Jóźwik, Chojecka, Bukis. Czy możemy mówić o fenomenie polskiej szkoły biegów średnich?

Joanna Jóźwik w akcji podczas biegu eliminacyjnego na 800 m w ME w lekkoatletyce w Zurychu. 13 sierpnia 2014. Fot. PAP

Joanna Jóźwik w akcji podczas biegu eliminacyjnego na 800 m w ME w lekkoatletyce w Zurychu. 13 sierpnia 2014. Fot. PAP

Sezony mijają, lata płyną, a polskie dziewczyny cały czas są mocne w biegach średnich, zwłaszcza na dystansie 1500 m. Dużych nazwisk nie brakuje, znaczących sukcesów też. Dlaczego akurat ta konkurencja? Kto zmierzy się z tym pytaniem?

Anna Bukis. Małgorzata Rydz. Anna Brzezińska. Lidia Chojecka. Anna Jakubczak. Wioletta Frankiewicz. Długa lista. Te panie zna każdy fan biegania, to one dostarczały nam wielu emocji. A walka na bieżni z rywalkami z całego świata nie należała do łatwych. Oj, nie należała.

Embed from Getty Images

Ścigać się z robokopami

Na Gosię Rydz powołuje się dużo młodszych koleżanek. Że to wzór. Że prawdziwy z niej kozak. I superdziewczyna. Fakt, Rydz biegała, że hej. Specjalność – 1500 m. Na tym dystansie dwa razy sięgnęła po brąz halowych mistrzostw Europy, w latach 1994 i 1996. Dwukrotnie dotarła też do finału olimpijskiego. Dla niej odpowiedź na pytanie, skąd te biało-czerwone sukcesy akurat w tej specjalności, jest prosta.

– Mamy naprawdę dobrych trenerów. Mamy i mieliśmy – mówi bez zastanowienia. – Widzimy, jak nasze dziewczyny biegają, ta szkoła trenerska cały czas funkcjonuje. Jedne zawodniczki kończą kariery, inne zaczynają. Następuje rotacja, tak, jak powinno być. Nie jest sztuką ulepić biegacza dzięki farmakologii. A nie ma co ukrywać, że wtedy, kiedy ja biegałam, niestety to farmakologia była górą. Ja i podobne mi dziewczyny byłyśmy tylko tłem. A teraz nie widać Rosjanek, nie widać Rumunek i Bułgarek czy dziwnego pochodzenia Turczynek. Wystarczyło, że kontrola wzięła się za tych ludzi. I okazuje się, że Polacy są dobrzy. Zawsze byli, tylko mojemu pokoleniu trudno było się ścigać z tymi robokopami – przekonuje Rydz.

Przecież jest Szklarska Poręba

Co z biegaczkami z Afryki? W lipcu 2015 roku Genzebe Dibaba, rodem z Etiopii, siostra nie mniej sławnych Tirunesh i Ejegayehu, przebiegła 1500 m w niewiarygodne 3:50,07, co – rzecz jasna – jest rekordem świata. Rekord Polski, od roku 2000 należący do Lidii Chojeckiej, wynosi 3:59,22. Rydz najszybciej ten dystans przemknęła w 4:01,91. –

Afryka była zawsze, oni genetycznie są inaczej uwarunkowani i tego nie przeskoczymy, nie nadrobimy treningiem – mówi teraz. – Niektórzy rodzą się w trudniejszych warunkach bytowych, za to lepszych biegowo, matka natura umożliwiła im treningi na 2000 czy 2500 m n.p.m.

Teraz wyjazdy do Kenii i Etiopii są modne wśród polskich biegaczy, pierwszymi odważnymi, z tego młodego pokolenia, byli bracia Lewandowscy – trener Tomasz i zawodnik Marcin. Rydz zaczyna się śmiać po pytaniu w sprawie podróży do Afryki. – Kiedy my trenowaliśmy i upominaliśmy się o obóz gdzieś poza granicami Polski, w terminie jesienno-zimowym, przyjmowano to jako gwiazdorstwo. Że co tam oni wymyślają, przecież jest Szklarska Poręba, są Międzyzdroje, a to ośrodki że ho, ho. I trzeba było jeździć tam, gdzie wysyłał nas związek, bo paszportów w ręku nikt nie miał. Pozostawało jedynie Font Romeu, przetestowane przez panią Irenę Szewińską i kogoś jeszcze. I Faro w Portugalii – wspomina Rydz.

Królik doświadczalny Króla

Trudno w to uwierzyć, ale ta cała lekkoatletyka w życiu Gosi pojawiła się zupełnie przez przypadek. Prawda, że bardzo chciała zostać uczennicą liceum sportowego, ale w podstawówce grała w koszykówkę i to z koszykówki miała zdawać egzamin sprawnościowy. Biegi były dla niej abstrakcją. I stało się, pomyliła egzaminy i trafiła na ten lekkoatletyczny. Co było robić, przeszła go śpiewająco i została w klasie o takim profilu. Oczywiście z zamiarem, że niebawem przeniesie się do koszykarskiej, tej wymarzonej. Nic z tego, wuefista i trener Jarosław Gądek zobaczył, co ta dziewczyna potrafi na bieżni, i już jej nie wypuścił. Seniorska kariera Rydz, ta najważniejsza, związana była z trenerem Zbigniewem Królem.

– To dzięki niemu wypłynęłam – przyznaje. – Zaryzykowaliśmy pewne metody i jakoś się udało. Guru. Byłam jedną z jego pierwszych zawodniczek na tym poziomie, więc to na mnie, co by nie mówić, eksperymentował. Pan Król miał we mnie królika doświadczalnego. To człowiek, który nie stoi w miejscu, ciekawski, ciągle chce się uczyć. Guru i już – twierdzi Rydz.

Ostatnia perełka to Joasia

W finale olimpijskim w Sydney Jakubczak była szósta, a w Atenach siódma. Dwukrotnie wpadała na metę jako siódma także w mistrzostwach świata. Wszystko na 1500 m. –

Sukcesy w biegach średnich odnosimy od kilku pokoleń, ponieważ mamy fachowców, jak Zbigniew Król i Marek Jakubowski – przekonuje. – Dzięki temu utworzyła się myśl trenerska, która była skutecznie przekazywana. Szkoleniowcy zdobywali doświadczenie i potrafili się nim dzielić. Można powiedzieć, że mamy polską szkołę biegów średnich. Ania Jakubczak prosi, by nie zapominać o starszych trenerach, którzy potrafią odnaleźć młode talenty.

– Wspomnę chociażby pana Anioła ze Stalowej Woli, ostatnia jego perełka to Joasia Jóźwik – przypomina.

Dlaczego Ania nigdy nie wdrapała się na podium wielkiej imprezy?

– Miałam kilka finałów, brakowało niewiele. Może trochę szczęścia, a może nie zawsze brałam udział w czystej walce. W latach, w których biegałam, dominowała Europa, głównie Rosjanki, z którymi rywalizacja z pewnością nie była uczciwa.

Wzorem była dla niej Kamila Gradus.

-Jako młoda zawodniczka miałam okazję trenować w grupie z Kamą. Kojarzy mi się z profesjonalizmem, cierpliwością i konsekwentnym dążeniem do celu. Sukcesy w biegach długich, jeśli chodzi o maratony, w latach 90. były, sięgały po nie właśnie Kama, Wanda Panfil czy Gosia Sobańska. A później, zarówno na 5000, jak i 10000 m, a także 10 km na ulicy, nastąpiła dominacja Afrykanek. Ich mentalność, warunki, w jakich dorastały i wiele innych czynników wpływa na absolutną przewagę nad pozostałymi – uważa Jakubczak.

Grzeczna uczennica ósmej klasy

Chojecka też mówi o trenerach fachowcach w biegach średnich. Wymienia Sławomira Nowaka, Janusza Maciejewskiego, Andrzeja Wołkowyckiego i oczywiście Króla. Ona pracowała z Maciejewskim. – Mamy specjalistów, może stąd te sukcesy – ocenia. – Ale to za mało, najważniejsze, by zawodnik trafił na odpowiedniego trenera, a trener na zawodnika.

Lidzia liczyła sobie 15 lat, była grzeczną uczennicą ósmej klasy, kiedy z małej wioski przyjechała na zawody do Siedlec. Na Puchar Prezydenta czegoś tam. Pobiegła na 1000 m i wygrała, w jakimś bardzo dobrym czasie, choć nie miała o tym pojęcia, bo niby skąd miała wiedzieć. Maciejewski wiedział. Podszedł do tej filigranowej dziewczynki i zaproponował treningi. Jasne, że się zgodziła. O, z takim uśmiechem. – Było fajnie, bo trzy razy w tygodniu mogłam przyjechać do miasta. A potem poszłam do liceum i do internatu. I szybko wygrałam halowe mistrzostwa Polski na 1000 m. Tak się zaczęło – wspomina.

Zajechała trzech „zająców”

Znakomicie łączyła 1500 i 3000 m. W tych konkurencjach – łącznie – zdobyła dziewięć medali halowych mistrzostw świata i halowych mistrzostw Europy. A w roku 2007 w Birmingham, w imprezie tej ostatniej rangi, sięgnęła nawet po dublet. Wytłumaczenie takiego szaleństwa ma proste. No, przynajmniej tak brzmi, bo na bieżni nic nie mogło być proste. – Wszystko wynikało z treningu – wyjaśnia. – Specjalizowałam się w 1500 m, ale czasami, treningowo, biegałam też na 800 i 3000 m. Zwyczajnie miałam sprawdziany na tych dystansach. A w tamtych mistrzostwach troszkę dopisało mi szczęście, bo skończyło się na trzech, nie czterech biegach, bo na trójkę nie zrobiono eliminacji.

Przez jakiś czas wzorem była dla niej fenomenalna Rumunka Gabriela Szabo. Po raz pierwszy panie spotkały się na obozie w Font Romeu. – Jej treningi były kosmiczne, w trzy tygodnie zajechała trzech „zająców”, inaczej nie można tego określić – wspomina Chojecka. A w Polsce? Gosia Rydz i Ania Bukis. – Z Gosią często jeździłam na obozy, byłam w nią zapatrzona. A potem? Potem zaczęłam z nią wygrywać, chyba normalna kolej rzeczy – twierdzi Chojecka.

Cholernie dobry fachowiec

Z Wiolą Frankiewicz trudno się umówić. Trudno wstrzelić się w jej wolną chwilę. Teraz jest mamą dwójki dzieci, w tym 10-miesięcznego malucha. Ciągle ma co robić, na dodatek ostatnio dopadł ich rotawirus, więc mają w domu urwanie głowy.

– Wiadomo, że na tych długich dystansach dziewczyny z Afryki są poza zasięgiem, bo mają o wiele lepszą wydolność od nas, wychowanych na nizinach Europejek. To jest przyczyna ich dominacji – tłumaczy Frankiewicz.

Mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce w Barcelonie. Wioletta Frankiewicz po biegu finałowym na 3000 m. z przeszkodami. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski

Mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce w Barcelonie. Wioletta Frankiewicz po biegu finałowym na 3000 m. z przeszkodami. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski

W biegu na 3000 m z przeszkodami w roku 2006 zgarnęła brązowy medal mistrzostw Europy. Na igrzyskach w Pekinie zajęła w tej specjalności ósme miejsce, cztery lata wcześniej w Atenach była w półfinale rywalizacji na 1500 m. Startowała też na 800, 5000 i 10000 m.

– Dobrych trenerów u nas nie brakuje – zapewnia. – Pracowałam ze Zbyszkiem Królem i uważam go za cholernie dobrego fachowca, absolutnie na poziomie światowym. Przecież on od lat to udowadnia, kogo by nie wziął, ten ktoś poprawia wyniki. Miłościwie panuje nam od lat. I to on stoi za naszymi sukcesami.

Jeżdżą do Kenii i Etiopii
Frankiewicz oskarżeń nie rzuca, co to, to nie. Ale…

– Wiadomo, że nie wszystkie moje rywalki walczyły uczciwie. Ostatnio rozmawiałyśmy z Zuzą Radecką-Pakaszewską, że biegałyśmy w czasach, kiedy sport nie był czysty. Teraz nawet wyniki bywają słabsze, dają medal te, które kilka lat temu nie dawały finału.

W roku 1991 Wanda Panfil dostała się na szczyt, została mistrzynią świata w maratonie, czyli na królewskim dystansie. – Nie brakowało innych znakomitych maratonek, była Grażyna Syrek, Małgorzata Sobańska, jest Iwona Lewandowska. Nic nikomu nie ujmując, ale konkurencja tylko wzrosła, strasznie trudno się przebić. Ile teraz jest czarnoskórych dziewczyn, ilu menedżerów jeździ do Kenii i Etiopii, robi tam nabór, a do Europy przywozi perełki? Wcześniej tak nie było, nie na taką skalę – twierdzi Frankiewicz. Ona wzoru nie miała. To znaczy tego biegowego. Na pierwszym miejscu był szwajcarski maestro tenisa, Roger Federer. Był, jest i będzie.

Bo tam były pieniądze

Guru, czyli Król, teraz pracuje nad formą ośmiusetmetrowca Adama Kszczota. Trener uwielbia matematykę. Został inżynierem, ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą i przez osiem lat pracował na Politechnice Krakowskiej. Okazało się, że bez układów, bez zapisania się do partii, o doktoracie nie ma co myśleć. Postawił zatem na sport. Wcześniej był zawodnikiem, biegał na 3000 m z przeszkodami, należał do kadry narodowej. I już wtedy bardzo interesował go proces szkolenia zawodników, analizowanie, wymyślanie, porównywanie.

– Widziałem błędy, jakie popełniali trenerzy. Trochę uczyłem się na sobie, pomagałem też kolegom. Czułem to i lubiłem – wyjaśnia. Ukończył AWF, miał papiery, by rozpocząć nową pracę. Odszedł z Politechniki.

Niech Król zmierzy się z pytaniem, dlaczego w biegach długich polskie dziewczyny nie mają sukcesów zbliżonych do tych z 1500 czy 800 m? – Zawodniczki o dużych predyspozycjach wytrzymałościowych, niezłe w biegach średnich, nie przedłużały się do 5 lub 10 km, bo nie miały takiej potrzeby. A tylko one mogły tam zaistnieć. Bez wyniku poniżej 4:10 na 1500 m nie ma czego szukać na długich dystansach. Te, które się przedłużały, od razu szły do maratonów, bo tam były pieniądze.

Król wyjaśnia dalej. – Dominacja dziewczyn z Afryki skutecznie odstraszała nie tylko Polki. W biegach średnich sztuką treningową łatwiej było wyrównać różnice w predyspozycjach. Z drugiej strony, mieliśmy też wyniki światowe, choćby złoto w maratonie mistrzostw świata w Tokio czy najlepszy czas na świecie na 3000 z przeszkodami, w roku 2006, Wioli Frankiewicz. Na 3000 metrów Chojecka zdobyła złoto mistrzostw świata w hali. A o możliwościach Polek na tym dystansie stanowią choćby wyniki poniżej 8:45, które, oprócz Chojeckiej, osiągały Renata Pliś, Sylwia Ejdys, Sofia Ennaoui i Wioletta Frankiewicz.

Panzer i kontynuatorzy

Król mówi o polskiej szkole w biegach średnich. O umiejętnościach trenerów, choćby Jana Panzera na początku lat 80. i jego kontynuatorów. Okazuje się, że przeszkodą na długich dystansach jest też klimat.

– Warunki zimowe ograniczają trening, bo bieganie po śniegu i w niskiej temperaturze nie pomaga. W hali trudno biegać dużo i często prowadzi to do kontuzji. A nie każdego stać na wyjazdy klimatyczne – podkreśla szkoleniowiec.

Do tego starty na 5000 i 10 000 m nie są propagowane w telewizji, a w programie krajowych mityngów ich nie ma. I stąd, według Króla, przewaga w polskich sukcesach leży po stronie biegów średnich.

TO RÓWNIEŻ MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

Praca kobiety warta tylko 28 proc. pracy mężczyzny? Mistrzostwa Polski PZLA jako drastyczny przykład nierówności

Biegacze a media. Dlaczego wartość marketingowa polskich wyczynowców jest równa zeru?

Artykuł pochodzi z miesięcznika BIEGANIE maj 2017

prenumerata nowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger