Marcin Świerc: „Ultra ma czasem słodki, ale często gorzki smak”

fot: Jan Nyka

Na początku sierpnia zajął dziewiąte miejsce na mistrzostwach świata w długodystansowym biegu górskim, ale wciąż nie zwalnia tempa. Marcin Świerc na początku września planuje start w CCC w Chamonix. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedział o obu tych imprezach, początkach w biegach górskich ultra oraz byciu trenerem dla samego siebie.

Minęło już trochę czasu od startu, ale jak skomentuje Pan swój wynik w Mistrzostwach Świata w długodystansowym biegu górskim, gdzie udało się wywalczyć dziewiąte miejsce.

Bardzo pozytywnie oceniam zawody. Ciekawe technicznie, trasa trochę pode mnie. W zeszłym roku byłem siódmy, teraz dziewiąty, dalej jestem w pierwszej „10” na świecie, więc jestem bardzo zadowolony. Czy mogło być lepiej? Zawsze może być lepiej, ale trzeba się też cieszyć z tego, co udało się wypracować. Teraz jestem już w Chamonix, gdzie mam kolejny start w sezonie w CCC. Mistrzostwa świata były dla mnie trochę takim przetarciem, sprawdzianem po obozie, ponieważ cały lipiec spędziłem na treningach w Alpach.

Konkurencji z Polski uciekł Pan mocno. Wynik drużynowy mógł być lepszy?

Myślę, że mieliśmy szansę na lepszą lokatę drużynowo. Wszyscy mieli świadomość, że pojechała naprawdę mocna ekipa. Niestety nie udało się, mam nadzieję że za rok będzie to nasz cel drużynowy by stanąć na podium. Zabrakło trochę szczęścia może też doświadczenia. Szkoda, bo była ogromna szansa, której nie udało się wykorzystać.

Młodsi zawodnicy w kadrze chętnie słuchają Pana rad?

Nie wiem, to się chyba dopiero okaże w przyszłym roku. Świat poszedł bardzo do przodu i nam ucieka. W zeszłym roku Bartosz Gorczyca z czasem o 15 minut gorszym ode mnie zajął 18. miejsce. W tym roku strata Marcina Rzeszótko była podobna, a zajął dopiero 34. miejsce. Jeżeli chodzi o konkurencję, to mamy co gonić. Wierzę, że do przyszłorocznych MŚ w Karpaczu zbierze się mocna drużyna. Na swojej ziemi naszym celem powinna być walka o jak najwyższe miejsca. Te zawody powinny każdego zmobilizować, młodsi zawodnicy powinni wyciągnąć wnioski i będziemy mogli powalczyć o medal w drużynie. Indywidualnie będzie bardzo trudno. Tu trzeba być zawodowcem – a w naszym kraju nie ma zawodowców.

Startuje Pan w biegach górskich od około 10 lat. Co sprawiło, że zdecydował się Pan akurat na pójście w tę stronę, dodatkowo w biegach ultra?

Chciałem więcej czasu spędzić w górach. A tak poważnie, to przede wszystkim predyspozycje. Nigdy nie byłem sprinterem czy superszybkim biegaczem. Zawsze byłem wytrzymałościowcem, który na każdych krótkich zawodach chętnie robiłby ten sam dystans jeszcze kilka razy. Obecnie najlepiej się realizuje na dystansach od 40 do 80 km.

Jak wyglądała w Polsce popularność, wśród zawodników, biegów górskich, gdy zaczynał Pan starty? Od tego czasu coś uległo w naszym kraju zmianie?

Organizacyjnie na pewno się poprawia. Jest coraz więcej teamów, firm, które angażują się w promocję, sponsorów oraz zawodników zrzeszonych w drużynach. Pogarsza się natomiast poziom. Zawodnicy czasem chcą błyszczeć, są blogerzy czy pseudoblogerzy. Sportowców w Polsce jest wielu, ale często startują po słabych zawodach, gdzie nie ma konkurencji. Rywalizacja z najlepszymi to świetny sposób, aby uczyć się od nich i ich gonić. Dobrze, żeby nie rozmieniać się na drobne i dobrze układać kalendarz startowy. Trudno jechać na Mistrzostwa Świata po przebiegniętych dwóch „setkach”. Są też biegacze bardzo mocni, którzy jednak unikają rywalizacji na ważnych imprezach.

Cieszyłbym się bardzo z poprawy poziomu sportowego. Średniaków mamy naprawdę dobrych, ale dobrze byłoby, gdyby udało im się wybić. Poza tym nie masz szkolenia najlepszych przez związek. Każdy trenuje sam. Brakuje tu wspólnej wizji na kadrę, która może walczyć o medale. Ale od tego jest związek…

fot: Jan Nyka

fot: Jan Nyka

Tegoroczne starty, także ten wrześniowy, podporządkowane są celowi rozłożonemu na 2 lata. To nadal aktualne założenia i dlaczego akurat ten bieg?

Właśnie jestem w Chamonix i patrzę na reklamę, na której bieg porównany jest do piłkarskiego Mundialu. Ten bieg to jak Igrzyska Olimpijskie dla lekkoatlety. Takie znaczenie UTMB Mont Blanc ma dla ultrasów. Rozłożyłem to na dwa lata, bo sam bieg wciąż mnie przeraża. To inny dystans, przygotowania. Trochę się obawiam tego startu. Wiem, co muszę zrobić i stąd te obawy. To wymaga ogromu pracy i mnóstwa czasu, pełnego zaangażowania, samozaparcia. Chcę być dobrze przygotowany, aby móc walczyć o top!!!

Czym trening do biegów w górach różni się od treningu do normalnego biegania? Czym dodatkowo różni się, jeśli wziąć pod uwagę, iż mowa o bieganiu ultra?

Do każdego biegania trzeba podejść rozsądnie i z głową. Przygotowując się do górskich, trzeba poznać ich specyfikę. Główną rolę robią przewyższenia. Trzeba na pewno wytrenować podbiegi i zbiegi. Bardzo ważny jest trening mentalny, bo biega się głównie głową. Każdego ultrasa boli, każdy ma kryzys. Bieganie w terenie jest spokojniejsze dla głowy. Biegałem kiedyś „asfalty” – to była ciągła gonitwa za sekundami, urywanie poszczególnych kilometrów. To było czasem deprymujące. Granice były przesunięte i trudno było o więcej. W górach ciągle mogę je przekraczać. Wciąż nie osiągnąłem swoich możliwości końcowych. Nadal mogę wyznaczać nowe cele, a dodatkowo przebywa się w pięknym terenie.

Przygotowanie do startów odbywa się głównie w górach czy trening prowadzony jest też na innych terenach?

Ja mieszkam na płaskim terenie, na Śląsku. Głównie trenuje właśnie w takich warunkach. Jeżeli chce się jednak walczyć o wyższe cele, to trzeba tez przeznaczyć czas na góry. Dlatego jestem tutaj dwa tygodnie wcześniej. W lipcu spędziłem tu cztery tygodnie. Staram się zaadoptować do przewyższeń. Średnia wysokość w biegu to 1800 metrów. Mieszkam 200 metrów nad poziomem morza, więc jest to ogromna różnica.

Prowadzę zawodników, którzy mieszkają w stolicy czy innych miejscach bez większych górek a osiągają bardzo dobre rezultaty. Każdy teren ma jakąś górkę, tylko trzeba umieć ją wykorzystać.

Bieganie łączy Pan z pracą? Takie „zajęcie” na dwa etaty jest w ogóle możliwe, bo samo bieganie musi pochłaniać mnóstwo czasu?

_mg_9304_foto-jan-nyka

fot: Jan Nyka

Ogromnie, zwłaszcza ultra. Trening trwa kilka godzin, a później są jeszcze obowiązki zawodowe i życie codzienne. Bieganie to praca 24 na dobę. Na co dzień zajmuję się prowadzeniem zawodników, na szczęście jest to praca, którą mogę wykonywać zdalnie. Na wysokim poziomie to łączenie jest trudne, ale jeśli się chce to można bardzo wiele. Trzeba być panem własnego losu i dobrym organizatorem. W życiu są gorsze przeciwności niż te.

Biegacz, trener, fizjoterapeuta – udaje się Panu łączy te zajęcia czy obecnie skupia się Pan na bieganiu?

Obecnie skupiam się na bieganiu i trenowaniu. Szkoła fizjoterapii, którą ukończyłem pomogła mi zdobyć wiedzę. Dzięki temu lepiej znam własne ciało oraz potrafię pomóc swoim zawodnikom. Jestem trenerem sam dla siebie, co jest bardzo trudne, bo muszę sam ze sobą dyskutować. Czasem zdarza się, że mam „lenia” ale wtedy próbuje się zmotywować i iść do przodu.

Co zadecydowało o tym, że sam jest Pan dla siebie trenerem?

Brak trenerów w Polsce.

Nie było nikogo lepszego, kto mógłby pomóc.

Miałem kiedyś z trenera, Czesława Lanchem. Studia, które rozpocząłem nie pozwalały na wyjazdy na treningi. Gdy zacząłem biegać w górach, sam postanowiłem zdobyć doświadczenie i w przyszłości je wykorzystać. Efekt treningowy przyszedł i od kilku lat reprezentuję wysoki poziom. Jako trener nie mam sobie nic do zarzucenia. Jest to bardzo trudne, bo trzeba mieć ogromną samodyscyplinę, samozaparcie i odporność na ból, aby zmusić samego siebie do takiego reżimu treningowego. Czasem sam siebie zaskakuje, ale to dobrze, bo trener musi zaskoczyć zawodnika.

Jeśli ktoś chce zamienić bieganie np. w maratonach, na bieganie górskie, co może sprawić mu największą trudność i najbardziej go zaskoczyć?

Uszkodzenia mięśni. Pierwsze wyjście w góry może być trudne, bo zawodnik, który nie jest przyzwyczajony do takiego ruchu, będzie cierpiał. Wygrywałem już w górach z zawodnikami, którzy maratony biegają w czasie około 2:07. To wymaga treningu, obycia, wybiegania kilometrów. Zawodnik może czerpać z tego radość, bo nie samym ściganiem człowiek żyje. Sama możliwość przebiegnięcia takich zawodów jest czymś wyjątkowym.

Amatorzy mogą zacząć od startów w górach czy lepiej, aby za takie bieganie brały się osoby, które mają już jakieś doświadczenie w biegach?

To sprawa indywidualna. Biegi prostsze, alpejskie czy nawet marszobiegi to bardzo fajna sprawa, więc polecam spróbować. Jeśli ktoś chce biegać, niech spróbuje jakiegokolwiek biegania. To profilaktyka przed chorobami cywilizacyjnymi. Niech wsiądzie na rower, gra w tenisa, to obojętne, jeśli zacznie się ruszać, to już jest zwycięzcą, ma więcej endorfin i frajdy.

Jakiś czas temu głośna była dyskusja o kibicach, gdy jeden z lekkoatletów zwrócił uwagę na to, iż kibice bardziej żyją piłką niż ich występami, choć mają więcej sukcesów. Decydując się na starty w biegach górskich ultra, nikt chyba nie kieruje się wskaźnikami popularności, bo raczej nie jest to najpopularniejszy w Polsce sport.

Oczywiście to sport bardzo niszowy. Nasza grupa biegaczy jest bardzo mała. Czasami to nawet boli, że w tak małym środowisku zdarzają się wojenki. Samo bieganie można pokazać o wiele lepiej. Na Mistrzostwach Świata, to była ich 35. edycja tego biegu, było mnóstwo kibiców. Przy takiej pogodzie, jaka tam była to aż nie do pomyślenia. Dzieci, rodziny, dzwonki – zagranicą to wygląda całkiem inaczej. Możemy się od nich wiele uczyć. Relacja telewizyjna była prowadzona na głównym włoskim kanale telewizyjnym, bo na wielu punktach odżywczych były kamery. Na CCC również z każdego punktu będzie prowadzona relacja. Takie biegi mają przez kilka dni swoją telewizję, całość pokazywana jest w internecie. Następcy na pewno będą mieli w Polsce już lepiej, ale ktoś musi zacząć, ktoś musi być prekursorem.

W tym roku był też chyba pierwszy Pana start poza Europą, w Chinach. Skąd pomysł, aby wystartować akurat tam? Odczuwa Pan potrzebę poszukiwania ciągle nowych wyzwań?

Bieg w Chinach był raczej przygodą życia. To był wyjazd dla mojej narzeczonej na urodziny. To był jeden z powodów. W zawodach startowali mocni „górale” np. międzynarodowy team Salomona. Chciałem zobaczyć imprezę. Połączyłem zwiedzanie ze startem na Murze Chińskim. To była bardziej przygoda niż wyzwanie sportowe.

Góry, świetny krajobraz, powietrze, można pozwiedzać różne miejsca na świecie. Żyć nie umierać. Może to się wydawać wieczną przygodą, ale do tego dochodzi chyba niesamowity wysiłek, jaki trzeba pokonać. Podczas biegu jest w ogóle czas na to, aby zastanowić się nad tym, w jak świetnym miejscu się człowiek znajduje?

Nie jest tak, że ma się na oczach klapki i skupia się tylko na biegu. W Chinach to było na pewno wielkie przeżycie. To zupełnie inna kultura. Biegliśmy wioską, gdzie było widać biedę, pola ryżowe. Pewnie byłem tam pierwszy i ostatni raz w życiu. Cały tydzień czerpaliśmy z tego pobytu. Staraliśmy się zobaczyć wszystkie największe atrakcje Pekinu. Wszystko robiło ogromne wrażenie. Mur Chiński – jeden z cudów świata – coś wspaniałego. Mieliśmy też okazję być na rekonesansie. Na pewno nie jest tak, że nic nie widziałem, bo wybrałem się tam, aby tylko pobiec. Powiedziałbym, że to był taki wakacyjny wyjazd.

fot: Jan Nyka

fot: Jan Nyka

Gdyby chciał Pan zachęcić młode osoby do biegów górskich ultra, to na jakie plusy zwróciłby Pan uwagę, a przed czym ostrzegł?

Ostrzegałbym przed samym ultra. Bardzo późno wystartowałem w swoim pierwszym ultra i wciąż się go boję. To wyzwanie dla organizmu, do którego trzeba być przygotowanym. Przydaje się kilka lat doświadczeń w krótszych biegach. Stopniowo można przechodzić do ultra. Trzeba też umieć się tym bawić. Nie może to być ciągła „napinka” i gonitwa za dodatkowymi kilometrami. Czasami ilość treningu przeważa nad jego jakością. Przez to wielu z nich jest wyczerpanych lub nie potrafią wydobyć swojego potencjału.

W Polsce mamy świetną szkołę ultra. Widać to po „asfaltowcach” – Andrzej Radzikowski, Sebastian Białobrzeski, mistrzyni świata Patrycja Bereznowska. Mam nadzieję, że góry dociągną do nich sukcesami. Sam nie mógłbym się kręcić po pętlach 2-km i tak przez 24 godziny. Wolę biegać od punktu A do punktu B. Moja rada – trzeba spróbować. Trzeba tego skosztować. Ultra ma czasem słodki, ale często gorzki smak.

Biegacz ultra ma czas na odpoczynek czy to zawód, który wykonuje się 24 na dobę, 7 dni w tygodniu przez cały rok?

Musi być odpoczynek. Inaczej bym zwariował. Wrzesień jest dla mnie końcowym miesiącem. W październiku planuję odpocząć. Od listopada biorę się do przygotowania do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Na początku roku są w Hiszpanii, a później w Karpaczu. To sportowy cel na przyszły rok. Miesiąc odpoczynku od biegania jest potrzebny. Będzie to czas na inne aktywności – basen, rower, szosa, MTB i pewnie coś jeszcze. Wyłączę telefon na tydzień i może ucieknę nad morze. Reset jest potrzebny, bo nie da się żyć w takim reżimie non stop. Trzeba trochę zatęsknić i wrócić ze zdwojoną siłą do pracy.

Przez ten czas jest jakieś osiągnięcie, z którego jest Pan szczególnie dumny?

Mam nadzieję, że będę, chociażby po CCC. Chyba z tego, że od kilku lat będąc trenerem sam dla siebie wciąż jestem na topie. Nie sztuką jest zabłysnąć na dwóch-trzech zawodach czy w jednym sezonie. Sztuką jest wytrzymać to przez kilka lat. Mistrzostwa Świata dały mi któryś raz z kolei klasę mistrzowską międzynarodową. W Polsce w tamtym roku miałem ją wśród panów tylko ja, a wśród kobiet Ania Celińska. To, że jestem zauważalny w czołówce światowej i zaliczany do elity to też dla mnie sukces. Ale najważniejsze to być dobrym człowiekiem!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *