Przebiegnie 4 pustynie, by zebrać 100 tys zł. „Do celu trzeba dążyć drobnymi krokami” [WYWIAD]

Marek Rybiec

Marek Rybiec, od lat związany z sektorem inwestycji finansowych, podjął się niezwykłego, Podwójnego Wyzwania: chce do końca roku przebiec 4 pustynie, każdą na innym kontynencie. Jego sportowym wyczynom towarzyszy wyzwanie społeczne: biegnąc, chce zebrać środki na zakup wyposażenia medycznego niezbędnego do wykonywania zabiegów przeciwbólowych w Poradni Leczenia Bólu Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedział m.in. o przygotowaniach do startu oraz o tym, co łączy bieganie i biznes.

Na początku chciałbym zadać być może dość banalne, ale chyba niezbędne pytanie. Jak w ogóle wpada się na pomysł, aby przebiec w ciągu roku 4 ultramaratony o długości 250 kilometrów na 4 pustyniach położonych na 4 różnych kontynentach?

Nie jestem oryginalny, bo to nie był mój pomysł. Półtorej roku temu trafiłem na książkę Daniela Lewczuka, a później książkę jego, Marka Wikiery i Andrzeja Gondka, którzy zrobili to 4 lata temu jako pierwsi Polacy. Przebiegli oni właśnie te cztery konkretne maratony. To seria 4 Deserts, która odbywa się co 2 lata. Pomyślałem wtedy, że to coś niesamowitego. Później zobaczyłem, że według tego samego szablonu organizowany jest 250-kilometrowy bieg w Patagonii, który odbył się w listopadzie ubiegłego roku i postanowiłem się na niego zapisać. Konsekwencją udziału w pierwszym biegu, było zapisanie się na cykl ultramaratonów na 4 pustyniach.

Na tle tego wyzwania start w Ameryce Południowej, 250-kilometrowy ultramaraton przez góry Patagonii, trochę wygląda jak przetarcie. To był Pana pierwszy start na tak długim dystansie? Jakie miał Pan wcześniej doświadczenie biegowe?

Mój przykład pokazuje, że nie trzeba być sportowcem z pierwszych stron gazet, aby czegoś takiego dokonać. Jestem menadżerem, na co dzień pracuję przy biurku. Zacząłem biegać mniej więcej 2,5 roku temu. Najpierw było 5 i 10 km, później półmaraton i pierwszy Maraton Warszawski. To było dwa lata temu. W ciągu półrocza miałem trzy maratony, oprócz wspominanego Classic Maraton w Atenach oraz w moje ubiegłoroczne urodziny, 2 kwietnia, start w Rzymie. W górskich biegach sprawdziłem się po raz pierwszy dopiero w tamtym roku. Tu również zacząłem od półmaratonu, potem było czterdzieści parę kilometrów, ponad 50, a sprawdzianem przed Patagonią był bieg na 80 km – UltraKotlina, który odbył się miesiąc wcześniej.

Jak z biznesmena, specjalisty od funduszu inwestycyjnych, zmienia się w ultramaratończyka? To chyba dość niecodzienna ścieżka.

Nie wiem czy jest niecodzienna. Gdyby spojrzeć na osoby, które biegają w sposób bardziej zaawansowany czy na triathlonistów, to często są menadżerowie szukający wyzwań czy jak w moim wypadku oderwania od pracy. Moim zdaniem to całkiem spora grupa. W Patagonii było wiele takich osób. One nie boją się wyzwań, są też w stanie wszystko opłacić, bo nie są to przecież tanie rzeczy.

Teraz łączy Pan jedno z drugim? Jak znaleźć czas na trening, gdy normalnie wykonuje się swoje zajęcia? A może ogranicza Pan je na czas przygotowań?

Nie ograniczam, a nawet pracy mam teraz więcej, bo pół roku temu odszedłem z jednej firmy i założyłem nową. Wiadomo, że na takim etapie jest więcej do zrobienia. Ograniczam inne rzeczy. Prawie w ogóle nie oglądam telewizji, dobrze się organizuję, treningi biegowe mam 4 razy w tygodniu, więc nie tak wiele. Na pewno trzeba chcieć to ze sobą połączyć, mieć zgodę rodziny, przyzwolenie osób, z którymi się pracuję, ale to wszystko jest do zrobienia.

Jak otoczenie reaguje na Pana pomysł? Najbliżsi nie mieli nic przeciwko? Gdy opowiada Pan o tym współpracownikom, osobom z Pana branży nikt nie łapie się za głowę?

Wszyscy łapali się za głowę. Dwa lata temu, gdyby ktoś opowiedział mi o tym pomyśle, sam bym to zrobił. Rodzina spojrzała na to z obawą, ale wsparciem. Bieg był daleko, pierwszy raz w takiej konwencji i na tak długim dystansie. Nigdy nie byłem urodzonym sportowcem, który trenuje od 40 lat. Cały czas nie mam jeszcze sylwetki sportowca, mimo biegania zapewne nadal mam 8-10 kilogramów nadwagi. W firmie, w której byłem prezesem przez ostatnie 5 lat, ludzie byli przyzwyczajeni, że zawsze wymyślałem pewne rzeczy. Część osób była w to wciągnięta. Jak zacząłem biegać, to założyłem nawet kółko biegowe w firmie. Przez pierwsze miesiące sam opłacałem trenera. Ileś osób dzięki tej wspólnej akcji zrobiło później maratony, więc lepiej rozumieli mój pomysł. Reszta patrzyła na to z boku i trzymała kciuki.

Doświadczenie z biznesu pomaga w bieganiu?

Zdecydowanie tak. Cykl takich biegów, w zupełnie różnych miejscach na świecie, to ogromne wyzwanie logistyczne. Nie wystarczy tam pojechać i przebiec. Trzeba zorganizować całą podróż. Na tych biegach wymagane jest około 40-50 różnych elementów sprzętu o bardzo jasnych kryteriach. Zmieniają się one w zależności od biegu. Trzeba zadbać też o jedzenie, lekarstwa. To wyzwanie organizacyjne. Doświadczenie menadżerskie, zdobyte w projektach, w biznesie, bardzo pomaga. W pewnym momencie przydaje się też umiejętność priorytetowania, ustawienia odpowiedniej hierarchii tego, co jest w danym momencie ważniejsze.

Ile czasu zajmuje pokonanie jednego takiego ultramaratonu? Co dzieje się w głowie przez cały ten czas?

Te ultramaratony nie są biegami non-stop, są one rozłożone na kilka dni. To biegi etapowe, są zbudowane podobnie jak Patagonia – 4 dni po 40 km, jeden bieg 80 km i szóstego dnia około 10-15. Czas zależy od terenu, pogody, ale też naszego przygotowania. Zawsze określałem siebie jako biegacza turystycznego. W Patagonii byłem mniej więcej w połowie stawki, bodaj na 300 osób byłem 142. Około 10% osób to byli zawodowcy, którzy mieli czas o wiele szybszy, ale były też osoby, które biegły dwa razy wolniej niż ja. Grupa była różnorodna, co jest bardzo dobre, bo pokazuje, że są tam nie tylko zawodowi biegacze, ale też ludzie, którzy traktują to jako wyzwanie, hobby, a nie pracę. To takie główne przesłanie tych biegów.

Marek Rybiec na mecie ultramaratonu w Patagonii.

Marek Rybiec na mecie ultramaratonu w Patagonii.

Skąd czerpie się motywację, aby podczas tak ekstremalnego wysiłku dotrwać do końca? W trakcie tak długiego biegu muszą być chwile, gdy chce się to wszystko rzucić i wrócić do domu.

W tych biegach wiele osób rezygnuje. Jedni z powodu kontuzji, co jest naturalne, a inni dlatego, że nie wytrzymuje głowa. Nauczyłem się już przy maratonach, że po 20 km wszystko zależy od głowy, a nie od nóg. Zakładam, że biegacze, którzy podejmują takie wyzwanie są przygotowani. Byłem tak zaprogramowany, aby się nie poddawać. Myślę, że doświadczenie menadżerskie też mi w tym pomogło. Założyłem, że jeśli nie pokona mnie kontuzja, to nie może mnie pokonać zmęczenie lub znużenie. Kryzysów było wiele, każdego dnia z innego powodu, ale miałem swoje sposoby, żeby je złamać. Wiedziałem, że to minie, zaciskałem zęby i biegłem dalej. Jedyny sposób, aby to zrobić, to działać krok po kroku, robić jeden po drugim i jeszcze jeden i jeszcze, a w między czasie można śpiewać, modlić się, każdy robi co innego.

Nie ma chyba zbyt wielu osób, którym udało się dokonać podobnego wyczynu. Dołączy Pan do elitarnego grona. Są obawy, że wyzwanie może nie zakończyć się sukcesem?

W Polsce są to 3 osoby. Na świecie to 67 lub 68 osób. To niewiele, w końcu na Mount Everest weszło około 3000 osób. Jestem cały czas w kontakcie z Polakami, którym to się udało. Bardzo mocno mi pomagają, szczególnie Marek Wikiera – logistycznie i mentalnie. Oczywiście, że może się nie udać. Wystarczy kontuzja. Nie mam na takie rzeczy wpływu, a skoro nie mam wpływu, to nigdy o nic takiego się nie martwię. Jeśli chodzi o zmęczenie i głowę – myślę, że dam radę. Oczywiście nie mam gwarancji, ale gdy tworzę firmę, też nie wiem czy wszystko pójdzie tak jak zakładam. To co mogę robię najlepiej jak potrafię i staram się zrealizować cel.

Klasyfikuje Pan jakoś trudność kolejnych biegów? Każda pustynia to zupełnie inne warunki.

Sądzę, że będę w stanie je sklasyfikować po przebiegnięciu. Obawiam się najbliższego biegu – pustyni Namib w Namibii. Może być tam bardzo gorąco, a ja słabo znoszę upały. Chyba na każdego biegacza takie biegi wpływają mocno destrukcyjnie.

Jak w ogóle można przygotować się na taki wysiłek? Jak teraz wyglądają Pana treningi?

W tygodniu trenuję 3-4 razy. Współpracuję z trenerem, który pomaga mi to poukładać. Ćwiczę, to co jest zadane na dany dzień – podbiegi, siła biegowa czy wytrzymałość. Mogą to być też dłuższe wybiegania. W poprzedni weekend miałem najdłuższe wybieganie przed Namibią – 33 km. W najbliższy mam 22 i powoli z tego schodzimy, aby się nie przeforsować przed biegiem.

Czy plan treningowy jest dostosowany pod konkretne warunki? Czym różni się przygotowanie do biegu na Namibii od startu na Antarktyce?

Sam trening raczej nie, bo to dostosowane jest to do dystansu biegu, a ten wszędzie będzie identyczny. Istotna jest kwestia podłoża i terenu. Przed Patagonią starałem się przynajmniej kilka razy pojechać w góry, aby przygotować się do przewyższeń. Teraz będzie ciepło, ale płasko. Nie miałem zbyt wielu możliwości, aby przygotować się na wysoką temperaturę zimą. Kolejną pustynią będzie Gobi, która zaczyna się na ponad 3500 metrów, więc pomiędzy tymi biegami będę starał się kilka razy ruszyć w góry.

Ten bieg to bardzo duży wyczyn sportowy, ale również bardzo istotny cel. Łączy pan wyzwanie sportowe, ze społecznym, bo podczas biegu zamierza Pan przekonywać do pomocy Poradni Leczenia Bólu Fundacji Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa.

Przed Patagonią przyjąłem potrójne wyzwanie. Pierwszym było przebiegnięcie biegów, drugim zebranie 50 tysięcy złotych na naszą sąsiadkę, Basię Bagorro. Zbieraliśmy na sprzęt do kontaktu z otoczeniem, c-eye, czyli cyfrowe oko. Trzecim wyzwaniem jest wyposażenie Poradni z Warszawy. Po Patagonii, wraz z Darkiem Pietluszenką, który biegł ze mną, udało się zebrać pieniądze na pomoc Basi, więc teraz mówimy o podwójnym wyzwaniu. Tak też nazywa się nasza strona oraz Fundusz, który powołaliśmy do życia. Z jednej strony jest bieg, a z drugiej właśnie akcja charytatywna. To wpisuje się w szerszy nurt, modny na Zachodzie, czyli venture philantropy. To nie polega tylko na zbieraniu pieniędzy, ale też wsparciu organizacyjnym. Cały nasz projekt realizowany m.in. z Koalicją Prezesi-Wolontariusze, który funkcjonuje już kilka lat, polega na zebraniu pieniędzy na konkretny cel, ale też powołaliśmy bardzo mocną merytorycznie Radę Funduszu. Będziemy organizować team, który przez kolejne dwa lata będzie współpracował z Fundacją, organizował warsztaty. Celem jest, aby po tym czasie funkcjonowała ona bardziej efektywnie, również finansowo. Wiele takich fundacji ma problemy finansowe. Finansowanie zostało zerwane albo zawieszone.

Miałem okazję poprowadzić pierwszą akcję, która dała mi bardzo dużo do myślenia, dokładnie rok temu. Był to 12. PZU Półmaraton Warszawski, gdzie w ramach akcji #BiegamDobrze udało się zebrać 17 000 złotych na Fundację Wcześniak. To pokazało, że moje bieganie można połączyć z czymś bardzo fajnym. Dla mnie to było ważne, bo mam trójkę dzieci, z czego dwójka była wcześniakami. Wokół Patagonii również udało się zrobić pozytywny szum i zebrać środki dla Basi. Rozszerzyliśmy to teraz, aby nie była to tylko jednorazowa akcja, powołaliśmy Fundusz, aby móc robić to szerzej. Zbiórka na hospicjum to dopiero pierwsza akcja. Chcemy by było ich więcej, bo też jest więcej organizacji, które potrzebują wsparcia.

Marek Rybiec i Basia

Marek Rybiec i Basia

Są już osoby, które zgłaszały się do Pana z chęcią zorganizowana podobnej akcji?

Dopiero startujemy, więc to się okaże. Na dziś z samej Koalicji Prezesi Wolontariusze zgłosił się jeden członek, Marek Jurkiewicz, który współpracuje z nami od lat. Chce on jesienny bieg, 120 km, przyłączyć do mojej akcję i biec w tym samym celu. Fundusz umożliwia zorganizowanie własnego wyzwania i wejście do drużyny osoby, która organizuje podobną akcję. Zachęcamy, jak się włączyć, można się dowiedzieć ze strony www.podwojnewyzwanie.com.

Dziś jest wiele możliwości pomagania innym osobom, fundacjom, ale też ta wielość akcji może być problemem. Żeby namówić do pomocy, trzeba się na tle innych pomysłów wyróżnić, co w tym wypadku udaje się skutecznie robić.

Wydaje mi się, że tak. Rzeczywiście jest dużo akcji, bo sporo jest potrzeb. Trzeba się jakoś wyróżnić. Po moich zbiórkach widzę, że większość stanowią moi i Darka Pietluszenki znajomi, przyjaciele, partnerzy, ale też konkurenci. Pieniądze zebrane dla Basi, w połowie były od osób fizycznych, a w połowie od firm, w tym od moich konkurentów. To też jest fajne, bo pokazuje, że z takim pomysłem na akcję charytatywną, można również uzyskać pomoc od osób, z którymi na co dzień rywalizujemy. Chcieliśmy, aby akcja była atrakcyjna i żeby pokazać, że normalny człowiek jest w stanie podjąć trudne wyzwanie i przy odpowiedniej motywacji zrobić je. Chcę też pokazywać, że każdy z nas może tego dokonać, wystarczy rok, półtora przygotowań.

Pierwszy maraton już za niespełna miesiąc. Myślami jest Pan już na pierwszej pustyni?

Ostatnie miesiące zdecydowanie bardziej poświęcałem organizacji firmy niż Namibii, ale mniej więcej od miesiąca, gdy zacząłem robić wizę w konsulacie w Berlinie, myślami jestem tam bardzo mocno, coraz mocniej. Każdego dnia myślę o poszczególnych elementach, które trzeba już dopinać. Już 25 kwietnia mam wylot, czasu jest coraz mniej.

Marek Rybiec

Mówił Pan o tym, co można przenieść z biznesu do biegania. A co można zyskać dzięki doświadczeniu z biegania w biznesie?

Zależności są podobne. W obu obszarach trzeba być mocno zmotywowanym, mieć plan, trzeba współpracować z innymi ludźmi i drobnymi krokami dążyć do celu. Nie wierzę w to, że jednym dużym krokiem można osiągnąć sukces. To efekt ciężkiej pracy. W obu wypadkach ważne jest, aby do tych projektów zapraszać ciekawe osoby. W firmie i w bieganiu wiele nauczyłem się od innych. W pierwszym biegu w Patagonii bardzo pomogli mi biegacze, którym już udało się tego dokonać. Teraz ja staram się pomagać kolejnym, którzy chcą podjąć takie wyzwanie. Ważne jest przeniesienie wytrwałości w dążeniu do celu, z biegania do biznesu i z biznesu do biegania.

Podwójne wyzwanie

Cel wyzwania Marka, to 100 tys zł. Pieniądze te zostaną przekazane na cele charytatywne dla Poradni Leczenia Bólu Fundacji Hospicjum Onkologicznym św. Krzysztofa. Wejdź na stronę: podwojnewyzwanie.com i wesprzyj działania bohatera akcji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger