Iwona Bernardelli: „Przed Igrzyskami Olimpijskimi nie czułam takiego stresu” [WYWIAD]

fot: Marek Biczyk

fot: Marek Biczyk

Datę 24 października 2017 roku zapamiętasz zapewne na długo. Fani sportu mogą pamiętać inne twoje występy, ale właśnie tego dnia broniłaś swoją pracę doktorską i już oficjalnie możesz pisać przed swoim nazwiskiem doktor.

To było dla mnie wielkie wydarzenie, powód ogromnej radości i satysfakcji. Oficjalnie stopień przed imieniem i nazwiskiem mogę postawić sobie dopiero od kilku dni. Obrona to nie wszystko, później zbiera się rada wydziału i dopiero po głosowaniu nadanie stopnia się uprawomocnia. A już 29 listopada odbiorę dyplom doktorski.

W Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie wygłosiłaś rozprawę pt. „Ocena intensywności wysiłku startowego i ćwiczeń treningowych lekkoatletek i lekkoatletów specjalizujących się w biegach przeszkodowych”. Dlaczego akurat ten temat?

Moja praca magisterska też była związana z biegami przeszkodowymi. Akurat w tamtym czasie były one moją główną konkurencją. Nie chcę mówić, że mam wielki sentyment do przeszkód, bo z perspektywy czasu cieszę się, że biegam maratony. O wyborze zadecydowało nie tylko to, że biegałam tę konkurencję, ale także moje i trenerów obserwacje. W świecie naukowym nie ma wielu prac związanych z tym tematem. Biegi z przeszkodami są trochę potraktowane po macoszemu. To jedna z niewielu prac, która przedstawia obraz intensywności treningowej związanej właśnie z tym wysiłkiem. To praca nie tylko teoretyczna, ale też taka, która ma odzwierciedlenie w praktyce.

fot: Lyndon Goveas

fot: Lyndon Goveas

Jak długo trwał i jak wyglądał proces przygotowania pracy doktorskiej? Już tytuł sugeruje, że dużą część pracy stanowiła właśnie część oparta na praktyce?

Jest to praca badawcza. W pracy skupiałam się na analizie stężenia mleczanu we krwi. Mówiąc prostszym językiem, jeździłam po wielu zawodach lekkoatletycznych w Polsce i bezpośrednio po biegach przeszkodowych pobierałam próbkę krwi od zawodników, a następnie to analizowałam. W 2009 roku rozpoczęłam studia doktoranckie i pięć lat temu otworzyłam przewód doktorski. Najpierw były właśnie badania i analiza. Później była to już praca typowo teoretyczna, pisanie pracy, kolejnych podrozdziałów, zapoznanie się z literaturą, analiza statystyczna i wyciągnięcie wniosków.

Cieszę się, że udało mi się. Połączenie pracy naukowej z wyczynowym bieganiem nie jest łatwym zadaniem. Przy ciężkim treningu człowiek czasami nie ma ochoty na nic, a ja musiałam usiąść i pisać. Mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna.

Osobie, która uprawiała tę konkurencję jest łatwiej pisać na ten temat?

Nie koniecznie to, że biegałam akurat tę konkurencję ułatwia pisanie, ale to, że „siedzi się” w lekkoatletyce na pewno pomaga. Jak ktoś jest związany z bieganiem, jest mu to bliskie, to łatwiej wyciągnąć wnioski.

Wśród twoich recenzentów także znalazły się znane w świecie sportu nazwiska (prof. Janusz Iskra i dr hab. Jakub Adamczyk). To duży zaszczyt, ale zapewne też spory stres.

Stres był nie tylko związany z osobami, ale samo w sobie było to dla mnie ogromne wydarzenie. Zapamiętam to do końca życia. Stresowałam się chyba bardziej niż na Igrzyskach Olimpijskich. Cieszę się, że tak znakomite osoby wzięły na siebie trud recenzowania mojej pracy. Jestem też wdzięczna za pozytywne recenzje.

Gdybyś miała porównać te emocje, to gdzie, na bieżni czy podczas obrony, czułaś większy stres? A może także w trakcie obrony wyzwala się wystarczająca adrenalina, aby zapomnieć o stresie?

Stres jest w obu wypadkach. Gdybym miała porównać, to zupełnie inny poziom. Dla mnie był dużo większy podczas obrony. Przed IO nie czułam takiego stresu, bo wiedziałam, że jestem dobrze przygotowana i mogę dobrze pobiec. Do obrony można być dobrze przygotowanym, ale nigdy nie wiadomo, jakie pytanie może paść z zewnątrz. Stresowałam się właściwie do samego rozpoczęcia obrony. Mam jednak w sobie coś takiego, że nawet gdy stres się pojawia, potrafię sobie z nim radzić. Na obronie było podobnie jak podczas startu. Gdy stanę już na linii i rozpoczyna się bieg, nagle wszystko ze mnie opada. Koncentruję się na tym, żeby jak najszybciej dobiec do mety. Jestem skupiona w pełni na starcie. Podczas wystąpienia było tak samo. Gdy już się zaczęło, emocje opadły, a ja robiłam wszystko, aby wypaść jak najlepiej.

Jak udało się łączyć treningi, starty, życie rodzinne i doktorat? Wyjazdy na różne zawody nie ułatwiały chyba pisania pracy.

Nie mogę nie wspomnieć o mojej pierwszej pani promotor, prof. Elżbiecie Huebner-Woźniak, z którą zaczęłam współpracę. Jestem bardzo wdzięczna, bo bardzo dużo pomogła mi na początkowym etapie, związanym z badaniami. Miało to ogromne znaczenie, ponieważ jak wiadomo bez nich nie byłoby pracy. Niestety pani profesor zmarła w 2015 roku. Byłam wtedy akurat na wyjeździe na wojskowych igrzyskach sportowych. Poniekąd wpłynęło to na wydłużenie samej pracy nad rozprawą doktorską.

Nie jest to łatwe, wszystkie wyjazdy na zgrupowania, gdzie czasem myśli się tylko o tym, aby na chwilę wypocząć, bo zaraz kolejny trening. Należę jednak do bardzo ambitnych osób. Nigdy nie bałam się sobie stawiać celi, które później osiągam. Cały czas w tyle głowy miałam, że muszę napisać pracę. Wiedziałam, że mam określony czas, w którym muszę się zmieścić.

Mam wielkie szczęście do spotykania na swojej drodze bardzo dobrych, życzliwych i pozytywnych osób. Tak było też teraz. Moi rodzice cały czas mnie dopingowali. Wielkie słowa wsparcia miałam od swojego trenera Marka Jakubowskiego, który nie przedkłada życia sportowego nad życie rodzinne. Zdaje sobie sprawę z tego, że sport to nie wszystko. On również był bardzo dobrym motywatorem. Na obozach dawał mi „kopa” do zebrania się w sobie i zakończenia pracy. Największe wsparcie mam w mężu, który też jest doktorem i wie, jak to wszystko wygląda. Nie pozwolił mi spocząć na laurach. Nawet gdy próbowałam sobie odpuścić, a były takie momenty, to on na to mi nie pozwalał. Wiedział, ile włożyłam w to wysiłku, wiedział, że nie będzie to zwykła praca, ale taka, która może pomóc trenerom i zawodnikom.

Myślałaś o tym, co dalej z nauką? Tytuł doktora już ci wystarczy, a może chciałabyś teraz lub za kilka lat, kontynuować karierę naukową, a przed nazwiskiem mieć także tytuł profesora?

Aż tak daleko nie wybiegałam z planami w przyszłość. Gdy kończyłam studia na AWFiS w Gdańsku, miałam zostać tam na studiach doktoranckich. Rozważałam też szkołę podoficerską. Życie napisało inny scenariusz. Poszłam na AWF w Warszawie, ponieważ w Gdańsku nie było studiów dziennych. Mieli je otworzyć dopiero za rok. Stwierdziłam, że nie chcę tyle czekać, bo trudno będzie wrócić do nauki po przerwie. Przypominam sobie słowa moich koleżanek, które po szkole średniej mówiły, że nie pójdą na studia, zrobią sobie rok przerwy. Do tej pory im się nie udało. Teraz skończyłam doktorat, ale jestem też w wojsku. Po stopniu naukowym teraz czas na stopnie wojskowe. Mam nadzieję, że za złote medale doczekam się awansu. Nie wiadomo, co będzie za 5-10 lat. Mam już rodzinę, a chciałabym mieć dzieci. Nie wiem też co będzie, gdy przestanę biegać, a na tym chcę się teraz skupić. W przyszłym roku są Mistrzostwa Europy w maratonie, na których można powalczyć o coś więcej. W moim zasięgu jest nawet medal.

Jak ważna w biegach jest dziś strona teoretyczna? Wielu zawodników stawia na własne przygotowania bez trenera, ale także ci z trenerem po latach biegania mają sporą wiedzę na temat tego, jak powinni trenować.

Nie wyobrażam sobie trenowania bez trenera, układania planu treningowego i jego realizacji. Wiem też, jak podchodzi do tego mój trener – ma takie samo zdanie. Nie chcę mówić, że to źle, jeśli ktoś trenuje sam i w ten sposób nie osiągnie zamierzonych rezultatów. Uważam, że trener jest potrzebny. Zawodnik powinien skupić się na wykonaniu treningu, a nie analizie tego wszystkiego. Trener musi na bieżąco korygować obciążenia treningowe. Powinien znać zawodnika na tyle, aby wiedzieć czy np. może przebiec jeszcze jeden odcinek, a może powinien skończyć przykładowo na ośmiu.

Nie wtrącam się do planu treningowego, który jest mi układany. Trener wie, jak mamy trenować, jakie jednostki treningowe mamy wykonywać w danym okresie. Nawet gdy jestem bardzo zmęczona, a bywały takie okresy, np. przed IO, w tym czasie starty nie wychodzą, to mam zaufanie do trenera. Wiedziałam, że na IO ciężka praca przyniesie rezultat. Nie mówiłam, co robimy źle, a co dobrze, nie przekonywałam, że tego nie będę robić, a chcę coś innego. Tylko przekazuję trenerowi jak się czuję, jak mi się biegało. Czasem ważne są niuanse. Na obozach jest łatwiej, ale gdy jestem w domu dochodzą inne obowiązki. Cały czas trzeba mieć pełne zaufanie do trenera. Drugą sprawą jest obciążenie psychiczne. Nie wszystko spada na zawodnika. Jest osoba współodpowiedzialna za dany sukces lub porażkę.

fot: Marek Biczyk

fot: Marek Biczyk

Przez cały ten czas biegania nie odstawiłaś na boczny tor. Teraz przygotowujesz się do nowego sezonu. Jak wyglądają te przygotowania w okresie jesienno-zimowym? Na czym skupia się biegacz?

Przez cały okres bieganie było na pierwszym planie. Starałam się wszystko pogodzić. Akurat tej jesieni nie biegałam maratonu, więc miałam dłuższy okres roztrenowania. W tej chwili jestem na etapie wchodzenia w trening. Skupiamy się teraz bardziej na pracy tlenowej, robię dłuższe wybiegania. Zwiększamy kilometraż, jest więcej treningów w drugim zakresie. Dochodzą treningi siły ogólnej: ćwiczenia sprawnościowe, ogólne, z piłką lekarską, stabilizacyjne, z piłką korekcyjną, siłownia. Obciążenia rosną stopniowo. To okres, w którym praca jest obszerniejsza, a intensywność nie jest aż tak wysoka. Chodzi o to, aby była podbudowa pod cięższy trening, aby potem wykonywać treningi tempowe oraz w trzecim zakresie.

Biegami zajmuje się również twój mąż. Pasja was połączyła, ale w takim związku nie ma się czasem dość biegania?

Mąż też biega, ale niewiele ze sobą trenujemy. Bywam większość czasu w ciągu roku na obozach. On niestety nie ma takiej możliwości. Jeśli biega, to w Warszawie, bo pracuje na SGH. Jak tylko mamy okazję, to staramy się wychodzić na wspólne rozbiegania. Moje wskoczenie na wyższy poziom to ułatwia, bo jestem w stanie pobiec szybciej, a on troszeczkę wolniej i jesteśmy w stanie dopasować się do siebie. Dla nas takie wyjście razem to czysta przyjemność. Nawet gdy jestem w Warszawie, nie zawsze wychodzimy razem. Bardzo często stawiam się na treningi do trenera, gdzie trenujemy w grupie. Mamy inny plan treningowy i obciążenia. Bieganie nie jest żadną przeszkodą, nigdy nam się nie znudzi, bo to dla nas pasja, dla Michała chyba nawet większa niż dla mnie.

Wybiegasz już w przyszłość dalej, np. do 2020 roku i Tokio?

Trochę tak. Nie mogę powiedzieć, że myślę tylko o tym, co jest dzisiaj. Na razie nie można jednak wybiegać aż tak bardzo w przyszłość. Trzeba skupić się na przygotowaniu formy na przyszły sezon i zakwalifikowaniu się na ME. Celem długoterminowym jednak jest kwalifikacja na IO w Tokio. Dodatkowo, bardzo lubię Japonię. Startowałam tam dwa razy w maratonach, w Nagoi i Osace. Organizacja jest perfekcyjna. Jeśli tylko będę miała okazję, na pewno tam jeszcze wystartuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *