Mityngi lekkoatletyczne są… nudne [FELIETON]

Autor: Marcin Nagórek • 30.05.2017
pixabay.com

pixabay.com

Po tym prowokującym tytule wyjaśniam, w jaki sposób fatalnie przeprowadzane transmisje telewizyjne z zawodów biegowych kompletnie rujnują oglądalność tego sportu. Tego się po prostu nie da oglądać, nawet gdy jest się miłośnikiem biegów.

Kolejne zawody lekkoatletyczne, które oglądam w TV, pogłębiają tylko frustrację i zniechęcenie. Inna sprawa, że na żywo czasami nie jest lepiej, ale to, co z biegów robi telewizja, woła o pomstę do nieba. Lekka atletyka, a biegi w szczególności, to dyscyplina, która ma w sobie ogromny potencjał oglądalności. Mamy tu bezpośrednią, dramatyczną walkę sportową, w której liczy się taktyka, pełną zmian pozycji, przepychanek, walki ramię w ramię. Biegacze i biegaczki są na skraju swoich możliwości, co powoduje czasami dramatyczne osłabnięcia, jak na dłoni widać wysiłek oraz zmęczenie. Jest co oglądać. Tymczasem kolejne telewizyjne mityngi są… po prostu nudne.

Składa się na to kilka czynników i bez ich poprawy trudno myśleć o zachęceniu widza. W większości są to drobiazgi i dziwię się, że ani stacje, ani światowe władze lekkoatletyczne nie wprowadzą kilku prostych innowacji, które kompletnie zmieniłyby obraz dyscypliny. A nawiasem mówiąc, jeśli widzowie zastanawiają się, dlaczego możemy oglądać zawody zagraniczne, a polskich praktycznie nie ma – odpowiedź jest prosta. Polskie telewizje każą sobie obecnie płacić za transmisje, również publiczna, i w Polsce żadnego organizatora na to nie stać. Diamentowa Liga czy zagraniczne maratony są sprzedawane jako atrakcyjny produkt i telewizje je pokazują, płacąc za to. To oczywisty nonsens, bo dobre polskie zawody można by opakować i sprzedać bez ponoszenia kosztów opłat licencyjnych. Przekracza to jednak wyobraźnię i możliwości polskich telewizji, w szczególności publicznej.

Co widzimy po włączeniu transmisji z zawodów? Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nasilona obecność Kenijczyków. Samo w sobie nie jest to złe, ale sposób podania… Są to najczęściej kompletnie anonimowi zawodnicy. Nic o nich nie wiemy, komentatorzy nie mają pojęcia, co to za ludzi i skąd się wzięli. Sami biegacze w wywiadach nie potrafią najczęściej powiedzieć ani me, ani be. Co gorsza, firmy produkujące odzież sportową, wykonują niezrozumiałe ruchy – podczas zawodów lekkoatletycznych właściwie wszyscy zawodnicy i zawodniczki są ubrani w identyczne stroje. To kompletny strzał w kolano, bo widz otrzymuje anonimową, czarną masę, w której wszyscy wyglądają tak samo. Trudno komukolwiek kibicować, a bieg zmienia się w nudne przesuwanie czarnych punkcików. Kompletna paranoja.

To jeszcze nie koniec – transmisja sama w sobie jest fatalna. Każdy bieg jest wielokrotnie przerywany, żeby pokazać inne konkurencje, odbywające się w tym samym czasie. W ten sposób odziera się rywalizację z jej podstawowej właściwości – nie da się śledzić konkretnego zawodnika i mu kibicować. Oglądając mityng lekkoatletyczny, otrzymujemy początek i koniec biegu, w którym startuje kilkanaście tak samo wyglądających czarnych punkcików. Niestety, znacznie przyjemniej jest oglądać muchy chodzące po szybie.

Aby zrobić lekką korektę i poprawić strawność dania, nie trzeba wiele. Po pierwsze, wystarczy zróżnicować zawodników – zarówno doborem, jak i strojem. Często pomaga rezygnacja z zająców, bo nadaje to biegom niepowtarzalności i dodaje niepewności, dramatyzmu. I przede wszystkim – trzeba pokazać całość rywalizacji. Realizatorom telewizyjnym nie mieści się chyba w głowie, że ktoś może obejrzeć bieg trwający kilka czy kilkanaście minut. Tymczasem tak jest i na tym polega istota kibicowania. Transmisje z ulicznych maratonów czy wyścigów rowerów cieszą się większą popularnością, bo tam można od początku do końca oglądać samą rywalizację. Widzimy tych samych zawodników, jak się męczą, jak zmieniają pozycję, jak się ustawiają, przyspieszają, zwalniają. O to chodzi, a nie o pokazanie ostatniego okrążenia biegu na stadionie. A równocześnie kibice dyscyplin technicznych też mają pretensje, że skoki czy rzuty są pokazywane za mało. Rozwiązanie jest banalne – większa specjalizacja mityngów i zmniejszenie liczny konkurencji. Mityng biegowy pokazywałby biegi jeden za drugim, a w przerwach między nimi mógłby puszczać reklamy. Mityng techniczny dałby radę pokazywać kilka konkurencji technicznych jednocześnie. To, co otrzymujemy obecnie, jest kompletnie niestrawne, a wystarczyłyby drobne zmiany, żeby poprawić oglądalność.

Ja sam, mimo że jestem kibicem i zawodnikiem od wielu lat, oglądam mityngi niechętnie. Za bardzo denerwuje mnie przerywanie konkurencji i ogólna niestrawność rywalizacji. Wolę przeglądać suche wyniki, które wraz z międzyczasami dają lepszy obraz sytuacji niż transmisja. Co gorsza, telewizje zamiast poprawiać ofertę, coraz bardziej ją pogarszają. Widz potrzebuje prostych informacji, których nie może znaleźć: ile zostało do końca dystansu? Jakie jest tempo? Na jaki wynik biegną zawodnicy? Jaka jest aktualna kolejność? Zapewnienie tego to kwestia banalnych zmian technicznych. Ale zamiast odpowiedzieć na tak proste pytania, stacje kombinują. Podczas transmisji tegorocznych Mistrzostw Świata Sztafet wprowadzono koszmarną nowość – widok z kamerki umieszczonej na koszulce zawodnika. Co widzimy? Nic. Trzęsący się i skaczący obraz, zasłaniany przez kolejnego biegacza. Do tego cięcia, jakie prowadzą operatorzy są koszmarne. Zastanawiam się od dawna, kto tych ludzi bierze do telewizji i skąd? W transmisjach królują szybkie cięcia i zbliżenia na twarze. Odziera to rywalizacje z podstawowej sprawy – nie możemy śledzić wyścigu. Widzimy twarze biegaczy, a nie wiemy, kto gdzie biegnie, jak się przesuwa, jak się zmienia sytuacja taktyczna. Gdyby widz chciał popatrzyć na twarze, włączyłby facebooka, ale dla operatorów transmisji to niezrozumiałe. Zbliżenia są fajne, ale PO biegu – pokazanie pracujących mięśni, odbijających się nóg, spoconych twarzy.

Niestety, oglądając przeciętny mityng w TV otrzymujemy produkt niskiej jakości. Transmisja kiepska, z co gorsza, w Polsce brakuje dobrych komentatorów, którzy znaliby się na rzeczy. A właściwie na dwóch rzeczach: zarówno na spikerce, jak i samej lekkiej atletyce. Nieźle jest na Eurosporcie, gdzie zwykle działa tandem: kompetentny prowadzący i zaproszony gość, znający się na rzeczy. Razem są w stanie jako tako przekazać oglądającemu, o co chodzi, chociaż czasami brakuje im empatii i nie rozumieją, że przeciętny telewidz ma słabą znajomość konkurencji i trzeba mu pewne sprawy wytłumaczyć wyraźniej. W publicznej TVP jest dramat. Mamy tam kilku emerytów, których znajomość zawodników i realiów rywalizacji zatrzymała się mniej więcej na latach 80. XX wieku. Poza wszelką konkurencją jest Marek Jóźwik, który o biegach kompletnie nie ma pojęcia, ale nie zdaje sobie z tego sprawy.

Podsumowując – wszelkie transmisje sportowe zawodów są słabe, a te polskie wręcz dramatycznie słabe ze względu na niekompetencję prowadzących. Z tego powodu, mimo że jestem kibicem, mimo że jestem w pożądanej przez reklamodawców grupie docelowej i mimo że chciałbym – właściwie nie oglądam transmisji z zawodów. Nie da się. Telewizje i federacje albo to zmienią, albo biegi umrą w niej śmiercią naturalną.

ZOBACZ: Dlaczego wartość marketingowa polskich sportowców jest bliska zeru?

Czy zgadzasz się z autorem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *