Bartek Olszewski: „Bieganie to pasja. Ale ciężko nazwać je przyjemnością” [WYWIAD]

Marco Campelli for Wings for Life World Run/Red Bull Content

Marco Campelli for Wings for Life World Run/Red Bull Content

Na początku maja w kolejnej edycji Wings For Life World Run przebiegł dystans 88, 24 km, co pozwoliło mu zająć w wyścigu

drugą lokatę. To samo miejsce, ale po 82 km zajął rok wcześniej. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim Bartosz Olszewski, znany również jako Warszawski Biegacz, opowiedział o trudnościach związanych z tegoroczną edycją, planach na przyszłość oraz łączeniu biegania z pracą na pełen etat.

Stawiasz przed sobą wiele sportowych wyzwań, ale może zaczniemy od tego ostatnio najgłośniejszego. Wings for Life World Run to pod wieloma względami wyjątkowy bieg.

Tak, to bieg pod każdym względem wyjątkowy. Po pierwsze, to co każdemu rzuca się w oczy to brak mety, a fakt, że ona nas goni. Druga rzecz dotyczy tego, że rywalizujemy całym światem – w tym roku było 25 lokalizacji. Nie biegamy lokalnie tylko globalnie. Trzeba też pamiętać o tym, że to bieg charytatywny, cały dochód z niego jest przekazywany na leczenie urazów rdzenia kręgowego. To też dużo mówi o tym, jaki to bieg. Okazuje się, że bieg charytatywny, amatorski może stać się popularny i być pokazywany atrakcyjnie w telewizji. Do tego wszystkiego dochodzą również emocje.

Wybór odpowiedniego miejsca do startu w tych zawodach ma przełożenie na późniejszy wynik?

Tak, oczywiście. W pewnym sensie jest to loteria, bo mogą być różne warunki pogodowe, w danym miejscu może inaczej wiać. Profil trasy zawsze możemy sobie sprawdzić, jedne są bardziej płaskie, inne górzyste, jedne szybsze, drugie wolniejsze. W Mediolanie trasa jest dość płaska, nie ma tam dużych przewyższeń, ale na pewno nie jest optymalna ze względu na pogodę. W tym roku i tak nie była taka zła, ale już ostatnie 30 km biegliśmy w temperaturze ponad 20 stopni i na słońcu. Było naprawdę trudno. Gdy rok temu biegłem w Kanadzie, to była świetna trasa, jeżeli chodzi o pogodę i profil, ale niestety w tym roku już jej nie było wśród wytypowanych lokalizacji. Na pewno wybór miejsca ma znaczenie, jedne sprzyjają dłuższemu bieganiu, a inne nie.

Czy miałeś przed biegiem postawiony konkretny cel, chciałeś przebiec daną liczbę kilometrów?

Nie, jedyny mój cel był taki, aby wygrać lokalnie. Wybrałem Mediolan, bo chciałem zmierzyć się z zeszłorocznym zwycięzcą. Biegłem w Kanadzie, ostatecznie w całym biegu byłem drugi, a wygrał Giorgio Calcaterra. Chciałem zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Rywalizacja zawsze dodaje trochę smaczku. Dla każdego sportowca jest to coś wyjątkowego, stąd też wybór właśnie tej trasy.

Podczas startu zdarzyły się momenty, że miałeś już dosyć i chciał skończyć z gorszym rezultatem?

Do tej pory nigdy takich momentów nie miałem, ale rzeczywiście w Mediolanie tak było. To był bardzo trudny bieg, najcięższy fizycznie i psychicznie w moim życiu. Był taki moment, chyba na 74 km, gdy Calcaterra od 10 kilometrów kilka razy mnie atakował. Miałem dość psychicznie, ale też fizycznie, bolały mnie nogi, chciałem się poddać. Jak przyspieszył któryś raz z rzędu, to się poddałem, powiedziałem sobie, że nie dam rady, będę drugi. Calcaterra uciekł mi na kilkadziesiąt metrów, lecz później miał pecha lub ja miałem szczęście. Dopadł go kryzys, a ja się pozbierałem, dogoniłem go, zobaczyłem, że bardzo cierpi i zaatakowałem. To był decydujący moment biegu. Na trasie Wings for life rzeczywiście kilka razy miałem całkowicie dość biegania.

W trakcie biegu wie się w ogóle, jak wygląda sytuacja w innych miejscach?

Różnie to bywa. Najlepszą komunikację miałem w Poznaniu, gdzie już od 40 km mówili mi jak wygląda sytuacja w innych miejscach. Sytuacja była też inna, bo, wiadomo, biegłem u siebie, mogłem spokojnie porozmawiać i popytać. W Kanadzie podobną informację otrzymywałem od 70 km. Wiedziałem, który jestem na świecie, jakie są zmiany na trasie i jaką mam przewagę. W Mediolanie kompletnie nic nie wiedziałem. Nawet przez chwilę jednak nie zastanawiałem się, który jestem na świecie. Koncentrowałem się na samym starcie, biegłem bark w bark z Giorgio. Skupiałem uwagę na tym, żeby biec dalej i dać radę wygrać tę rywalizację.

Trochę dyskusji wzbudziło zwycięstwo Arona Andersona ze Szwecji, który porusza się na wózku. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Trudno mi się jednoznacznie wypowiadać na ten temat. Jest to bieg charytatywny, więc to też takie symboliczne zwycięstwo Arona. Zbieramy pieniądze na walkę z urazami rdzenia kręgowego i wygrywa ktoś, kto porusza się na wózku. Również marketingowo wygląda to bardzo dobrze. Nie mam zupełnie nic przeciwko temu, aby osoby z niepełnosprawnością startowały w zawodach, podobnie jak w biegach czy maratonach. Byłbym jednak za oddzielną klasyfikacją dla wózkarzy i biegaczy, bo to są inne sporty. W ogóle nie chcę wnikać w to czy on miał lepiej, czy gorzej, tego się nie da po prostu stwierdzić. Oczywiście jednak szanuję ten wynik, wiem, w jakim biegu startowałem, nie mam do nikogo pretensji, zrobiłem co miałem zrobić i jestem zadowolony ze swojego wyniku. Nie płaczę, że wyprzedził mnie ktoś na wózku.

Czym przygotowanie do Wings for Life World Run różni się od przygotowań do innych długodystansowych biegów?

Tak naprawdę nie różnią się. Przygotowanie do Wingsa jest podobne do przygotowania do maratonu. Jest trochę mniej pracy nad szybkością a trochę więcej nad wytrzymałością w tempie startowym. Biegam tyle kilometrów w tygodniu, na ile mogę sobie pozwolić – czy będzie to maraton czy taki bieg, w tygodniu wybiegam 170-180 km. Mniej jest pracy nad szybkością, mniej treningów na bieżni np. 400 metrów lub kilometrówki. Natomiast dużo treningów 20-30 km w tempie docelowym. Zawsze sobie robię dwa treningi pod Wingsa, czyli w tym roku to było 40 km biegu w tempie docelowym oraz maraton, który również był biegiem pod ten start.

Jakie teraz przed Tobą cele? Zastanawiasz się już nad kolejnymi większymi wyzwaniami czy po Wings jest czas na odpoczynek?

Na razie odpoczywam, ale w czerwcu chciałbym zaatakować rekord życiowy na 10 km. Nogi jednak mocno dostały, jak teraz biegam, biega mi się dobrze, jednak przy szybszych biegach czuć jeszcze ból, wolę trochę poczekać i dać im odpocząć. W sierpniu chciałbym wystartować w jakimś długim biegu. Jeszcze nie wiem jakim, ale zapewne będzie to bieg ultra. Na jesieni maraton, choć jeszcze nie wybrałem konkretnego. Długofalowym celem są przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Chorwacji na 100 km.

Bieganie to przyjemność, pasja, a może coś więcej? Masz poczucie, że ciągle musi mieć przed sobą jakieś nowe wyzwanie?

Bieganie, tak jak powiedziałeś, to dla mnie przede wszystkim pasja. Ciężko to nazywać już typową przyjemnością. Często jest tak, że jakiś trening robię, bo wiem, że muszę, a nie dlatego, że sprawi mi wielką przyjemność. To pasja do sportu i rywalizacji, trochę to działa jak narkotyk. Ciężko byłoby mi się obejść nie tyle bez biegania, co bez sportu.

Mówiłeś o tym, ile czasu tygodniowo poświęcasz na bieganie. Dalej jest to łączone z pracą?

Tak, pracuję na cały etat w Polkomtelu. Muszę to jakoś łączyć, więc biegam przed i po pracy, a także nadrabiam w weekendy. To największy problem, dlatego tak jak mówiłem te treningi czasem nie są taką przyjemnością, bo nie mogę ich zrobić wtedy kiedy bym chciał. Nie mogę spokojnie zjeść śniadania, odczekać dwie godziny, a później pójść biegać, tylko muszę o wschodzie słońca zrobić rano trening przed pracą, kiedy praktycznie jeszcze śpię i szybko się wykąpać. Potem zaczynam jak każda normalnie pracująca osoba 8-godzinny etat. Jakoś sobie z tym jeszcze radzę, ale wymaga to sporo poświęceń i rezygnowania z wielu rzeczy, na które nie mogę sobie pozwolić, bo to zajmuje wiele czasu.

Sam nazywasz siebie amatorem, ale po tak dobrych wynikach trudno dalej o taką klasyfikację.

Nie da się tego tak jednoznacznie sklasyfikować. Gdyby ktoś przyparł mnie do muru i zapytał czy jestem amatorem czy zawodowcem, to powiedziałbym, że amatorem. Dla mnie zawodowiec to osoba, która zarabia na bieganiu, a ja zarabiam na czym innym. Bieganie to pasja i uzupełnienie. Najlepszym określeniem dla mnie byłoby chyba profesjonalny amator, bo trenuję profesjonalnie, układam trening jak zawodowcy, ale nie mam też czasu, aby całkowicie poświęcić się tylko bieganiu. Mam bardzo mało czasu na regenerację i praktycznie w ogóle nie korzystam z odnowy, bo nie mam kiedy. Ludzie bardzo często pytają mnie o masaż i podobne sprawy. Chętnie bym skorzystał, ale brakuje mi czasu. To różni mnie i podobnych sportowców od zawodowców. Mam czas na sen, odpoczynek, bezpośrednio po biegu robimy coś, co nie jest związane ze sportem, ale pozwala nam wypocząć, tak wygląda regeneracja.

Skąd w ogóle pomysł, aby dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat biegania na blogu?

Blog powstał w 2012 roku po moim pierwszym wygranym Maratonie w Lozannie. Chciałem wtedy napisać o nim coś więcej, o moich emocjach i przeżyciach. Na Facebooku jest tylko miejsce na krótką notkę, więc postanowiłem stworzyć bloga, by móc pisać dłuższe rzeczy. To trochę miał być też dla mnie taki pamiętnik. Okazało się, że coraz więcej ludzi zaczęło mi zadawać pytania, ja zacząłem odpowiadać. Jak pytania były rozległe, to pomyślałem, że warto im odpisać w formie postów, aby te rady gdzieś zostały. Zainteresowanie rosło i wtedy to ruszyło. Od tego czasu blog cały czas się rozrasta, czytelników jest więcej, a mi to sprawia przyjemność, więc będę to kontynuował.

Zgłaszają się ludzie, którzy piszą, że dzięki blogowi zmobilizowali się najpierw do treningu, a później do cięższego biegania?

Praktycznie codziennie dostaję takie wiadomości. To jest główna motywacja do tego, aby cały czas to robić. Tak jak w każdej pracy, tak z blogiem, mam takie momenty, że nic mi się nie chce i najchętniej porzuciłbym to na miesiąc. Właśnie takie wiadomości, że dzięki blogowi ktoś zmienił swoje życie, zaczął biegać, nauczył się tego, zupełnie się zmienił, schudł czy przebiegł pierwszą piątkę. Dostałem też wiadomość, że ktoś wyszedł z alkoholizmu i realizuje się w bieganiu. Takie wiadomości potrafią podbudować.

Od kilku lat można zaobserwować większą modę na bieganie, ale czy ma to też przełożenie na większą świadomość dotyczącą tego jak powinno się trenować?

Nie ma, myślę, że jest wręcz odwrotnie. Prawda jest taka, że bardzo mało osób potrafi świadomie trenować i biegać. Ludzie bywają też leniwi i szukają prostych, magicznych sposobów np. maraton w 5 minut. Tak naprawdę mało komu chce się przeczytać książkę na ten temat. Świadomość nie jest zbyt wielka. Na blogu mam sporo wpisów lifestylowych lub opisów, ale staram się raz w tygodniu wrzucić też post, który będzie zawierał jakąś wiedzę na temat treningu, będzie uczył. Mam nadzieję, że mi to wychodzi. Z każdym kolejnym tysiącem biegaczy jest więcej biegaczy nieświadomych, których fajnie jest zainspirować do tego, żeby dowiedzieli się więcej na temat samego biegania, bo wtedy jest to przyjemniejsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze.

Czasami mam wrażenie, że największą motywacją dla osób, które idą biegać jest fakt, że będą mogli wrzucić zdjęcie na Facebooka.

Coś w tym jest. Tworzą się rywalizacje ze znajomymi z pracy, z podwórka czy z sąsiadami. Sporo osób zaczyna biegać, bo jest taka moda, potem szybko z tego rezygnują po 2-3 tygodniach, bo to wiąże się z ciągłym wysiłkiem. To wynika z tego, że nie wiedzą jak zacząć. Chcą szybko biegać, wrzucać super wyniki, jednak bieganie jest takim sportem, który wymaga długofalowej pracy. To nie jest tak, że wyjdziemy i pobiegniemy od razu 10 km z super wynikiem. Tu trzeba stopniowo podchodzić do prędkości i dopiero po 3 miesiącach widać większe, satysfakcjonujące rezultaty.

Przy tylu aktywnościach jest jeszcze miejsce na to, aby oderwać się od pracy i biegania? A może ten czas wolny to właśnie czas poświęcony bieganiu.

Jak najbardziej jest, choć nie ma się co oszukiwać, że mam go za dużo. Z narzeczoną Kasią, która trenuje do triathlonu, trenujemy od poniedziałku do piątku. Staramy się to jednak tak zorganizować, aby pomimo pracy około 18-18:30 być w domu i mieć czas dla siebie. Wiadomo jednak, że nasze treningi są bardzo męczące i raczej nie mamy ochoty iść na spacer, wolimy poleżeć w łóżku, pooglądać seriale, poczytać książkę czy popracować nad blogiem. Jesteśmy osobami, które biegają, bo to ich pasja, ale mamy też inne zainteresowania. W weekendy staramy się oderwać od treningu i zająć się innymi rzeczami, pójść do kina czy teatru, wyjść do restauracji, spotkać się ze znajomymi. To jest coś nad czym bardzo ubolewamy – czasu dla znajomych jest bardzo mało. Im więcej treningów, tym jest go mniej. Weekend to czas na nadrabianie zaległości z tygodnia.

Ograniczasz swoje wyzwania do biegania, a może myślisz też o spróbowaniu sił w innych sportach?

Ograniczam do biegania. Miałem pomysł z triathlonem. Cały czas jest chęć spróbowania, ale szybko ją powstrzymuję, bo nie da się tego pogodzić. Jak chcę być dobry w bieganiu, to muszę biegać i nie mogę zaprzątać głowy innymi sportami. Mój główny kierunek to biegi ultra, MŚ na 100 km, mocne prestiżowe biegi dłuższe w granicach 100 km, na razie płaskie, a może kiedyś w górach. Za kilka lat nie mówię jednak nie. Planuję na rok, maksymalnie dwa do przodu. Myślę, że może kiedyś triathlonu spróbuję, ale na razie zdecydowanie nie.

Jak zachęciłbyś do biegania kogoś, kto jest na początku drogi biegowej, do regularnego wysiłku?

To bardzo trudne. Zawsze mówię, że bieganie jest sportem, który wymaga systematyczności i determinacji. Jeżeli mamy biegaczy niesystematycznych, w jednym tygodniu biegamy, w drugim nie, to nie możemy oczekiwać rezultatów. Nic na siłę. Jeżeli bieganie nam nie sprawia przyjemności, to może poszukajmy innych sportów, triathlonu, roweru, pływania czy sportów zespołowych. Nie samym bieganiem sport stoi. Każda aktywność jest dobra, warto się ruszać i nie ważne, jaką wybierzemy dyscyplinę. To nie ma większego znaczenia, ważne, żeby wyjść, robić to, co sprawia nam przyjemność.

Byłeś uczestnikiem tegorocznej edycji biegu Wings for Life?

Komentarze