Marathon 7500 – ciężka orka w górach Rumunii (relacja z przygotowań i zawodów)

Bieganie w Bucegach w Rumunii. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Fot. Krzysztof Dołęgowski

– Dwie godziny?! Pięć kilometrów w dwie godziny?! – nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy już znaleźliśmy się na wypłaszczeniu powyżej karkołomnego podejścia z Busteni do chatki położonej poniżej szczytu Caraiman, które ma trochę ponad 1000 metrów. A to tylko jedno z siedmiu podejść, dwa z nich mają 1500 metrów i 1700 metrów. Trasa liczy 90 km, ale to zdecydowanie nie będzie „szybkie 90 km”.

W rumuńskich Bucegach siedzimy już od ponad tygodnia. Zrobiliśmy 6 długich wycieczek górskich, po 4 – 4,5 godziny. Zjedliśmy pudło batoników energetycznych i białkowych, całą lodówkę jajek i furę owoców do porannych omletów. Podczas wycieczek wdrapaliśmy się na każdy szczyt i przełęcz, przez które prowadzi trasa Marathon 7500, przetarliśmy każdą dolinę, szukaliśmy skrócików, które podobno dają lokalesom sporą przewagę, a są dozwolone w regulaminie.

Bieganie w Bucegach w Rumunii. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Fot. Krzysztof Dołęowski

Marathon 7500 to impreza mało znana w Polsce, chociaż Polacy stawiali już na niej kroki. W tym roku odbędzie się już po raz szósty. Zwycięzcom w ubiegłym roku pokonanie bardzo wymagającej trasy zajęło 19 godzin i 17 minut, najszybszy team damsko-męski dotarł na metę po 21 godzinach i 49 minutach. Zważywszy, że do pokonania jest 90 km – to sporo. Rekonesans trasy pokazuje jednak, że aby zrobić takie wyniki naprawdę trzeba się uwijać. 7500 metrów pod górę. Ile to jest? To praktycznie jak wdrapać się z poziomu morza na Pik Pobiedy – jeden z siedmiotysięczników Śnieżnej Pantery. Na każdych 10 km robi się jakieś 833 metry pod górę i w dół. A teren odbiega od szerokich duktów leśnych, szutrówek, tzw. nabijaczy łatwych kilometrów. Tutaj fragmentów płaskich lub sprzyjających do biegania jest tyle co kot napłakał. Techniczne zbiegi również nie dają znacząco się rozpędzić, wymagają dużo czujności.

Bieganie w Bucegach w Rumunii. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Szczyty Bucegów, gór będących fragmentem Karpat Południowych, sięgają 2500 metrów. Na Omu (2507) – najwyższej górze będziemy wchodzić 3 razy z różnych stron. Z dolin położonych trochę poniżej 1000 metrów n.p.m. Znajduje się tutaj najwyżej położone schronisko turystyczne w całych Karpatach. Zwieńczeniem niektórych podejść jest płaskowyż Bucegi z łąkami rzadko spotykanymi na tych wysokościach, gdzie wiatr i deszcz wyrzeźbiły w skałach fantazyjne kształty, na przykład Sfinksa lub grzyby skalne. Doliny mają z kolei rzeźbę iście polodowcową. Potężne lodowe cielska przeorały je swoimi jęzorami, wygładziły, wystromiły zbocza, po których czasem trzeba się wspinać z pomocą łańcuchów. Dna dolina są niemal płaskie, tu i powyżej skalnych ścian można pobiegać. Szlaki poprowadzono bardzo malowniczo, wiją się serpentynami w lasach i wśród skał powyżej nich. Na szczęście – są całkiem dobrze oznakowane. Miejscami można się poczuć jak w Dolomitach, gdy białe, wapienne skały bieleją ponad zielenią traw. Jest pięknie, ale będzie również bardzo trudno.

Bieganie w Bucegach w Rumunii. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Fot. Krzysztof Dołęgowski

Do tego wszystkiego – Rumunia to niedźwiedzie królestwo. Ciocia Wikipedia pod hasłem „Niedźwiedź brunatny” zdradza: „Największa populacja w Europie zamieszkuje Rumunię, gdzie żyje około 5500 osobników”. Tu i ówdzie można się natknąć na tabliczki „Atentie Ursi!”. Sporo mówią o nich również mieszkańcy, radośnie popijając lokalne piwo „Ursus”, które nie ma nic wspólnego z polską marką ciągników. Szczęśliwy los nie zetknął nas jeszcze z brunatnym jegomościem w leśnych odmętach. Może to dzięki temu, że sapiemy głośno na podejściach i spadamy jak grom z jasnego nieba na zbiegach? Niedźwiedzie podobno unikają kontaktu z ludźmi, dlatego trzeba dawać im znać o swojej obecności – rozmową (między sobą, nie z niedźwiedziami!), nuceniem piosenek, sapaniem właśnie. Doedukowaliśmy się trochę. No i spora gromada ludzi, która przewali się tego dnia przez góry raczej zniechęci misie do interakcji.

Bieganie w Bucegach w Rumunii. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Startujemy jutro, 18 lipca, o 6 rano. Pogoda jest niewiadomą – ma być pochmurno, niezbyt ciepło, ale nie zapowiadają, że będzie lało. Oby. Mieliśmy tu już niemiłą próbkę dnia z solidnym deszczem. Oczywiście na podejściach jest bardzo ciepło, ale na górze, na graniach – potrafi dmuchnąć. Oby tylko nie złapała nas jakaś kontuzja, wówczas wszystko powinno zagrać. Czujemy się dobrze, nigdy nie mieliśmy tak dobrze obadanej trasy, nie byliśmy tak dobrze zaaklimatyzowani.

Trasa Marathon 7500:

Trasa Marathon 7500

W strugach deszczu, mgle i zimnie

– Krzysiek, chyba najlepiej będzie jak się na chwilę zatrzymamy i wrzucę sobie folię NRC pod kurtkę. Bo zaraz wychodzimy na dobre z lasu, a mi jest zimno nawet teraz, jak podchodzę – powiedziałam, gdy zbliżaliśmy się do punktu 12. w Valea Gaura. Za chwilę czekało nas bardzo soczyste, pod każdym względem, podejście na Omu. Po raz trzeci tego dnia. Podejście ociekające zimnymi strugami wody lejącymi się z nieba, oblepiającymi bujną roślinność, wśród której kryła się bardzo stroma i śliska jak diabli ścieżynka, kawałeczek powyżej zaczynały się wspinaczkowe odcinki skalne, z łańcuchami. Punkt 12. jest na 1500 metrach n.p.m. Do góry trzeba zatem wypałować jeszcze 1000 m! Omu to najwyższy szczyt, skryty tego dnia w chmurach, smagany wiatrem i deszczem. Wchodziliśmy na niego już 2 razy, mamy za sobą większość trasy i trudności biegu. W nogach 72 km. Do końca zostało 19. Tylko i aż.

Najpierw trzeba się wspiąć o te 1000 metrów do góry. Chociaż nogi, ale przede wszystkim płuca, umęczone ciało, odmawiają już posłuszeństwa. Ciśniemy rzecz jasna, bo do pierwszego teamu mamy zaledwie pół godziny straty, do drugiego 20 minut. Do pierwszego – w generalce. Jeszcze niedawno, w schronisku Salvamont Bran dowiedzieliśmy się, że na zbiegu z Omu nasza strata zmalała o 5 minut! Drugi zespół damsko-męski jest ponad godzinę za nami – więc w swojej kategorii walczyć już nie musimy. Tych przed nami też już nie dogonimy. 19 km to za mało na pościg, zwłaszcza w takim stanie. Ale przypadkiem staliśmy się trochę maskotkami organizatorów i kibiców.

Marathon 7500 - punkt na Babele. Fot. Izabella Daiana

Marathon 7500 – punkt na Babele, jeszcze w bardzo dobrej aurze. Fot. Izabella Daiana

– Obstawialiśmy, że wygracie całość – powiedział nam Cezare, jeden z głównych organizatorów. – Zresztą, chciałbym żeby jakaś dziewczyna dokopała tym chłopakom – wyznał po chwili z szelmowskim uśmieszkiem, gdy rozmawialiśmy w sobotę po zawodach, a nad głowami świeciło nam piękne słońce.

Teraz, przed punktem 12. słońce grzało w zdecydowanie innej części świata. Bucegi opanował mrok. Był już wieczór, robiło się powoli ciemno, a deszcz padał jakby mocniej. – Daj spokój, Magda. Przebierzesz się zaraz, na punkcie, jak będę robił porządek z mapą – powiedział Krzysiek, a gdy dotarliśmy do punktu, okazało się, że strojenie się w złoto i srebro folii NRC nie będzie już konieczne.

– Sorry guys, the race is cancelled! – powiedziała drobna dziewczyna kryjąca się pod zielonym, odschoolowym namiocikiem w Valea Gaura. – To się koleżanki żarciki trzymają – pomyślałam w pierwszej chwili, ale przypatrzywszy się chwilę dłużej jej poważnej twarzy zrozumiałam, że chyba mówi serio. – You’re kidding? – Nie. Nie żartowała. Po raz pierwszy od sześciu lat trafiła się deszczowa pogoda podczas Marathonu 7500. I od razu był to deszcz w pełnej krasie, ze wszystkimi bajerami, bo grzmienie też słyszeliśmy, gdy podchodziliśmy na Omu po raz drugi. Krzysiek był niepocieszony. Ja zdezorientowana. – W sumie, mądra decyzja – myślałam sobie. Choć oczywiście, gdy ma się już tyle za sobą, a tak „niewiele” przed sobą, samemu po prostu by się takiej nie podjęło. Ale oni zrobili to za nas. Pozostawało wymyślić co teraz zrobić, bo drugi team z generalki siedział właśnie u dziewczyn w namiocie. – Lecimy z powrotem do Salvamont Bran, Krzychu, zanim zacznie być naprawdę zimno. Póki woda pod kurtką jest jeszcze ciepła – zadecydowałam. W dół było jeszcze 8 km, aż nie mogłam uwierzyć, że zdołaliśmy od ostatniego punktu zrobić już tyle. Czułam się niby tak źle, a napieraliśmy porządnie.

Podejście na Babele, Marathon 7500. Fot. Silviu Balan

Jedno z podejść na Marathon 7500. Idziemy z Busteni na Babele. Fot. Silviu Balan

Gdy siedzieliśmy już w cieple, rozebrani do rosołu (by the way, rosół też był), owinięci w śpiwór, który dali nam na punkcie, z michą makaronu z sosem i czekaliśmy na transport do Salvamont Pestera, gdzie był start i meta, mieliśmy okazję na trochę refleksji na temat zawodów. Po pierwsze – organizatorzy i wszyscy wolontariusze na punktach uczynili ten wyścig naprawdę fajnym doświadczeniem. Za każdym razem gdy spotykaliśmy ludzi związanych z organizacją – zagrzewali nas do boju, mieli dla nas masę dobrych słów, pomagali nam zaczerpnąć wody, pytali czy wszystko jest ok i czy czegoś jeszcze nie potrzebujemy. W Branie szybciutko nas nakarmili, załatwili gorącą zupę i herbatę dosłownie w ciągu chwili. Informowali którzy jesteśmy, kto jak daleko jest przed nami.

Decyzja o przerwaniu zawodów nie była dla nich łatwa i widać, że mieli później związanego z nią moralniaka. Dopytywali, czy jesteśmy źli, że przerwali zawody. Ale takich zespołów jak my – dobrze radzących sobie z mapą i kompasem, potrafiących się orientować w podłych warunkach i umiejących przyjąć metodę iście oblężniczą – wcale nie było wiele. A na górze zrobiły się dwa stopnie, mgła nie pozwalała zobaczyć budynku schroniska gdy odeszło się od niego parę kroków, padało nieustannie i chłostało zimnym wiatrem. Odcinek, który nas jeszcze czekał w sporym fragmencie prowadził granią, od 2500 do 1900 metrów n.p.m.  W takiej mgle szukanie szlaku odbywało się już głównie za pomocą biegu na azymut. Gdy zbiegaliśmy z Omu po raz drugi, trafiliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie nie było wydeptanej ścieżki. Normalnie trasę znaczą duże biało-czarne słupki z żółtymi trójkątami szlaku. Ale teraz nie było widać ani jednego. Mieliśmy więc małą próbkę nawigacji. Później miało być tego znacznie więcej. – Większość teamów nie miała kompasów, a mapa to dla nich po prostu kolorowy obrazek – powiedział nam Cezare. Nie mam żalu do organizatorów, że przerwali zawody, choć nawet gdybyśmy mocno osłabli – zrobilibyśmy rekord trasy kategorii MIXT.

Z naszym powrotem do Salvamont Bran zrobiliśmy 80 km. Zajęło nam to około 15 godzin. Po tych zawodach doszłam do wniosku, że takie ściganie jest treścią mojego hobby. Zawody, które są prawdziwym wyzwaniem, w których boisz się samej trasy i nie do końca wiesz czy sobie z nią poradzisz. Oczywiście – mocno wpłynęły na to warunki, ale sama trasa, gdzie kilka razy wdrapujesz się o 1500 i więcej metrów do góry, by za chwilę lecieć o tyle samo w dół – jest wyzwaniem. I nie chodzi o dystans, o kilometry, którymi możesz się pochwalić. Bo przecież 80 km podczas Biegu Rzeźnika jestem w stanie zrobić w 10 godzin. I to też nie są łatwe zawody, gdy walczy się o czas, o rekord, z rywalami. Ale biegi, w których ścigałam się do tej pory w Polsce są jednak bardzo przewidywalne. Zawsze istnieje ryzyko kontuzji, albo kłopotu z żołądkiem, który może Cię wyeliminować. Ale tu, gdzie krzaki pełne są niedźwiedzi, a szlaki poprowadzono w sposób szalenie malowniczy, nie idąc na łatwiznę – uczestnictwo nabiera zupełnie innego wymiaru, rumieńców. Poczułam się trochę jak w Lake District podczas Bob Graham Round. Chociaż szlaki oznakowane są znacznie lepiej i częściej dociera się do cywilizacji. Poczułam też, że chcę tu jeszcze wrócić. To były wspaniałe zawody, świetnie zorganizowane, z pomysłem i fantazją. Cieszę się, że mogłam wziąć w nich udział. No i że misie trzymały się od nas z daleka…

Zwycięzcy MIXT. Fot. Marcela Alexandrescu

Zwycięzcy MIXT. Fot. Marcela Alexandrescu

Piękna była chwila, gdy stanęliśmy na szczycie podium. Dostaliśmy spory aplauz, bo całkiem duża grupa została na dekoracji. A największym zdziwieniem była zawartość koperty, którą wręczono nam na podium. Gdy ja otworzyliśmy cali upaprani szampanem, którego zawartość wychlapaliśmy na siebie i większość uczestników – zobaczyliśmy 1000 lei! Niespodziewanie zwróciła się większość wyjazdu. Co za radość zarobić pieniądze w tak wspaniały sposób!

Strona zawodów – w ramach inspiracji 🙂

Wyniki:

Zespoły męskie:
1. Ultrafood Adnrei Tale i Robert Hajnal CP12 13:19:34
2. B&M Bogdan Petrutu i Mihai Grigore CP 11 12:35:34 (dotarli do CP12)
3. evorunners Kovacs Zsolt i Bartha Balint CP11 13:08:35

Zespoły damsko-męskie:
1. Team inov-8 Krzysztof Dołęgowski i Magda Ostrowska-Dołęgowska CP11 12:57:34 (dotarli do CP12)
2. Tantarii Andrei Lutic i Roxana Zapartan CP10 13:03:34
3. Valcenii Pegas Gabriela Elena Nitulescu i Alexandru Florian Nitulescu CP 9 12:46:34

Zespoły damskie:
1. PI-3.14 Paula Dogaru i Iuliana Postica CP9 11:39
2. Sponser Team David Cornelia Gabriela i Dan Andreea Codruta CP8 11:43:34
3. FitClass Girls Ionela Muscalu i Floricica Neascu CP8 13:04:34

Szczegółowe wyniki na stronie time-it.ro

Jedno przemyślenie nt. „Marathon 7500 – ciężka orka w górach Rumunii (relacja z przygotowań i zawodów)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *