizować w kontekście poszczególnej imprezy tej rangi.

A skupiasz na biegach miejskich czy kołacze ci się po głowie myśl o reprezentowaniu kraju na takiej imprezie?

Każdy sportowiec chce wystąpić na takich zawodach. To niezwykłe wyróżnienie. Bieganie z orzełkiem na piersi jest niezwykle nobilitujące. Maraton jest jednak nieprzewidywalny i w tym temacie wiele nie da się zaplanować. Zobaczymy, jak to wszystko się poukłada.

Żyjesz z biegania?

(Śmiech). To w przypadku biegów długich w Polsce niemożliwe. Z wykształcenia jestem informatykiem i ten zawód wykonuję. Sport w moim przypadku nie jest intratnym biznesem. Póki się poprawiam i widzę progres to przy okazji startów świetnie się bawię.

Informatyk może robić wiele rzeczy. W czym się specjalizujesz?

Tworzę strony internetowe, piszę aplikacje webowe dla firm. Obsługuję wiele różnych branż – począwszy od odzieżowej, a skończywszy na sklepach sprzedających mydełka.

Czyli przy komputerach i laptopach nie dłubiesz?

Raczej zajmuję się programowaniem. Na studiach wielu praktycznych rzeczy nas nie nauczyli. Większość swoich umiejętności zawdzięczam doświadczeniu i pracy zawodowej. Można powiedzieć nawet, że jestem samoukiem – mimo posiadanego dyplomu (śmiech). Podstawy techniczne mam jednak opanowane i coś tam na własny użytek naprawię.

A gry komputerowe?

Ale co masz na myśli? Granie czy tworzenie?

Jedno i drugie?

Nie robię gier, a na granie nie mam czasu. Z żoną zastanawialiśmy się nawet czy kupować telewizor, bo nie mam czasu go oglądać. Nawet czasami człowiek nie zdąży zobaczyć wiadomości. Trudno to wszystko godzić.

Jesteś zapracowanym człowiekiem.

Rano kilka godzin treningu. Potem regeneracja. Często drugi trening po południu. A w międzyczasie praca i zlecenia zawodowe. Tak. Troszeczkę tego jest.

Ale kiedyś odpoczywasz? Także od biegania.

Mam co roku takie 3-4 tygodnie, że stopuję z aktywnością fizyczną. To potrzebne każdemu biegaczowi, sportowcowi. U mnie zresztą wszystko to jest jakoś wypośrodkowane, bo poza rywalizacją na asfaltach różnych miast mam także zobowiązania związane z obsługiwanymi klientami. Radzę sobie jednak i godzę te dwa światy.

Kiedy przychodzi ten urlop?

Najczęściej w listopadzie – najbardziej turystycznym miesiącu (śmiech).

Lubisz wtedy gdzieś wyjechać? Masz swoje ulubione miejsce?

Życie biegacza to same wyjazdy. W tym okresie zaszywam się w domu z bliskimi. Tam znajduję spokój i wyciszenie. Wbrew pozorom – jestem domatorem.

Masz już dzieci?

Jeszcze nie. Pobraliśmy się sześć tygodni temu – w sierpniu. Mam krótki staż małżeński.

Gratulacje. Był czas na podróż poślubną?

Nie było, ale planujemy po starcie w Niemczech to nadrobić. Pojedziemy gdzieś za granicę. Nie wiem jeszcze gdzie. Pewnie zdecydujemy się na jakąś ofertę last minute.

A małżonka też jest związana ze sportem?

Nie. Jest prawnikiem. Może i całe szczęście. Jesteśmy na przeciwnych biegunach, ale przyciągamy siebie nawzajem. Przynajmniej mamy różne tematy do rozmów, a nie wszystko kręci się wokół jednej sprawy.

Musisz być bardzo poukładanym człowiekiem, jeżeli godzisz stałą współpracę z różnymi przedsiębiorstwami i sport?

Podchodzę do tego w najprostszy z możliwych sposobów. Zarówno w życiu zawodowym, jak i w sporcie. Wyznaczam sobie cel, a później go realizuję. Nie biorę na swoją głowę obowiązków, z których później nie będę mógł się wywiązać. Gdy więcej trenuję, dwa razy dziennie, to przyjmuję mniej zleceń. Nadrabiam, gdy startuję, a tak ciężko nie zasuwam na treningach. Ale w istocie – wymaga to pewnego samozaparcia i dyscypliny. Informatycy mają jednak w sobie coś zarówno z szaleńców, jak i osób o analitycznym umyśle.

To jaki jest twój sportowy cel do realizacji na najbliższe miesiące/lata?

W końcu chciałbym przebiec maraton w naprawdę dobrym czasie. Mam nadzieję, że ta chwila się zbliża.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger