Robert Karaś: „W takich wyścigach wygrywa najmądrzejszy, a niekoniecznie najlepszy”

Robert Karaś

W ubiegłym roku pobił rekord świata w podwójnym Ironmanie, ale po ostatnim wyczynie zrobiło się o nim jeszcze głośniej. Robert Karaś został mistrzem świata w potrójnym Ironmanie (11,4 km pływania, 540 km jazdy na rowerze oraz 126,6 km biegu), a dodatkowo w Lensahn w Niemczech o ponad godzinę poprawił najlepszy wynik świata – pokonał dystans w czasie 30 godzin 48 minut i 57 sekund. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedział m.in. o przygotowaniach do startu, kryzysach na trasie oraz kolejnym celu.

Z jakim celem jechał Pan na Mistrzostwa Świata? Wielu sportowców mówi, że jedzie po zwycięstwo, choć dalekie jest to od możliwych założeń, ale Pan chyba czuł się mocny. Myślał Pan o mistrzostwie świata i rekordzie?

Myślałem tylko i wyłącznie o mistrzostwie świata. Wiele osób nakręcało ten rekord. Też myślałem, że jestem na niego gotowy, ale to nie był priorytet. Nawet, gdy wiedziałem, że powiększam przewagę nad rekordem, nie dopuszczałem myśli, że go pobiję. Skupiałem się tylko na tym, aby wygrać wyścig. Tytuł mistrza świata to był główny cel.

Ile czasu trwają przygotowania do takich zawodów?

Specjalistyczny trening trwał rok. Przygotowania trwają jednak całe życie. To sześć lat, w których wyczynowo zajmuję się triathlonem. To też poprzednie lata ze sportem – starty w pływaniu i trochę w piłce ręcznej ukształtowały mnie jako zawodnika do długotrwałych wysiłków. Ciało zawsze gdzieś pracowało na ten sukces. W triathlonie od sześciu lat trenuję sześć z siedmiu dni w tygodniu, więc to nie tylko ten rok specjalistycznych przygotowań.

Pana wynik da się jeszcze poprawić? Są elementy, mógł Pan wykonać lepiej?

Na tej trasie i przy tej temperaturze pogody nie było takiej możliwości. Gdyby start był na płaskiej trasie, można to wykonać równo w 29 godzin. Wystarczy, że trasa będzie płaska, a nie tak jak w Lensahn gdzie przewyższenie wynosiło 3700m. Temperatura powietrza musiałaby być niższa o jakieś 10 stopni. Jest wiele Pucharów Świata na płaskich trasach, choćby 3 tygodnie wcześniej w Austrii. Wkładając w to tyle siły, co teraz, zrobiłbym tam 29:00. Bardziej chodziło mi o tytuł niż o rekord.

Obecnie jest o Panu bardzo głośno, choć to przecież nie pierwszy twój sukces. Podobnego wyczynu dokonał Pan na podwójnym Ironmanie rok temu. Taki rozgłos po wygranej był zaskoczeniem?

Bardzo mnie zaskoczył. Nie sądziłem, że będzie wokół tyle szumu i rozgłosu. W tamtym roku również osiągnąłem ważny dla mnie sukces, w moim zdaniem równie prestiżowym wyścigu. Jedyna różnica była taka, że to był PŚ, a nie tytuł mistrzowski. Nie wiem czy to aż taka zmiana i z tego wynika to zamieszanie. Nie mam pojęcia, ale jestem w szoku.

Przeciętnemu człowiekowi trudno wyobrazić sobie wysiłek, z którym zmaga się Pan na trasie, zarówno psychiczny jak i fizyczny. Trudniejsze jest zapanowanie nad ciałem czy głową? Który z elementów jest ważniejszy?

Szczerze mówiąc byłem tak skupiony, że gdyby nie temperatura nie miałbym żadnych kryzysów. Ze względu na przegrzanie organizmu miałem trzy kryzysy na biegu. Byłem doskonale przygotowany. Faktycznie jak pomyśli się o tych odległościach, jest to coś niewyobrażalnego, ale jak się jest na gotowym, to wcale nie sprawia problemu, zwłaszcza jak przebywa się w wyznaczonych strefach, na które jest się przygotowanym. Byłem mądrym zawodnikiem, nie przekraczałem tego i cały czas świetnie się czułem. Trudno było walczyć w taką pogodą, wiadomo, jakie są teraz upały w Europie. Nawet nawadnianie co kilka minut (w biegu co 1,3 km) i oblewanie się bidonem z lodowatą wodą (na rowerze wylałem ich pod kask 13), nie zmieniło tego, że balansowałem na skraju. Gdyby nie pogoda, wszystko byłoby ok.

Co Pan rozumie pod pojęciem kryzysu, gdy mówi o nim w takim biegu?

Było to coś dziwnego. Pomyślałem sobie: „Jezu, jeszcze 60 kilometrów”. Czułem gorąco, które bardzo mi przeszkadzało. Nagle zacząłem iść. Załamałem się psychicznie tymi długimi myślami, o tym, ile jeszcze muszę biec. Wcześniej w ogóle nie dopuszczałem takiej myśli. Byłem zaprogramowany na wynik, kontrolowanie chłodzenia, nawadniania, żywienia i prędkości. W pewnym momencie dopuściłem do głowy myśli, w postaci tego, ile jeszcze zostało. Ostatnie 60 kilometrów musiałem podzielić na 3 etapy. Po każdym odcinku, po 20 kilometrach, potrzebowałem masażu 2-3 minutowego, żeby głowa odpoczęła. To miała być taka mała nagroda. Dzięki temu przetrwałem. Nie dałbym rady przebiec tego dystansu w ciągu przy takim upale.

Robert Karaś

W trakcie mistrzowskiego biegu zwracał Pan uwagę na konkurencję czy walczył raczej z własnym wynikiem?

Zwrócenie uwagi na innych nic nam nie da. Patrzenie na formę innych nie ma sensu, bo w sporcie wytrzymałościowym i tak trzeba robić swoje. To nie jest boks, w którym kogoś znokautuję będąc niedysponowanym czy w słabszej formie i wygram walkę. Tu jak czegoś nie wytrenuję, to przegrywam. Nie można też reagować w taki sposób, że jak ktoś wyprzedza nas w wodzie, zaczynam się tym martwić i płynę za nim, bo to może być zgubne. Po prostu trzeba robić swoje i na takim dystansie nie zwracać uwagi na rywali. Na mecie dowiaduję się, który jestem i na co było mnie stać. W takich wyścigach wygrywa najmądrzejszy, a niekoniecznie najlepszy.

Wiele osób uważa, że w triathlonach najtrudniejsze jest pływanie. Pan od pływania zaczynał, ale która z konkurencji sprawia największą trudność?

Żadna, choć na początku był to na pewno rower i bieg. Teraz jestem kompletnym zawodnikiem. Po czasie, który przetrenowałem nie czuję się, w którymś elemencie słabszy. Widać to też po wynikach na zawodach, gdzie zazwyczaj wszystko mam na równym poziomie. Nie ma też niechęci do treningu którejś z konkurencji.

Z własnej woli decyduje się Pan na morderczy dla organizmu wysiłek, to pasja. Myśli Pan, że jest w stanie wyjaśnić osobom, które nigdy nie brały udział w podobnych zawodach, co w ogóle sprawia, że chce się to robić?

Każdy ma jakieś swoje małe cele i marzenia. Każdy ma też predyspozycje do czegoś, jedni do biegów długich, inni krótkich. Docelowo chcę się ścigać na ironmanie w przyszłym roku. Teraz chciałem zostać mistrzem świata w ultra, bo wiedziałem, że mam talent po tym, jak rok temu wystartowałem w podwójnym. Nie jest tak, że wciąż chcę więcej kilometrów i mnie to „jara”. Gdyby mistrzostwa były na krótszym dystansie, np. podwójnym, bo to zależy od organizatora, wystartowałbym w nich, bo nie chodzi mi o to, aby startować koniecznie na potrójnym i tak mocno się wyniszczać. Po co to robię? Po to, żeby zdobyć tytuł. Trening do ultra i ironmana nie różni się, trenuję tyle samo, tylko na innych strefach.

W którym momencie zdecydował się Pan całkowicie postawić na sport?

W 2014 albo 2015 roku zdobyłem tytuł mistrza świata strażaków na ironmanie. Pierwszy raz miałem tam „ósemkę” z przodu. Dwa tygodnie później zrobiłem rekord Polski. Zrozumiałem, że muszę zacząć jeździć na obozy i przygotować się, aby zrobić 8:00. Wtedy musiałem wybrać między sportem a pracę zawodową. Wyniki poszły mocno do przodu, jak przyszedłem do straży. W końcu musiałem jednak zrezygnować.

Dyscyplina, w której Pan startuje jest niszowa i więcej w niej raczej pasjonatów niż osób, które chcą na niej dobrze zarobić. Nie było obaw, że problemem będzie finansowanie?

Oczywiście, że były obawy. To zawsze jest ryzyko. Założyłem też amatorską drużynę triathlonową i zająłem się treningiem. To było moje główne źródło utrzymania. Nie było tak, że rzuciłem pracę i wyłącznie przygotowywałem się do zawodów. Trzeba było tylko i aż zrobić wynik, aby zauważyli mnie sponsorzy. Po starcie w podwójnym dwie firmy zwróciły na mnie uwagę i pomogły przygotować się do tego startu. Teraz po raz pierwszy w życiu mam tak, że nie muszę się prosić nikogo i szukać sponsora. Mam teraz taki odzew, że po raz pierwszy mogę wybierać. Marzyłem o tym, żeby móc teraz tak działać.

Robert Karaś

Starty w ironmanie wymagają przygotowania, finansowania, ale też odpowiedniego sprzętu, przede wszystkim roweru. Zdarzało się, że podczas startów, musiał Pan odpuścić z przyczyn technicznych?

Na tym wyścigu nie było takich problemów, ale wcześniej to się zdarzało. W styczniu w Izraelu nie wziąłem ze sobą zapasowych kół. Był tam tak mocny boczny wiatr, że zdmuchnęło mnie z trasy i nie mogłem kontynuować wyścigu, który prowadziłem. Kiedyś na Mistrzostwach Europy zacisnęły mi się klocki hamulcowe. Miałem pechowe sezony. Nie było to zależne ode mnie, ale od sprzętu. To nie kolarstwo, gdzie jedzie za tobą samochód i coś ci wymieni.

Na zawody nie jeździ Pan sam. Kto wspiera Pana w trakcie startów?

Zawsze są to te same osoby – moja żona Natalia i moich trzech przyjaciół – Piotr, Adrian i Janisz. Są ze mną w czasach, gdy uprawiam sport, także w moim życiu codziennym. „Podjarali się” tym, co robię i jeżdżą ze mną na każde zawody. Jeden jest moim mechanikiem, a dwójka jest odpowiedzialna za żywienie i stronę mentalną.

Nie ma potrzeby, aby tych osób było więcej?

To wystarczająca ekipa. Oni też mogą pomagać mi tylko w ultra. Na ironmanie jest ze mną tylko Natalia. Chłopaki mogliby tylko stać za barierkami i mi kibicować. Nikt tam nie może mi nic podać, trzeba korzystać z bufetów żywieniowych organizatora. Oni jeżdżą tylko na ultra, a tych startów w moim życiu będzie już bardzo mało albo w ogóle. Nie ma potrzeby powiększania tego supportu.

Wyznaczył Pan już swój kolejny cel?

Tak. Chcę wygrać Hawaje Ironman. Nie przestanę trenować dopóki tego nie zrobię. Będzie to bardzo trudne, bo to mega prestiżowy wyścig, z mocnymi zawodnikami, ale jestem na to gotowy, a jeśli nie jestem dzisiaj, to na pewno niedługo będę.

To też wymaga dłuższego przygotowania?

Pierwszego września wylatuje na Gran Canarię i wracam dopiero za rok, po Hawajach.

W dyscyplinie, którą Pan uprawia jesteś dość młodym zawodnikiem. Nie ma takich obaw, że za chwilę osiągnie Pan tak wiele, że zabraknie kolejnych celów do wyznaczania?

Na pewno będą, bo aby wygrać Hawaje trzeba naprawdę mocno się napracować. Będę próbował za rok, ale tam jest wielu zawodników z dystansu olimpijskiego, mistrzowie olimpijscy. Dyspozycja dnia będzie decydowała. Takie pytania będę mógł sobie stawiać dopiero jak wygram te mistrzostwa. Teraz o tym nie myślę. Zawsze skupiam się na najbliższym celu. Może potrwa to kilka lat, więc na razie nie biorę sobie tego do głowy.

 

Robert Karaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger