Rywalizacja z czasem – a może czas trochę przystopować? (FELIETON)

Autor: Jakub Karasek • 18.08.2017

angelika_cichocka_londyn_pawel_skraba

Rywalizacja pomiędzy biegaczami czy rywalizacja z czasem? Czego oczekują kibice biegania? Fot. Paweł Skraba

Szybciej, dalej, wyżej, więcej – współcześni sportowcy są pod ogromną presją wyniku. Presją budowaną przez media, organizatorów imprez, sponsorów i kibiców. Presją, która czasami potrafi odrzeć widowisko sportowe z należnej mu dramaturgii.

Sportowcy są często postrzegani przez zwykłych śmiertelników jako mityczni herosi, postacie o niebywałej mocy, które potrafią dokonywać rzeczy z pozoru niemożliwych. Rzeczywiście, 99,9% społeczeństwa nigdy nawet nie zbliży się do rezultatów osiąganych przez najlepszych. To jednak niesie ze sobą spore konsekwencje, przede wszystkim presję na wyniki. Oczekujemy nadludzkich wyczynów, ciągłego przesuwania granic, kolejnych rekordów – szybciej, dalej, więcej. Czy w tym pędzie po spektakularne wyniki nie poszliśmy jednak o krok za daleko?

Presja na nieustanne bicie rekordów w lekkiej atletyce jest widoczna choćby w mityngach Diamentowej Ligi, gdzie w większości biegów średnich czy długich startują pacemakerzy, mający poprowadzić zawodników na określony rezultat. Rekord świata, najlepszy wynik na rocznych listach, rekord zawodów – osoba patrząca z boku może odnieść wrażenie, że jedynym celem zawodników jest wyłącznie pobicie konkretnego czasu. O ile zawodników trudno tu winić, bo każdemu zależy na tym, by notować ciągły progres, o tyle pozostałe strony tej szalonej pogoni powinny zastanowić się dokąd takie podejście prowadzi.

Problem z rekordowymi rezultatami jest taki, że skoro są rekordowe, to mają to do siebie, że padają stosunkowo rzadko. W wielu konkurencjach najlepsze wyniki w historii są tak bardzo wyśrubowane, że aby myśleć o ich pobiciu, muszą zostać stworzone idealne warunki. Zgrać musi się talent i ciężka praca zawodnika, trafienie z formą w konkretny dzień, warunki atmosferyczne, odpowiedni rywale – słowem, cały szereg czynników, które pozwolą w ogóle myśleć o tym, by atakować dany rekord.

Organizatorzy imprez lekkoatletycznych zdają się tego nie dostrzegać, pozostając w przeświadczeniu, że tylko niewiarygodne rezultaty zapewnią im uwagę, oglądalność i splendor. Często wtórują im komentatorzy, dodatkowo budując wysokie oczekiwania wynikowe, a kiedy bieg jest rozgrywany w inny sposób, nierzadko narzekając na „czajenie się” i „brak odwagi” zawodników. Tylko jak w takiej sytuacji ma się czuć kibic oglądający zawody? Nawet, jeśli własnie obejrzał pasjonujący pojedynek, popis kunsztu taktycznego czy bieg trzymający w niepewności kto wygra aż do ostatnich metrów, dominującym uczuciem będzie rozczarowanie, że nikt nie pobił rekordu stadionu czy nie ustanowił najlepszego wyniku na świecie. Tak, jakby to miało kluczowe znaczenie.

Pamiętacie finał Mistrzostw Europy na 1500 m kobiet z udziałem Angeliki Cichockiej? To był najwolniejszy finał na tym dystansie w historii imprezy. Czy w jakiś sposób umniejsza to sukces naszej mistrzyni albo odbiera dramaturgię temu biegowi? Zdecydowanie nie! Nawet dzisiaj, znając ostateczne rozstrzygnięcie, oglądanie tego biegu może przyprawić o szybsze bicie serca. Było tam wszystko – pełne napięcia oczekiwanie na rozwój wypadków, przetasowania w stawce, przyspieszenia i zwolnienia tempa poszczególnych zawodniczek, gwałtowne zerwanie tempa i niesamowita walka na ostatnim okrążeniu. Zapis wideo z tego biegu może służyć jako doskonały materiał szkoleniowy, jak taktycznie rozgrywać tego typu biegi. Ba, na końcowych 500-600 metrach nasi komentatorzy wreszcie weszli w swoją rolę i również starali się dodatkowo budować napięcie, chociaż wcześniej też na siłę szukali jakichś rekordów (cyt. „rekord świata w najwolniejszym biegu”).

Podobną dramaturgię miał bieg na 800 m podczas niedawno zakończonych Mistrzostw Świata w Londynie. Abstrahując od tego, że był niezwykle emocjonujący za sprawą historycznego dokonania Adama Kszczota, sama rywalizacja zawodników okazała się pasjonująca. Zmiany tempa, zmiany na czele, atak Bosse’a (skazywanego raczej na porażkę w wolniejszym biegu) na przeciwległej prostej i wyczekiwanie Adama Kszczota na dogodny moment do wrzucenia najwyższego biegu, które kompletnie zmieniło kolejność na ostatnich metrach – ten bieg był tak dynamiczny i widowiskowy, że wyreżyserowania podobnego spektaklu prawdopodobnie nie powstydziliby się najlepsi filmowcy świata.

Chociaż oba przywołane wyżej biegi stały na wysokim poziomie sportowym, to w żadnym z nich zawodnicy nawet przez chwilę nie myśleli o pobiciu rekordu świata. To była czysta rywalizacja, przyciągająca uwagę i oczy kibiców, budząca emocje i zapadająca w pamięci na długo. Jeśli takim wydarzeniom na bieżni towarzyszy właściwa narracja komentatorów, mamy doskonały produkt, który można sprzedać w zasadzie na całym świecie. Bo wbrew pozorom nie wszyscy oczekują tylko i wyłącznie rekordów, tym bardziej, że wiele osób, nawet trochę interesujących się lekkoatletyką, nie widzi wielkiej różnicy w tym, czy biegacze na 5 000 m pobiegną 13:00 czy 13:30. Z perspektywy amatora jest to po prostu niewyobrażalnie szybko, ale niekoniecznie musi on rozumieć niuanse pomiędzy utrzymaniem tempa 2:36/km a 2:42/km. Natomiast każdy jest w stanie pojąć emocje, jakie wiążą się np. z atakiem na 1 km przed metą któregoś z zawodników, z niepewnością czy uda mu się utrzymać przewagę, czy może na ostatnim okrążeniu któryś z biegaczy nagle przesunie się z końca stawki i wyjdzie na prowadzenie albo czy utytułowany zawodnik, jak np. Mo Farah będzie w stanie podtrzymać swoją mistrzowską passę (jak w biegu na 10 000 m w Londynie) czy ktoś pokrzyżuje mu plany (jak na 5000 m).

Czy zatem powinniśmy zupełnie porzucić marzenia o rekordach i dalszym eksplorowaniu granic ludzkich możliwości? Pod żadnym pozorem. Ale nie dążmy do tego za wszelką cenę i nie oczekujmy od sportowców, że w każdym kolejnym starcie będą biegać szybciej, rzucać dalej czy skakać wyżej, bo w ten sposób skazujemy się na rozczarowanie. Kiedy wyścig przyjmuje formę rozgrywki taktycznej, nie ma sensu narzekanie, że zawodnicy nie osiągną „najlepszego tegorocznego rezultatu na listach światowych” albo że brakuje im odwagi, żeby forsować tempo. Rozgrywka taktyczna otwiera szereg możliwości, daje szanse na sukces tym, którzy w szybkim biegu mogliby się nie odnaleźć i pozwala stworzyć równie pasjonujące widowisko. Warto dostrzegać te niuanse, analizować, kto w takich warunkach ma większe szanse na końcowy sukces i przede wszystkim budować napięcie w taki sposób, by widz przed telewizorem miał poczucie, że właśnie był świadkiem czegoś wyjątkowego. Rywalizacja ramię w ramię, niekoniecznie niewiarygodne czasy, jest tym, co potrafi przyciągnąć kibiców na stadiony i widzów przed ekrany.

Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości, obejrzyjcie finał biegu na 800 m z Igrzysk Olimpijskich z 1972 r. Chociaż w tym samym roku, zwycięzca tej rywalizacji Dave Wottle został rekordzistą świata, dzisiaj mało kto pamięta, że w ogóle widniał na czele listy najszybszych 800-metrowców wszech czasów. Natomiast olimpijski wyczyn biegacza w białej czapeczce z daszkiem dziś krąży po sieci jako przykład tego, że nigdy nie warto się poddawać.

  • Paweł Bednarek

    Test