Archiwa tagu: biegi zagraniczne

Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Maraton w Nowej Zelandii – na końcu świata i do góry nogami

Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Popatrzyliśmy na globus i podrapaliśmy się po głowach. W ramach projektu Accenture Marathon Expedition chcieliśmy wyruszyć najdalej, jak się da. Padło na Nową Zelandię. Wychodziło na to, że czeka nas bieganie do góry nogami. W grawitację oczywiście każdy wierzy, ale rozważaliśmy, czy ona aby na pewno działa, gdy się nieco wyżej podskoczy?

A poważnie – zastanawialiśmy się, jak przetrwamy 25 godzin lotu i jak wygląda nowozelandzka zima (bowiem tam sierpień jest odpowiednikiem naszego lutego). Naszym celem był Five Bridges Marathon, odbywający się na obrzeżach Wellington 23 sierpnia. Z uwagi na koszty Szakale Bałut na tę wyprawę wyruszyły w bardzo okrojonym składzie. Dla mnie miał to być 42. bieg na dystansie 42 kilometrów (na dodatek w 42. roku życia), pierwszy po kwietniowej operacji nogi, podczas której moja pięta pozbyła się kawałka kości. Forma sprzed lat dawno zniknęła, noga wciąż bolała, więc celem było ukończenie zawodów. Szymon Drab wyruszał po to, by powalczyć. To przedstawiciel młodej generacji Szakali, może niezbyt pilnie trenuje, ale wciąż robi postępy. I wreszcie Klaudia Kobus – w zasadzie absolutna debiutantka. Zaczęła biegać wiosną zeszłego roku, sama przyznaje, że chyba nie ma talentu, a dopadło ją już tyle kontuzji, że wystarczyłoby, by obdzielić nimi wszystkie kończyny stonogi. Jesienią ujawniła się u niej poważna anemia, a dwa tygodnie przed wyjazdem trafiła do szpitala… z podejrzeniem udaru. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, a Klaudia dzielnie deklarowała, że skoro się zgłosiła na półmaraton, to go i tak przebiegnie. W dniu wyjazdu pobiła swój rekord długości biegu – zaliczyła 15 kilometrów nieprzerwanego truchtu.

nowa zelandia 2015 157

Szymon, Klaudia i Maciek. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Do Nowej Zelandii wyruszaliśmy na 2 tygodnie – najpierw wędrówka po kraju, a na deser maraton. Wylot mieliśmy z Pragi, a w drodze na lotnisko poprawiliśmy sobie humor składając wizytę w Kaplicy Czaszek w Kudowie. Podróż przez Dubaj i Melbourne przebiegła spokojnie, po prostu była bardzo długa i męcząca. Gdy w samolocie Klaudia obwieściła, że ona też wystartuje w pełnym maratonie, uznałem, że zaszkodził jej wielogodzinny pobyt na znacznej wysokości. Odpowiadając żartem na jej żart rzuciłem, że jeśli na początku wyjazdu przebiegnie 25 km, to pozwolę jej biec maraton (mówiąc to dyskretnie rysowałem palcem kółko na czole).

Ruszając w trasę

W podróż po Wyspie Północnej (czyli tej cieplejszej) wyruszyliśmy wynajętym samochodem. Wybraliśmy najtańszą opcję, a opłata za starego Nissana (620 zł za 14 dni) odpowiadała jego jakości. Trzeciego dnia zapaliła się lampka oznajmiająca awarię silnika, która przestała nas straszyć dopiero ostatniego dnia eskapady. W trakcie większych opadów w bagażniku zbierała się woda, na zakrętach coś stukało, ale mimo wszystko jechał i nas nie zawiódł.

Na miejscu było nieco cieplej niż myśleliśmy – zazwyczaj około 8-12 stopni, za to sporo padało. Odpuściliśmy planowane noclegi w namiocie i korzystaliśmy z tanich hotelików, zwłaszcza że poza sezonem nie było trudno o miejsca. Pod tym względem Nowa Zelandia jest dla turystów bardzo przyjazna. Ceny noclegów kształtowały się wokół 60 zł od osoby, wszędzie mieliśmy dostęp do czyściutkiej, w pełni wyposażonej kuchni, mogliśmy więc gotować obiady. Miejscowi mają szczególne podejście do temperatury – w kuchni oraz łazience po prostu nie grzeją i czasami bywało tam naprawdę zimno.

nowa zelandia 2015 461

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Po przylocie do Auckland najpierw wyruszyliśmy na północ, na półwysep zwany Northland. Tam w nadmorskim miasteczku Paihia zaliczyliśmy trening w bajkowej scenerii. Pogoda była świetna, truchtaliśmy brzegiem morza i drogą wśród pól golfowych z kapitalnymi widokami na usianą wyspami zatokę. Zrobiliśmy 21 km, więc Klaudia po raz kolejny mogła się cieszyć z pobicia rekordu długości biegu.

Szakale w krainie bulgocącego błota

Następnym punktem programu była Rotorua – miasto sławne ze zjawisk geotermalnych. Podziwialiśmy tu gejzery, większe i mniejsze, bardziej i mniej błotne. Niestety – wstęp w najciekawsze miejsca wymaga poniesienia dość znacznych kosztów. Ale warto. W strugach deszczu oglądaliśmy największy gejzer południowej półkuliPohutu. Lokalna ludność maoryska podaje, że jego nazwa powstała, gdy przed laty dotarł tu podróżujący po świecie prosty kmieć spod Ostrołęki. Nieczuły na cuda przyrody, zdenerwowany wykrzyknął: „Po-hu-tu przyjechałem”.

Widzieliśmy też inny gejzer – Lady Knox, który „działa” raz na dobę, gdy obsługujący go mężczyzna w dziurę w ziemi wpakuje porcję mydła. Trafiliśmy na dzień, w którym Lady była wyjątkowo leniwa i obudziła się dopiero po łyknięciu trzeciej mydlanej piguły. Kilkunastometrowy słup wody i kłęby pary robią wrażenie, ale tłum widzów na trybunie i facet z woreczkiem mydła czynią widowisko nieco sztucznym. Znacznie lepiej prezentowały się inne atrakcje – gorące jeziorko z pomarańczowymi brzegami, inne jeziorko o barwie mleczno-seledynowej, kłęby siarkowych oparów wydobywające się z różnych dziur w ziemi. Bardzo nam się spodobał błotny stawek. Zamiast wody gęsta zawiesina, bulgocąca, parująca, z której od czasu do czasu wylatywały w górę bryzgi błota. Gdyby nie temperatura tej papki (około 70 stopni) pomyślałoby się o rozegraniu tu którejś z edycji „Katorżnika”.
W Rotorua zaliczyliśmy kolejne długie wybieganie. Było wspaniale, gdy rano mknęliśmy przez miejski park, w kłębach gęstej pary unoszącej się nad jeziorkami i dziurami z gotującym się błotkiem. Nad całkiem pokaźnym jeziorem Rotorua biegaliśmy wśród siarkowych wyziewów, na dodatek znów sprzyjała nam pogoda. Przydarzył się kolejny cud – Klaudia przebiegła 25 km. Po treningu obwieściła, że jeszcze kilka też by dała radę.

nowa zelandia 2015 1310

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

W drodze do Wellington

Wreszcie dotarliśmy do serca Wyspy Północnej, czyli w góry. W Parku Narodowym Tongariro, który należy do najstarszych na świecie, podziwialiśmy trzy okazałe, ośnieżone wulkany. Nie było nam dane zobaczyć ich szczytów, które wciąż tonęły w chmurach, ale jedna z naszych górskich wycieczek okazała się cudowna. Tam też przekonaliśmy się, że naprawdę trafiliśmy na zimę, gdyż w wyższych partiach gór szusowali narciarze. Dwa dni później – i w innej części wyspy – wreszcie zobaczyliśmy nowozelandzki wulkan w pełnej krasie. Gdy dotarliśmy do podnóża góry Taranaki widzieliśmy tylko chmury, ale następnego dnia spotkała nas nagroda. Na kilka godzin wyłonił się majestatyczny, biały stożek. Ciekawa była też podróż pomiędzy wulkanami. Ponad 100 km tzw. Forgotten World Highway, drogą przez niemal bezludne, niezbyt wysokie góry. Krętą i wąską, z szutrową nawierzchnią. Po drodze osada o nazwie Whangamomona, licząca 30 mieszkańców, która jakiś czas temu ogłosiła niepodległość. Tablica przy drodze informowała, że wjeżdżamy do niezależnej republiki, niestety – nielicznym obywatelom państewka nie udało się wystawić posterunków granicznych. To wówczas poczuliśmy, że dotarliśmy na koniec świata.

Klucząc po Wyspie Północnej dojechaliśmy wreszcie do Wellington, czyli nadszedł punkt kulminacyjny naszej eskapady. Biuro zawodów odszukaliśmy bez trudu. Znajdowało się w osadzie Petone, kilkanaście kilometrów od właściwego miasta, w okazałym budynku, będącym siedzibą robotniczego zrzeszenia społeczno-kulturalnego. Spodziewaliśmy się niszowej imprezy, ale i tak na miejscu byliśy nieco zaskoczeni. W maratonie miało startować około 70 osób, nieco więcej w półmaratonie i w biegu na 10 km. Zawody w Petone odbywają się od kilku lat, ale po raz pierwszy organizatorzy zdecydowali się na przeprowadzenie biegu na królewskim dystansie. Do tego maraton i półmaraton miały wersję dla piechurów, z której – jak się nazajutrz okazało – skorzystali najbardziej wiekowi sportowcy. Niska frekwencja dziwiła nas przede wszystkim dlatego, że wędrując po Nowej Zelandii niemal na każdym kroku spotykaliśmy biegaczy. Niszowość biegu podkreślał pakiet, zlożony z numeru i dwóch (a nie czterech!) agrafek.

nowa zelandia 2015 1503

Ekipa gotowa na wyzwanie. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Szakale na trasie maratonu

Wystartowaliśmy o 8 rano. Baliśmy się niepogody – deszczu i słynnego wiatru z Wellington. Mieliśmy szczęście, nie wiało nadmiernie, nie padało, za to pięknie świeciło słońce. Trasa była dostosowana do kameralnego biegu. Wytyczono ją na zasadzie „tam i z powrotem”. Najpierw uliczkami miasteczka, potem przez pole golfowe, przez most, asfaltem wzdłuż rzeki i dalej – najdłuższy odcinek – gruntową ścieżką, wciąż obok rzeki. Na ścieżce czekały na nas utrudnienia, czyli znajdujące się w kilku miejscach bariery uniemożliwiające wjazd na ciąg pieszy, gdzie trzeba było wykonywać szybki slalom niemal w miejscu. Pierwsza połówka była nieco trudniejsza, gdyż wiodła lekko pod górę i do tego pod wiatr. Na trasie serwowano jedynie wodę, na szczęście z kraju zabraliśmy żele ALE, którymi posilaliśmy się podczas maratonu.

Przez znaczną część biegu współpracowałem z Szymonem. On naprawdę bał się tego startu, gdyż w Rotorua dopadło go zapalenie ściągna Achillesa. Zaleczył je Olfenem, ale przecież maraton to maraton i kontuzja mogła się odezwać. Pierwsze 3 km biegliśmy razem, potem Szymon był nieco z przodu, ale koło 8. km znów się zrównaliśmy. Odtąd dawaliśmy sobie zmiany pod wiatr, każdy prowadził przez 500 m, co świetnie zdawało egzamin. Po nawrocie puściłem kolegę do przodu, wciąż kontrolując to, co robi. Moja noga dawała znać o sobie, ale nie była nadmiernie uciążliwa. Wyprzedziliśmy kilku rywali, a po 30 km zauważyłem, że zbliżam się do Szymona. Wkrótce go doszedłem i znów biegliśmy razem. Planowaliśmy nawet wspólne wbiegnięcie na metę z polską flagą. Niestety – „wykrakałem” nieszczęście. Gdy Szymon zaproponował, byśmy dogonili chłopaka przed nami, odrzekłem, że się lepiej się nie „podpalać”, by nas jakiś skurcz nie złapał. Magiczne słowo zadziałało jak katalizator. Minęły dwie sekundy, po czym mój partner stanął i krzyknął: „skurcz!”. Zobaczyliśmy się więc dopiero na mecie. Ja ukończyłem zawody na 11. miejscu z czasem 3.40, Szymon był 18. (3.45). Operowana noga wytrzymała, nie mam więc prawa narzekać.

nowa zelandia 2015 878_resize

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Znacznie ciekawsze były przygody Klaudii. Tak jak straszyła, wpisała się na listę startową maratonu. Biegła spokojnie, nawet dostojnie. Wszystko szło dobrze do 17. km, kiedy odezwała się dawno zaleczona kontuzja ścięgien stopy. Gdy była na 18. km, a ja mijałem ją po wykonaniu nawrotu, miała na twarzy grymas bólu i szła zamiast biec. Poinformowała mnie, że zaraz odpadnie jej noga. Po dotarciu do mety wróciłem na trasę, by ratować Klaudię. Wyobrażałem sobie, że doczołga się jakoś z czasem koło 7 godzin. Moje zdziwienie było ogromne, gdy krocząc po polu golfowym ujrzałem po drugiej stronie rzeki znajomą sylwetkę. O dziwo – wciąż biegła i wszystko wskazywało na to, że zejdzie poniżej 5 godzin. Zaczekałem, podtrzymałem na duchu, dałem wody i razem potruchtaliśmy do mety. Czas Klaudii był jedną z największych niespodzianek polskiego sportu. Dziewczyna, która dwa tygodnie wcześniej po raz pierwszy w życiu przebiegła 15 km, teraz ukończyła niełatwy maraton w 4.52. Po biegu tłumaczyła nam, że ostatnie 25 km biegła lewą stopę stawiając jedynie na palcach. I nie złapał jej skurcz…

Bieg w Petone był szczególny także dlatego, że nie dekorowano zwycięzców, nie było pucharów, dyplomów, ani nawet przedstawienia najszybszych biegaczy. Dobrze, że na mecie otrzymaliśmy medale. Było też losowanie nagród, nie było ich zbyt wiele, ale każde z nas otrzymało jakiś upominek. Gdy jako trzeci wyczytany został Szymon, zebrani podsumowali naszą dobrą passę burzą oklasków.

Nazajutrz ruszyliśmy w drogę powrotną. Przekonaliśmy się jak wielkie mieliśmy szczeście. Gdy wyjeżdżaliśmy, w Wellington wiało tak, że trudno było iść. Dotarliśmy do lotniska w Auckland – 700 km, potem ponad 30 godzin w samolotach i w terminalach, wreszcie samochodem z Pragi do Łodzi. W podróży prezentowaliśmy się dość osobliwie: wszyscy w zielonych koszulkach Accenture Expedition, niby sportowcy, ale wyraźnie kulejący (przynajmniej Klaudia i Szymon). Wracaliśmy jednak z uśmiechem na twarzach, powtarzając sobie: „warto było!”.

Obszerniejsze relacje, więcej zdjęć i filmy na www.szakalebalut.pl

Lavaredo Ultra Trail 2014 Fot. archiwum organizatora 02

Lavaredo Ultra Trail i Western States 2015 w weekend 26-28 czerwca

Lavaredo Ultra Trail 2014 Fot. archiwum organizatora 02

The North Face Lavaredo Ultra-Trail 2014. Fot. archiwum organizatora

W nadchodzący weekend odbędą się dwa słynne ultramaratony – jeden we Włoszech, drugi w USA (Kalifornia). Na listach startowych są Polacy, a my możemy im zazdrościć wyścigów w pięknych okolicznościach przyrody!

Co łączy te dwie imprezy? Obie są zaliczane do cyklu Ultra-Trail World Tour 2015 (cykl co najmniej 100-kilometrowych popularnych biegów trailowych rozsianych po świecie). Odbywają się w ten sam weekend, na dwóch rożnych kontynentach – niemożliwe jest więc zaliczenie obu imprez w tym roku. Oba biegi cieszą się dużym zainteresowaniem wśród ultrasów. Na liście uczestników Lavaredo Ultra-Trail jest w tej chwili 1225 nazwisk. Na liście Western States jest ich mniej – 338 osób – ale organizator biegu ogranicza liczbę zawodników i na listę można się dostać przez losowanie (o ile spełnia się warunki kwalifikacji).

 The North Face Lavaredo Ultra-Trail 

Termin: 26-28 czerwca 2015 r. (piątek – niedziela)

Miejsce: Włochy, Cortina d’Ampezzo (Dolomity)

Dystans: 119 km

Przewyższenie: 5 850 m w górę

Dystanse towarzyszące: Cortina Trail – 47 km, Cortina Skyrace – 20 km

Informacje: www.ultratrail.it

Lavaredo - profil trasy

The North Face Lavaredo Ultra-Trail – profil trasy

W tym roku impreza w Dolomitach odbędzie się po raz dziewiąty, chociaż dystans na przestrzeni lat był bardzo zmienny – w pierwszej edycji biegu było to 46 km, potem kolejno: 53 km, 60 km, 90 km, 87 km, 118 km, 85,3 km, 119 km.

Bieg rozpocznie się w piątek 26 czerwca o godzinie 23:00. Uczestnicy Lavaredo Ultra-Trail będą mieli do pokonania 119 km, na których czeka ich 5850 metrów podejść. Najwyżej położony punkt na trasie znajduje się na wysokości prawie 2500 m n.p.m. (przy czym miejsce startu/mety – Cortina – położone jest na wysokości 1224 m n.p.m.). Limit czasu na pokonanie tej trasy to 30 godzin. Obowiązują też limity pośrednie na poszczególnych odcinkach biegu. W każdym miejscu z limitem czasu organizator zapewni transport zawodników, którzy nie zdążą ruszyć na dalszą część trasy. Meta zostanie zamknięta w niedzielę 28 czerwca o godzinie 5:00. Na trasie usytuowanych będzie 6 punktów odżywczych oraz 5 punktów medycznych.

W sobotę 27 czerwca o godz. 8:00 wystartuje jedna z imprez towarzyszących – Cortina Trail. To 47-kilometrowy bieg mający na trasie 2650 metrów podejść. Na pokonanie tego dystansu uczestnicy będą mieli 12 godzin. Na liście startowej są w tej chwili 1184 osoby.

Trzecia impreza rozgrywana w Dolomitach w tym czasie to Cortina Skyrace, którego pierwsza edycja wystartuje już w czwartek 25 czerwca o godz. 17:00. Uczestnicy będą mieli do pokonania dystans 20 km, a na trasie będzie ich czekać 1000 metrów podejść. Limit czasu to 3,5 godziny. Na liście startowej jest 290 osób.

Lavaredo Ultra Trail 2014 Fot. archiwum organizatora 03

The North Face Lavaredo Ultra-Trail 2014. Fot. archiwum organizatora

Polacy na trasie

Na liście startowej Lavaredo Ultra-Trail jest aż 98 Polaków, co stanowi 8,7% wszystkich uczestników. Najdłuższy dystans w Dolomitach zdecydowało się pokonać 8 Polek. Lista uczestników 47-kilometrowego Cortina Trail powiększa liczbę Polaków o kolejne 40 nazwisk, w tym 15 kobiet. Na odbywający się po raz pierwszy Cortina Skyrace zdecydowało się 10 Polaków, w tym większość – siedem – kobiet. Na liście startowej 119-kilometrowego dystansu jest m.in. Piotr Hercog – członek teamu Salomon, a także nasz redakcyjny kolega – Kuba Wolski.

Wyniki

Zwycięzcą zeszłorocznej edycji biegu został Anton Krupicka z USA, który pokonał trasę w czasie 12:42:31. Na drugim stopniu podium stanął również Amerykanin, Mike Foot, osiągając czas 12:57:38. Jako trzeci z czasem 13:01:22 na metę wpadł dobrze nam znany Litwin Gediminas Grinius, który często staruje w Polsce (a mieszka w Szczecinie).

Wśród kobiet najszybsza była Rory Bosio z USA, która z czasem 14:29:54 zajęła 18. miejsce w klasyfikacji generalnej. Druga była Włoszka Francesca Canepa (14:45:55, 22. miejsce open), a trzecia również Włoszka – Katia Fori (15:57:27, 35. miejsce open).

Najlepszy rezultat wśród Polaków uzyskał Piotr Hercog, zajmując 15. miejsce w klasyfikacji generalnej z czasem 14:24:43. W pierwszej setce znalazło się jeszcze pięciu Polaków: Oskar Zimny (36. miejsce, 15:58:11), Rafał Jura (49. miejsce, 16:39:58), Jarosław Haczyk (66. miejsce, 17:41:43), Leszek Bułanow (78. miejsce, 18:12:49), Artur Paciorek (83. miejsce, 18:30:17).

Zeszłoroczną edycję imprezy ukończyło 596 osób, w tym 69 kobiet. Do mety dobiegło 31 Polaków. Aby znaleźć się w pierwszej setce wyników, trzeba było osiągnąć czas co najmniej 18:49:58. 23 osoby ukończyło bieg w czasie poniżej 15 godzin, a 145 osób dobiegło do mety przed upływem 20 godzin.

Lavaredo Ultra Trail 2014 - Anton Krupicka. Fot. archiwum organizatora 01

Anton Krupicka – zwycięzca The North Face Lavaredo Ultra-Trail 2014. Fot. archiwum organizatora

 The Western States 100 Mile Endurance Run 

Termin: 27-28 czerwca 2015 r. (sobota – niedziela)

Miejsce: USA, Kalifornia, Squaw Valley (masyw Sierra Nevada)

Dystans: 100 mil (161 km)

Przewyższenie: 5 486 w górę, 7 000 m w dół

Informacje: www.wser.org

Western States - profil trasy

The Western States 100 Mile Endurance Run – profil trasy

Organizatorzy piszą na swojej stronie, że Western States to „najstarszy i najbardziej prestiżowy 100-milowy bieg terenowy na świecie”. Trasa dzisiejszego biegu to tradycyjna trasa Western States Trail Ride – wyścigu konnego. Na pieszo po raz pierwszy ukończył ją Gordy Ainsleigh w 1974 roku i udowodnił, że człowiek na własnych nogach może pokonać ten dystans w jeden dzień. W 1975 roku z wyzwaniem zmierzył się Ron Kelley, ale nie ukończył go. W 1976 roku 30 minut przed upływem 24-godzinnego limitu bieg ukończył znów jeden śmiałek – Ken „Cowman” Shirk. W 1977 roku odbyła się pierwsza oficjalna edycja, w której wzięło udział 14 mężczyzn. Do mety dotarło jednak tylko trzech z nich, a pierwszy był 22-letni Andy Gonzales z czasem 22 godzin i 57 minut. Rok później na start zdecydowało się pięć kobiet, z których najszybsza była Pat Smythe, osiągając czas 29 godzin i 24 minut (limit wydłużono do 30 godzin).

Tegoroczna edycja biegu wystartuje w sobotę 27 czerwca o godz. 5:00. Uczestnicy będą mieli do pokonania dystans 100 mil, czyli 161 kilometrów. Będą biegli przez pasmo górskie Sierra Nevada, z miejscowości Squaw Valley do miejscowości Auburn. Po drodze czeka ich w sumie 5 486 m podejść i 7 000 m zbiegów. Zawodnicy wyruszą z wysokości 1899 m n.p.m., a skończą na wysokości 394 m n.p.m. Najwyższy punkt na trasie – Watson’s Monument – znajduje się na wysokości 2656 m n.p.m., a najniższy – No Hand Bridge – na wysokości 166 m n.p.m. Limit czasu na pokonanie trasy to 30 godzin, a wszyscy zawodnicy, który ukończą ją przed upływem 24 godzin, dostaną nagrodę specjalną.

Western States 2013 - Gordy Ainsleigh

Western States 2013. 66-letni Gordy Ainsleigh, który jako pierwszy w historii ukończył tę trasę pieszo w jeden dzień (1974 r.). Fot. Tonya Perme

Polacy na trasie

W tegorocznej edycji biegu weźmie udział tylko jeden Polak – Bartłomiej Trela, twórca facebookowego profilu Pokonaj Astmę. Trela zamierza być klasyfikowany w cyklu Ultra-Trail World Tour. Miał dużo szczęścia w losowaniu do biegu – został wylosowany już przy pierwszej próbie, podczas kiedy niektórzy biegacze starają się wystartować w Western States od kilku lat, niestety bezskutecznie.

Na liście startowej jest także Gediminas Grinius, który jest co prawda Litwinem, ale dobrze znanym w Polsce – mieszka w Szczecinie i startuje w polskich ultramaratonach. W Western States wystartuje po raz pierwszy.

Wyniki

Lista TOP 10 najlepszych wyników imprezy w historii jest zdominowana przez Amerykanów. Najlepszy rezultat – jedyny poniżej 15 godzin – uzyskał w zeszłym roku 37-letni Rob Krar14:53:22. Wśród kobiet rekordzistką jest Amerykanka Stephanie Howe, która również w zeszłym roku uzyskała czas 18:01:42. Aby znaleźc się na liscie 10 najszybszych mężczyzn Western States, należy pokonać trasę w czasie poniżej 16 godzin, 36 minut i 42 sekund. U kobiet ta bariera to 21 godzin, 24 minuty i 43 sekundy.

Na przestrzeni lat gwiazdą Western States stał się Scott Jurek, który po raz pierwszy wystartował w imprezie w 1999 roku i zwyciężył. Wygrywał też w kolejnych latach. W sumie odniósł 7 zwycięstw z rzędu, w latach 1999–2005.

W 2014 roku w imprezie wystartowało 376 zawodników, a ukończyło 296 (78,8%). W czasie poniżej 24 godzin do mety dobiegło 129 osób, czyli 43,5% wszystkich finiszerów. Największy odsetek startujących zawodników ukończył bieg w 2011 i 2012 roku – w obu tych edycjach do mety dobiegło 82,7% osób stających na linii startu. Metę co roku osiąga zwykle „większa połowa” startujących. Ostatnio mniej niż 50% uczestników ukończyło bieg w 1980 roku (124 osoby z 251 startujących).

Western States 2013 - Timothy Olson

Timothy Olson (zwycięzca) na mecie Western States 2013. Fot. Tonya Perme
Dragons_Back_Race_2012 Fot. Alstair Lee

Pierwszy Polak na Dragon’s Back Race – 22 czerwca 2015

Dragons_Back_Race_2012 Fot. Alstair Lee 3

Dragon’s Back Race 2012. Fot. Alstair Lee

Robert Zugaj będzie pierwszym Polakiem, który wystartuje w 5-etapowym wyścigu Grzbietem Smoka w pięknych górach Walii. Codziennie będzie miał do pokonania od 49 do 68 km, przy czym są to dystanse w wariancie optymalnym – trasa nie będzie oznaczona, zawodnicy muszą wykazać się zdolnością nawigacji. Start 22 czerwca.

dragonsback

 KIM JEST ROBERT ZUGAJ? 

Robert Zugaj to ja. Mam 37 lat i jestem ultrasem. Najdłuższy bieg, który ukończyłem, to UTMB (168 km, niespełna 10 000 m przewyższenia), ale najwięcej sentymentu mam do rodzimego Maratonu Pieszego „Kierat” w Beskidzie Wyspowym (100 km na orientację). Po drodze były jeszcze Chudy Wawrzyniec, Bieg 7 Dolin, K-B-L, Łemkowyna Ultra Trail i wiele innych. Moja życiówka w maratonie to 3:06:28 (Orlen Warsaw Marathon 2014). Staram się łączyć obowiązki z pasją. Prowadzę kancelarię adwokacką, mam szczęście być mężem Joanny oraz ojcem Oli (7 lat) i Franka (3 lata). W międzyczasie biegam, czasem całkiem daleko…

Robert Zugaj Fot. Joanna Jarosz-Zugaj

Fot. Joanna Jarosz-Zugaj

 CO TO ZA SMOK? 

Chociaż pierwsza edycja biegu Dragon’s Back Race odbyła się w 1992 roku, na kolejną trzeba było czekać aż 20 lat. 22 czerwca tego roku zawodnicy staną na starcie trzeciej edycji zawodów. Bieg odbywa się w górach Walii, start zlokalizowano w zamku Conwy, a metę również w zamku o nazwie Car­reg Cennen na południu Walii.

Optymalna długość trasy wynosi niespełna 300 km, ale bieg odbywa się w formule na orientację, więc większość uczestników z pewnością pokona dłuższy dystans. Cała trasa została podzielona na 5 etapów. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że pokonanie średnio 60 km dziennie to spacerek. Organizator zaplanował bowiem nie tylko trudności związane z poruszaniem się po bezdrożach z pomocą mapy i kompasu, ale niezwykle duże przewyższenie. W trackie 5 dni biegu zawodnicy pokonają bowiem prawie 16 000 metrów deniwelacji. To daje nam średnią ponad 3000 metrów dziennie. Jak na około 60-kilometrowe etapy to bardzo dużo. W zasadzie nieustanna walka z podejściami i karkołomne zbiegi ze skalistych szczytów walijskich gór.

Dragons_Back_Race_1992_Fot. Rob Howard

Pierwsza edycja Dragon’s Back Race – 1992 rok. Fot. Rob Howard

Trudność tego biegu została po pierwszej edycji oceniona przez uczestników tak wysoko, że dwie dekady nie odważono się na powtórzenie zawodów. Na tę trudność składa się kilka czynników. Długość trasy, bardzo duże przewyższenie, brak ustalonej trasy – jedynie obowiązek zaliczenia punktów kontrolnych, niedostępne i trudne technicznie podłoże oraz nakładające się na siebie zmęczenie, które będzie sprawiać, że każdy dzień będzie trudniejszy od poprzedniego. A jak sami uczestnicy poprzedniej edycji mówili, jeden dzień tych zawodów to bieg trudniejszy niż każdy inny ultramaraton.

Ideą, która przyświecała organizatorom biegu, jest pokonanie grzbietu głównego pasma Walii z północy na południe – to właśnie w nawiązaniu do symbolu Walii, czyli smoka, tytułowy Grzbiet Smoka, którym będziemy biegli. Trasa prowadzi z północy Walii poprzez takie miejsca i rejony jak przykładowo: Carneddau, Glyders i Snowdon, Moelwyns and Rhinogs, Cadair , idris i Plynlimon, Elan Valley oraz Brecon Beacons.

Szczegółowe zestawienie poszczególnych długości  i przewyższeń we wszystkich trzech edycjach wygląda następująco:

tabela_dystanse

Ile to kosztuje?

Koszt wpisowego w tegorocznej edycji Dragon’s Back Race wynosił 750 funtów, czyli ok. 4300 zł za osobę. W zamian organizator zapewnia: udział w imprezie, asystę medyczną podczas wyścigu, zakwaterowanie na czas wyścigu w 8-osobowych namiotach, transport bagażu (59-litrowy worek) na miejsce noclegu każdego dnia, transport torby zawodników na  miejsce przepaku każdego dnia, śniadanie, przekąski i obiad każdego dnia, kawę, herbatę oraz gorącą i zimną wodę do picia, okolicznościowy T-shirt, system SPORTident na czas wyścigu, cyfrowe śledzenie GPS zawodników, wodoodporne mapy (jedna na każdy dzień), szczegółowy opis trasy (po jednym dla każdego dnia).

Do tego musiałem doliczyć koszt dotarcia na miejsce zawodów. Ja korzystam z tanich linii lotniczych do Liverpoolu, więc bilet w obie strony z dodatkowym bagażem wyniósł mnie niecałe 500 zł. Z Liverpoolu na miejsce startu i z mety na lotnisko planuję dostać się pociągiem – bilety ok. £50 (niecałe 300 zł).

Dochodzą jeszcze koszty niezbędnego wyposażenia w zależności od tego, jakie kto posiada i czego potrzebuje. Przede wszystkim rzeczy biegowe, buty do biegów górskich, ciepły śpiwór czy kijki – ja zdecydowałem się np. na kije Trail Blaze produkcji Mountain King.

Dragons_Back_Race_2012 Fot. Alstair Lee 4

Dragon’s Back Race 2012. Fot. Alstair Lee

Kto może wystartować?

Żeby aplikować do organizatorów o możliwość wzięcia udziału w zawodach, należało wykazać się całkiem niezłym biegowym CV. Organizator wymagał bowiem doświadczenia zdobytego w przeciągu ostatnich trzech lat w ultramaratonach, w imprezach wieloetapowych, w zawodach w biegach górskich, w szczególności w maratonach górskich oraz doświadczenia związanego ze startem w górskich zawodach na orientację. Przy czym nie było szczegółowo sprecyzowanych wymagań, organizator podejmował arbitralną decyzję na podstawie przesłanego zgłoszenia zawierającego wskazane przez każdego doświadczenie biegowe.

Wysypka trudności

Kiedy analizuję zawody pod kątem największych trudności, które mogą mnie spotkać, odległość 300 kilometrów plasuje się poza pierwszą trójką. Przede wszystkim najtrudniejszym elementem, z którym będę musiał się zmierzyć, to wspomniana wyżej ogromna suma przewyższeń. W związku z tym, że najwyższe szczyty w Walii wynoszą maksymalnie ok. 1000 m n.p.m., to średnie przewyższenie dzienne, tj. ok. 3000 m, oznacza, że właściwie cały czas będziemy albo wspinać się po stromych zboczach, albo po nich zbiegać. W kontekście 5 dni startu może to być zabójcze dla mięśni. Drugą rzeczą, która może sprawić duże trudności zawodnikom, to brak dróg i ścieżek na trasie. Organizator ostrzega, że trasa będzie prowadzić bezdrożami, o trudnym podłożu. W wielu miejscach może zatem nie być miejsca na swobodny bieg, ale pokonanie trasy może wymagać walki nie tylko z własnym zmęczeniem, ale także z przeszkodami naturalnymi.

Jednak jest jeszcze jedna rzecz, której chyba jako jedynej się boję. W pięciodniowym biegu każde obtarcie czy każdy pęcherz na stopach podczas kolejnych dni stanowi zagrożenie nieukończenia zawodów. Jeśli doznamy tego typu urazów na choćby najdłuższym, ale jednoetapowym biegu, to wystarczy dotrwać do mety, ponieważ potem jest czas, żeby leczyć rany. W biegu etapowym wszelkie urazy z pierwszych dni będą w następnych dniach stanowić coraz większy problem.

Wiem, że wielu zawodników boi się także nawigacji. Te osoby, które na co dzień nie biegają z kompasem, rzeczywiście będą musiały być bardzo uważne. Być może dla mnie to będzie szansa na zyskanie nad nimi przewagi. Z biegami na orientację związany jestem od początku mojego dorosłego biegania. Nie można zapominać także o jeszcze jednej trudności, która na biegach jednodniowych nie występuje. To logistyka. Organizator wyznaczył obowiązek zmieszczenia wszystkich niezbędnych rzeczy na czas całej imprezy do 59-litrowych worków (wliczając w to karimatę i śpiwór). Dodatkowo na ok. 10-godzinnych etapach przewidziano tylko jeden przepak, więc zaplanowanie odpowiednich zapasów płynów i jedzenia stanowi nie lada wyzwanie.

Dragons_Back_Race_2012 Fot. Rob Howard 2

Dragon’s Back Race 2012. Fot. Alstair Lee

Pomiędzy etapami też nie będzie kolorowo. Organizator zapewnia nocleg oraz pożywienie po każdym etapie, ale żadnych luksusów nie przewidziano. Noclegi będą zapewnione w sześcioosobowych namiotach. Zawodnicy będą mieli dostęp do łazienek, ale już bez gwarancji prysznica.

Mam mieć ze sobą wszystkie inne elementy niezbędnego wyposażenia biwakowego. Karimatę lub materac, śpiwór, rzeczy do przebrania, jedzenie na poszczególne etapy, nawet naczynia do jedzenia. To oznacza, że każdego dnia po męczącym biegu, żeby odpocząć, umyć się, zjeść, no i wreszcie się przespać, trzeba będzie rozpakować nieporęczne worki (mamy obowiązek spakować się w nieprzemakalne worki), a rano dokładnie je spakować, uwzględniając rzeczy potrzebne na przepak.

Mniej więcej w połowie każdego etapu uczestnicy będą mieli dostęp do przygotowanych wcześniej przez siebie 22-litrowych worków. Tam będziemy musieli zapakować wszystko co może okazać się niezbędne podczas biegu, przede wszystkim zapas jedzenia i picia.

Reasumując: żadnych oznaczeń trasy, żadnych punktów odżywczych, żadnych gorących kąpieli po zakończeniu etapu.

Dragons_Back_Race_2012 Fot. Rob Howard 1

Dragon’s Back Race 2012. Widać worki i namioty, z których korzystają uczestnicy biegu. Fot. Alstair Lee

Odrobina statystyk

W tym roku na starcie w zamku Conwy pojawi się 123 zawodników indywidualnie oraz 8 par. Wśród nich zwycięzca poprzedniej edycji, Steve Birkinshaw, a także Jaz Bragg czy Charlie Sharpe, a wśród pań takie sławy jak Lizzie Wraith czy Joanna Zakrzewski. Warto dodać, że Jez Bragg pokonał między innymi ponad 3000-kilometrową trasę Te Araroa Trail w Nowej Zelandii, a Charlie Sharpe został wybrany na Wyspach Brytyjskich ultrabiegaczem roku 2012, między innymi za pokonanie Gobi Challenge. Wśród Pań Lizzie Wraith nie trzeba przedstawiać, plasowała się wysoko w takich biegach jak UTMB, Lavaredo Ultra Trail czy Lakeland 100. Natomiast Joanna Zakrzewski to między innymi srebrna medalistka mistrzostw świata na dystansie 100 km w 2011 roku.

W pierwszej edycji w 1992 roku całą trasę ukończyło 16 par oraz 7 zawodników indywidualnie. Zwycięska para (Diamantides i Stone) ukończyła wyścig w łącznym czasie 38 godzin i 38 minut, a pierwszy zawodnik indywidualnie wbiegł na metę po 42 godzinach i 59 minutach. W 2012 roku, czyli w drugiej edycji, na starcie stanęło 84 zawodników. Na metę po pięciu dniach dotarło jedynie 32 z nich. Wygrał doskonale znany na wyspach biegacz górski Steve Birkinshaw, który osiągnął łączny czas 43 godziny i 25 minut. Nie tak dawno pobił on rekord ustanowiony przez Jossa Naylora w 1987 r., który pokonał 214 szczytów Lake District (Anglia) w 7 dni, jedną godzinę i 25 minut. Steve Birkinshaw przebiegł 515 km o przewyższeniu 36 000 m w sześć dni i 13 godzin.

Strona organizatora: www.dragonsbackrace.com

 PRZYGOTOWANIA 

Do aktywnego biegania wróciłem sześć lat temu (wcześniej uprawiałem lekkoatletykę w szkole). Rzuciłem się od razu na głęboką wodę. Maraton, a w tym samym roku bieg 24-godzinny. Wyniki były mizerne, ale w następnych latach udało mi się je znacząco poprawić. Z mojego debiutanckiego maratonu przebiegniętego w czasie 4:40 udało mi się urwać ponad półtorej godziny i w zeszłym roku przebiegłem maraton w 3:06 minut.

Ale tak naprawdę wciągnęły mnie ultramaratony. Ukończyłem ich ponad dwadzieścia. Wśród nich dwukrotnie Chudego Wawrzyńca (w 2012 roku, 4. miejsce), Bieg 7 Dolin, K-B-L, Kierat, Ultra Babią, Zimowy Ultramaraton Karkonoski i kilka innych, w tym beskidzką etapówkę Beskidy Adventure Run. W 2011 roku wybrałem się do Chamonix i ukończyłem bieg CCC (98 km), a dwa lata później UTMB. Regularnie startuję w biegach 12-godzinnych i 24-godzinnych (więcej o takich imprezach pisałem w tekście „Biegi 24-godzinne – jak to się robi?”). To mi dało doświadczenie niezbędne do aplikowania o możliwość startu w Dragon’s Back Race. Regularnie staram się też brać udział w imprezach na orientację. Krótkich i długich, klasycznych BnO i rajdach przygodowych. To mi daje poczucie pewności, że w Walii będę umiał odnaleźć się w terenie.

O tym niezwykłym biegu dowiedziałem się w 2012 roku podczas Festiwalu Filmów Górskich w Lądku Zdro­ju. Wśród nich był film, który opowiadał o nieznanym mi wcześniej biegu etapowym w górach Walii, Dragon’s Back Race. Byłem zupełnie oczarowany. Gdzieś z dala od dużych miast, wśród malowniczych wzgórz głównego masywu górskiego Walii, kilkudziesięcioro odważnych walczyło z niezliczonymi trudnościami.

Kocham biegać, kocham góry i bardzo lubię to robić właśnie z mapą i kompasem. Oglądałem film, słuchałem niesamowicie zmęczonych, ale szczęśliwych zawodników i wiedziałem – wyczytywałem to z ich twarzy, że biorą udział w czymś absolutnie niepowtarzalnym.  Przeniosłem się pomiędzy nich i marzyłem, że jestem tam i biegnę. Bez wątpienia obrazy, które zobaczyłem, wywarły na mnie nieusuwalne piętno.

Dopiero kilka tygodni później, po powrocie do domu, zajrzałem na stronę organizatora… Okazało się, że w 2015 roku będzie kolejna edycja. Kiedy obejrzałem film, wyścig stał się moim abstrakcyjnym marzeniem, a kiedy okazało się, że ponownie się odbędzie, wiedziałem, że muszę tam jechać. Dopiero jednak kiedy wybrano mnie po dokonaniu selekcji do grona uczestników, jako pierwszego i jedynego Polaka, marzenie stało się bardzo realne.

Niełatwo jednak wziąć udział w takich zawodach, kiedy obowiązki rodzinne i zawodowe związane z wykonywaniem zawodu adwokata, wypełniają cały wolny czas. Niełatwo zrealizować w pożądanym zakresie trening, ale też niełatwo wyjechać na tydzień bez gwarancji na dostęp do służbowej skrzynki pocztowej. Prowadzimy z żoną firmę wspólnie, więc obowiązki zarówno rodzinne, jak i służbowe spadną na nią. Bez wątpienia bierzemy więc w tych zawodach udział razem, choć ja tylko w tej przyjemniejszej części. Dlatego jestem Asi bardzo wdzięczny za wsparcie. To jest pierwsza i zasadnicza różnica pomiędzy tym startem a innymi. Różnic jest jednak znacznie więcej, a główne to bardziej skomplikowane kwestie logistyczne, no i oczywiście dużo większy wysiłek sportowy. Jest jednak jeszcze inna bardzo ważna różnica. Ten bieg to nie tylko współzawodnictwo, to także moje marzenie. I w tym sensie jest absolutnie jedyny i wyjątkowy.

Robert Zugaj na UTMB

Ultra-Trail du Mont-Blanc. Fot. archiwum organizatora

Trening

Ciężko jest mi czasem zrealizować trening w zwykłym zakresie, a co dopiero trening, który należycie przygotowałby mnie do takiego wyzwania. Postanowiłem zatem, że nie będę wprowadzał jakichś zasadniczych różnic. I tak bym nie miał czasu na dodatkowe jednostki treningowe. Ale przez te prawie dwa lata, od kiedy wysłałem swoją aplikację do biegu, jeszcze większy nacisk położyłem na biegi na orientację. Dodatkowo specjalnie z myślą o Dragon’s Back Race wziąłem w ubiegłym roku udział w górskich zawodach etapowych w Istebnej. Postanowiłem, że dłuższe wybiegania będę realizował w ramach organizowanych w Polsce imprez, takich jak Kierat, Łemkowyna Ultra Trail czy Ultra Babia. Zacząłem też regularnie chodzić na basen, w celu wzmocnienia różnych partii mięśni. W wolnych chwilach starałem się jechać na trening w góry, czasami choćby na godzinę lub dwie. Wszak góry to góry.

Nie jestem przekonany, czy jestem przygotowany w stu procentach. Wręcz przeciwnie – myślę, że nie. Ale na więcej nie starczyło po prostu możliwości. W trudnych chwilach liczę na moje doświadczenie w biegach ultra i wierzę, że jestem wystarczająco zmotywowany i dobrze przygotowany psychicznie.

Logistyka

Inną stroną moich przygotowań są przygotowania od strony logistycznej. Poczynając od zebrania niebagatelnej kwoty wpisowego, poprzez skompletowanie całego niezbędnego sprzętu, aż po zaplanowanie liczby żeli na każdy dzień. Pomocy w należytym wyekwipowaniu mnie na zawody udzielił producent suplementów sportowych Etixx, sklep dla biegaczy Natural Born Runners oraz producent kosmetyków Gehwol, za co im jestem bardzo wdzięczny. Aktualnie wszystko planuję i spisuję. Co będzie mi potrzebne podczas biegu i powinienem mieć w plecaku. Co przygotować do 22-litrowego worka na każdy dzień na przepak i wreszcie jak to wszystko i pozostałe niezbędne rzeczy zmieścić do narzuconego przez organizatora 59-litrowego worka. Bardzo ważną pozycję na mojej liści ekwipunku zajmują wszelakie maści rozgrzewające, schładzające, plastry i inne medykamenty. Do tego chciałbym zmieścić jakieś ulubione smakołyki, których na miejscu nie będzie, a którymi będę mógł się nagrodzić za udany etap.

Robert Zugaj na mecie Chudego Wawrzyńca

Chudy Wawrzyniec. Fot. archiwum organizatora

 OSTATNIE ODLICZANIE 

Teraz, kiedy start jest już bardzo blisko, czuję ogromną tremę. Przede wszystkim nie wiem, jak moje ciało będzie zachowywać się czwartego lub piątego dnia. Czy można jeszcze szybko biec po przebiegnięciu 200 km po górach? Czy w ogóle będę w stanie biec? Boję się wszelkich nawarstwiających się mikrourazów. W bardzo polowych warunkach noclegu ciężko będzie się dobrze zregenerować pomiędzy etapami. Nakładające się zmęczenie psychiczne i fizyczne może być najtrudniejszym wyzwaniem tego startu. Jestem jednak dobrej myśli i pełen zapału.

Organizator umożliwi śledzenie wszystkich zawodników na żywo za pomocą SPOT-a GPS. Bieżące informacje będą też na mojej stronie poświęconej temu startowi: www.grzbietemsmoka.pl lub na moim blogu: www.ciaglebiec.pl.

Proszę, trzymajcie kciuki. Na pewno bardzo się przydadzą!

 Magazyn „Bieganie” objął patronat medialny nad wyjazdem Roberta na Dragon’s Back Race 2015. 

trail-running-asia-manaslu-nepal-25

Świat najdłuższych dystansów. Ciekawe biegi ultra

trail-running-asia-manaslu-nepal-25

Manaslu Mountain Trail (Nepal) Fot. Richard Bull

W cieniu UTMB, Western States czy Maratonu Piasków kryją się imprezy równie fantastyczne, niekiedy trudniejsze i piękniejsze, a na pewno bardziej kameralne. Ich lista jest długa jak stumilowiec, a wybór tej jednej może zająć długie tygodnie.

Niektóre są naprawdę drogie, jak wyścig w Czadzie, inne – zdecydowanie na polską kieszeń jak Malofatranska Stovka. Znajdziecie tu etapówki i biegi liniowe. Przez pustynię, dżunglę i wysokie góry. Rozbijając świnkę skarbonkę warto uwzględnić większą logistykę związaną z wyjazdem za granicę. Na każdy wyścig warto pojechać trochę wcześniej – żeby na wysokości nie biegać jak z foliowym workiem na głowie, nie nabierać konsystencji galaretki w upale, zapoznać z lokalnymi zarazkami, przyzwyczaić do sposobu oznakowania szlaków i po prostu – nacieszyć miejscem. Spać w pobliżu trasy, wynająć samochód i poeksplorować ścieżki, po których będzie się biegało. Wziąć trochę większą apteczkę niż zwykle i przygotować się na spotkanie z tym, co może kąsać, kłuć, uczulać, albo tylko wystraszyć. Przeżycia będą niezapomniane.

Artykuł „Świat najdłuższych dystansów” z opisami poszczególnych imprez znalazł się w papierowym wydaniu „Biegania” w numerze czerwiec 2015. W poniższym materiale prezentujemy podstawowe informacje o biegach i uzupełniamy je materiałami wideo.

 AFRYKA 

 Le Treg Ennedi Trail 

www.le-treg.com

Miejsce: Czad, płaskowyż Ennedi
Termin: 24 stycznia – 2 lutego 2014
Dystans: 183 km
Przewyższenie: 2400 m
Limit czasu: 65 godzin
Limit osób: 100 (uczestników i osób towarzyszących)
Dystanse towarzyszące: 90 i 45 km
Czas najlepszego zawodnika: 41:54 Guillaume Le Normand (2015)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 6 (wystartowało: 14)
Trudność wg ITRA: 4
Koszt: 2950–3350 euro (w zależności od terminu rejestracji) przy wylocie z Paryża

 Ultra-Trail Cape Town 

www.ultratrailcapetown.com

Miejsce: RPA, Kapsztad
Termin: 5 października 2015
Dystans: 100 km
Przewyższenie: 4400 m+
Limit czasu: 15 godzin
Limit uczestników: 200
Dystanse towarzyszące: 65 i 20 km
Czas najlepszego zawodnika: 10:41:15 Eric Ngubane
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 16
Liczba punktów do UTMB: 3
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: 1800 randów za 100 km, 620-950 randów za 65 km (w zależności czy solo, czy w teamie, czy w sztafecie)

 100 km of Namib Desert 

www.100kmofnamibdesert.com

Miejsce: Namibia, Sesriem
Termin: 29 listopada – 6 grudnia 2015
Dystans: 100 km
Przewyższenie: 1100 m (maraton)
Limit czasu: 7 godzin (tylko na maraton)
Limit uczestników: brak danych
Czas najlepszego zawodnika: 9:02:39 Valentini Francesco (2013)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 20
Trudność wg ITRA: 1
Koszt: 3290 euro

 AMERYKA PÓŁNOCNA 

 Fat Dog 120 

www.mountainmadness.ca

Miejsce: Kanada, Kolumbia Brytyjska, Góry Kaskadowe
Termin: 24 lipca 2015
Dystans: 192 km
Przewyższenie: 8673 m
Limit czasu: 48 godzin
Dystanse towarzyszące: 110, 80, 45 km
Czas najlepszego zawodnika: 25:45:50 Mat Cecill (2014)
Trudność wg ITRA: 6
Koszt: 225 dolarów kanadyjskich (ok. 670 zł)

 Hardrock 100 

www.hardrock100.com

Miejsce: USA, Kolorado, Silverton
Termin: 10 lipca 2015
Dystans: 161 km
Przewyższenie: 10 360 m
Limit czasu: 48 godzin
Dystanse towarzyszące: brak
Czas najlepszego zawodnika: 22:41 Kilian Jornet (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 100
Trudność wg ITRA: 5
Koszt: 305 dolarów (ok. 1100 zł)

 Nolan’s 14 

www.mattmahoney.net/nolans14

Miejsce: USA, Kolorado
Dystans:
około 150 km (trasa do wyboru)
Przewyższenie: około 13 000 m
Limit czasu: 60 godzin
Trudność: 8
Czas najlepszego zawodnika: 54:42 John Robinson (2002)

 Miwok 100K 

www.miwok100k.com

Miejsce: USA, Kalifornia, Stinson Beach – okolice San Francisco
Termin: 12 września 2015
Dystans: 100 km
Przewyższenie: 3600 m
Limit czasu: 15,5 godziny
Dystanse towarzyszące: brak
Czas najlepszego zawodnika: 7:53:19 Dave Mackey (2008)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 308
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: 75 dolarów (ok. 270 zł)

 AMERYKA POŁUDNIOWA 

 Del Mar a La Cima 

www.airelibreyaventura.org

Miejsce: Kolumbia
Termin: 15 listopada 2015
Dystans: 60 km
Przewyższenie: 4996 m
Limit czasu: 15 godzin
Dystanse towarzyszące: 19 km, 30 km
Czas najlepszego zawodnika: 7:14:36 Julio Alvaro Gonzalez Hernandez (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 82
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: nie podano

 Patagonian International Marathon 

www.patagonianinternationalmarathon.com

Miejsce: Chile, Park Torres del Paine
Termin: 26 września 2015
Dystans: 63 km
Przewyższenie: nie podano
Limit czasu: nie podano
Dystanse towarzyszące: 109 km 42 km, 21 km, 10 km
Czas najlepszego zawodnika: 4:19:17 Matt Flaherty (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 53
Trudność wg ITRA: 1
Koszt: 80-125 euro

 AUSTRALIA 

 Tarawera Ultramarathon 

www.taraweraultra.co.nz

Miejsce: Nowa Zelandia, Rotorua
Termin: 6 lutego 2016
Dystans: 102,9 km
Przewyższenie: 2630 m
Limit: 20 godzin
Dystanse towarzyszące: 85 km, 60 km
Czas najlepszego zawodnika: 7:44:58 Dylan Bowman (2015)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 430
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: 305-395 dolarów nowozelandzkich (około 825-1070 zł)

 The North Face 100 Australia 

www.thenorthface100.com.au

Miejsce: Australia, Nowa Południowa Walia, Katoomba
Termin: 15-17 maja 2015
Dystans: 97,5 km
Przewyższenie: 3970 m
Limit czasu: 28 godzin
Dystanse towarzyszące: 50 km
Czas najlepszego zawodnika: 9:31:11 Stu Gibson (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 764
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: 365 dolarów australijskich (około 1050 zł)

 AZJA 

 Shangri-la Marathon 

www.shangri-la-marathon.com

Miejsce: Chiny, Tybet, Diqing Zangzuzizhizhou, Yunnan Sheng
Termin: kwiecień 2016
Dystans: 100 km
Przewyższenie: 5288 m
Limit czasu: 18 godzin
Limit osób: brak danych
Dystanse towarzyszące: 50 km, maraton, półmaraton
Czas najlepszego zawodnika: 12:17 王晓林
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 3 (67 na mecie 50 km)
Trudność wg ITRA: 4
Koszt: 295-595 dolarów (w zależności od terminu)

 Ultra Thai Chiang Mai 

www.ultra-thai.com

Miejsce: Tajlandia, Chiang Mai
Termin: 4-6 grudnia 2015
Dystans: 150 km
Przewyższenie: +8800 m
Limit czasu: 45 godzin
Limit osób: 300
Dystanse towarzyszące: bieg etapowy
Czas najlepszego zawodnika: brak – to będzie pierwsza oficjalna edycja
Trudność wg ITRA: 5
Koszt: 255 dolarów i 495 dolarów za wyścig etapowy

 Mongolia Sunrise to Sunset 

www.ms2s.org

Miejsce: Mongolia, Park Narodowy Hovsgol
Termin: 5 sierpnia 2015
Dystans: 100 km
Przewyższenie: 3365 m
Limit czasu: 18 godzin
Limit osób: 100
Dystanse towarzyszące: 42 km
Czas najlepszego zawodnika: 13:37:00 Sean Smith
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 22
Trudność wg ITRA: 3
Koszt: 1920-2442 dolarów (w zależności od terminu zgłoszenia)

 Manaslu Mountain Trail 

www.manaslutrailrace.org

Miejsce: Nepal, Kathmandu
Termin: 7-20 listopada 2015
Dystans: 212 km
Przewyższenie: 14422 m
Limit czasu: brak
Limit osób: brak
Dystanse towarzyszące: brak
Czas najlepszego zawodnika: 17:31:01 Upendra Sunuwar
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 33
Trudność wg ITRA: 5
Koszt: 2390 dolarów (z Katmandu do Katmandu)

 EUROPA 

 Transylvania Trail: Ultra Trail Dracula 

www.transylvaniatrail.ro

Miejsce: Rumunia, Bran
Termin: 4-6 września 2015
Dystans: 106 km
Przewyższenie: 8500 m
Limit czasu: 34 godziny
Limit osób: brak danych
Dystanse towarzyszące: 26 km i 52 km oraz 106 km w dwóch etapach
Czas najlepszego zawodnika: 25:55:10 Jo Meek
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 17
Trudność wg ITRA: 4
Koszt: 115 euro

 Laugavegur Ultramarathon 

www.marathon.is/ultramarathon

Miejsce: Islandia, Landmanalaugar
Termin: 18 lipca 2015
Dystans: 54 km
Przewyższenie: 1900 m
Limit czasu: 6 godzin (ustawiony na 38. km)
Dystanse towarzyszące: brak
Czas najlepszego zawodnika: 4:07:47 Thorbergur Ingi Jonsson (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 330
Trudność wg ITRA: 1
Koszt: 224-316 euro

 Ultra Skymarathon Madeira 

www.madeiraskyrunning.com

Miejsce: Portugalia, Madera
Termin: 13 czerwca 2015
Dystans: 57,6 km
Przewyższenie: 4000 m
Limit czasu: 16 godzin
Dystanse towarzyszące: 21 km, 13 km
Czas najlepszego zawodnika: 6:27:46 Manuel Diniz Faira (2014)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 82
Trudność wg ITRA: 2
Koszt: 45 euro

 Lycian Way Ultramarathon 

www.likyayoluultramaratonu.com/ENG

Miejsce: Turcja
Termin: 26 września 2015
Dystans: 257 km (6 etapów, 7 dni)
Przewyższenie: 8294 m
Limit czasu: indywidualny każdego dnia
Dystanse towarzyszące: 120 km (6 etapów), 80 km (4 etapy), 102 km
Czas najlepszego zawodnika: 32:35:08 Faruk Kar (2012)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 24
Trudność wg ITRA: 6 nowych
Koszt: 800-1000 euro

 Velebit Ultra Trail 2015 

www.outdoor.hr/velebit-ultra-trail-eng

Miejsce: Chorwacja, Park Narodowy Paklenica
Termin: 20 czerwca 2015
Dystans: 65 km
Przewyższenie: +5000 m
Limit czasu: 15,5 godziny
Limit osób: 600
Dystanse towarzyszące: 27 km, 13 km
Czas najlepszego zawodnika: 10:18 Orešković Marko (50 km, 2013)
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 56 (2013)
Trudność wg ITRA: 2
Koszt: 50 euro

 Ultra Pirineu 

www.ultrapirineu.com

Miejsce: Hiszpania, Pireneje, Bagà
Termin: 18-20 września 2015
Dystans: 110 km
Przewyższenie: 6800 m
Limit czasu: 29,5 godziny
Limit osób: 1000
Dystanse towarzyszące: 42 km
Czas najlepszego zawodnika: 11:15:14 Luis Alberto Hernando Alzaga
Liczba zawodników na mecie dystansu głównego: 604
Trudność wg ITRA: 4
Koszt: 95 euro (plus podatek)

corne vlad

Transylvania100k – 50 km w pięknej Rumunii [RELACJA]

corne vlad

Fot. Vlad Cornea

100 lub 50 sytych kilometrów po pięknych górach Rumunii – to właśnie bieg w historycznej krainie o polskiej nazwie Siedmiogród. Tegoroczna impreza odbyła się 16 maja. O swoich wrażeniach z trasy 50 km opowiada Paweł Jaczewski.

W weekend trzeci weekend maja wybrałem się na swój pierwszy zagraniczny bieg ultra. Z różnych względów, ale przede wszystkim ze względu na nazwę i logo wybrałem z kolegą bieg Transylvania100k w Rumunii. Minusem tego wyboru, który zauważyłem niestety dopiero w drodze, był fakt, że 1200 km do Rumunii to nie to samo, co 1200 km do Niemiec… Zamiast 16 godzin podróż samochodem zajęła nam 26. Wymęczeni jak konie po westernie dotarliśmy pod zamek Drakuli (tam był start i meta biegu) na 2 godziny przed odprawą, wzięliśmy szybkie prysznice i poszliśmy na spotkanie z organizatorami. Podczas odprawy dowiedzieliśmy, się że w górach jest zimno, śnieg, lawiny, że obudziły się niedźwiedzie (dużo niedźwiedzi) i że nawet ostatnio jakiegoś biegacza nadgryzły, więc dają nam do pakietów startowych dodatkowe gwizdki (osobiście wołałbym pojemnik z gazem, strzelbę lub długie widły). Zapomnieli nam jednak powiedzieć, że trasa i profil różnią się od tych, które są na mapie… Ale może to miała być niespodzianka? Albo sami przejęli się tymi niedźwiedziami?

Po odprawie pobiegliśmy na szybkie piwo (nomen omen Ursus), potem drugie i pizzę – wszystko w biegu, żeby zdążyć się jeszcze spakować na start i chwilę przespać, bo – tutaj mała niespodzianka (ale to już nasz brak przygotowania) – w Rumunii jest godzina różnicy. Powoduje to, że start o godzinie 6:00 jest dla nas jak o 5:00 i tym samym wstanie 1,5 godziny wcześniej oznaczało dla naszych organizmów pobudkę o 3:30.

Na starcie po dwóch nieprzespanych nocach czułem się nieprzytomny, ale już wcześniej zaplanowałem, że ze względu na kontuzję i brak treningów w kwietniu po prostu „zaliczę” ten bieg i ustawiłem się na końcu stawki. Bartek walnął ketonal, kofeinę i ustawił się na czele stawki, i skubany po tych dwóch nieprzespanych nocach wywalczył ostatecznie 11. pozycję z czasem 9 godz. i 6 min na dystansie 50 km (w rzeczywistości u wszystkich na zegarkach wyskoczyły 54 km).

Bieg wystartował, na początku asfaltem, później drogami, by zacząć się wspinać w góry szeroką łąką. Początek trasy był dobrze przemyślany, bo pozwalał i odpowiednio się ustawić, i w razie czego wyprzedzać. Nie ma co opowiadać każdego kilometra trasy, ale generalnie było prześlicznie, ale i trudno, co widać po profilu (pierwsze 5 km to 750 m przewyższenia, zbieg i na 3 km znowu ponad 500 m). Tutaj też dodam, że zapis na opisie trasy +/- 3183 m nie oznaczał sumy przewyższeń w górę (+) i w dół (-), ale że w sumie pod górę jest coś około („+/-„) 3 km. Mój błąd, że nie „wczytałem” się w profil i nie zsumowałem sobie przewyższeń, a bardziej skupiałem się na przebiegu trasy, obawiając się (niesłusznie) słabego oznakowania. Oznakowanie, jeżeli ktoś nie wyłączał za bardzo mózgu, było bardzo czytelne, choć trzeba było być czujnym, bo organizatorzy – pewnie żeby urozmaicić zabawę – puścili trasę nie tylko po szlakach, ale czasami nagle „kazali” skręcić ostro w prawo/lewo i lecieć na rympał przez kosodrzewinę, las, krzaki, pastwiska… itp. Chociaż najlepsze zostawili na koniec…

pawel jaczewski 2

Fot. Paweł Jaczewski

Na trasie były punkty kontrolne wyposażone odpowiednio (woda, isostar, ser, żelki, banany, cola, na jednym nawet zupa, kawa i herbata). Położone były one ponad 1500 m n.p.m., więc szacunek dla obsługi za wysiłek „wtargania” wszytki tych litrów wody i kilogramów jedzenia tak wysoko. Trochę zabrakło mi obsługi medycznej na trasie, ale może jestem rozpieszczony przez polskich organizatorów biegów górskich…

Niedźwiedzi na szczęście nie spotkałem, a jedynie sporo ich tropów i odchodów, więc po pierwszej „misiej kupie” dość regularnie (będąc przeważnie sam) korzystałem z gwizdka, śpiewałem lub waliłem kijkami w kamienie. Generalnie zachowywałem się wbrew regułom „jak zachowywać się w lesie”.

Niestety brak treningów i noga nie pozwalały mi biec, a i brak snu objawił się tętnem powyżej 150 uderzeń, nawet gdy szedłem po płaskim, a na podejściach wskakiwało powyżej 180, a nawet 190 uderzeń. Skutkiem tego było to, że po raz pierwszy porządnie mnie „odcięło”. Niestety już od 20. kilometra profil trasy zaczął się rozjeżdżać z rzeczywistością (dane miejsca były, ale np. 3 km dalej), ale przynajmniej mapa odpowiadała terenowi… aż do ostatniego punktu kontrolnego.

Najpierw była zmyłka, bo z mapy i od informacji od osób z punktu (na profilu 40. km – CP Gaura) wynikało, że za 500 m musimy ostro w lewo i w dół odbić ze szlaku, będą jeszcze dwa podejścia po ok. 200 m i koniec, już tylko w dół. W rzeczywistości organizatorzy zmienili przebieg trasy i nie powiedzieli tego na odprawie, „dając” ostatecznie 1 podejście, ale za to jakie!

cornea vlad 2

Fot. Vlad Cornea

Na 48. kilometrze, kiedy leciałem już cały czas w dół i cieszyłem się, że za chwilę będzie meta, zauważyłem, że trasa znów odbija z głównej drogi i jest poprowadzona pod górę spływającym potokiem. To była moja droga krzyżowa, niby tylko 1,5 km podejścia i 200 m w pionie, ale moje serce się zbuntowało. To była już 10. godzina w trasie ze średnim tętnem 160 i nie miałem siły iść. Robiłem po kilka kroków i padałem. Stwierdziłem, że to nie ma sensu i muszę odpocząć. Usiadłem z boku trasy, pozdrawiałem mijających mnie biegaczy i mówiłem, że wszystko okej. Zjadłem jakiegoś batonika, napiłem się itp. Wstałem i… poczułem, że mdleję, w uszach zaczęło szumieć, przed oczami ciapki i coraz ciemniej… Obleciał mnie strach i pierwsze, co pomyślałem, to że muszę wyjąć NRC-tę z plecaka i się nią owinąć, że jak zemdleję, to utrzymam ciepło (zapomniałem dodać, że jak wszedłem w strumień, to zaczęła się burza z piorunami) i będę też widoczny, leżąc w krzakach.

Wyciągając folię NRC, zauważyłem, że przede mną na podejściu jest inny biegacz, więc zawołałem go, że potrzebuję pomocy, no i „walnąłem się” w trawę. Na szczęście usłyszał mnie, zbiegł do mnie i poprosił, żebym spróbował zejść z łąki do linii drzew, gdzie nie będę tak mókł. Słabiutki zacząłem się przesuwać, ale poczułem, że może panika, może coś innego spowodowało, że mój żołądek nagle i bardzo drastycznie postanowił, że ma ochotę na „dwójkę”. Może to głupie, ale biegacz, który mi pomagał, był Azjatą (później okazało się, że Singapurczykiem), nagle jedyne, co zacząłem myśleć, to że będzie mi wstyd przed tym przedstawicielem wschodniej kultury, że jak zemdleję, to nie wytrzymają me lędźwia i… no, wiecie. Więc postanowiłem, że muszę „iść w krzaki” osłabiony i niezdarny zacząłem się wyrywać z folii, a on zaczął mnie przytrzymywać, chciałem jakoś delikatnie mu powiedzieć, że „I have to make a pile”; „What?!”; nie miałem czasu jednak na ceregiele: „I need to shit in the bushes” – po wyrazie twarzy zobaczyłem że zrozumiał. „OK. Don’t go to far”. Po chwili zapytał, czy mam papier. Na szczęście miałem – moją piękną mapę w formacie A3 z profilem, który i tak od dłuższego czasu nadawał się już chyba tylko do tego… „Yes I’m OK”.

Wróciłem, położyłem się, dostałem od nowego znajomego tabletkę z solami mineralnymi i jakiś słony żel energetyczny (o smaku bekonu i klonu? ale naprawdę fajny!), dużo się napiłem. W międzyczasie przyszli do nas Anglik i Norweg i zaczęli mi pomagać, przede wszystkim kazali leżeć, bo podobno byłem blady, i pić. Przykryli mnie jakimś swoim „kocem ratunkowym”, a że mnie trochę telepało, to już znanym mi sposobem z Chudego Wawrzyńca upchnąłem sobie moją folię NRC pod warstwy ubrania. Według zegarka wszystko trwało ok. 9 min i powiedziałem, że spróbujemy iść. Singapurczyk wystrzelił do przodu i sprawdził, że w zasadzie to jeszcze jakieś 200 m podejścia i że jesteśmy na przełęczy i potem już tylko w dół. Tętno było okej (na podejściu doszło jeszcze do 150, ale w końcu, jak szedłem, to spadało do 120), czułem się nieźle, a nawet coraz lepiej. Od tej pory do mety trzymaliśmy się już razem, szliśmy i gadaliśmy aż do mety. Nowa znajoma z Norwegii miała problemy z „czwórką” więc szliśmy z nią, albo ktoś z nas jej asystował, a inni schodzili niżej i czekali. Na końcowym odcinku już na asfalcie powiedziała, żebyśmy lecieli (za 2 godziny miałem pociąg nocny w inny rejon Rumunii), więc pozwoliłem sobie nawet na bieg i linię mety przekroczyłem w beznadziejnym czasie 12 godz. i 53 min, biegnąc tylko pierwsze dwa i ostatnie dwa kilometry. Na mecie szybkie piwo, fotka, długa do hotelu i na pociąg. Tam okazało się, że nie ma kuszetek i zaliczyłem kolejną nieprzespaną noc – 8 godzin w pociągu na fotelu w 2 klasie…

Bieg polecam, ma pewne niedociągnięcia, ale dla widoków i ciekawej trasy wart jest tego, żeby wziąć w nim udział. Ja zasmakowałem w biegach zagranicznych i chciałbym, żeby stały się u mnie małą tradycją, ale w przyszłości na pewno będę tak planował wyjazd, żeby mieć zawsze min. 2 noce przed startem!

Autorem relacji jest Paweł Jaczewski.

sabina rutkowska

Fot. Sabina Rutkowska

 Transvulcania100k 2015: 

  • Dystans 50 km ukończyło 89 osób, najszybszy był Robert Hajnal z czasem 6:58.
  • Dystans 100 km ukończyły 44 osoby, najszybszy był Txomin Isuntza z czasem 17:31.
  • Trasa 50 km miała ok. 3183 m podejść, trasa 100 km – ok. 6383 m podejść.
  • Limit czasu wynosi 15 godzin dla trasy 50 km i 30 godzin dla trasy 100 km.
  • Na trasie 50 km były 4 punkty kontrolne, na trasie 100 km – 10 punktów.
  • Wpisowe na bieg wynosiło 65 euro za trasę 50 km i 85 euro za trasę 100 km (140 euro za 2-osobowy team).

Strona biegu: www.transylvania100k.com

grossglockner

Grossglockner Ultra-Trail 2015

grossglockner

Grossglockner, najwyższy szczyt Austrii. Fot. Jarosław Sekuła

Grossglockner czyli najwyższy szczyt Austrii, przyciąga sportowców, Grossglockner berglauf, w którym kiedyś startował Henryk Szost, odbędzie się po raz piętnasty. W tym roku zadebiutuje jednak impreza w zupełnie innej formule. Nie będzie to bieg alpejski, lecz ultramaraton.

GGUT-Profil-2014-12

Źródło: materiały organizatora

Najwyższy szczyt Austrii działa jak magnes i przyciąga tysiące turystów. Wystarczy przejechać samochodem słynną Grossglockner Hochalpenstrasse, aby się przekonać, jakie tłumy ciągną, aby obejrzeć lub nawet zmierzyć się Wielkim Dzwonnikiem. W okolicy większości słynnych alpejskich szczytów od lat rozgrywane są ultramaratony. Bieg dookoła Mont Blanc, czyli UTMB, Zermat Ultramaraton koło Matterhorn, Zugspitze Ultra Trail, Lavaredo Ultra Trail koło Tre Cime to tylko kilka przykładów.

Dziwne było, że szczyt będący symbolem Austrii nie został uhonorowany podobnym biegiem, ale w tym roku Dzwonnik otrzymał swoje ultra o nazwie Grossglockner Ultra-Trail. Do wyboru uczestnicy mają dwa dystanse: Ultra trail – 110 km i 7000 m przewyższenia oraz Trail – 5o km i 2000 m przewyższenia. Start odbędzie się odpowiednio 24.07 o godz. 19 i 25.07 o godz 10. Start na długim dystansie kosztuje 125 euro (promocyjna cena 100 euro obowiązywała do końca października). Za krótszy bieg trzeba zapłacić 70 euro, a po 14.07 – 90 euro. Za 20 euro można także wykupić transport na start krótszego dystansu (z miejscowości Kals), także dla rodziny czy znajomych, a dokonać tego można wybierając odpowiednią opcję przy rejestracji. Limity czasu wynoszą odpowiednio 29 i 14 godzin, ale na trasie są również punkty kontrolne, na których również obowiązują limity. Nie obowiązuje natomiast limit uczestników. Każdy finisher długiego dystansu otrzymuje 3 punkty UTMB, krótszego tylko 1. Aby wziąć udział w biegu nie trzeba mieć żadnych punktów.

GT-Höhenprofil-2014-121

Źródło: materiały organizatora

W nazwie biegu od razu rzuca się słowo Grossglockner, ale biegacze nie osiągną wierzchołka o wysokości 3798 m n.p.m. Ultra-Trail rusza ze znanej narciarzom miejscowości Kaprun, trasa przebija się do Grossglockner Hochalpenstrasse, po czym okrążany jest masyw Wielkiego Dzwonnika (mniej więcej w połowie zaczyna się trasa Trail) i następuje powrót do Kaprun. Ten region znany jest z kruchej skały, okoliczne szczyty często sypią się na potęgę, występuje duża ilość piarżysk oraz gołoborzy, więc w wyższych partiach poruszanie się może być trudne. Trzeba również pamiętać o nieco innym klimacie. W Wysokich Taurach piętro turni czy lodowców zaczyna się nieco niżej niż choćby w rejonie Mont Blanc. Tłumu turystów też nie należy się spodziewać, jedynie okolice wyciągów czy najbardziej popularne ścieżki mogą przyciągnąć większą liczbę ludzi.

Dużym plusem tego biegu jest łatwość znalezienia noclegu w przystępnej cenie. Okolice są bardzo popularnymi ośrodkami narciarskimi, więc raczej nie będzie kłopotów z rezerwacją, a ceny w Austrii nie należą do przesadnie wysokich. Noclegów oprócz samego Kaprun można szukać w Zell am See, Bruck. Jeśli nie jest problemem dojazd 10-40 km (przy starcie o 19 wielkim kłopotem być nie powinien), to można także poszukać w takich miejscowościach jak Saalfefelden, St Johann im Pongau, Leogang.

GK_Route_2014-01_gesamt

Źródło: materiały organizatora

Wyposażenia obowiązkowe:

  • plecak
  • 1,5 l napoju
  • kubek
  • folia NRC
  • gwizdek
  • wodoodporna kurtka z kapturem
  • długie spodnie
  • bluza z długim rękawem
  • czapka
  • rękawiczki
  • mapa dostarczona przez organizatora
  • telefon komórkowy z numerami alarmowymi
  • czołówka z zapasowymi bateriami, na trasę Ultra-trail także zapasowa czołówka
  • apteczka
  • jedzenie
  • worek foliowy
  • buty biegowe

Więcej informacji: www.ultratrail.at

Cupid Dash. Fot. Tracy Condidorio/www.littleboxesphotography.com

Walentynki nie tylko z Szekspirem

Cupid Dash. Fot. Tracy Condidorio/www.littleboxesphotography.com

Cupid Dash. Fot. Tracy Condidorio/www.littleboxesphotography.com

Dzień dobry, dziś święty Walenty. Dopiero co świtać poczyna– to, poza „być albo nie być”, najbardziej bodaj znany cytat z „Hamleta”. Albo może ja tak wybiórczo czytywałam kiedyś klasykę. Ale skoro już przywołałam Walentynki, to nie bez kozery.

Niby jeszcze prawie dwa miesiące, ale romantyczny wyjazd można zaplanować, siedząc przy nie mniej romantycznej choince czy z kieliszkiem romantycznie musującego szampana. I można na przykład wybrać się do…

…miasta Szekspira. Stratfod-upon-Avon

38 km na południowy wschód od Birmingham i 14 km na południowy zachód od stolicy hrabstwa Warwick. Na bieg walentynkowy, oczywiście. Chociaż ten bieg należy zaplanować z większym wyprzedzeniem, w tym roku zapisy… właśnie się skończyły. Bieg, a właściwie biegi w Stratford, to maraton i półmaraton. Trasa jest płaska i szybka, chociaż nie prowadzi asfaltem. Główna pętla zahacza o miejsce zwane Drunken Bidford, gdzie, według legendy, odbył się pojedynek między mieszkańcami Bidford i Stratford o to, kto jest w stanie wypić więcej miejscowego piwa… Ponoć Szekspir był jednym z uczestników tego pojedynku. A wracając do biegu, a właściwie – maratonu i półmaratonu walentynkowego, to ma on charakter raczej towarzyski i mniej formalny. Dla zawodników start jest o godz. 9.00, limit czasu wynosi 8 godzin (!). W tym roku kolejna okazja do przebiegnięcia maratonu w mieście Szekspira – w Wielki Piątek, 3 kwietnia. A więcej o stratfordzkich biegach na  www.broadmeadowruns.co.uk.

…Afryki Południowej

Tam na przedmieściach Johannesburga już 12 lutego odbywa się wieczorny walentynkowy festyn biegowy. Zawody organizowane są w formule „fun run”, a nagrody są losowane wśród wszystkich uczestników. Oprócz tego są specjalne nagrody dla najlepiej ubranych. A propos ubrań, organizatorzy tego festynu proponują swoisty „dress code”. Pary ubierają się na czerwono, co w języku tego biegu oznacza „Stop! Jestem zajęty”. Single wkładają zielone ciuchy, co ma znaczyć, że są „do wzięcia”. A ci, którzy wolą zachować nutkę tajemnicy w sprawach swojego statusu towarzyskiego, mogą wybrać jakikolwiek inny kolor. Biegi walentynkowe odbywają się na trasie terenowej i obejmują m.in. bieg na 5 km, na 8,5 km oraz sztafetę zakochanych na dystansie 5 km. Więcej o tej imprezie na www.ilumin8events.com/events/biogenvalentines

…Nowego Jorku

Bo tam 8 lutego odbywa się impreza pod nazwą „Call Me Cupid Dash”. Bazą biegu jest browar Chelsea, gdzie można postać w cieple przed imprezą, a po – spróbować jego wyrobów (pod warunkiem posiadania dowodu tożsamości). To kolejny bieg w formule „fun run”, a nagrody otrzymują najciekawiej i najbardziej walentynkowo ubrane… drużyny. Zresztą Walentynki za oceanem to znakomity pomysł dla zakochanych biegaczy, bo biegów mniejszych i większych z serduszkami w tle odbywa się tam przez dwa lutowe weekendy kilkaset, w zasadzie jak Stany długie i szerokie. Więcej o walentynkowych atrakcjach za oceanem na www.runningintheusa.com/Race/Valentine.aspx?Region=&Page=5.

…Irlandii

W miasteczku Tralee odbywa się przedmaratońska próba na dystansie 10 mil. Maraton i półmaraton w Tralee, które słyną z tego, że wybiera się tam różę z Tralee, czyli najpiękniejszą Irlandkę z całego świata (coś jak Miss Polonii, nie mylić z Miss Polonia), oraz, nomen omen, z licznej Polonii, odbywa się w 16 marca. 15 lutego, podczas biegu walentynkowego na 10 mil, można się zapoznać z trasą nadchodzących biegów. 10 mil to już poważny dystans. Żaden „fun run”. Ale ubrać się okolicznościowo zawsze można. Więcej o biegach w Tralee na www.traleemarathon.com.

Yukon Arctic Ultra. Fot. Martin Hartley

Trudne i mało znane biegi zagraniczne [FILMY]

Yukon Arctic Ultra. Fot. Martin Hartley

Yukon Arctic Ultra. Fot. Montane – Martin Hartley

Kiedy szukamy informacji o najtrudniejszych biegach na świecie, najczęściej wpadamy na Badwater Ultramaraton, Ultra-Trail du Mont-Blanc, Marathon des Sables czy maratony na biegunach. Tymczasem istnieje wiele bardzo trudnych i mało znanych biegów, rozgrywanych w wybitnie pięknych miejscach na świecie. Nam w oko wpadła nawet piekielnie trudna… piątka.

I od tej piątki właśnie zaczniemy nasz przegląd.

Mount Marathon

Kiedy: 21 czerwca
Więcej informacji:
mmr.seward.com

Czas najlepszego zawodnika w 2014 roku Erica Strabela z Anchorage to… 44:46. Do góry biegł przez 33:41, w dół – 11:06. Tak, nadal mówimy o dystansie 5 km! Są jednak i tacy, którym pokonanie tego dystansu zajmuje… 2 godziny i 28 minut! Impreza rozgrywana jest w Dzień Niepodległości, 4 lipca, na Alasce. Biegacze pną się mozolnie pod górę, wspierając rękami o uda, dyszą ciężko. W dół wybierają taktykę mieszaną – zbieganie, zjeżdżanie na tyłku, turlanie się. Najwyższym punktem w połowie trasy jest Mount Marathon (921 m).

W wyścigu bierze udział coraz więcej osób, głównie ze względu na jego ekstremę. Tu, na karkołomnym zbiegu naprawdę można poczuć adrenalinę. Dla mieszkańców Alaski zawody te to ich Igrzyska Olimpijskie. Nierzadko leje się krew, łamią kości – rąk, policzkowe, nóg; płuca palą bólem z wyczerpania. A jednak wciąż wielu chce przekraczać własne granice i walczy.

Andorra Ultra Trail

Kiedy: 25-28 czerwca
Więcej informacji:
www.andorraultratrail.com

W małym państewku, pomiędzy Francją a Hiszpanią, co roku ma miejsce impreza, której najdłuższym i najbardziej prestiżowym dystansem jest 170 km z 13 500 metrami przewyższenia! Dla porównania na 168 km UTMB trzeba się wspiąć o 9500 m. Piętnaście razy wspinamy się na wysokość ponad 2400 m n.p.m. Najdłuższa i zarazem najbardziej wymagająca trasa to Ronda dels Cims. Są i krótsze trasy – Mitic na 112 km, Celestrail na 83 km, a nawet maraton, dla tych, którym miękną kolana na samą myśl o biegu głównym albo po prostu chcą się pościgać „na szybko”. Jest również opcja „sprinterska” – Solidaritrail (10 km, 750 m przewyższenia)

Warunkiem udziału w biegu jest ukończenie w ciągu ostatnich dwóch lat biegu na dystansie powyżej 100 km z przewyższeniem co najmniej 4500 m lub w biegu powyżej 165 km z pokonaniem minimalnego przewyższenia 2500 m. Uczestnicy przemierzają przez malownicze tereny parku Comanedrosa, parku Doliny Sorteny i dolinę Madriu.

Tor de Geants

Kiedy: 7 września
Więcej informacji:
www.tordesgeants.it

336 km do pokonania w 150 godzin. W Alpach, przez co suma przewyższeń wynosi aż 24 000 m. Kto tak naprawdę jest sobie w stanie wyobrazić taki wysiłek? Tak długi i trudny wyścig pokonuje się siłą woli. Dobrze bawią się na nim ludzie gór, którzy zaczynali jako piechurzy z ciężkimi plecakami i w wielkich buciorach. Tacy, którzy znają smak deszczu, wszędobylskiego błota, wiele razy czuli na twarzy siekący wiatr niosący poziomo drobiny śniegu. Na trasie może przydarzyć się wszystko. Pełen zestaw pogody, kontuzji i halucynacji. Jednak satysfakcja z ukończenia tak potężnego wyzwania jest ogromna. Podczas imprezy biegacze pokonują aż 25 przełęczy powyżej 2000 m n.p.m. Najwyższy punkt znajduje się na wysokości 3300. Start i meta znajduje się w ślicznym włoskim miasteczku Courmayeur.

Yukon Arctic Ultra

Kiedy: 8 lutego
Więcej informacji:
www.arcticultra.de

100, 300, 430 mil w ujemnych temperaturach od -12 do -35 stopni, sześciokilometrowa różnica poziomów i zagrożenia, jakie czyhają na trasie czynią te zawody bardziej ekstremalną wyprawą niż biegiem. Oprócz wyczerpania w zestawie zagrożeń znajdują się hipotermia i odmrożenia. Tylko nielicznym udało się dokończyć tak długi dystans. To zabawa tylko dla hardcorowców, którzy czują się zdecydowanie lepiej w mroźnych warunkach i kiedy mają do wyboru upał lub mróz, zawsze wybiorą to drugie.

Ekstremalny bieg odbywa się na trzech dystansach – 100, 300 i 430 mil. Czterystumilowy wyścig ma miejsce co dwa lata, tym razem rozegra się w 2015 roku. Pomimo, że trasa zawsze jest oznaczana, śnieg i porywisty wiatr może utrudniać podążanie za szlakiem. Trudności dodaje niska temperatura w lutym na Jukonie, szlak i oczywiście sam dystans. Co istotne, Yukon Arctic Ultra nie ogranicza się wyłącznie do biegu. Trasę można pokonać również na rowerze górskim lub na nartach.

Grand Raid Reunion

Kiedy: październik
Więcej informacji:
www.grandraid-reunion.com

Bieg odbywa się co roku w październiku na Reunion Island, usytuowanej pomiędzy Madagaskarem a Mauritiusem. 162 – kilometrowa trasa z 9643-metrowym przewyższeniem to kolejne wymagające wyzwanie, któremu wielu nie zdołało sprostać. Jednocześnie rozgrywają się zawody na trzech dystansach: Grand-Raid – Diagonale des Fous (162 km, 9643 km przewyższenia), Semi-Raid – Trail of Bourbon (93 km, 4920 km przewyższenia) oraz Mascareignes Raid (61 km, 3036 m przewyższenia). Jak widać wyspa nie zawsze musi kojarzyć się z relaksem i tendencją do „nicnierobienia. W trakcie biegu trzeba pokonać trzy najwyższe szczyty wyspy, między innymi wulkan Piton des Neiges (wysokość 3070, 5 m n. p. m.). Limit czasowy określono na 66 godzin. Trasa jest bardzo trudna technicznie, obfituje w bardzo strome podejścia i równie strome, niemal niezbiegalne odcinki w dół.

Spine Race

Kiedy: 10-17 stycznia
Więcej informacji:
thespinerace.com

Bieg odbywa się w Wielkiej Brytanii w styczniu, a trasa przebiega od Derbyshire do Szkocji. Zawody są nazywane „najbardziej brutalnym wyścigiem Wielkiej Brytanii.” W 2012 roku wzięło w nim udział 11 osób, a tylko 3 z nich go ukończyły. Następny rok okazał się nieco lepszy – do biegu podeszło 30 uczestników, z czego na metę w Kirk Yetholm dotarło 11. Z przewyższeniem ponad 11 000 metrów i dystansem ok. 431 km to nie lada gratka dla tych, którzy szukają kolejnych wyzwań biegowych i wciąż im mało.

Wyścig trwa siedem dni i pełno w nim przeszkód – na wielu odcinkach czeka na nas głęboki śnieg, lód, błoto, silny wiatr, deszcz i bagna. Ustalono tylko pięć punktów kontrolnych. Dotychczasowy rekord został ustanowiony przez Pavela Poloncy’ego – pokonał cały dystans w czasie 156 h 58 min.

Dublin Marathon fot. archiwum organizatora

Spacerek nad Czarnym Stawem? Tylko w Dublinie

Dublin Marathon fot. archiwum organizatora

Fot. archiwum organizatora

Na głównej stronie internetowej tego maratonu rzuca się w oczy napis „Zapraszamy spacerowiczów, nasz limit czasu to 7,5 godziny”. Może nie ma to wiele wspólnego z bieganiem, ale jednak przyciąga do Dublina jakieś 13 000 biegaczy, a zapisy kończą się na trzy tygodnie przed biegiem. Zatem w tym roku to już musztarda po obiedzie, ale za rok będzie jak znalazł. Tylko trzeba pamiętać, że ten bieg, jak Boston, odbywa się w poniedziałek.

A angielska nazwa Dublin pochodzi z irlandzkiej nazwy Dúbh Linn oznaczającej „czarny staw”.

Ostatni poniedziałek października, October Bank Holiday, jest irlandzkim świętem państwowym. I właśnie tego dnia odbywa się  maraton ulicami irlandzkiej stolicy. W tym roku biegacze pobiegną w Dublinie po raz 35., a organizatorzy spodziewają się rekordowej frekwencji, nie obawiając się niedzielnej konkurencji ze Starego Kontynentu (Frankfurtu, Wenecji czy Drezna).

Początek trasy dublińskiego maratonu znajduje się na georgiańskim Fitzwilliam Square, meta – na pobliskim Merrion Square. Część trasy wiedzie przez Phoenix Park, jeden z największych ogrodzonych parków Europy, a może i świata, ale trasa bywa minimalnie zmieniana. Jej profil nie wygląda na przyjemny ani sprzyjający życiówkom. Już w pierwszej ćwiartce zmierzymy się z ponad 70 metrami przewyższenia na dystansie niespełna 5 km. Podbiegów nie brakuje też w dalszej części dystansu, choć już nie tak stromych. Miejscami trasa biegu wiedzie wzdłuż i przekracza przepływającą przez centrum Dublina rzekę Liffey. Poprzednia nazwa tej rzeki brzmiała An Ruirthech, co znaczy „szybki biegacz”…

Biegnąc, można podziwiać też m.in. podmiejski Bushy Park, ogromny park, gdzie nie brakuje miejsc do rekreacji i uprawiania sportu, a także zabudowania University College Dublin, największej irlandzkiej uczelni. Na trasie na biegaczy czeka 10 punktów, na których znajdzie się 140 000 butelek wody, cztery punkty z izotonikiem i dwa punkty z żelami energetycznymi. A oprócz tego punkty z muzyką i strefy kibicowania, czyli wszystko, co trzeba, żeby maraton był udany.

No i ten limit – 7,5 godziny! To sprawia, że trasę można pokonać nawet szybkim marszem. Chociaż to zdecydowanie się nie opłaca. Nagrody za pierwsze miejsce wśród mężczyzn i kobiet są równe i wynoszą po 10 000 EUR. Od 10 lat także dla najlepszych Irlandczyków przewidziane są specjalne premie, za miejsca i za uzyskane czasy. I być może dlatego w ubiegłym roku w Dublinie po raz pierwszy od dłuższego czasu wygrali… Irlandczycy, zgarniając dodatkowo po ok. 2,5 tys. EUR (wynik na poziomie 2:18 wśród mężczyzn i 2:38 wśród kobiet).

Co jeszcze warto wiedzieć o Dublinie? Niewiele tutaj atrakcji dla miłośników dawnej architektury. Ale i oni znajdą dla siebie nie lada gratkę w postaci Zamku Dublińskiego, wybudowanego przez Normanów na miejscu dawnej fortyfikacji wikingów w XIII wieku. W pobliżu zamku, od zachodniej strony, znajduje się katedra Kościoła Chrystusowego z 1172 roku. Powstała ona po wyburzeniu drewnianej katedry wzniesionej przez wikingów. Jednak to, co oglądamy dzisiaj, to efekt przebudowy z końca XIX wieku. Ślady wikingów można też znaleźć w miejscowych muzeach… Ale przecież to nie muzea wabią nas na Zieloną Wyspę…

A władze Dublina oceniają, że na maratonie w tym roku zarobią jakieś 10 milionów EUR. A jeśli nawet nie w tym – to w przyszłym wydatki powinny sięgnąć tej liczby.

SSE Airtricity Dublin Marathon

Start: 27 października 2014 r. o godz. 9.00
Zapisy: zakończyły się 5 października
Bieg śniadaniowy: niedziela rano
Wpisowe dla obywateli UE: od 70 do 95 EUR
Więcej informacji na: dublinmarathon.ie

Marathon du Medoc. Fot. De Tienda/Dubroca/AMCM

10 wyjątkowych biegów zagranicznych

Mamy w Polsce wspaniałe i wymagające biegi, prowadzone w niesamowitych miejscach, od szczytów Tatr przez ulice pięknych miast po sztolnie i chodniki kopalniane. Ale gdyby dano mi możliwość wybrania się w dowolne miejsce na świecie, żebym pobiegał w zorganizowanych biegach, to z milionów możliwości wybrałbym dziesięć niżej opisanych.

Dlaczego akurat te? Żeby jako ten osioł z bajki Kraszewskiego nie paść z głodu w otoczeniu wielości pokarmu. Wybrałbym, pojechał i pobiegł. Zanim mój dobroczyńca się rozmyśli. Do biegu, gotowi, start!

Canadian Death Race. Fot. www.deathrace.ca

Canadian Death Race. Fot. www.deathrace.ca

1. Canadian Death Race

Zobaczyłem tę nazwę w jednej z reklam firmy Adidas. I siedzi we mnie do dziś! To nie jest wyzwanie dla demonów szybkości, za to pokonanie trasy jest wartością samą w sobie. Jest się czym pochwalić. Dla biegaczy dystans, a dla cioci na imieninach – nazwa: Kanadyjski Bieg Śmierci. Start i meta znajdują się na wysokości 1280 m n.p.m., trasa liczy 125 km, wytyczona jest przez trzy szczyty kanadyjskiej części Gór Skalistych, a łączne przewyższenie to prawie 5200 m. Na starcie każdy dostaje monetę, którą będzie musiał zapłacić za przeprawę przez rzekę. Jeśli ją zgubi, w końcowych wynikach przy jego nazwisku pojawi się okropny i przerażający skrót: DNF.

Kiedy: sierpień 2015
Limit: 1500 osób
Gdzie: start i meta Grand Cache, Alberta, Kanada
Info: www.canadiandeathrace.com

Western States Endurance Ru.n Fot. Sportingsoul.com

Western States Endurance Run. Fot. Sportingsoul.com

2. Western States Endurance Run

Ci, którzy tego nie doświadczyli, mogą sobie jeszcze wyobrażać, że w bieganiu po górach najgorsze są podbiegi. Mnie już nikt nie nabierze. Zbiegi potrafią zabić! A teraz wyobraźcie sobie 100 mil – sto sześćdziesiąt sześć #!@*&% kilometrów i do tego meta – na dole! Suma przewyższeń to prawie 6690 m. Mięśnie czworogłowe, jeśli przeżyją ten koszmar, to wyjdą z siebie i Was uduszą. Nieważne, że nie mają rąk. Uduszą i już. Takie są prawa buszu. Dlatego marzę o Western States Endurance Run. Nie każdy dostanie szansę na start. Trzeba, podobnie jak w Ultra Trail du Mont Blanc, spełnić kilka nie tak łatwych warunków. Start w Squaw Valley, meta w Auburn, po drodze kilkanaście punktów żywieniowych, medycznych, gdzie (pamiętajcie, to nie Polska) sprawdzają m. in. ciężar właściwy moczu i jeśli nie spełnia norm, lekarz nie wypuści Was w dalszą trasę.

Kiedy: 27-28 czerwca 2015
Limit: około 400 osób (losowanie spośród 4000 + biegi kwalifikacyjne)
Gdzie: start: Squaw Valley, meta Auburn, Kalifornia, USA
Info: www.wser.org 

3. Marathon du Medoc

Ta impreza to dla większości biegaczy konieczność, podobnie jak Londyn czy Nowy Jork. A swoją sławę najdłuższego maratonu na świecie zawdzięcza punktom żywieniowym będącym raczej punktami degustacji win, szynek, ostryg… Dzięki temu tutaj naprawdę nie liczy się wynik, a organizatorzy oficjalnie nie chcą widzieć na trasie osób szukających rekordów, w regulaminie jest też zapis o konieczności „przebrania się” i chyba każdy z ośmiu tysięcy biegaczy startuje w kostiumie. Wielka impreza. Niesamowita zabawa. A że jest tam jeszcze maraton… no cóż, jakoś trzeba uzasadnić wyjazd do Francji, prawda?

Marathon du Medoc. Fot. De Tienda/Dubroca/AMCM

Marathon du Medoc. Fot. De Tienda/Dubroca/AMCM
Kiedy: wrzesień 2015
Limit startujących: 8800
Gdzie: Paulliac, Francja
Info: www.marathondumedoc.com 

Pyongyang Marathon. Fot. AP Photo/David Guttenfelder

Pyongyang Marathon. Fot. AP Photo/David Guttenfelder

4. Pyongyang (Myongyande) Marathon

Wystartować w TEJ Korei to jak polecieć na Marsa. Prawie tak samo prawdopodobne. I stwierdzenie „pobiec w Pjongjangu i umrzeć” (na wzór „zobaczyć Rzym i umrzeć”) jest w mojej ocenie kluczem do nieśmiertelności. Poza tym, przy Korei Północnej dżungla, pampa, tundra, tajga czy pustynia to żadna ekstrema i wyzwanie. Kiedyś złożyłem podanie do ambasady Korei Północnej z prośbą o zezwolenie na uczestnictwo, potem (na żądanie) dosłałem swoje CV, uzasadnienie podania, potem jeszcze dzwoniłem kilka razy. I nic. Zapewne dlatego, że moja życiówka to 3:27, a Koreańczycy zapraszają tylko elitę. Zapewne…

Kiedy: 12 kwietnia (trzeba wykupić wycieczkę)
Gdzie: Pjongjang, Korea Północna
Liczba startujących: około 800 (na zaproszenia)
Informacje o imprezie: experiencenorthkorea.com
W 2010 startowała tam Karolina Jarzyńska!
Statystyki. 

Jungfrau Marathon. Fot. Jungfraumarathon.ch

Jungfrau Marathon. Fot. Jungfrau-marathon.ch

5. Jungfrau Marathon

Kto był w górach, choćby w Tatrach, a tym bardziej w Alpach, ten zrozumie. To naprawdę maraton z najpiękniejszymi widokami. Kiedy startujesz, widzisz przed sobą trzy wspaniałe szczyty, mijasz typowe alpejskie domki, w połowie trasy przebiegasz (raczej przechodzisz w niekończącej się gąsienicy) przez hale w otoczeniu producentek Milki, a na mecie, kiedy obejrzysz się ze szczytu za siebie, u podnóża gór widać dwa jeziora o różnym zabarwieniu. Bajka? Nie, ale blisko.

Kiedy: wrzesień 2015
Gdzie: Interlaken, Szwajcaria
Limit startujących: 4000
Info: www.jungfrau-marathon.ch 

Pomnik Robin Hooda w Nottingham. Fot. Wikimedia Commons/ David Telford

Pomnik Robin Hooda. Fot. Wikimedia Commons/ David Telford

6. Robin Hood Marathon and Half

Kto nie słyszał o tym banicie? Ręka do góry. No właśnie! Mieć medal z Robin Hoodem? To się liczy. Gdy miałem dziesięć czy dwanaście lat, chciałem być taki jak Robin! I też chciałem zlać Małego Johna (ten mój miał na imię Darek). Ruszyłbym więc i dziś do Nottingham, by znaleźć się w kilkutysięcznym tłumie, pobiegać przez centrum starego miasta okraszonego ogromną ilością zabytków, poznać aktualnego szeryfa, a potem sprawdzić czy w TYM dębie znajdzie się miejsce i dla mnie!

Kiedy: wrzesień 205
Gdzie: Nottingham, Wielka Brytania
Limit startujących: 12.000 tysięcy
Info: www.experianfestivalofrunning.co.uk 

Trans Britain 2013. Fot. Run247.com

Trans Britain 2013. Fot. Run247.com

7. Trans Britain

Jeśli nie startowałeś jeszcze w biegach wieloetapowych, musisz koniecznie spróbować! To niezapomniane przeżycie, zupełnie inny rodzaj wyzwania, inne doświadczenia. To śniadania i kolacje w gronie takich samych szaleńców, to kilka dni ciężkich, ale niesamowitych wyzwań. Jeśli do tego dołożyć widoki gór Szkocji czy wrzosowisk w Penninach oraz możliwość obejrzenia miejsc, w których rozgrywają się przygody weterynarza z książki Jamesa Herriota „Wszystkie zwierzęta małe i duże”, to jest właśnie to! Swoją drogą, może nie warto się ograniczać i obejrzeć większą część wyspy, startując w Jogle Ultra?

Kiedy: wrzesień
Gdzie: start: Gretna, Szkocja; meta: Ruthin, Walia
Liczba startujących: mniej niż 20
Info: gobeyondultra.co.uk 

ASICS Kepler Challenge. Fot. Keplerchallenge.co.nz

ASICS Kepler Challenge. Fot. Keplerchallenge.co.nz

8. Kepler Challenge

Do wyboru 60 lub 27 km w bajkowej scenerii, bo przecież tak naprawdę nie chodzi o bicie rekordów życiowych! Dobrze, troszkę przesadzam, ale o jakich rekordach można myśleć, kiedy podąża się szlakami, po których mógł chodzić Frodo Baggins? Przecież to właśnie w Nowej Zelandii kręcono „Władcę Pierścieni”! Ze względu na piękno krajobrazu, góry, jeziora i morze, spotykające się w jednym miejscu. Do tego Nowa Zelandia jest tak daleko od Polski, że będąc tam na miejscu, w którą stronę by się nie ruszyć, zawsze wraca się do domu.

Kiedy: 6 grudnia 2014
Gdzie: Te Anau, Nowa Zelandia
Limit startujących: 60 km – 400, 27 km – 150
Info: www.keplerchallenge.co.nz 

Alpin Sport Tatrzański Bieg pod Górę. Fot. Materiały organizatora

Alpin Sport Tatrzański Bieg pod Górę. Fot. Materiały organizatora

9. Tatrzański Bieg pod Górę

Samemu trudno mi w to uwierzyć, ale przebiegłem Alpy i Góry Skaliste, a jeszcze ani razu w życiu nie byłem na Kasprowym Wierchu, o Rysach nie wspominając. To tak blisko, a jednocześnie tak daleko! Wybrać się z domu, na niecałe 8 km biegu? Zawsze dopada mnie pytanie: po co? Dla tych 1000 m podbiegu? Dla śniegu po kostki już na początku października? Czy dla uczucia płonących płuc tuż przed metą? A może dla tego uczucia spełnienia tam wysoko za finiszem? Krótkie biegi to zupełnie inny rodzaj wyzwania! I choć biegi górskie są jak narkotyk (a może właśnie dlatego?), to warto spróbować. Od razu z najwyższej półki. W 2010 na tej samej trasie odbyły się mistrzostwa Europy w biegach górskich extreme.

Kiedy: 18 października 2014
Gdzie: Zakopane, Polska
Limit startujących: 290
Info: www.alpinsport.pl/bieg 

Darek Strychalski w Badwater Ultramarathon 2014. Fot. Filip Bojko

Darek Strychalski w Badwater Ultramarathon 2014. Fot. Filip Bojko

10. Badwater Ultramarathon

Wyobraź sobie, że w czasie biegu musisz zmienić kilka par butów. Nie dlatego, że stają się niewygodne, a dlatego, że nie uważałeś, pobiegłeś po asfalcie i stopiła się podeszwa. W ciągu dnia, aby się schłodzić, wskakujesz do przenośnej lodówki (odpowiednich rozmiarów ma się rozumieć), nocą zakładasz rękawiczki, a i tak marzniesz. Temperatury wahają się od prawie 55°C w ciągu dnia do 18°C w nocy. Aby się do tego przygotować, wstawiasz bieżnię mechaniczną do sauny i dzień po dniu spędzasz na niej kilka godzin. A na koniec, żeby nie było za łatwo, startujesz w depresji (85 m p.p.m.), kończysz na 2530 m n.p.m. Zapomniałbym – trasa liczy 135 mil. Bagatelka.

Kiedy: sierpień 2015
Gdzie: start: Death Valley, Kalifornia, USA
Limit startujących: 100
Info: www.badwater.com 

 Marcin Lenski, Top 10 biegów zagranicznych