Archiwa tagu: Mo Farah

londyn_women

Virgin Money London Marathon 2018: czy w niedzielę odbędzie się najmocniejszy maraton w historii?

londyn_women

Już w tę niedzielę czeka nas wiele emocji związanych z Virgin Money London Marathon 2018. Fot.: virginmoneylondonmarathon.com/en-gb/news-media/gallery

Eliud Kipchoge, Kenenisa Bekele, Mohammed Farah, Daniel Wanjiru, Guye Adola, Mary Keitany, Tirunesh Dibaba, Rose Chelimo, Vivian Cheruiyot, Mare Dibaba, Tigist Tufa – to tylko kilka nazwisk biegaczy i biegaczek, którzy w niedziele wezmą udział w jednym biegu. Virgin Money London Marathon 2018 będzie niewątpliwie jednym z najmocniej obsadzonych w historii biegów na królewskim dystansie.

Plejada gwiazd, jaka w tym roku stanie na starcie londyńskiego maratonu może przyprawić o prawdziwy zawrót głowy. Niewątpliwie największe emocje budzi start Eliuda Kipchoge, uważanego przez wielu za najlepszego maratończyka wszechczasów. W jego biegowym CV brakuje w tym momencie tylko rekordu świata. Przy okazji każdego startu Kenijczyka kibice zastanawiają się, czy pobiegnie szybciej niż 2:02:57. Aktualny rekordzista londyńskiej imprezy zapowiada jednak, że w niedzielę interesuje go przede wszystkim zwycięstwo, a czas jest sprawą drugorzędną. Być może w ten sposób chce zdjąć z siebie presję na bicie rekordu świata. Paradoksalnie, może okazać się, że aby spełnić tę zapowiedź będzie musiał pobiec najszybciej w karierze, gdyż wśród rywali nie brakuje wielkich nazwisk. Przykładem może być Etiopczyk Kenenisa Bekele, który otwarcie zapowiada, że planuje atak na rekord świata. W czołówce prawdopodobnie od początku ruszy ubiegłoroczny zwycięzca maratonu w Londynie Daniel Wanjiru. Całkowicie nieprzewidywalny jest również Guye Adola, czyli zawodnik, który dostarczył wielu emocji kibicom podczas ostatniego maratonu w Berlinie, próbując uciekać Eliudowi Kipchoge. W stawce jest również słynny Brytyjczyk Mohammed Farah, który bardziej niż o zwycięstwo, powinien walczyć o poprawę rekordu Wielkiej Brytanii, należącego od ponad 30 lat do Steve’a Jonesa.

london_men

W rywalizacji mężczyzn po raz 4. w bezpośrednim maratońskim starciu zmierzą się Kenenisa Bekele i Eliud Kipchoge. Jak dotąd 3 razy górą był ten drugi. Fot.: virginmoneylondonmarathon.com/en-gb/news-media/gallery

Pasjonująco zapowiada się także rywalizacja kobiet. Na liście startowej mamy m.in. 2. i 3. najszybszą maratonkę w historii: Mary Keitany oraz Tirunesh Dibabę. Chociaż życiówki obu zawodniczek są dość dalekie od rekordu świata (2:15:25 vs 2:17:01 i 2:17:56), to trzeba pamiętać, że Keitany i Dibaba swoje wyniki osiągały biegnąc wyłącznie z kobietami, zaś Paula Radcliffe, ustanawiając najlepszy czas w historii własnie w Londynie, korzystała z męskich pacemakerów. Tym razem Kenijka i Etiopka również będą miały do dyspozycji mężczyzn nadających tempo, co oznacza, że mogą pokusić się o jeden z najlepszych, a być może nawet i najlepszy rezultat w maratonie w historii. Jest to o tyle niespotykana sytuacja, że w ostatnich latach wydawało się, że kobiecy rekord jest i jeszcze długo pozostanie poza zasięgiem jakiejkolwiek biegaczki. Chociaż szanse na jego poprawę nie są duże, to sam fakt, że dopuszcza się taką możliwość stanowi nową jakość w kobiecym maratonie.

Pozostałe zawodniczki raczej nie liczą się w kontekście walki o rekord świata. Nie oznacza to jednak, że Mistrzyni Świata Rose Chelimo, była Mistrzyni Świata Mare Dibaba, zwyciężczyni maratonu w Berlinie Gladys Cherono, Mistrzyni Olimpijska na 5000 m i Mistrzyni Świata na 10 000 m Vivian Cheruiyot czy zwyciężczyni maratonu w Londynie z 2015 r. Tigist Tufa nie będą liczyły się w walce o najwyższe pozycje. Jeśli 2 najmocniejsze na papierze rywalki zaczną zbyt mocno i nie wytrzymają tempa, sprawa zwycięstwa pozostaje otwarta.

Czynnikiem, który może nieco popsuć plany zawodniczek i zawodników myślących o rekordowych wynikach może okazać się pogoda. Na niedzielę zapowiadane są w Londynie nawet 23 stopnie Celsjusza, co na pewno nie stworzy idealnych warunków do szybkiego biegania. Jednak, mając na uwadze ostatnie emocje związane z pogodą i niespodziewanymi rozstrzygnięciami maratonu w Bostonie, wysoka temperatura paradoksalnie może okazać się czynnikiem zwiększającym poziom emocji i niespodzianek. Bez względu na to, czy w niedzielę padną rekordowe osiągnięcia, Virgin Money London Marathon 2018 zapowiada się niezwykle interesująco. Transmisja z biegu będzie do obejrzenia od godz. 9:00 w niedzielę 22 kwietnia w kanale Eurosport 1.

Mo farah

Mohamed Farah i sponsorskie ustawki. Dokąd zmierza wyczynowe bieganie? [FELIETON]

Mo farah

Czwarte z rzędu zwycięstwo Mohameda Faraha w półmaratonie w Newcastle jest przykładem na to, jak duże imprezy zaczynają zamieniać się w sportowe ustawki bez realnej rywalizacji. Dokąd zdąża wyczynowe bieganie?

Na papierze wszystko wygląda dobrze: Mo Farah wygrywa półmaraton w Newcastle w niezłym czasie (1:00:06), na finiszu ogrywając rywala z Nowej Zelandii, Jake’a Robertsona. Kibice zadowoleni, bo wygrywa miejscowy idol. Sponsorzy zadowoleni, bo kibice zadowoleni. I organizatorzy także zadowoleni, bo zadowoleni kibice i sponsorzy. Impreza idealna.

Sęk w tym, że czegoś w tym zabrakło: realnej rywalizacji sportowej. Na półmaraton Great North Run poza Farahem nie zaprasza się żadnych biegaczy, którzy mogliby zagrozić wielkiej gwieździe. 1:00:06 to dla kilkudziesięciu Kenijczyków żaden problem. Kilka lat temu organizatorzy biegu zaprosili wielkie nazwiska do pojedynku z Farahem, dobierając je w sprytny sposób. Haile Gebrselassie to legenda biegów, wtedy już po 40-tce i nie stanowiąca realnego zagrożenia. Kenenisa Bekele – rekordzista świata na 5000 i 10 000 metrów, wtedy od paru lat w kryzysie. Wydawało się, że marketingowo jest wszystko: znani biegacze i jednocześnie pewne zwycięstwo Faraha. Tymczasem Bekele wyciął kibicom i organizatorom brzydki numer – nas finiszu niespodziewanie zaatakował i wygrał. Zamiast fety z udziałem zbrytanizowanego Faraha kibice dostali niesmaczne zwycięstwo Etiopczyka. Lekcja nie poszła jednak na marne – od tego czasu Farah wygrał już czterokrotnie, za każdym razem nie mając z kim przegrać. Zbyt szybkich się tam nie zaprasza, bo zwycięzca może być tylko jeden.

To coraz częściej pojawiająca się tendencja w bieganiu. W ten weekend podobna ustawka odbyła się w amerykańskiej Filadelfii, gdzie Amerykanin Galen Rupp pobiegł po pewne zwycięstwo półmaratońskie. To samo zarzuca się jesiennemu maratonowi w Chicago – że wszystko ustawione jest pod Ruppa, brak rywali, którzy mogą stanowić realne zagrożenie. Bodajże dwa lata temu podobne zwycięstwo w mityngu Diamentowej Ligi, jedyne w historii na 5000 metrów, zaliczył w Nowym Jorku inny Amerykanin. Najlepsi ponownie nie dojechali. Co za zbieg okoliczności – akurat w Nowym Jorku jeden raz w historii bieg na piątkę w Diamentowej Lidze wygrywa miejscowy!

epa03287316 Galen Rupp (R) reacts after crossing the finish ahead of Bernard Lagat (L) to win the men's 5000 meter final at the 2012 Olympic trials in Eugene, Oregon, USA, 28 June 2012. EPA/LARRY W. SMITH Dostawca: PAP/EPA.

epa03287316 Galen Rupp (R) reacts after crossing the finish ahead of Bernard Lagat (L) to win the men’s 5000 meter final at the 2012 Olympic trials in Eugene, Oregon, USA, 28 June 2012. EPA/LARRY W. SMITH
Dostawca: PAP/EPA.

Działania tego typu to oczywista samoobrona przed zalewem kenijskich biegaczy i dawno można było przewidzieć, że coś podobnego nastąpi. Kenijczycy sami z siebie nie mają interesu, a często także funduszy, żeby przyjeżdżać na bieg do Newcastle czy Nowego Jorku. Ktoś zapłaci, przyjeżdżają, wygrywają. Rywalizacja trzydziestu anonimowych biegaczy, podczas gdy miejscowi faworyci zostają w tyle, nikogo jednak nie ekscytuje. Coraz częściej mamy więc imprezy, gdzie biegnie zaproszona gwiazda, a oprócz niej nikt znaczący. Wszystko jest ustawione przed startem, wiadomo kto zwycięży. Oczywiście sam biegacz czy biegaczka muszą jeszcze pobiec, ale organizator idzie im na rękę jak tylko może. W nieco mniejszej skali i z nieco innych powodów widzimy to na ulicznych mistrzostwach Polski – czołówka lekceważy te imprezy, bo nikt im za nie nie płaci. Na starcie stają więc amatorzy i półamatorzy, formalnie zostający mistrzami, ale biegający dużo wolniej niż krajowa, rzeczywista elita.

Nie wiem, jak rozwiązać ten problem, ale jedno jest pewne: taka rywalizacja jest trochę niesmaczna. Co z tego, że faworyt wygrywa, kiedy prawdziwy kibic wie, że bieg był ustawiony i żadne inne rozwiązanie nie wchodziło w grę? Być może w opisie zawodów trzeba podawać, że jest to sponsorska feta na rzecz określonego zawodnika czy zawodniczki, a nie realna rywalizacja. Teoretycznie wydawałoby się, że organizatorowi powinno zależeć na zaproszeniu jak najszybszych biegaczy, bo tego typu biegi często ogłaszają sie jako wielkie imprezy sportowe, odbywające się na wysokim poziomie. Sęk w tym, że najszybsi i jednocześnie tani wygrywacze są albo Kenijczykami, albo Etiopczykami. Nikt ich nie zna, nikt ich nie chce. Można to zrozumieć z ludzkiego punktu widzenia, ale mimo wszystko uważam, że coś tu nie gra. Organizator ma prawo zaprosić, kogo chce, ale nazywanie tego sportem jest nieco chybione.

Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP

Odchodzi Mo Farah, nadchodzi Mohamed

Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP

Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP

Mo Farah, najlepszy długodystansowiec ostatnich dziesięciu lat, kończy karierę na bieżni i bierze się za maratony. Odtąd ma być nazywany pełnym imieniem – Mohamed, co ma symbolicznie zamknąć epokę „Mo”, związaną ze startami na stadionie.

Rok 2017 zamknie się jako trudny dla światowej lekkiej atletyki. Z biegania stadionowego rezygnuje dwóch największych mistrzów – Usain Bolt w sprincie i Mo Farah w biegach długich. Do tego mamy bezkrólewie na 800 metrów, gdzie kontuzjowany jest rekordzista świata, Kenijczyk David Rudisha. Jedynym pocieszeniem, szczególnie dla brytyjskich kibiców, jest fakt, że Farah nadal będzie startował, do tego częściej w Wielkiej Brytanii, próbując podbić biegi uliczne w takim samym stopniu jak stadion.

Mo Farah, a w pełnym brzmieniu sir Mohamed Muktar Jama Farah, zdobył na stadionie sześć tytułów mistrza świata na 5000 i 10 000 metrów, do tego cztery złote medale olimpijskie na tych samych dystansach. Dodatkowo wywalczył dwa srebrne medale mistrzostw świata, które uważa za porażki. Pierwsza zdarzyła się na początku wielkiej kariery, w 2011 roku w koreańskim Daegu. Farah przegrał na finiszu wyścig na 10 000 metrów z Etiopczykiem Ibrahimem Jeilanem. Dwa lata później ściganie na ostatniej prostej powtórzyło się podczas mistrzostw w Moskwie, ale tym razem lepszy był Brytyjczyk. Jeilan został mistrzem i wicemistrzem świata na 10 000 metrów i po dwóch sezonach znikł w odmętach historii. Farah ściga się nadal.

W tym roku Mo Farah zaplanował piękne zwieńczenie kariery – dwa złote medale podczas mistrzostw świata w Londynie, honorowe okrążenia wśród 60 tysięcy fanów, całusy, autografy, wizyty w zakładach pracy i jeszcze większe rozepchanie swej pozycji marketingowej na rodzimym, brytyjskim rynku, gdzie już teraz jest gwiazdą. Rywale niestety zepsuli te plany, mimo że organizatorzy zaplanowali układ konkurencji tak, aby Farah miał pełen komfort startu. Bieg na 10 000 metrów rozegrano pierwszego dnia, 5000 metrów na samym końcu, zostawiając Brytyjczykowi tydzień na odpoczynek. Dyszka okazała się jednak piekielnie mocna, a Farah zwyciężając w czasie 26:49,51, otarł się o rekord mistrzostw, należący do samego rekordzisty świata, Etiopczyka Kenenisy Bekele (rekord mistrzostw to 26:46,31). Rywale nie dali rady rzucić Mo na kolana, ale już tego pierwszego dnia było pewne, że regeneracja po tak mocnym wyścigu będzie trudna.

Eliminacje piątki Farah przebrnął na luzie, ale w finale było ciężko. Bieg okazał się przerażająco wolny, dzięki czemu na finiszu wszyscy faworyci byli gotowi do sprintu i nie dali Farahowi rozegrać biegu po swojemu, z prowadzeniem na ostatnich 600 metrach. Najpierw zaatakował Etiopczyk Yomif Kejelcha, a Farah ruszył za nim. Atak był jednak tak mocny, że na ostatnie okrążenie Brytyjczyk nie dał rady wejść na prowadzeniu, jak to zwykł czynić. Kejelcha nie dociągnął do mety tym tempem, usztywnił się na finiszu i zajął dopiero czwarte miejsce, ale uniemożliwił zwycięstwo Farahowi. Drapieżny atak Kejelchy skontrował tylko rodak, Muktar Edris, a Farah wbiegając na ostatnie okrążenie, był dopiero na trzeciej pozycji i tracił dystans. Dobiegł tak do ostatnich 100 metrów, tam rzucił na szalę resztkę energii i wyprzedził Kejelchę, ale nie dał rady dogonić Edrisa. Z tyłu bardzo agresywnie finiszował jeszcze Amerykanin Paul Chelimo, który omal nie przegonił Faraha.

Na mecie Brytyjczyk padł na tartan i zalał się łzami. Wymarzone pożegnanie się nie udało, zamiast dwóch złotych medali był złoty i srebrny. Mimo to Farah jest najbardziej utytułowanym biegaczem biegów długich na stadionie w historii. Jedyny zarzut, jaki mu się stawia od strony sportowej, dotyczy braku szybkich biegów. Mo zebrał cały worek medali, ale nie ma na koncie żadnego rekordu świata, poza nic nie znaczącym wynikiem w biegu na dwie mile. Ba, do rekordów się nawet nie zbliżył.

Mo Farah zwycieza na 5000 m w Prefontaine Classic w Eugene Fot Getty Images 475203534

Powody zakończenia kariery na bieżni są dość oczywiste i sierpniowe mistrzostwa świata pokazały je wyraźnie. Farah ma już 34 lata i nie może w nieskończoność utrzymać dyspozycji szybkościowej. Jego sukcesy opierają się na rozsądnej taktyce, a potem agresywnym finiszu. Zwycięstwa, które odnosił, nie były zdecydowane – urywał się rywalom na metr, dwa, kilka, wygrywając o ułamki sekund. Nawet przy perfekcyjnym rozegraniu jest pewne, że w końcu pojawi się ktoś młodszy, szybszy. Zaletą Brytyjczyka była zabójcza prędkość – jest przecież rekordzistą Europy na 1500 metrów – ale z roku na rok jest mu ją ciężej utrzymać. W przyszłym roku nie ma mistrzostw świata ani Igrzysk, następna duża impreza ma miejsce dopiero w w 2019, kiedy Farah będzie miał 36 lat. Szansa, że do tego czasu utrzyma formę sprinterską, jest minimalna.

W tle pojawia się jak zwykle aspekt życiowy. Mo Farah ma żonę i czwórkę dzieci, a tryb życia wyczynowego sportowca wymaga od niego ciągłych wyjazdów. Chciałby więcej czasu spędzać w domu i mają mu to umożliwić starty w maratonach. Podstawową formę można utrzymać, trenując u siebie, wyjazdy będą konieczne tylko w ostatnich tygodniach przed startami. A samych biegów będzie mniej, część z nich to pewnie ustawki, gdzie organizatorzy nie zaproszą zbyt mocnych rywali. Taki był pożegnalny start Faraha w Wielkiej Brytanii, zaraz po mistrzostwach świata. Zwycięstwo na 3000 metrów w Birmingham było zdecydowane, ale odniesione w warunkach mocno zubożonej konkurencji. Podobnie zresztą zapowiada się wrześniowy bieg Brytyjczyka w półmaratonie Great North Run, gdzie ma odnieść czwarte zwycięstwo z rzędu. Brak mocnych rywali dla Faraha to cecha charakterystyczna tego biegu. Gdy kilka lat temu organizatorzy zaprosili Kenenisę Bekelę, który wydawał się być w kryzysie i bez formy, ów spłatał brzydki figiel i zwyciężył uwielbianego Mo. Z drugiej strony, ostatni start w ogóle na bieżni, który odbył się na 5000 metrów w Zurychu, Farah wygrał, rewanżując się Edrisowi.

Tam gdzie złoto, jest i doping?

Spora część stadionowej kariery Brytyjczyka odbywała się w warunkach ostrzału prasy i oskarżeń o doping. Nigdy nie znaleziono przekonującego argumentu, ale część oskarżeń jest zastanawiająca. Zaczęło się od samego faktu, że Farah zaczął zwyciężać późno. Jeszcze w roku 2010, w wieku 27 lat, był tylko lokalną, brytyjską gwiazdą, odnoszącą sukcesy w mistrzostwach Europy, ale nie na świecie. W mistrzostwach świata w 2009 był dopiero 7. w biegu na 5000 metrów, a w 2010 został zmiażdżony przez afrykańskich kolegów w przełajowych mistrzostwach świata – dobiegł do mety dopiero na 20. miejscu. Zaczął jednak współpracę ze słynnym przed laty maratończykiem, Amerykaninem Alberto Salazarem, w ramach Oregon Project, ufundowanego przez firmę sportową Nike. Niespodziewanie z drugoligowego gracza stał się dominatorem, co w tak zaawansowanym wieku praktycznie się nie zdarza. Salazar tłumaczy to treningiem siłowym i bardziej profesjonalnym podejściem, ale sam od kilku lat jest pod ostrzałem prasy. Zarzuca mu się działanie w „szarej strefie” – z wykorzystaniem praktyk, które nie są zabronione w sporcie, ale wydają się mocno nieetyczne. Należy do nich wykorzystywanie zezwoleń lekarskich, stosowanie hormonów tarczycy, próby podnoszenia poziomu testosteronu końskimi dawkami witamin czy wstrzykiwanie do mięśni substancji w rodzaju l-karnityny.

Alberto Salazar Mo Farah Galen Rupp Getty Images

Alberto Salazar Mo Farah Galen Rupp Getty Images

Wobec grupy Salazara od kilku lat toczy się śledztwo, jest możliwe, że zarzuty się nie potwierdzą, ale Farah w ostatnich sezonach coraz wyraźniej dystansuje się od trenera. Obecnie już oficjalnie zakończył z nim współpracę. Trudno powiedzieć, na ile są to prawdziwe słowa, na ile podpowiedzi marketingowców z Nike, którzy wykreowali markę” Mo”. Pewna marketingowa płytkość czy też nieszczerość Faraha była widoczna od dawna. Choćby samo skrócenie imienia – ze źle kojarzącego się Mohameda na Mo – to nic innego jak próba wmówienia odbiorcy, że Farah wcale nie jest z pochodzenia pół-Somalijczykiem i muzułmaninem. Od czego Farah obecnie sam się dystansuje, mówiąc, że przestaje być „Mo”, a zaczyna Mohamedem i będzie startował pod pełnym imieniem. Kiedy złapano Brytyjczyka na współpracy z trenerem Jamą Adenem – mocno kontrowersyjnym i obecnie też oskarżanym o doping – stwierdził, że właściwie go nie zna i spotkali się przypadkiem. W cyfrowym świecie nic jednak nie ginie i szybko wyciągnięto, że we własnej autobiografii Farah pisze o Adenie jako o przyjacielu, poza tym fotografowali się razem na obiadach i treningach, a sam Mo jeździł do niego specjalnie na treningi do hiszpańskiego Sabadell.

Trochę słabo brzmi wypieranie się najpierw jednego, potem drugiego trenera, podobnie jak kolegi z bieżni, z którym chodził na wspólne obiady. Po złapaniu go na dopingu Farah stwierdził, że właściwie to go nie zna. Podobnie było z partnerem treningowym w Kenii, nagranym na kupowaniu EPO – Mo stwierdził, że tylko przypadkiem zatrudniał człowieka jako swojego prywatnego „zająca”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dystansowanie i wypieranie to próby marketingowego wybielania wizerunku. Możni sponsorzy nie mogli pozwolić, że marka „Mo” kojarzyła się z czymkolwiek nagannym, więc wszelkie negatywne zjawiska, które zostają nagłośnione, są natychmiast wycinane i odsuwane od zawodnika. Brzmi to jednak mało wiarygodnie, skoro zastrzyki Salazara i trening z nim nie przeszkadzały Farahowi latami, a gdy zostały nagłośnione w prasie, nagle okazało się, że on nic nie wie, nikogo nie zna i – można rzec – tylko przypadkiem znalazł się w okolicy. Nigdy nie złapano Faraha ani na dopingu, ani nawet na jakimkolwiek nagannym postępowaniu, ale pojawiały się wokół niego zastanawiające okoliczności. Poza powyższymi – także dwa przypadki uniknięcia testów antydopingowych w latach 2010 i 2011. Być może to tylko nadgorliwość prasy, a może – jak mówią niektórzy – tam, gdzie się dymi, jest i ogień? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

Poza tym wszystkim Farah jest po prostu znakomitym biegaczem, umiejącym do maksimum wykorzystać własne atuty. Okazał się niesłychanie uniwersalny, równocześnie dzierżąc tytuły rekordzisty Europy i na 1500 metrów, i w półmaratonie – połączenie, jakiego przed nim nie dokonał nikt. Trudno jednak powiedzieć, czy to oznacza sukcesy maratońskie. Farah ma za sobą już jedno podejście do maratonu, dość nieudane. W 2014 pobiegł maraton w Londynie, a jego otoczenie rozpuszczało pogłoski, że ma zamiar rozprawić się z barierą dwóch godzin. Skończyło się na zimnym prysznicu, zaledwie 8. miejscu i czasie 2:08:21. Farah skasował ogromne pieniądze za start, mówiło się nawet o milionie funtów, a nie był w stanie nawet poprawić wieloletniego rekordu Wielkiej Brytanii Steve’a Jonesa – amatora z lat osiemdziesiątych XX wieku, który nie tylko nie miał własnego działu marketingu ani trenera od przygotowania siłowego, ale godził treningi z pracą jako mechanik silników lotniczych.

Odejście od bieżni jest więc nieco wymuszone, a Mo próbował zejść ze sceny na szczycie. Nie do końca się to udało, a czas pokaże, czy bieganie maratonów będzie sukcesem sportowym czy tylko intratną emeryturą i odcinaniem kuponów od sławy. Niewątpliwie Mo Fraha jest jednym z najlepszych długodystansowców w historii, niektórzy uważają wręcz, że najlepszym. W maratonach Brytyjczyk spotka się jednak z rywalami, którzy osiągnęli o wiele więcej od niego, mają doświadczenie i sukcesy na ulicy, a do tego ich życiówki z bieżni są wyraźnie lepsze od jego. To przede wszystkim Kenijczyk Eliud Kipchoge oraz rekordzista świata na 5000 i 10 000 metrów, Etiopczyk Kenenisa Bekele. Może się jednak okazać, że nawet młodzi, nieznani zawodnicy pobiją mistrza na ulicy – wszak w niedawnych mistrzostwach świata w półmaratonie Farah był dopiero trzeci. Jedno jest pewne – to koniec pewnej epoki na bieżni. Odchodzi Mo, zwyciężający na finiszu, nadchodzi Mohamed Farah, biegacz uliczny.

Warszawa, 20.08.2014. Jamajski sprinter Usain Bolt pozuje do zdjęcia na Stadionie Narodowym w Warszawie, 20 bm. Mistrz olimpijski i mistrz świata będzie największą gwiazdą lekkoatletycznego Memoriału Kamili Skolimowskiej, który odbędzie się 23 bm. na Stadionie Narodowym w Warszawie. (gj) PAP/ Bartłomiej Zborowski

Pożegnanie mistrzów – Mo Farah i Usain Bolt

Warszawa, 20.08.2014. Jamajski sprinter Usain Bolt pozuje do zdjęcia na Stadionie Narodowym w Warszawie, 20 bm. Mistrz olimpijski i mistrz świata będzie największą gwiazdą lekkoatletycznego Memoriału Kamili Skolimowskiej, który odbędzie się 23 bm. na Stadionie Narodowym w Warszawie. (gj) PAP/ Bartłomiej Zborowski

Warszawa, 20.08.2014. Jamajski sprinter Usain Bolt pozuje do zdjęcia na Stadionie Narodowym w Warszawie. (gj) PAP/ Bartłomiej Zborowski

Dwóch wielkich mistrzów bieżni żegnało się w Londynie z kibicami, kończąc kariery podczas mistrzostw świata: Brytyjczyk Mo Farah na 10 000 metrów oraz Usain Bolt na setkę. Pierwszy kończy karierę stadionową na szczycie, drugi z pierwszą porażką od lat.

Sezon poolimpijski to często czas pożegnań. Do kolejnych Igrzysk jest daleko i niektórym starym mistrzom trudno jest znaleźć motywację do dalszego treningu. W tym sezonie, po zeszłorocznych Igrzyskach w Rio de Janeiro, lekkoatletyka traci dwie największe gwiazdy stadionu: Mo Faraha, króla długich dystansów oraz Usaina Bolta, cesarza sprintu. 34-letni Farah ma na koncie już 6 tytułów mistrza świata i 4 tytuły mistrza olimpijskiego. Dalszą motywację do ścigania chce znaleźć w biegach ulicznych, ale już bez takiej presji jak na stadionie. Brytyjczyk ma zamiar trenować w domu i nie jeździć na wielomiesięczne obozy treningowe, które spędzał z dala od rodziny – żony i czwórki dzieci.

31-letni Usain Bolt to najwybitniejszy sprinter w historii – rekordzista świata na 100 i 200 metrów, siedmiokrotny mistrz świata na tych dystansach oraz sześciokrotny mistrz olimpijski. Jamajczyk w ostatnich sezonach ma problemy z motywacją, dokuczają mu też drobne kontuzje. Od lat nie może zbliżyć się do rekordów życiowych i tajemnicą poliszynela jest, że chciał skończyć karierę już rok temu. Dał się jednak namówić sponsorom na jeszcze rok startów. Czy słusznie? Po dziewięciu latach niemal nieprzerwanych zwycięstw Bolt w Londynie doznał zaskakującej porażki i na metę wyścigu na 100 metrów przybiegł dopiero trzeci. Zwycięzcą został jego wieloletni rywal, Amerykanin Justin Gatlin, dwukrotny dopingowicz, od lat wygwizdywany na wszystkich stadionach świata. W wieku 34 lat został najstaszym mistrzem setki w historii tej konkurencji. Drugie miejsce zajął młody rywal – Christian Coleman, zaledwie 21-latek. Mimo to 55-tysięczna widownia stadionu w Londynie po zawodach skandowała nazwisko Bolta, najbardziej rozpoznawalnego lekkoatlety świata. Zwycięzca, Justin Gatlin, symbolicznie klęknął przed Jamajczykiem, uznając jego wieloletnią supremację.

IAAF Diamond League press conference in Doha

Jeszcze bardziej owacyjnie witany i żegnany był Mo Farah. Brytyjczyk jest miejscową gwiazdą, mimo że ostatnie kilka lat spędził mieszkając w USA. W Wielkiej Brytanii jego sława jest porównywalna z gwiazdami piłki nożnej. Pięć lat wcześniej na tym samym stadionie zdobył podwójne złoto olimpijskie. Tym razem żegnał się z kibicami i było to pożegnanie pełne chwały. Afrykańscy rywale wyreżyserowali spektakl, który okazał się najciekawszym od lat biegiem na 10 000 metrów na stadionie. Raz po raz kolejny zawodnik zmieniał się na prowadzeniu, forsując wysokie tempo i próbując zamęczyć Brytyjczyka, znanego przede wszystkim ze znakomitego finiszu. Farah pokazywał jednak, że kontroluje bieg – po pięciu kilometrach wyszedł na chwilę na prowadzenie, machając do publiczności. Po kolejnych przyspieszeniach rywali na pierwszym miejscu znalazł się ponownie dziesięć okrążeń później – 600 metrów przed metą. To jego stała taktyka – Brytyjczyk prowadzi, zmuszając wyprzedzających rywali do obiegania szeroko i zanim zdążą go minąć, on sam kontruje atak. Od lat biega tak samo, ale piorunujący finisz sprawia, że rywale wciąż nie mogą znaleźć na to recepty. Ponownie było tym razem. Do ostatniej prostej wydawało się, że sprawa tytułu jest otwarta, ale dopiero wtedy Farah ruszył na poważnie.

Bieg na 10 000 metrów zakończył się znakomitym wynikiem – 26:49, dzięki mocnemu prowadzeniu rywali. Farah udowodnił, że sprawdza się w każdych warunkach i wygrywa niezależnie od tego, czy bieg jest wolny czy szybki. Zarówno on, jak i Bolt jeszcze pobiegną w Londynie – Farah na 5000 metrów, Bolt w sztafecie – ale symboliczne pożegnanie zostało już dokonane. Odchodzi dwóch wielkich mistrzów i nie wiadomo, czy znajdą się biegacze, którzy będą ich w stanie zastąpić. Czas na to jest – następne mistrzostwa świata dopiero za dwa lata, Igrzyska za trzy, za rok w kalendarzu mamy tylko mistrzostwa Europy.

Wyniki biegu na 10 000 metrów

Wyniki biegu na 100 metrów

Lic: CC 2.0 BY Flickr.com/Foreign and Commonwealth Office

Afera dopingowa, której… nie było

Lic: CC 2.0 BY Flickr.com/Foreign and Commonwealth Office

Lic: CC 2.0 BY Flickr.com/Foreign and Commonwealth Office

W ostatnich dniach w świecie sportu głośno o rzekomej nowej aferze dopingowej, wykrytej przez rosyjskich hakerów. W praktyce sprawa nie istnieje, a rozgłos wokół niej mówi więcej o słabości dziennikarstwa niż systemu antydopingowego.

W pierwszym momencie wydawało się, że mamy sensację. Rosyjscy hakerzy opublikowali dokumenty wykradzione z bazy danych Światowego Zrzeszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), informujące o dopingu kilkudziesięciu czołowych lekkoatletów. Na liście pojawił się m.in. Brytyjczyk Mo Farah, Amerykanin Galen Rupp oraz Kenijczyk Asbel Kiprop, czyli od lat czołowe nazwiska światowej sceny biegowej. W dokumencie wyniki testów oznaczono jako „podejrzane” lub „wskazujące na doping”.

Część obserwatorów od razu krzyknęła głośno, że mamy aferę i dopingową, i polityczną. Że Amerykanie i Brytyjczycy koksują tak samo jak Rosjanie, a tylko tych drugich się skazuje. Są to argumenty zaskakująco podobne do tych lansowanych przez rosyjską propagandę i dziwne, że złapali się na to także doświadczeni dziennikarze. W „Przeglądzie Sportowym” Maciej Petruczenko opublikował oburzający artykuł, w którym padają tezy o dopingu oraz, że „o wydaniu ostatecznego werdyktu w sprawach dopingowych może decydować nie tyle litera odpowiednich przepisów, co preferencje polityczne”. Tekst wywołał spore poruszenie wśród polskich sportowców. W przypadku tak doświadczonego dziennikarza zaskakuje fakt, że nie ma tam nawet próby weryfikacji sensacyjnych newsów.

Dla wprawnego oka rzekoma afera dopingowa od początku wyglądała na szytą grubymi nićmi. W dokumencie, który przeciekł do sieci, a którego prawdopodobnie niemal żaden z piszących o nim dziennikarzy nie czytał, pojawiły się nazwiska z wielu krajów, również byłego ZSRR. Oprócz mistrzów znaleźli się tam zawodnicy słabi i kompletnie nieznani. Co więcej, nie ma na niej przypadków, które rzeczywiście są podejrzane, a o których niewiele się pisze, dopóki nie dojdzie do skazania. Trudno też uwierzyć, że ogólnoświatowa organizacja lekkoatletyczna prowadziła spiskową politykę, ukrywając rzekomy doping dużej części czołówki światowej. Co więcej, w tym samym momencie, gdy na świecie skazuje się rekordową ilość dopingowiczów, a walka z nielegalnym wspomaganiem staje się coraz ostrzejsza. Na dodatek zwolennicy teorii spiskowych nie odrabiają lekcji, nie zauważając, że od lat dyskwalifikuje się również zawodników z krajów Zachodu, w tym wielkich mistrzów, choćby amerykańskich sprinterów Tysona Gaya oraz Justina Gatlina. A przez pojedyncze wpadki odbierane są medale olimpijskie i mistrzostw świata amerykańskim i jamajskim sztafetom.

Jak wyglądają fakty w ostatnich doniesieniach? Aby je odnaleźć, warto nie tylko przeczytać oświadczenie IAAF a propos przecieków, ale i znać sposób działania systemu antydopingowego. Paszport biologiczny, z którego pochodzą dane, działa na zasadzie wielokrotnych próbek, które są analizowane najpierw automatycznie, a dopiero potem sprawdzane przez lekarzy. Próbki są anonimowe do czasu zbadania przez ekspertów. W laboratoriach nie wie się, czyja próbka jest poddawana analizie. Automatyczne algorytmy wykrywają wszelkie odchylenia od normy i odsyłają je do ręcznego sprawdzenia. Stąd właśnie oznaczenia dokumentów sygnaturami „możliwy doping” czy „próbka podejrzana”. Taki surowy dokument systemowy ujawnili rosyjscy hakerzy. Tymczasem praca z najlepszymi sportowcami świata oznacza, że odchyleń jest bardzo dużo. To nie są zwykli ludzie, których bada się na czczo po spokojnej nocy, tylko atleci przez kilkanaście lat poddający swoje organizmy skrajnym przeciążeniom. Potężne zmiany w parametrach krwi występują po zawodach i treningach, w stanach odwodnienia oraz po obozach wysokogórskich. Bardzo dobrze powinni znać się na tym nawet amatorscy biegacze, u których często rutynowe badanie EKG daje wskazanie „nieprawidłowy” i dopiero ocena lekarza pozwala stwierdzić, że maszyna wykryła korzystne zmiany w sercu spowodowane treningiem.

Im lepszy biegacz, tym częściej jest badany i tym częściej występuje ryzyko, że próbka da wartość nieprawidłową, bo na przykład chwilę wcześniej zawodnik odbył ciężki trening czy wrócił z obozu w górach. Wyłapanie tych zmian pokazuje wręcz skuteczność systemu, a nie nieskuteczność. Każde odchylenie jest badane przez specjalistów, wedle przyjętych i wielokrotnie weryfikowanych norm. Jak w każdym systemie, istnieje możliwość pomyłki, bo nie ma badań doskonałych. W nauce minimalizuje się jednak ryzyko wpadki do ułamkowych wartości procenta badanych próbek. A istnienie konspiracji na poziomie światowym, która chroniłaby wybranych zawodników, jest pomysłem raczej humorystycznym niż poważnym. IAAF i inne organizacje to nie jednonarodowy monolit, tylko ponad 200 federacji i tysiące pracujących tam ludzi z całego świata. Każda afera prędzej czy później znajduje potwierdzenie lub jest obalana. Wystarczy wspomnieć systemowy doping w NRD, wielką aferę z THG sprzed kilkunastu lat czy aresztowanie w zeszłym roku byłego szefa IAAF, Lamine Diacka. Nowe władze IAAF, działające pod wodzą Sebastiana Coe od niecałych dwóch lat, za główny cel postawiły walkę z dopingiem oraz przejrzystość procedur. I właśnie za to są atakowane, bo przejrzystość nie każdemu jest na rękę.

Ostatnie doniesienia czytałem z dużym niesmakiem. Przykre jest, gdy o sprawach dopingu w sensacyjnym tonie piszą ludzie, którzy nie mają na ten temat nawet śladowego pojęcia. Co więcej, dziennikarska ostrożność nakazywałaby sceptycyzm w momencie, gdy pojawiają się sensacyjne dokumenty ujawnione przez rosyjskich hakerów, wspomagające rosyjską narrację, w takim momencie historii, gdy po raz pierwszy od lat z dopingiem walczy się na poważnie. I ta właśnie walka doprowadziła do wykluczenia z rywalizacji sportowej Rosjan, którzy w lekkiej atletyce są nadal zawieszeni. Była to decyzja, na którą świat sportowy czekał od lat, ze wszech miar sprawiedliwa i jedyne, co można jej zarzucić, to że jest niewystarczająca – bo zawiesić warto byłoby jeszcze kilka innych krajów, przede wszystkim byłych republik radzieckich. Rosja broni się cynicznie. Najpierw zapierając się, że „nikt nie stosował u nas dopingu”. Potem, że „doping nie był systemowy tylko indywidualny”. A wreszcie ostatnią deską ratunku jest przewodni temat: „u nas dopingowano, ale na Zachodzie dzieje się to samo”.

Równocześnie powoli zachodzą kolejne zmiany. Najpierw ze stanowiska Rosyjskiej Agencji Antydopingowej usunięto tyczkarkę Jelenę Isinbajewą, przesuwając ja na razie na inną posadę w Agencji. Ze stanowiska spadł też były minister sportu, pod którego nadzorem prowadzono systematyczny doping. Niedawno dokonano też kolejnej zmiany – dopuszczono do badań wewnętrznych rosyjskich naukowców. Do tej pory po ujawnieniu afery w Rosji badania antydopingowe prowadzili wyłącznie specjaliści zza granicy, miejscowi okazali się bowiem skorumpowani i podatni na naciski. Wprowadzane są jednak kolejne procedury i obecnie Rosjanie zostali dopuszczeni do badań, wraz ze swoimi zagranicznymi kolegami i koleżankami. Na mistrzostwach świata mimo zawieszenia wystąpi też kilkunastu rosyjskich lekkoatletów. To ci, którzy zgłosili się i zostali poddani regularnym testom zewnętrznym, wykonywanym nie w Rosji, ale za granicą.

Z pewnością czeka nas jeszcze niejedna wpadka dopingowa i możliwe, że głośne afery, ale jedno jest pewne: w badaniach antydopingowych dokonuje się ciągły postęp. Czasami ma on przykre oblicze, bo w niektórych dyscyplinach lekkoatletycznych poziom uległ znacznemu obniżeniu. Ujawnione ostatnio dokumenty nie są jednak żadną aferą, tylko próbą obrony rosyjskiej narracji, dla wprawnego oka widoczną od pierwszego spojrzenia.

London Marathon - Mo Farah dotarł na metę jako 8. Fot. PAP

Mo Farah pokonany w Edynburgu

London Marathon - Mo Farah dotarł na metę jako 8. Fot. PAP

London Marathon – Mo Farah dotarł na metę jako 8. Fot. PAP

W sobotę w Edynburgu światowa elita długodystansowców ścigała się w prestiżowych zawodach przełajowych.

Szkoci tradycyjnie w styczniu rozgrywają w Edynburgu kilka biegów przełajowych jednego dnia, składających się na rywalizację pomiędzy Wielką Brytanią, Szkocją, Europą i USA. Najważniejszym wydarzeniem jest bieg seniorów na dystansie 8 kilometrów, rozgrywany na bardzo trudnej trasie, a poza nim na 6 km ścigają się seniorki i juniorzy, juniorki na 4 km, odbywa się także mieszana sztafeta 4x 1 kilometr. Atrakcją zawodów są znane nazwiska, przede wszystkim brytyjska gwiazda długich dystansów – Mo Farah. Nowych, ciekawych nazwisk dochowali się jednak także Brytyjczycy.

Mo Farah został w Edynburgu pokonany już w zeszłym roku, a w tym był w wyjątkowo słabej dyspozycji. Narzekał na przebytą chorobę i ogólny brak formy, w zawodach zajął dopiero 7. miejsce. Ubiegłoroczny triumfator i pogromca Faraha, Amerykanin Garreth Heath, także w tym roku chciał walczyć o zwycięstwo, ale dość mocno się sparzył. Tempo było tak wysokie, że Heath osłabł, odpadł z czołówki i dobiegł na 6. miejscu. O wysoki poziom rywalizacji zadbał Brytyjczyk Callum Hawkins, nowa gwiazda męskiego maratonu na Wyspach. 24-latek w minionym roku niespodziewanie pobiegł 2:10:52 w maratonie, a potem zajął wysokie, 9. miejsce w Igrzyskach Olimpijskich. W przełajach w Edynburgu wiedział, że przegra na finiszu z szybkimi biegaczami takimi jak Farah, dlatego postanowił wykończyć rywali tempem na trasie. Udało mu się z wszystkimi z wyjątkiem Kenijczyka w barwach USA, Lenarda Korira, który na finiszu ostatkiem sił wyprzedził Hawkinsa.

Trzecie miejsce zajął reprezentant Europy, także Kenijczyk, Aras Kaya, biegający w barwach Turcji. Kenijskie Turczynki triumfowały też w rywalizacji kobiet, reprezentując drużynowo Europę i zajmując pierwsze i trzecie miejsce. 23. miejsce zajęła Polka, Katarzyna Rutkowska. W sztafecie 4x1km startował m.in. Polak Mateusz Borkowski, a zwyciężyła drużyna Wielkiej Brytanii, prowadzona, przez kolejną świeżą brytyjską gwiazdę – Laurę Muir, rekordzistkę kraju na dystansie 1500 metrów.

Łącznie w podsumowaniu wszystkich biegów najlepsi drużynowo okazali się Amerykanie, przed Europejczykami i Brytyjczykami.Mo Farah nie był za bardzo zasmucony porażką, powiedział, że przełaje nigdy nie były jego najmocniejszą stroną.

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

Mo Farah zapowiada koniec kariery na bieżni

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

Mo Farah zapowiedział, że od 2018 r. karierę biegową będzie kontynuował na ulicy. Fot. Getty Images

Brytyjski długodystansowiec Mo Farah zapowiedział, że przyszły sezon będzie jego ostatnim na bieżni. To na tej nawierzchni osiągnął największe sukcesy, ale w kolejnych latach chce się skupić na bieganiu dłuższych dystansów na ulicy.

Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy Mo Farah jest największym długodystansowcem w historii? Na pewno niewiele brakuje mu pod względem skuteczności – na bieżni zdobył m.in. cztery tytuły olimpijskie oraz pięć tytułów mistrza świata, na 5000 i 10 000 metrów. Słabiej wypadał w crossie i na ulicy. Na tych nawierzchniach jest także zawodnikiem z absolutnej czołówki, ale na bieżni był praktycznie niepokonany. Na ulicy jest inaczej. Chociaż jest rekordzistą Europy w półmaratonie, w tym roku podczas mistrzostw świata na tym dystansie był dopiero trzeci. W maratonie było jeszcze gorzej. Podczas jedynego swojego występu na tym dystansie, w 2014 w Londynie, Mo osiągnął bardzo go rozczarowujący czas 2:08:21. Nie udało się pobić nawet rekordu Wielkiej Brytanii, lepszego o ponad minutę i należącego do biegacza jeszcze z amatorskich czasów, Steve’a Jonesa. A warto przypomnieć, że przed tym biegiem pojawiały się głosy, że Brytyjczyk myśli nawet o pokonaniu bariery 2 godzin!

W biegach ulicznych pieniądze są zdecydowanie większe niż na bieżni i z pewnością jest to jedna z motywacji Brytyjczyka. Z drugiej strony, w przyszłym roku skończy 34 lata i z pewnością zdaje sobie sprawę, że obrona tytułów olimpijskich w 2020 na bieżni w Tokio wydaje się mało prawdopodobna. W maratonie Farah ma potencjał do poprawy, prawdopodobnie także w półmaratonie jest jeszcze w stanie wyśrubować życiówkę.

Na razie jednak pozostaje jeszcze bardzo interesujący sezon 2017. Mistrzostwa świata odbędą się w Londynie, a Farah jest największą lekkoatletyczną gwiazdą tego kraju. Ze względu na jego występ i próbę trzeciego z rzędu dubla na dystansach 5000 i 10 000 metrów, już wyprzedano bilety na te imprezę. W całej swojej karierze Farah nigdy nie przegrał biegu w Londynie, m.in. zdobywając tam dwa tytuły olimpijskie. W przyszłym roku zapowiada skupienie się na próbie poprawy życiówek na bieżni, a potem obronie tytułów mistrzowskich. Jego ostatnimi biegami na bieżni mają być zawody właśnie w Wielkiej Brytanii: najpierw Diamentowa Liga w Londynie, a potem mistrzostwa świata w tym samym mieście.

Koniec kariery Mo Faraha na bieżni, a wkrótce także prawdopodobnie odejście najlepszego sprintera wszechczasów, Usaina Bolta, będzie dużym ciosem w popularność dyscypliny. Warto też zauważyć, że jakiś czas temu Farah ogłosił, że jego współpraca trenerska ze słynnym Alberto Salzarem uległa rozluźnieniu. Kluczowe treningi nadal planuje Salazar, ale poza tym Farah trenuje na własną rękę i rzadko widzi się ze szkoleniowcem. Być może decyzja o kontynuowaniu kariery tylko na ulicy będzie ostatecznym zakończeniem współpracy obu panów.

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

Mo Farah – czy jest najlepszym biegaczem w historii?

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

Wśród zagorzałych fanów lekkiej atletyki trwa spór: czy Mo Farah jest najwybitniejszym długodystansowcem w historii? W Igrzyskach w Rio Brytyjczyk obronił podwójne złoto olimpijskie na dystansach 5000 i 10000 metrów.

Dyskusja ma charakter czysto akademicki, ale Mo Farah jest jednym z kilku mocnych kandydatów do tytułu GOAT – czyli Greatest Od All Time, najwybitniejszy w historii. Obok niego kandydatami są m.in. Paavo Nurmi, Lasse Viren, Emil Zatopek, Kenenisa Bekele oraz Haile Gebrsellasie. Faworytami stają się różni z tych biegaczy zależnie od tego, jakie przyjmiemy kryteria. Mo Farah jako jedyny obok Virena był dwukrotnym podwójnym złotym medalistą olimpijskim na 5000 i 10 000 metrów. A ponieważ dołożył do tego pięciokrotne mistrzostwo świata i jedno wicemistrzostwo na tych samych dystansach, jest najbardziej utytułowanym biegaczem długodystansowym na bieżni.

Dla porównania, Etiopczyk Kenenisa Bekele ma „tylko” trzy złota olimpijskie, czwartym medalem jest srebro. Podobnie jak Farah, ma pięć tytułów mistrza świata na bieżni, ale szóstym medalem jest brąz, a nie srebro. To, w czym Etiopczyk ma przewagę, to rekordy świata. Farah nigdy nie biegał powalająco szybko – jego życiówka na 5000 metrów to 12:53,11, a rekord świata Bekele wynosi 12:37,35. Na 10 000 metrów jest to odpowiednio 26:45,57 i 26:17,53. Różnice są znaczne. Poza bieżnią Bekele dorzuca 11 tytułów mistrza świata w przełajach, a najlepsze osiągnięcie Faraha to 11 miejsce w 2007 roku w Mombasie, co ciekawe: w biegu, którego Bekele akurat nie ukończył.

Na ulicy w pólmaratonie lepszy jest Farah – życiówka 59:32, Bekele 1:00:09 – ale osiągnięta w biegu, w którym wygrał z Farahem. W maratonie Bekele pobiegł 2:05:04, a Farah w swoim jedynym występie – 2:08:21.

Podsumowując, można powiedzieć, że Mo Farah ma więcej medali na bieżni niż Bekele, ale biegał znacznie wolniej. Do tego przegrywa zdecydowanie w crossie, a na ulicy panuje mniej więcej równowaga. Podstawowe pytanie brzmi więc: czy Farah jest w stanie biegać bardzo szybko? W Rio de Janeiro w finale olimpijskim w biegu na 13:03 na 5000 metrów pobiegł ostatni kilometr w 2:23 – co pokazuje ogromny potencjał. Kenenisa Bekele umiał jednak biegać wielkie wyniki nawet bez pomocy „zająca”. U Faraha jest z tym gorzej.

Jak wygląda porównania Brytyjczyka do innych, historycznych postaci? Paavo Nurmi, startujący w latach 20. XX wieku ma aż 9 złotych medali olimpijskich, do tego trzy srebrne. W jego czasach było jednak więcej konkurencji – pięć ze złotych medali to nierozgrywane od dawna zawody olimpijskie w przełajach oraz biegu drużynowym na 3000 metrów. Na dystansach porównywalnych do Faraha, Fin ma dwa złota olimpijskie na 10 000 metrów oraz złoto i srebro na 5000 metrów. Należy jednak przypomnieć, że przed swoimi trzecimi Igrzyskami biegacz został zawieszony w prawach zawodnika, ze względu na zawodowstwo – przyjmowanie pieniędzy za starty. W czasach Faraha nie ma już z tym problemu.

Emil Zatopek ma podobne osiągnięcia olimpijskie jak Bekele i Nurmi: cztery złote medale, jeden srebrny. Są to dwa złota na 10 000 metrów, złoto i srebro na 5000 i dodatkowo złoto w maratonie. Lasse Viren to biegacz, który skupiał się głównie na Igrzyskach i jako jedyny oprócz Faraha zdołał obronić tytuły na 5000 i 10 000 metrów – zdobywał złota na tych dystansach w 1972 i 1976 roku. Poza sukcesami olimpijskimi nie było o nim zbyt głośno. Należy jednak przypomnieć, że do 1983 roku nie rozgrywano mistrzostw świata.

Mamy wreszcie startującego całkiem niedawno Etiopczyka Haile Gebrselassie. Zdobył on tylko dwa złote medale olimpijskie, oba na 10 000 metrów. Do tego cztery tytuły mistrza świata, ale i rekordy: na 5000 i 10 000 metrów oraz w maratonie.

Rozstrzygnięcie jest bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe.

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

David Rudisha blisko rekordu świata w Birmingham

Mo Farah na zawodach Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images 538258950

Mo Farah podczas zawodów Diamentowej Ligi w Birmingham. Fot. Getty Images

Ozdobą niedzielnego mityngu Diamentowej Ligi w Birmingham był atak na rekord świata na 600 metrów Kenijczyka Davida Rudishy. Startowali też Polacy, ale bez większych sukcesów.

Teoretycznie na dystansie 600 metrów nie mierzy się oficjalnych rekordów. Tym niemniej podawane są „najlepsze wyniki w historii”, a różnica jest tylko proceduralna. Bieg na 600 metrów rozgrywa się rzadko, nie istnieje w oficjalnych imprezach międzynarodowych. Rekord Polski wynosi 1:14,55 Adama Kszczota i jest na wysokim poziomie. Rekord świata ma już 30 lat i wynosi 1:12,86. Należy do Amerykanina Johnego Graya, brązowego medalisty Igrzysk w Barcelonie w 1992 roku na 800 metrów. Gray znany był z niezwykle mocnego biegania pierwszego okrążenia i był szybki zarówno na 400, jak i 800 metrów.

Jego rekord jest jednym z mocniejszych w lekkiej atletyce. Różni biegacze atakują go bez powodzenia od 30 lat, a obecnie nie udało się to Kenijczykowi Davidowi Rudishy, rekordziście świata na 800 metrów, bardzo szybkiemu również na 400 metrów. W Birmingham prowadził od startu do mety, uzyskał drugi wynik w historii – 1:13,10… i omal nie przegrał. Tuż za nim trzymał się przez cały dystans Francuz Pierre-Ambroise Bosse, od lat groźny rywal naszych 800-metrowców w Europie. Bosse pobiegł świetny czas, 1:13,21, i jest to nieoficjalny rekord Europy. Na trzecim miejscu finiszował Amerykanin Erik Sowinski – 1:15,06, a na szóstym, z dość przeciętnym wynikiem – 1:16,45 – nasz Marcin Lewandowski.

W biegu na 3000 metrów niekwestionowaną gwiazdą był Brytyjczyk Mo Farah, który zyskał rekord Wielkiej Brytanii i najlepszy czas na świecie – 7:32,62. Całą drugą połowę biegu Farah biegł samotnie, z przewagą nad resztą stawki i bez „zająca”, który nie był w stanie utrzymać tempa. Wydaje się, że przed Igrzyskami w Rio de Janeiro Mo pozostaje w doskonałej formie i jest faworytem do zwycięstwa na 5000 i 10 000 metrów.

Na 800 metrów mieliśmy reprezentantkę Polski – Joannę Jóźwik, która jednak zaliczyła rozczarowujący występ. Dobiegła na ósmym, przedostatnim miejscu z czasem 2:01,24. Zwyciężyła reprezentantka Burundi, Francine Niyonsaba, podobnie jak Caster Semenya, kontrowersyjna biegaczka transgender, która zyskała na zawieszeniu prawa do badania u kobiet poziomu testosteronu. Zimą wygrała halowe mistrzostwa świata. W tym roku kobiece 800 metrów jest wyjątkowo mocne, ale i wyjątkowo nudne. Semenya oraz Niyonsaba dominują w rzadko spotykanym stylu. W Birmingham Burundyjka uzyskała czas 1:56,92, ogrywając drugą rywalkę o ponad sekundę.

Najlepszy wynik na świecie uzyskano także w męskich 1500 metrach, gdzie zwyciężył najlepszy w ostatnich latach na tym dystansie Kenijczyk Asbel Kiprop z wynikiem 3:29,33. Jego przewaga nad resztą stawki wyniosła prawie cztery sekundy. Na 3000 metrów z przeszkodami po raz drugi w ciągu trzech dni biegł Krystian Zalewski. Tym razem Polak wypadł słabo – zajął 7. miejsce w słabej stawce z czasem 8:29,00, prawie dziesięć sekund wolniej niż w czwartek w Rzymie.

I na deser polski akcent w biegu na 5000 metrów. Dominika Napieraj ustanowiła rekord życiowy. Z wynikiem 15:41,47 zajęła 8. miejsce. Czas nie jest najlepszy, ale byliśmy świadkami historycznej sytuacji. Po raz pierwszy w Diamentowej Lidze Polka uczestnicząca w rywalizacji prowadziła przez pewien czas bieg na tym dystansie. Nie liczymy tu Renaty Pliś, która regularnie występuje w charakterze „zająca” i pojawiła się na czele biegu również w Birmingham.

Pełne wyniki mityngu dostępne po kliknięciu w link.

Mo Farah zwycieza na 5000 m w Prefontaine Classic w Eugene Fot Getty Images 475203534

Wielkie bieganie w amerykańskim Eugene

Mo Farah zwycieza na 5000 m w Prefontaine Classic w Eugene Fot Getty Images 475203534

Mo Farah. Fot. Getty Images

Na wysokim poziomie biegowym stały kolejne zawody Diamentowej Ligi – w amerykańskim Eugene. Rozegrano m.in. bieg na rzadko spotykanym dystansie 10 000 metrów.

Bieg na 10 000 metrów na bieżni jest coraz rzadziej spotykany. Na europejskich mityngach praktycznie zanikł, ze względu na długi czas trwania. Wciąż jest regularnie rozgrywany w Japonii oraz od czasu do czasu w USA. Przy okazji dwudniowego mityngu Diamentowej Ligi w Eugene w piątek wieczorem przeprowadzono dyszkę ze względu na obecność lokalnego faworyta – mieszkającego tu i trenującego brytyjskiego mistrza olimpijskiego i mistrza świata Mo Faraha.

Farah okazał się ostatecznie zwycięzcą, ale po zaciętej walce, a dycha w Eugene ma duże szanse, żeby w podsumowaniu roku być najszybszym biegiem na tym dystansie. Brytyjczyk osiągnął czas 26:53,71, ale na ostatniej prostej musiał wywalczyć wygraną po ciężkiej w walce z mało znanym do tej pory Kenijczykiem Wiliamem Sitonikiem – 26:54,66. Aż pięciu pierwszych biegaczy na mecie osiągnęło czas poniżej 27 minut, szósty z wynikiem 27:00,66, był były wicemistrz olimpijski i rekordzista świata w półmaratonie, Erytrejczyk Zersenay Tadese. 34-letni Tadese wrócił na bieżnię po wielu latach biegania tylko ulicy i kto wie, czy nie pokaże się z dobrej strony w czasie Igrzysk Olimpijskich.

Dla polskich kibiców najciekawszym biegiem było męskie 800 metrów, gdzie po raz pierwszy w tym sezonie wystartował Adam Kszczot. Polak miał debiutować w tegorocznej Diamentowej Lidze już tydzień temu w Rabacie, ale… zapomniał paszportu i musiał z lotniska wrócić do domu. Tym razem dotarł, ale w rywalizacji wypadł dość przeciętnie – zajął czwarte miejsce z czasem 1:44,99. Zwyciężył nieco niespodziewanie Amerykanin Boris Berian, tegoroczny mistrz świata z hali – 1:44,20. Trzeba jednak mieć na uwadze specyfikę zawodów w Eugene – dla całego świata poza USA jest to daleka podróż i zmiana kilku stref czasowych. Z tego względu Amerykanie u siebie są zawsze bardzo mocni, ale w imprezach docelowych bywa już różnie. W tym roku Igrzyska są równie daleko, ale przed nimi zawodnicy zwykle aklimatyzują się, spędzając na miejscu tydzień czy dwa. Wyjazd do Eugene to szybki lot, a potem równie szybki powrót.

Bardzo blisko sensacyjnego rozstrzygnięcia było w biegu kobiet na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. Biegnąca bardzo odważnie, chociaż słabo technicznie Kenijka w barwach Bahrajnu, Ruth Jebet, niemal pobiła rekord świata, wygrywając w czasie 8:59,97. Jest dopiero drugą w historii zawodniczką, która rozprawiła się z barierą 9 minut. Pierwszą była rekordzistka świata, Rosjanka Gulnara Samitowa, której najlepszy czas to 8:58,81. W świetle masowych wpadek rosyjskich sportowców na dopingu na ten wynik trzeba jednak spojrzeć z dużą dozą sceptycyzmu. Wynik Jebet mimo niezwykle wysokiego poziomu ledwie wystarczył do zwycięstwa. Tuż za nią dobiegła bowiem mocno finiszująca Kenijka Hywin Kiyeng – 9:00,01. Tylko dwie setne części sekundy dzieliły ją od złamania bariery 9 minut, została trzecią najszybszą w historii na tym dystansie. Kolejna na mecie, Amerykanka Emma Coburn, pobiła rekord kraju czasem 9:10,76.

Najlepszy wynik na świecie uzyskano także na męskie 5000 metrów. Po raz drugi z rzędu w Diamentowej Lidze wygrał Etiopczyk Muktar Edris, tym razem z czasem 12:59,43. Na drugim miejscu Kenijczyk Geoffrey Kamworor, tegoroczny mistrz świata w półmaratonie – 12:59,98. Na trzecim miejscu z rekordem Kanady Mo Ahmed – 13:01,74. Słabo wypadł ubiegłoroczny wicemistrz świata, a wcześniej halowy mistrz świata na 3000 metrów, Kenijczyk Caleb Ndiku – dziesiąty z czasem 13:12,25.

Rekord Kenii, już po raz drugi w tym sezonie, pobiła na 1500 metrów Faith Kipyegon. Wynikiem 3:56,41 zdecydowanie rozprawiła się z wszystkimi rywalkami. Druga na mecie Etiopka Gudaf Tsegay straciła ponad 1,5 sekundy, dobiegając z czasem 3:58,10. Poziom kobiecych 1500 metrów znacznie podniósł się w ostatnich latach i jeśli wielkie trio – rekordzista świata Genzebe Dibaba, wicemistrzyni świata Holenderka Sifan Hassan oraz Kipyegon będą w formie, w Rio de Janeiro czeka na niezwykle emocjonujący pojedynek.

Gwoździem programu jest w Eugene zawsze męski bieg na dystansie 1 mili. Tym razem wyniki nieco rozczarowały, ale zwycięzcą okazał się zgodnie z przewidywaniami najlepszy miler ostatnich lat – Kenijczyk Asbel Kiprop – 3:51,54.

Pełne wyniki mityngu dostępne po kliknięciu w link.