Irena Szewińska – rozmowa o dzieciństwie

By Verhoeff, Bert / Anefo [CC BY-SA 3.0 nl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/nl/deed.en)], via Wikimedia Commons

By Verhoeff, Bert / Anefo [CC BY-SA 3.0 nl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/nl/deed.en)], via Wikimedia Commons

O Irenie Szewińskiej napisano już pewnie wszystko. Wojtkowi Staszewskiemu udało się jednak namówić najwybitniejszą polską sportsmenkę do rozmowy na tematy, o których mówiła dotąd rzadko – o dzieciństwie w Leningradzie, rozstaniu rodziców czy pechowej sztafecie na igrzyskach w Meksyku.

Wywiad pochodzi z miesięcznika BIEGANIE styczeń-luty 2012

prenumerata nowa

Pierwsza olimpiada?

Pojechałam jako juniorka, nikt na mnie nie liczył.

A pani na siebie liczyła?

Ja marzyłam o medalu, ale to były tylko marzenia. Przyjechaliśmy dwa tygodnie wcześniej, mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej, na jej terenie mieliśmy do dyspozycji rowery, na ulicach ludzie chodzili w kimonach. Japonia to był wtedy bardzo egzotyczny kraj. Pierwszą konkurencją, w jakiej startowałam, był skok w dal. Miałam dziesiąty albo jeszcze dalszy wynik w stawce. Rano eliminacje, po południu finał. Minimum kwalifikacyjne wynosiło sześć metrów, na treningu ledwo mi się to udawało skoczyć. Po rozgrzewce założyłam na bocznym boisku kolce, a tu długo szło się po betonie. Ale kiedy wyszłam na skocznię i zobaczyłam pełne trybuny, bo tam poprzychodziły dzieci, uświadomiłam sobie, że startuję w igrzyskach olimpijskich. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Wcześniej startowałam w meczach juniorów, raz czy dwa razy w meczu seniorek, ale na tak dużej imprezie – nigdy. Zawsze jak startowałam na dużych imprezach, to w kolejnych stopniach eliminacji stawiałam sobie jeden cel: przejść skok w dal. Poprawiłam w tej konkurencji rekord Polski i dostałam się do szerokiego finału, po południu startowałam w dwunastce. Jak stanęłam na rozbiegu, to poczułam tremę, ale nie paraliżującą, tylko mobilizującą. Poprawiałam się ze skoku na skok – ostatecznie uzyskałam 6,60 m, to był kolejny rekord Polski. I zdobyłam srebrny medal. Następnego dnia dostałam bardzo dużo telegramów. Wszyscy mi gratulowali medalu, ale patrzę, jest telegram od Januszka: „Gratuluję rekordu Polski”. Zdziwiłam się trochę, a dopiero potem patrzę na drugi telegram od niego z gratulacjami medalu. Bo Januszek po porannym rekordzie nie przypuszczał, że osiągnę
coś więcej i już mi składał gratulacje za rekord.

Jak się poznaliście z Januszem?

W 1961 roku na stadionie Polonii. Ja zaczynałam, a Janusz biegał wtedy 400 metrów przez płotki. Jeździliśmy razem na zawody, na obozy do Inowrocławia, do Kluczborka. Były też wieczorki klubowe na Foksal. Klub był zintegrowany. Zasady zawodów ligowych były wtedy takie, że klub musiał wystawić po dwóch zawodników w każdej konkurencji i nawet ci starsi jeszcze trenowali, żeby przygotować się na ligę. Pamiętam, jak Janusz startował w memoriale Kusocińskiego na Stadionie Dziesięciolecia, a ja kibicowałam mu na trybunach. Cztery lata później zakończył karierę i zajął się fotografią. Ale fotografia już wcześniej go pasjonowała, brał aparat na zawody i robił zdjęcia. Po drugim roku startów było sympatyczne zakończenie sezonu i dostałam kilkanaście swoich zdjęć sportowych. Pomyślałam: „No, w tym klubie są dobre zwyczaje, że tak zawodników honorują”. Dopiero potem zorientowałam się, że to nie wszyscy dostawali, tylko ja od Januszka.

Co was połączyło?

Sport, nasza wspólna pasja. Jak ktoś intensywnie trenuje, to wsparcie, zrozumienie drugiej osoby jest ważne. Znam przypadki świetnych zawodników, gdzie druga strona nie interesuje się sportem i odciąga wtedy tego zawodnika od treningów. Ja zawsze miałam wsparcie, zrozumienie, zainteresowanie. Januszek przychodził na treningi, na zawody, kibicował. A jak się pobraliśmy, stworzył mi takie warunki, żebym mogła spokojnie trenować. Szczególnie, jak urodził się starszy syn, to organizowaliśmy tak, żeby jedna babcia albo druga pomogła, a ja mogłam spokojnie wyjechać. A na ostatnie osiem lat mojej kariery Januszek został moim trenerem.

Jeszcze do tego były studia.

Pierwszy miesiąc opuściłam, bo igrzyska w Tokio były w październiku. Musiałam wszystko nadrabiać. Najtrudniej mi było, jak wyjeżdżałam na obozy. Nie miałam taryfy ulgowej, chociaż jak prosiłam o przesunięcie egzaminu z powodu wyjazdu, to szli mi na rękę. A po trzecim roku zostałam wybrana najlepszym studentem wśród sportowców. Z wszystkich sportowców miałam najlepszą średnią. Dostałam nagrodę Almaturu – wyjazd na wycieczkę zagraniczną. Ale jako zawodniczka nie miałam na to czasu, więc moja mama pojechała do Soczi. Na tej samej wycieczce była też Maryla Rodowicz, którą mama miło wspominała.

Mama pani kibicowała, bywała na dużych zawodach?

Mama w 1966 roku wybrała się na wycieczkę do Budapesztu, jak tam były mistrzostwa Europy. A w 1964 roku przed olimpiadą kupiła telewizor, żeby mnie oglądać. Przed ślubem mieszkałam z nią w centrum, Januszek z rodzicami. Pobraliśmy się w grudniu 1967 roku, po tym, jak kilka miesięcy wcześniej dostałam mieszkanie.

Jako sportowiec?

Tak. Nieduże mieszkanie, 35 metrów, dwa pokoje, ciemna kuchnia. Ale w kuchni było okno do pokoju, mogłam oglądać przez nie telewizję.

Jak wyglądał wasz ślub?

Było około stu osób, najbliższa rodzina i najbliżsi znajomi. Ślub był w Urzędzie Stanu Cywilnego na Nowym Świecie przy Smolnej, a wesele w Hotelu Europejskim. 44 lata temu.

A rok później kolejna olimpiada – Meksyk 1968.

Zaczęłam skok w dal pechowo, nie weszłam do finału. To był błąd treningowy! Nie może być tak, że zawodnik trenuje cztery albo sześć tygodni i pierwsza duża impreza to igrzyska olimpijskie. Byłam na obozie w Font Romeau, potem tydzień w Meksyku. Można było wcześniej wystartować, ale mój trener powiedział: „Grupa sprinterek nie startuje”. A mnie inaczej skakało się na treningu, a inaczej na zawodach, gdzie byłam w pełni zmobilizowana. Powinnam wcześniej dobrze wymierzyć rozbieg. Bo ja na zawodach biegałam z zupełnie inną prędkością niż na treningu. Byłam wtedy w życiowej formie, stać mnie było na skoki w granicach 7 m, bo na treningach skakałam bardzo dobrze. Potem w biegu na 100 metrów słabo wybiegłam ze startu, ale nadrobiłam i zdobyłam brązowy medal. Kolejną konkurencją był bieg na 200 m. Najpierw eliminacje, następnego dnia rano był półfinał, a po południu finał. Po półfinale byłam zmęczona, wróciłam do wioski, odpoczęłam i zrelaksowałam się. Miałam tor siódmy. Z jednej strony to dobrze, bo mniejsza krzywizna na wirażu, ale jednak lepiej mieć więcej zawodniczek przed sobą niż jedną. W półfinałach bardzo dobre wyniki miały Amerykanki. Ale ja się nigdy nie poddawałam. Wyszłam pierwsza z wirażu i zdecydowanie wygrałam. Pobiłam rekord świata, zdobyłam złoto. A na koniec pechowa sztafeta. Tak, w półfinale zgubiłam pałeczkę.
Zmieniałyśmy starym systemem, od dołu. Zawodniczka podała mi pałeczkę za sam koniec, ledwo ją trzymałam. Kolejny krok, uderzyłam nią o siebie i pałeczka mi wypadła.

Były pretensje?

Straszne i nieuczciwe. Gdybym ja z nimi nie trenowała, to rozumiem, ale ja poświęcałam swoje treningi szybkościowe, żeby ćwiczyć z dziewczynami zmiany sztafetowe. Była potem audycja telewizyjna, w której ja mówiłam, że bardzo mi przykro, że też wolałabym mieć jeszcze jeden medal, że nikogo nie lekceważyłam. A one mnie oskarżały, że specjalnie zgubiłam pałeczkę. Po co miałabym to robić? Skoro nie ma wzajemnego zaufania, to nie widziałam możliwości z nimi później w sztafecie. I nie biegałam.

Potem miała pani przerwę na urodzenie syna. Wtedy ciąża wydawała się wyrokiem dla sportowca.

Ucieszyliśmy się z Januszem. Ja wierzyłam, że wrócę do sportu. W związku mi pogratulowali, chociaż może w głębi duszy nie byli zadowoleni, że w kolejnym sezonie nie będę startowała. Ale dzięki temu, że miałam przerwę, mogłam dłużej biegać na najwyższym poziomie. W każdym sezonie nie dość, że trenowałam, to intensywnie startowałam i to w Zielu konkurencjach. Były mecze międzypaństwowe, liga, mityngi, mistrzostwa. Biegałam, skakałam, eliminacje, półfinały, finały. Pod koniec sezonu czułam się znużona i wyczerpana. PZLA organizował wypoczynek dla lekkoatletów, jechałam się wygrzać nad ciepłym morzem w Jugosławii, odpocząć i znów z chęcią wracałam do treningu. Po urodzeniu Andrzejka nastąpiła niesamowita regeneracja organizmu. Nie czułam ośmiu lat intensywnego treningu, tych wszystkich nawarstwiających się kontuzji, mikrourazów. Gdybym tamtego roku nie miała przerwy, to pewnie jeszcze bym trochę pobiegała, ale szybko by się moja przygoda ze sportem Zkończyła. A tak, jakbym zaczynała drugą karierę i to z wyższego poziomu.

Jak wyglądał powrót?

Andrzej urodził się w lutym 1970 roku. W czerwcu pojechaliśmy razem z nim nad Zalew Zegrzyński, mieszkaliśmy w domku w lesie i tam zaczęłam robić lekkie rozruchy. Wiedziałam, że w tym sezonie jestem nieprzygotowana, ale chciałam przygotowania do kolejnego sezonu zaczynać z wyższego poziomu. W pierwszym starcie na Skrze zyskałam wynik ponad 12 sekund na setkę. Miałam parę kilogramów nadwagi, pamiętam, jak startowałam, biegłam z całą siłą, ale nie przekładało się to na dobry wynik. Niektórzy pisali, że już koniec z Szewińską. Ale ja się nie przejmowałam, pod koniec sezonu poprawiłam się na 11,.

Irena Szewińska. Fot. East News

Irena Szewińska. Fot. East News

Jak zaczynała pani przygotowania do kolejnego sezonu?

Zaczynałam trenować w połowie listopada. Dwa tygodnie chodziłam do lasu na rozruchy, a potem wchodziłam w pełen trening. Jak już trenowaliśmy z Januszkiem, szliśmy do lasu razem. Januszek biegł swoim tempem, a ja się męczyłam, żeby mu dorównać kroku. Ale z treningu na trening było coraz lepiej, on ciągle biegł swoim tempem, a ja wyrywałam się do przodu.

Słyszałem, że pani nigdy w życiu nie przebiegła więcej niż 400 m. To prawda?

W zasadzie tak! Zdarzały się kilkukilometrowe wybiegania, ale bez kontroli czasu, dystansu. Nigdy nie miałam treningu, żeby przebiec ileś kilometrów w jakimś czasie. Jeszcze jak trenowałam z Gerardem Machem, na początku sezonu były dwuminutówki, ale potem szybko przechodziliśmy do treningu interwałowego, na którym bazowałam.

Jakie odcinki?

Jak byłam sprinterką i biegałam na 100 i 200 m, to dla mnie przebiec 300 m, to było coś. Ale jak biegałam 3 razy 100 m w interwale po trawie albo w lesie i powtarzałam to cztery albo sześć razy – to takich interwałów nie czułam. Nie czułam tego, ale przebiec w sumie kilkaset metrów szybko, to dawało wytrzymałość. Te 300 m biegałam przed sezonem, jak wchodziłam w okres przedstartowy. Na jednym treningu na obozie miałam 6 razy 300 m na przerwach po 5–10 minut, za tydzień 4 razy 300 m na przerwach 10–15 min, w kolejnym tygodniu 2 razy 300 m i pół godziny przerwy. Jak była mniejsza liczba powtórzeń i dłuższe przerwy, to biegałam szybciej. Cały trening z ilościowego w okresie przedstartowym przechodził w jakościowy – mniejsza liczba, ale z większą intensywnością. Często biegałam interwały w rozgrzewce albo na koniec treningu siłowo-szybkościowego.

Ile treningów interwałowych robiła pani w tygodniu?

Kilka. Były też odcinki po 150 m albo lotne po 120 m. Generalnie miałam trening o charakterze siłowym. I szybkościowy, i wytrzymałość szybkościowa.

A fundamentalna dla biegaczy-amatorów wytrzymałość ogólna?

W zimie na obozach biegałam pół godziny. Ale to raczej były truchty plus jakieś przebieżki, wybiegania w góry, wycieczki biegowe. Bieg ciągły to mnie, wie pan, okropnie nuży. Byłam przyzwyczajona do tego, żeby przebiec krótki odcinek i odpocząć. Do dziś realizuję, już rekreacyjnie, takie np. minutówki. Każdy może to zrobić, trzeba mieć tylko zegarek z sekundnikiem. Biegnę minutę i półtorej minuty spaceruję, znów minutę biegnę, półtorej spaceruję, trzeci raz biegnę minutę i potem mam trzy minuty odpoczynku. I znowu robię trzy razy minutę z podobnymi przerwami. To przyjemny krótki trening, może nie wyczynowy – ale dający bardzo dużo.

Dużo pani teraz biega?

Ostatnio miałam przerwę, ale już zrzucam wagę i biorę się za siebie.

Nie kusi panią, żeby wystartować?

Nie. Zapraszali mnie czasem na zawody weteranów, ale mówiłam, że nie mogę, bo się młodo czuję. A tak na serio, to wybitni sportowcy, medaliści olimpijscy, rzadko startują w zawodach dla weteranów. Raczej ci co biegali na średnim poziomie znajdują w tym przyjemność. Poza tym w biegach średnich można startować do późnego wieku, a w sprintach czy skokach to bardzo niebezpieczne. Łatwo można nabawić się kontuzji, np. ścięgna Achillesa. No i wreszcie, żeby wystartować, trzeba się przygotowywać. Mnie to zresztą już naprawdę nie kusi – że miałabym założyć kolce i biec na zawodach. A na biegach ulicznych teraz występuję w innej roli. Jestem patronem biegu tylko dla kobiet Samsung Irena Women’s Run. Odbyły się już dwie edycje, w ostatniej startowało prawie dwa tysiące pań. Mam satysfakcję, że jestem patronką tego biegu.

Jak pani ćwiczyła siłę biegową?

Podbiegi i skipy. Prekursorem skipów był zresztą trener Mach. Biegałam pod górę, na przykład pod Antałówkę, bardzo długie odcinki, był to bardzo wyczerpujący trening. W Warszawie robiłam skipy w okresie przygotowawczym, do 120 m. Głównie skipy A, na krótszych odcinkach też skipy B.

Gdzie pani trenowała?

Pierwsze dwa lata na Polonii. A potem na AWF-ie w grupie sprintu kobiet Warszawy. A jak położono tartan
na Skrze, to tam trenowałam w lecie, a w zimie na AWF-ie, na hali. Dojeżdżałam tramwajem albo autobusem.
„136” podjeżdżało pod samą Skrę.

Ludzie podchodzili na ulicy?

Po Tokio się „zaczęło”, prosili mnie czasem o autograf. Wtedy wszystko się zmieniło, zaczęto mnie poznawać, zapraszać. Na początku ta popularność mnie peszyła, potem się przyzwyczaiłam.

Monachium 1972 – kolejna olimpiada.

Na Sylwestra roku 1971 byłam na obozie w Zakopanem, trenowałam z grupą czterystumetrowców, na sali były ułożone materace, na tym wysokie płotki. Chodziło o to, żeby doskoczyć na jednej nodze i przeskoczyć płotek. Czułam niechęć do tego ćwiczenia, bałam się. Powinnam była zrezygnować. Jak skoczyłam, miałam za małą prędkość i tak wylądowałam, że skręciłam nogę w kostce. To była lewa noga, odbijająca. Miałam ją trzy razy w gipsie, potem rehabilitacja. Jak wróciłam do treningów, to mogłam biegać, ale jak tylko oddałam kilka skoków, to kostka bolała. Mogłam biegać, ale nie mogłam skakać. Na igrzyskach wystartowałam jeszcze w skokuw dal, ale nieudanie. I tylko zdobyłam brązowy medal na 200 m. Za to jesienią 1972 roku na koniec sezonu wystartowałam na zawodach na Skrze na 400 m. Bez przygotowania, bez treningu, uzyskałam 52 sekundy, co było nowym rekordem Polski. Podjęłam więc decyzję, że nie będę już skakała w dal, za to zaczęłam trenować trochę więcej przedłużonej wytrzymałości pod kątem 400 m.

Pani trenerem został wtedy mąż.

To był już mój piąty trener. Zaczynałam z panem Kopyto, potem, od 1962 do 1966 roku, trenowałam w grupie sprinterek Warszawy z panem Piotrowskim. Doszłam do wniosku, że tutaj już postępów nie zrobię i słusznie, bo chociaż zawdzięczam panu Piotrowskiemu medale w Tokio, to był to jednak bardzo zawężony trening. Później trenowałam z panem Bugałą – do przerwy przed urodzeniem dziecka. Jak wróciłam, trenowałam
z panem Machem. Janusz był asystentem Macha, razem jeździliśmy na obozy. A Janusz kończył wtedy AWF
w Poznaniu i pracę magisterską napisał o moim treningu. Pasjonował się tym. Mach po olimpiadzie w Monachium wyjechał do Japonii i znów zostałam bez trenera. A ponieważ Janusz znał mnie i mój trening, to powiedziałam do niego: „Będziesz moim trenerem”. On miał obawy, jak to będzie, ale to zdało egzamin, ostatnie osiem lat trenowaliśmy razem, największe sukcesy odnosiłam trenując z Januszem.

Potem był Montreal w 1976 roku…

Byłam w życiowej formie biegowej. Miałam tylko problem, czy startować na 100 i 200 m, czy na 400. Bo program był tak ułożony, że nie dało się tego połączyć, był półfinał czterystu i zaraz finał dwustu albo stu metrów. Stwierdziłam, że mam już trzy medale na 200 m, więc pobiegnę na 400. W eliminacjach biegłam spokojnie, w ćwierćfinale też. Wiem, że były komentarze, że jestem bez formy. Bo jak nie biegłam z maksymalną prędkością, to ktoś mógł odnieść wrażenie, że ja człapię i jestem źle przygotowana. W półfinale pobiegłam już szybciej. Wygrałam z wynikiem, który dałby mi potem w finale złoty medal. A w finale dałam z siebie wszystko. Po 300 metrach wyszłam pierwsza na prostą, a potem już do końca przyspieszałam. Wiedziałam, że wygrałam, ale nie wiedziałam, że z kilkunastometrową przewagą. Na tablicy pojawił się wynik 49,30. Ale potem go poprawili na 49,29 s, takie mam zdjęcie z tablicy. A rok później w książce statystycznej IAAF-u znalazłam wynik poprawiony jeszcze na 49,28 s, jak się okazało, była weryfikacja wyników.

To do dziś rekord Polski!

To wynik, z którym do dziś można wygrywać największe zawody. Rok później, w 1977 roku, podczas pierwszego Pucharu Świata w Düsseldorfie znów startowałam na 400 m. A do stawki dołączyła już Marita Koch z NRD, czyli wschodnich Niemiec. Kiedy wychodziłam na start, mój trener – czyli Januszek – powiedział mi jeszcze: „Pamiętaj, biegnij do końca, bo ona w kratkach staje”. Czyli zwalnia na ostatnich metrach przed metą. Ona była faworytką, bo miała z innych zawodów wynik na 400 m lepszy od mojego. A w Nicei wygrała ze mną na 200 m. To kto miał teraz wygrać?

Marita Koch.

Dziennikarze się zakładali, prawie wszyscy stawiali na Maritę – po latach mi to opowiedział jeden dziennikarz, który wierzył we mnie. Ona biegła na torze czwartym, a ja na piątym. Do trzechsetnego metra nie wiedziałam, co się dzieje, o wyjściu na ostatnią prostą widzę, że Marita Koch biegnie trzy metry przede mną. Nie odpuszczam, daję z siebie wszystko, ale 50 m przed metą jest ciągle przede mną, przynajmniej dwa metry. Ale ja mam w głowie słowa Januszka. Biegłam do końca, na ostatnich metrach ją doszłam i zdecydowanie wygrałam.

To najwspanialszy moment w karierze?

Było kilka takich momentów. Pamiętam jak w 1974 roku w Poczdamie wygrałam z Renate Meissner-Stecher. Historia zaczęła się właściwie rok wcześniej, na tym samym mityngu startowałyśmy w osobnych seriach. Niemcy ją dali ze sprinterkami, a ja biegłam z 400-metrówkami godzinę później. I miałyśmy takie same czasy. W 1974 roku był tam prezydent IAAF-u Adrian Paulen, który bardzo emocjonował się naszym pojedynkiem, więc biegłyśmy razem.

Ja na torze drugim, ona na szóstym. Dla mnie ten wewnętrzny tor był trudny, bo jestem wysoka. Ale też dałam z siebie wszystko. Wygrałam z przewagą kilku metrów, ona jeszcze nie weszła w kratki, jak ja skończyłam. Na stadionie – cisza. A pobiłam wtedy rekord świata, który wcześniej należał do Stecher. Czas ze stopera ręcznego wynosił 21,9 s, a z pomiaru elektronicznego – 22,21 s.

Czy wyście wtedy wiedzieli, że sportowcy NRD są na koksie?

O tym się mówiło, przypuszczało się. Ale ja nigdy nie mówiłam, że konkretna zawodniczka stosowała doping, bo na to trzeba mieć dowody.

A co pani dziś o tym myśli?

Ja po prostu z nimi wygrywałam. A byłam czystą zawodniczką. Rekordy biłam już od 1964 roku.

Nikt wam nie podsuwał cudownych specyfików?

Ja się z tym nie spotkałam.

Ostatnia olimpiada – w Moskwie w 1980 r. Odniosła pani kontuzję.

Tak, w biegu półfinałowym. Zakończenie kariery to ważny moment dla zawodników. Ktoś kończy, jak jest w najwyższej formie, ktoś przedłuża jeszcze o rok, o kolejny rok. To nie ma sensu. Ale ja to rozumiem, bo po zakończeniu kariery zawodnik często odczuwa w pustkę. Cały czas emocjonalnie żył sportem, cały czas miał cel. I co teraz? Mnie tę pustkę wypełniło urodzenie drugiego dziecka. Czym innym żyłam.

Kiedy urodził się drugi syn?

Dziewięć miesięcy po igrzyskach. I zaczęłam się zajmować wychowaniem Jareczka. A oprócz tego działałamw PKOl-u i PZLA, chociaż tego wcześniej nie planowałam. Na koniec roku 1980 był zjazd sprawozdawczo-wyborczy PZLA. W trakcie zjazdu odbyło się moje pożegnanie. Bardzo wzruszające – dostałam kwiaty, puchary, plakietki. I zostałam do końca zjazdu. Wtedy jeszcze był taki zwyczaj, że kandydatów do zarządu zgłaszano z sali. I nagle ktoś mnie zgłosił, byłam zaskoczona, bo z nikim o tym nie rozmawiałam. Zapadła cisza, a ja pomyślałam: „A dlaczego nie?”. Wyraziłam zgodę i zostałam wybrana. W PKOl-u zjazdy są zawsze w marcu, po letnich igrzyskach olimpijskich. I tam też zostałam wybrana do zarządu. Tak zostałam działaczką sportową.

Piętnaście lat później została pani prezesem PZLA.

Po igrzyskach w Atlancie w 1996 roku zwróciła się do mnie z taką propozycją grupa działaczy. Podjęłam się tego zadania, chociaż miałam pewne opory. Ale myślę, że zrobiłam wiele dobrego. Pierwszym celem było podniesienie poziomu lekkiej atletyki. I w porównaniu z latami 90. poziom się poprawił. Drugim – to, aby polska lekkoatletyka weszła na arenę międzynarodową. W Polsce zaczęły odbywać się imprezy rangi europejskiej i światowej. Będąc we władzach Europejskiego Stowarzyszenia Lekkoatletycznego i IAAF-u mogłam na przykład wspierać starania Bydgoszczy o przyznanie organizacji I Mistrzostw Świata Juniorów Młodszych, Mistrzostw Świata Juniorów czy Pucharu Europy. Po 12 latach bycia prezesem po igrzyskach olimpijskich w Pekinie nie kandydowałam ponownie.

Ale mam satysfakcję, że zjazd przyznał mi tytuł honorowego prezesa. A w 2011 roku nowe władze związku zgłosiły moją kandydaturę do władz IAAF-u. I na kongresie w Daegu zostałam wybrana do rady IAAF-u.

Pani Ireno, co by pani zmieniła w swojej karierze?

Niewiele. Myślę, że 75% szans wykorzystałam. Mam satysfakcję, że jestem w księdze rekordów Guinnessa jako jedyna zawodniczka, która zdobywała na igrzyskach medale w pięciu konkurencjach lekkoatletycznych – na 100, 200 i 400 m, w sztafecie 4×100 m i w skoku w dal.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger