Mistrzostwa dyskwalifikacji – czy poziom absurdu w lekkoatletyce sięgnął zenitu? [FELIETON]

Autor: Jakub Karasek • 06.03.2018

dq

Halowe Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Birmingham przeszły do historii. Oprócz rywalizacji oraz sportowych wyników, w tym wielkich emocji związanych z fantastycznymi występami Polaków, z tej imprezy zapamiętamy także całą plagę dyskwalifikacji, które skłaniają do refleksji nad zmianą przepisów.

Stosowanie podwójnych standardów wobec zawodników, zdyskwalifikowanie wszystkich uczestników jednego z biegów eliminacyjnych, zastosowanie kary dyskwalifikacji wobec niektórych medalistów po czym przywrócenie ich na podium – to tylko część z sędziowskich decyzji, które wzbudziły sporo emocji podczas Halowych Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce rozgrywanych w Birmingham. Liczba interwencji sędziowskich była tak duża, że w pewnym momencie kibice po zakończeniu danej konkurencji nie mogli być pewni, że wyniki, które widzieli są ostateczne. Czy te mistrzostwa skłonią wreszcie światowe władze do zmiany przepisów?

Pierwsze absurdy związane z HMŚ w Birmingham nadeszły nie ze strony sędziów, a ze strony… systemu komputerowego. Jeden z faworytów do medalu w biegu na 800 m – lider tegorocznych tabel Emmanuel Korir – nie otrzymał wizy do Wielkiej Brytanii z powodu awarii systemu komputerowego w brytyjskim konsulacie w Nowym Jorku. Również z powodu problemów z wizą do Birmingham nie dotarł 2. na tegorocznych światowych listach na dystansie 1500 m Ayanleh Souleiman czy mistrz olimpijski, mistrz świata i halowy mistrz świata w biegu przez płotki Omar McLeod. Oczywiście winę za taki obrót spraw w pewnym stopniu ponoszą również zawodnicy czy ich rodzime federacje, które mogły wcześniej załatwić wymagane formalności. Jednak nie zmienia to faktu, że niedziałający system komputerowy w ambasadzie kraju, który imprezę organizuje czy problemy z zebraniem odpowiednich dokumentów do wniosku wizowego to kiepskie wytłumaczenie dla pozbawienia sportowca szansy walki o medale mistrzostw globu.

Jeśli chodzi o samą rywalizację w Birmingham, pierwsze wątpliwości pojawiły się już pierwszego dnia imprezy podczas finału kobiet na 3000 m. Bieg był popisem Genzebe Dibaby, a za jej plecami do samej mety toczyła się walka o srebro pomiędzy faworytką gospodarzy Laurą Muir, a dotychczasową halową Mistrzynią Świata na 1500 m – Sifan Hassan. Wychodząc na ostatnią prostą obie zawodniczki biegły przy krawężniku. Słabnąca Hassan na 20 m przed metą zmieniła kierunek biegu, zmuszając szarżującą Brytyjkę od zejścia aż na 3 tor. O ile korekta toru zawodnika biegnącego z przodu w walce o miejsce jest dozwolona, o tyle w tym przypadku nie była to korekta, a dość gwałtowne zabiegnięcie drogi. Ostatecznie nie doszło do żadnej dyskwalifikacji, reprezentantkę Holandii uratował fakt, że nie doszło do bezpośredniego kontaktu pomiędzy nią a Muir. W tej sytuacji trudno uznać, że przeszkodziła rywalce w osiągnięciu lepszego wyniku. Brytyjka nie złożyła nawet protestu, więc dyskusja na temat potencjalnej dyskwalifikacji toczyła się jedynie w przestrzeni internetowej.

fot: Flickr.com/filip bossuyt lic: CC BY 2.0

Postawa Sifan Hassan w finale biegu na 3000 m kobiet wywołała falę dyskusji w internecie na temat potencjalnej dyskwalifikacji zawodniczki. fot: Flickr.com/filip bossuyt lic: CC BY 2.0

Drugi dzień mistrzostw dostarczył zdecydowanie większych „niespodziewanych” emocji. W jednym z biegów eliminacyjnych na 3000 m zdyskwalifikowano 4 biegaczy w tym jednego z faworytów do medali Paula Chelimo. Powód? Przekroczenie wewnętrznej krawędzi bieżni. Z podobnego powodu (przekroczenie linii swojego toru) literki DQ pojawiły się przy nazwiskach 1 półfinalisty 800 m mężczyzn, 1 półfinalistki 800 m kobiet i 3 półfinalistek 400 m kobiet.

Jeszcze ciekawiej sprawy potoczyły się w jednym z biegów eliminacyjnych na 400 m mężczyzn. Najpierw falstart popełnił halowy wicemistrz świata z 2016 r. Abdalelah Haroun, za co otrzymał czerwoną kartkę i nie mógł wystartować. Chwilę później wszyscy pozostali biegacze z tego samego biegu zostali zdyskwalifikowani – za przekroczenie linii torów, po których biegli. Okazało się, że ta pojedyncza seria eliminacji praktycznie mogła się odbyć, gdyż żaden z zawodników nie został sklasyfikowany. Jakby tego było mało, w 5. biegu eliminacyjnym zwycięzca również został zdyskwalifikowany za przekroczenie toru.

400

Wyniki 3. biegu eliminacyjnego mężczyzn na 400 m. Dyskwalifikacja wszystkich zawodników z jednego biegu miała miejsce po raz pierwszy w historii lekkoatletyki. Źródło: www.iaaf.org

Zresztą, męskie 400 m było jedną z konkurencji w największym stopniu dotkniętych wykluczeniami, w tym również w finale. Najdotkliwiej przekonali się o tym Oscar Husillos z Hiszpanii oraz Luguelin Santos z Dominikany. Ci dwaj zawodnicy dobiegli na 1. i 2. pozycji w finale 400 m, pierwszy z nich pobił nawet rekord imprezy, ale… obaj zostali zdyskwalifikowani. Nie trzeba chyba dodawać, że przyczyną pojawienia się przy ich nazwiskach liter DQ było… przekroczenie linii toru.

Oprócz dyskwalifikacji związanych z nadeptywaniem na linie czy przekraczaniem wewnętrznego krawężnika bieżni w hali, można wyróżnić również inną kategorię interwencji sędziowskich, czyli wykluczenia, których nie było. Taka sytuacja pojawiła się w finale 800 m mężczyzn, który dostarczył nam wielu emocji za sprawą fantastycznego występu Adama Kszczota. Na szczęście sprawa nie dotyczyła naszego mistrza. W trakcie walki o pozycję na początku 3. okrążenia Amerykanin Drew Windle oraz Brytyjczyk Elliot Giles przepychali się nieco łokciami, a Amerykanin zahaczył ręką o koszulkę wyprzedzającego go Polaka. Po złożeniu protestu przez Brytyjczyków (Giles dobiegł jako 4., zaś Windle jako 2.), reprezentant USA został zdyskwalifikowany, a oficjalnym powodem wykluczenia miało być właśnie zahaczenie ręką o koszulkę Adama Kszczota. Nasz mistrz sam przyznał, że dla niego ta decyzja sędziów nie była zrozumiała. USA odwołało się od tej decyzji i ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość, Windle został przywrócony na 2. miejsce. Z całego zamieszania wyszła dyskwalifikacja, której nie było.

Taka sama sytuacja miała miejsce w sztafecie kobiet 4×400 m, gdzie oprócz (tym razem zasłużonej) dyskwalifikacji reprezentacji Jamajki, po biegu z tabel wymazano wynik Brytyjek (które dzięki wykluczeniu Jamajki awansowały na podium), a po jakimś czasie przywrócono reprezentację gospodarzy na 3. miejsce.

Myliłby się jednak ten, kto po przeczytaniu powyższych przykładów uznałby, że sędziowie po prostu bardzo uważnie obserwowali wszystkie biegi i restrykcyjnie stosowali przepisy. Przykładem mogą być biegi eliminacyjne na 60 m mężczyzn. W pierwszym za falstart zdyskwalifikowany został Kajmańczyk Kemar Hyman. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że 2 biegi eliminacyjne później, kiedy falstart popełnił reprezentant gospodarzy, sędziowie zdecydowali się pokazać jedynie żółtą kartkę i to nie Brytyjczykowi Andrew Robertsonowi, który wyraźnie ruszył najwcześniej, tylko Turkowi Emre Barnesowi.

Stosowanie podwójnych standardów wobec zawodników jest niewątpliwie problemem, który dotyczy wielu dyscyplin. Jednak w niektórych przypadkach w lekkoatletyce decyzje sędziów są tak niezrozumiałe, że nawet fani bieżni nie są w stanie ich wytłumaczyć. Skoro w 2014 r. w finale 800 m podczas Halowych Mistrzostw Świata rozgrywanych w Sopocie Marcin Lewandowski został zdyskwalifikowany za postawienie kroku od wewnętrznej strony krawężnika okalającego bieżnię, 4 lata później taka sama kara za taki sam czyn spotyka np. Paula Chelimo w eliminacjach biegu na 3000 m, to dlaczego w 2017 r. podczas biegu na 10 000 m w ramach Mistrzostw Świata w Londynie nie zdyskwalifikowano wielkiego faworyta gospodarzy Mo Faraha, który uczynił dokładnie to samo?

Wracając do plagi dyskwalifikacji w Birmingham, warto zastanowić się, co spowodowało, że aż tylu zawodników popełniało to samo wykroczenie, czyli nie utrzymywało się w określonym torze? Otóż przyczyn było kilka. Po pierwsze – problemy z wykonaniem właściwej rozgrzewki – w obiekcie nie ma dodatkowego miejsca, w którym zawodnicy mogliby w komfortowych warunkach przygotować się do startu. Po drugie, sama hala w Birmingham jest dość specyficzna, łuki są mocno profilowane, a szerokość torów, choć zgodna z przepisami, jest mniejsza niż w większości hal, w których rozgrywa się największe mityngi. Po trzecie, zawodnicy nie mieli również okazji przed startem zapoznać się z warunkami panującymi w hali i na własnej skórze przekonać się, jak biega się po specyficznych łukach w Birmingham. A o tym, że ta hala naprawdę potrafi sprawić problemy biegaczom powinien świadczyć fakt, że 15 lat temu podczas Halowych Mistrzostw Świata w tej samej hali również mówiono o całej pladze wykluczeń, choć było ich mniej niż w tym roku.

Oczywiście całą sprawę można byłoby zbagatelizować, a winę zrzucić na zawodników, którzy najczęściej przekraczali tory samodzielnie, nie z powodu jakichś przepychanek z rywalami. Przepisy są jasne – nadepnięcie na linię = dyskwalifikacja. Zresztą w ten sposób zachowały się władze  Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Po finale biegu na 400 m mężczyzn na stronie Stowarzyszenia pojawił się niemal zupełnie pominięty przez środowisko komentarz do masowych dyskwalifikacji.

Rywalizacja w hali znacznie różni się od biegów na otwartym stadionie, zwłaszcza na łukach, na których pojawia się siła dośrodkowa, kiedy zawodnik wychodzi z zakrzywionego łuku na płaską prostą. Wszystkie decyzje o dyskwalifikacjach były podejmowane z wykorzystaniem zapisów wideo dokumentujących przekroczenia torów. Bieganie pod dachem jest specyficznym rodzajem rywalizacji i wielu zawodników poświęca mało czasu na trenowanie w hali. Lepsze zapoznanie się z wymaganiami poszczególnych obiektów przed ważnymi imprezami mogłoby być sposobem na zmniejszenie liczby przewinień. Zamierzamy porozmawiać o tym z lekkoatletami i poznać ich punkt widzenia.

Rzecz w tym, że w sytuacji, kiedy pojawia się tak dużo problemów z utrzymaniem się w torze i w trakcie 4-dniowej rywalizacji mamy aż 27 dyskwalifikacji, widowisko staje się mniej… widowiskowe. Zaledwie 200-metrowe okrążenia w hali powodują, że łuki są ciasne, do tego dochodzi ich nachylenie, którego nie ma na otwartym stadionie, co tworzy zupełnie inne warunki do biegania, ale jednocześnie potrafi stworzyć doskonały spektakl, bowiem rywalizacja w takich warunkach jest jeszcze bardziej zacięta niż na stadionie. Czy warto taki spektakl rujnować masowym wykluczaniem zawodników nawet za minimalne wykroczenia?

Władze IAAF powinny odpowiedzieć sobie na pytanie, po co organizowane są takie imprezy, jak Mistrzostwa Świata i jaką rolę w tym spektaklu mają do odegrania sędziowie? Chodzi przecież o wyłonienie najlepszych zawodników w swoich konkurencjach oraz zapewnienie emocji kibicom. Czy w tej sytuacji konieczne jest aptekarskie podejście do przepisów? A jeśli tak, to czy przepisy nie powinny wcześniej zostać zmienione? Czy sędziowie powinni odgrywać główną rolę w tak dużej imprezie i powodować konsternację oraz dezorientację wśród kibiców?

Chociaż nastąpienie na linię czy przekroczenie wewnętrznego krawężnika bieżni można uznać za próbę skrócenia dystansu, to w praktyce widzieliśmy, że nie miało wpływu na sportowe efekty rywalizacji. Doszło do tego, że zawodnicy, którzy po prostu byli lepsi, tracili wszystko za drobne przewinienie. Najdobitniej wyjaśnił to Pavel Maslak, który po dyskwalifikacji 2 zawodników przesunął się z 3. na 1. miejsce w rywalizacji 400-metrowców. Jak podaje IAAF, po biegu Czech miał jednoznaczne zdanie na temat wykluczeń rywali.

Myślę, że chłopaki byli po prostu mocniejsi ode mnie, nie wiem, co w ich przypadku poszło nie tak. Sądzę, że bez względu na wszystko i tak by mnie pokonali, więc nawet jeśli wyjadę stąd ze złotym medalem, to dla mnie będzie miało smak brązu.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Rozwiązań jest kilka. Pierwsza sprawa to wprowadzić inny rodzaj kar. W tym momencie za jakiekolwiek przewinienie jest tylko 1 sankcja – dyskwalifikacja. To trochę tak, jakby za każdy faul w piłce nożnej pokazywać czerwoną kartkę. Dlaczego nie wprowadzić stopniowania kar – np. kar czasowych za przekroczenie toru, przesunięcia o kilka metrów do tyłu na starcie zamiast dyskwalifikacji za falstart? Dzięki temu uniknęlibyśmy sytuacji w których postawienie stopy o pół milimetra za bardzo w lewo niweczy lata ciężkiej pracy.

Inną propozycją rozwiązania tego problemu mogłoby być dopuszczenie do jednorazowego przekroczenia toru na danym dystansie jedną nogą pod warunkiem, że nie przeszkodziło się w ten sposób żadnemu z rywali. Czyli dokładnie dostosowanie przepisów do opisywanej wcześniej sytuacji Mo Faraha z finału Mistrzostw Świata na otwartym stadionie w Londynie na 10 000 m, gdzie właśnie w ten sposób zinterpretowane zostało zdarzenie. Skoro mamy już precedens, to może warto go wykorzystać do takiego przemodelowania przepisów, by nie psuć sportowego widowiska?

Wydaje się, że poprzez masowe wykluczenia zawodników podczas tegorocznych Halowych Mistrzostw Świata poziom absurdu osiągnął szczyt. Nawet IAAF swoim komentarzem niejako zasugerował, że sytuacja z Birmingham powinna być początkiem dyskusji na ten temat.  Czy zaowocuje to jakimikolwiek zmianami na przyszłość? Znając podejście działaczy sportowych, należy być co do tego raczej sceptycznym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger