Jesień – najlepsza pora do biegania. Dlaczego? [FELIETON]

Autor: Marcin Nagórek • 30.08.2017
flickr.com/Ulf Bodin lic: CC BY-NC-SA 2.0

flickr.com/Ulf Bodin lic: CC BY-NC-SA 2.0

Chyba nikt tak nie cieszy się na nadejście jesieni jak biegacz. Szczególnie biegacz z ambicjami. Wrzesień, październik i listopad to idealna pora na wybieganie życiówki na każdym dystansie.

Wiosna jest piękna, ale jej problem polega na tym, że przychodzi po zimie. Ostatnie były łagodne, bez większego śniegu i mrozu, ale nie zawsze tak jest. Teoretycznie można wtedy zrealizować trening objętości i siły, ale na formę wpływają również inne czynniki. Mało kto pozostaje zdrowy przez całą zimę. W marcu i kwietniu przez kraj przewalają się kolejne epidemie grypy, grypy żołądkowej, anginy i Bóg wie, czego jeszcze. Zbyt często choroba wypada albo w okresie największego natężenia treningu do wiosennego startu, albo tuż przed nim. Wystarczy odrobina pecha i całe przygotowania biorą w łeb. Dodatkowo czyha na nas raptowna zmiana temperatury, która po przygotowaniach w zimie, wiosną potrafi zepsuć najważniejszy start. W czasie takiego Półmaratonu Warszawskiego zdarzały się upały, ale i kilkanaście stopni mrozu. Nie da się tego przewidzieć. Alergicy zaczynają kaszleć, kichać i cierpieć. A jeśli zimą sypnie śnieg i przymarznie lód, biegacze wiosną często mają zaległości szybkościowe i techniczne, po bieganiu w kiepskich warunkach.

Lato także jest piękne, ale… gorące. Biegacze często nie doceniają, jak destrukcyjny wpływ na wynik ma wysoka temperatura. Nie na wszystkich, ale są tacy, którzy już przy +15 stopniach zaczynają biegać i czuć się słabo. Jeśli trafi się +30 lub więcej, uzyskanie życiówki jest praktycznie niemożliwe. Jeśli już – to nie dla ścigaczy. Ten, kto jest wytrenowany w okolice maksimum swoich możliwości i celuje w mocny wynik, nie ma wiele rezerwy wydolnościowej. Biegnie na wysokim tętnie i wysokim procencie maksymalnego pochłaniania tlenu. W upale ilość dostępnej krwi zaczyna się zmniejszać. Duża część, zamiast do mięśni, trafia pod skórę, żeby brać udział w chłodzeniu ciała i uzyskanie maksymalnej wydolności jest niemożliwe. W upale dobrze biegnie tylko ten, który jest dość słabo wytrenowany i biegnie daleko od swoich granic wydolnościowych. To efekt podobny do treningu wysokogórskiego. Dlatego planowanie uzyskania rekordu życiowego latem to rosyjska ruletka. Jest szansa na przeżycie, jeśli trafi się wyjątkowo korzystny dzień, ale równie prawdopodobna jest kompletna katastrofa.

I wreszcie nadchodzi jesień. Biegacz ma za sobą sześć miesięcy dobrego treningu, realizowanego zwykle w odpowiednich warunkach pogodowych, na idealnej nawierzchni. Czy biega rano, czy wieczorem, jest jasno, stabilnie, można biec szybko. Kończy się sezon alergiczny, nie nadszedł jeszcze sezon listopadowych infekcji. Zawodnik jest zrelaksowany po wakacjach i naładowany witaminą D, syntezowaną pod wpływem słońca. Przyzwyczaił się do upału, co spowodowało wzrost ilości krwi krążącej w ciele. Gdy jesienią temperatura zaczyna spadać, nasza wydolność rośnie.

Jesień to żniwa dla biegaczy, idealna pora na bicie życiówek. Czy jest to diabelnie szybkie 5 kilometrów, czy długi i ciężki maraton, nie ma znaczenia. Im chłodniej, tym biega się lepiej. Czas najlepszych biegów przychodzi w październiku, nawet listopadzie. Nawet jeśli poprawiłeś życiówkę wiosną, to jesienią można ją wyśrubować jeszcze bardziej. Do tego mamy sprzyjający kalendarz startów. Dwa największe maratony w Polsce – w Warszawie i Poznaniu, odbywają się jesienią. Podobnie jak Berlin, Frankfurt, Chicago i Nowy Jork. A 11 listopada to dzień największego zagęszczenia biegów w całym kraju. Dlatego kto jak kto, ale biegacz nie ma prawa narzekać na koniec lata. Cieszmy się, bo właśnie zaczyna się prawdziwy biegowy sezon.

Artykuł pochodzi z magazynu BIEGANIE wrzesień 2016

prenumerata1-kopia3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *