Szczęśliwi biegają ultra [Recenzja]

Książkę „Szczęśliwi biegają ultra” postawiłem obok „Jedz i biegaj” Scotta Jurka i „Biec albo umrzeć” Kiliana Jorneta. Będzie jej tam dobrze. Zasługuje na miejsce wśród lektur obowiązkowych. Nie tylko biegowych.

szczesliwi_biegaja_ultra_500_piks_rgb
Taka sytuacja: dzwoni Leszek – Słuchaj, jaką książkę o bieganiu dorwałem! Czyta się ją jednym tchem. Zabawna, masa ciekawych historii. Momentami można popłakać się ze śmiechu, a czasami ciary po plecach chodzą. Te wszystkie Scotty Jurki, Jornety to się przy tym kryją. W jeden dzień ją przeczytałem. Jacyś Polacy w ogóle ją napisali. Małżeństwo.
Magda i Krzysiek.

Znam ich! – rzucam od razu i dopisuję sobie 100 punktów do lansu, bo w dodatku książkę też już kupiłem. Leszek to doświadczony ultras, który już nie jedne podeszwy zjadł na szlaku, czy tam szlag mu trafił te podeszwy. Jakoś tak. W każdym razie jak mówi mi, żebym się czymś zainteresował, to to robię. To była prawdziwa historia. Dlaczego zacząłem tak osobiście o książce? Bo czytając „Szczęśliwi biegają ultra”, trudno nie odbierać jej osobiście. Z wielu powodów.

Po pierwsze znam autorów. Pracowaliśmy razem w miesięczniku Bieganie. Po drugie, ta właśnie znajomość dobrze oddaje to, jaka ta książka jest. Bo to przede wszystkim wielka przygoda. Zazwyczaj najtrafniejsze są najprostsze skojarzenia, dlatego, gdy moja córka Zoja zapytała mnie co czytam, powiedziałem, że książkę przygodową. Bo jest nią na wskroś: już samo odkrywanie jej kolejnych rozdziałów jest przygodą, bo ma specyficzną strukturę. Trudno ją jednoznacznie zaszufladkować. Wiele książek o bieganiu ma jednorodną konsystencję wyboistej ścieżki wiodącej na szczyt. Czasem bywa to męczące. Po 100 stronach czuję zapach zapoconych butów autora lub autorki, którzy opisują kolejny kilometr trasy. Palce kleją się mi od ich potu i krwi. Tu jest inaczej. Po części książka jest zbiorem pełnokrwistych reportaży, ale możemy też wpaść na fragmenty poradnikowe i skrzące humorem historie o innych ultrasach. Co ważne: są to historie pisane z wyczuciem ludzi, którzy, czy tego chcą czy nie, są już postaciami kultowymi w polskim ultra, sami wyciągali nogi z mokradeł mlaskających na ich widok obleśnymi jęzorami, przymierali z głodu i wyczerpania na pustyni, w dzikich górach i nie boją się pisać o tym jak wiele zawdzięczają przyjaciołom.I chwała im za to!

Z wieloma książkami o biegach długodystansowych mam taki problem, że wydają mi się oderwane od rzeczywistości. Mamy bohatera, który okazuje się być kosmitą z ogromnymi płucami, łydą z tytanu i oceanem czasu, który może przeciekać mu między palcami podczas biegania. Tu otrzymujemy książkę, trochę odjechanych ludzi, którzy muszą się jednak poruszać w polskiej rzeczywistości. Magda i Krzysiek pozwalają czytelnikowi na poznawanie ich powoli. Gdy ja spotkałem ich po raz pierwszy nie do końca rozumiałem ich pasję. No wiecie: na spotkaniu redakcyjnym opowiadali o jakimś puszczaniu pawia w Keswick (teraz uwielbiam tę historię o Bob Graham Round), a z pierwszego tekstu ich autorstwa jaki przeczytałem w Bieganiu zapamiętałem tylko to, że bieganie po pustyni kończy się zazwyczaj w namiocie, w którym jest specjalny koleś od przebijania bąbli na stopach. Krzysiek przynudzał o poprawie techniki biegu metodą Romanova, a Magda twierdziła, że fajnie byłoby pojechać do jakiegoś Boulder pogadać z Krupicką. Ponadto Krzysiek przegiął kiedyś wyjmując „Lore of running” Tima Noakesa przypominając mi w ten sposób, że zajęcia z fizjologii i biomechaniki na AWF nie były moimi ulubionymi. Dziwacy!

Magda i Krzysiek mają w sobie jednak jakąś naturalną siłę przyciągania. Tę siłę przelali do kadzi z farbą drukarską. Dzięki nim można uwierzyć, że to całe latanie po górach, bagnach, pustyniach i śniegu jest w zasięgu zdeterminowanej ręki. Co ważniejsze: można to wszystko robić odnajdując w tym szczęście i realizując siebie nie schodząc jednocześnie na ścieżkę obłędu, szaleńczego zatracenia się w pogoni za mglistymi marzeniami. Pisałem już, że to osobista recenzja, bo ich siły przyciągania doświadczyłem na własnej skórze. Krzyśka poznałem ociupinkę lepiej pisząc o nim tekst do magazynu „Esquire”. Magda z kolei namówiła mnie na spróbowanie smaku biegu ultra. Razem z mężem organizują Chudego Wawrzyńca i powiedziała, że dam radę. Biegałem trochę. Przygotowywałem się do maratonu. O ultra miałem jednak skrzywione wyobrażenie właśnie przez książki wielkich sław. Jurek, Jornet są niesamowici ich historie wciągają, trudno jednak utożsamić się z facetami, którzy połykają 80 km po górach przed śniadaniem, urodzili się niemal na szlaku i większą część roku spędzają w górach. „Szczęśliwi biegają ultra” obalają ten mit. Piszą jak sami zaczynali, jak daleko potrafili zajść, a raczej dobiec, i dają do zrozumienia czytelnikowi w ten nienachalny sposób, bez ewangelizowania i wpierania na siłę, że warto samemu spróbować. Ja spróbowałem i nie żałuję. No może żałuję trochę, że nie napisali tej książki wcześniej, bo już dawno hasałbym po bezdrożach.

Dlaczego jeszcze warto poczytać „Szczęśliwych…”? Te wszystkie barwne przygody, emocje, zawierają odpowiednią dawkę wskazówek. Autorzy opisują co jedli, co mieli na nogach, gdzie popełnili błąd lub na czym zyskiwali. Dla ludzi, którzy chcą mierzyć się z dystansami dłuższymi niż 50 km to wiedza bezcenna. Bo czy wczorajszy kartofelek nadaje się do jedzenia w biegu? Co sądzi o napychaniu żołądka przed podbiegiem Joss Naylor? Jakie majtki nosi „Latający Jezus”? Czy zwykły śmiertelnik ma szansę na start w UTMB? Ta książka jest kopalnią podobnych skarbów starannie przeplatających się na 300 stronach. Większość przeczyta ją od deski do deski. Smakowite kąski można wyjadać jednak jak rodzynki z ciasta – wydziobując konkretne rozdziały. Miejscami jest lekka, a pisać lekko o sprawach ciężkich to prawdziwa sztuka. Im się udało na tyle, że mogłem o upiorach na mokradłach i Krzyśku, który na pingwinich nóżkach kołysał się z zimna czytać zachwyconej Zoi. Gdy trzeba potrafią być na tyle precyzyjni, że gromadzę notatki ze „Szczęśliwych…” dotyczące doboru butów do konkretnego biegu i diety podczas wysiłku. Jak byście tej książki nie czytali, zostanie wam w głowach na długo!

Więcej na temat książki znajdziesz na stronie Wydawnictwa Galaktyka.

Komentarze