Pora na Poznań, czyli jak to się robi w Wielkopolsce

Autor: Marcin Nagórek • 12.10.2017

9. PKO Polmaraton Poznan_Przemyslaw_Szyszk

W niedzielę po raz 18. ruszy maraton w Poznaniu. Impreza od lat podąża własną ścieżką, odmienną niż inne duże polskie biegi. Atutem organizatorów jest lokalność, solidność oraz stabilność.

Dwukrotnie miałem okazję biec maraton w Poznaniu i pamiętam jeszcze czasy zawziętej rywalizacji stolicy Wielkopolski z Warszawą. Bardzo długo była to walka „o największy polski maraton” – w tamtych czasach coraz większa liczba uczestników była głównym powodem do dumy organizatorów. Czasy się jednak zmieniły, obecnie imprezy stają się na tyle masowe, że wprowadza się limity ilości uczestników. Im więcej biegaczy, tym niekoniecznie lepiej. Minęły też lata rywalizacji i maratony w Polsce raczej pokojowo koegzystują. Z perspektywy lat można spojrzeć na bieg w Poznaniu jako na lokalny fenomen, od lat podążający stałą, spójną ścieżką.

W odróżnieniu od Warszawy i paru innych maratonów, Poznań od początku stawia na organizację związaną z miejskimi strukturami. Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji zarządza maratonem od jego powstania i to, co w innych miejscach jest wadą, w połączeniu z wielkopolską solidnością okazuje się zaletą. Biegi organizowane przez struktury urzędnicze często rażą błędami organizacyjnymi i denerwują marnym standardem. Ale nie w Poznaniu. Ekipa organizacyjna ma doświadczenie i wsparcie lokalnych władz, trzyma się pewnych zasad i w efekcie nie przypominam sobie jakichkolwiek wpadek w Poznaniu. W tym roku w półmaratonie wynikła afera związana z nieuznaniem rekordu Polski, ale to w gruncie rzeczy związane było z czymś, co uznaję za pozytywne – chęcią uniezależnienia się od Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i jego problemów, korzystanie raczej ze standardów światowych. Poznań wyciągnął jednak wnioski i uznał, że i tutaj pewna współpraca jest konieczna.

Nigdy nie było jednak wielkich wpadek w stylu słynnej przed laty trasy w Łodzi, gdzie w parku krzyżowały się i łączyły trasy kilku różnych dystansów, w taki sposób, że ostatecznie niemal nikt nie wiedział, gdzie powinien biec. W Poznaniu organizacja jest konserwatywna, w takim sensie, że innowacje wprowadzane są ostrożnie, a jeśli coś się sprawdza, zostaje na zawsze. Przykładem jest trasa – ewoluująca w stronę coraz szybszej, coraz wygodniejszej. Kiedyś problemem były dwie pętle, rodzące zamieszanie przy dublowaniu – zmieniono to i nie ma już powrotu. Słynny podbieg na ulicy Serbskiej znikł i chociaż nadal trasa nie jest zupełnie płaska, skala trudności znacznie się zmniejszyła.

Mam wrażenie, że w Poznaniu w praktyce dzieje się to, co jest w Polsce rzadkie: panuje ogólna zgodność i duch współpracy. W Warszawie organizator maratonu ma często pod górkę, choćby w kwestii wytyczenia trasy. Władze traktują bieg jako zło konieczne, co oznacza mozolne przebijanie się choćby przez strukturę urzędniczą, a także codzienną walkę o sponsorów i przetrwanie. Inna jest publiczność i oczekiwania: Warszawa musi ciągle zaskakiwać i wspinać na wyżyny sprawności organizacyjnej tylko po to, żeby w ogóle przetrwać i udowadniać, że zamykanie ulic miasta ma sens. W Poznaniu rządzą spokój i dialog, a nadzór miejskich służb nad biegiem oznacza, że połowa problemów znika już na starcie.

Mezo Maraton Poznan z Marcinem Nagorkiem

Dobrą cechą Poznania jest silne zakorzenienie w lokalnej strukturze. Maraton jest istotnym wydarzeniem w życiu miasta, promowanym przez władze. Hymn biegu napisał lokalny muzyk – Mezo, który obowiązkowo co roku staje na starcie biegu, a jeśli kiedyś nie da rady, to będzie przynajmniej na mecie. Plany treningowe pisze lokalny trener, gwiazdami są często biegacze z okolicy – w tym roku choćby Agnieszka Janasiak. W ostatnich latach Poznań w fajny sposób wspiera polskich zawodników, którzy zajmują tu wysokie miejsca. Zwycięzca sprzed dwóch lat, Emil Dobrowolski, ponownie pojawi się na trasie. No i sprawa piekielnie ważna: żelazne reguły antydopingowe. Podczas gdy większość biegów lekceważy te kwestie, Poznań od początku przeprowadza bardzo surowe testy i konsekwentnie kara i wyklucza. Nigdzie w Polsce nie złapano i nie odesłano do domu tylu dopingowiczów, co tutaj. Efektem bywają słabsze wyniki na mecie, ale to nie odstrasza organizatorów, co od lat mi imponuje.

Oceniając subiektywnie, Poznań i Warszawa to dwa biegi w najwyższym standardzie, ale o nieco odmiennym klimacie. Aż szkoda, że odbywają się na tyle blisko siebie, że trudno jest pogodzić oba. Inne polskie maratony walczą i często są to świetne imprezy, ale jednak poziom liderów jest na razie nie do doskoczenia. Nawet jeśli zagra wszystko inne, to Warszawa i Poznań wygrywają liczbą uczestników i kibiców albo doskonałym terminem. W obu przypadkach, znając organizatorów, można jechać w ciemno, wiedząc, że będzie po prostu dobrze. Warszawa w tym roku już pobiegana, w niedzielę czas na Poznań.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *