Triathlon wczoraj, dziś… i jutro

Autor: Tomasz Kowalski • 26.08.2016

triathlon-452573_1280

Triathlon cały czas jest młodą dyscypliną – od pierwszych mistrzostw świata pod auspicjami ITU niedawno minęło zaledwie 25 lat. W tym czasie zmieniło się prawie wszystko – od sprzętu, przez poziom sportowy, sposób przygotowań do zawodów, charakter rywalizacji, aż do funkcjonowania triathlonu w mediach i masowej wyobraźni.

Na szczęście nie zmieniły się fundamenty, dzięki którym triathlon fascynuje – nadal jest wymagającym, wszechstronnym wyzwaniem, testującym fizyczne i psychiczne granice zawodnika. A w dobie dynamicznego rozwoju sportu amatorskiego, również rodziny zawodnika.

Początki triathlonu, jaki znamy dzisiaj, sięgają wczesnych lat siedemdziesiątych i zachodniego wybrzeża USA. Dyscyplina dość szybko zyskała na popularności w Europie i Australii. Zawody rozgrywano w przeróżnych formatach – zmieniała się i kolejność poszczególnych konkurencji, a niekiedy sekwencja pływanie-rower-bieg była powtarzana kilkukrotnie. Zdecydowanie dominowały zawody bez draftingu, co miało się zmienić dopiero w latach dziewięćdziesiątych. W 1989 roku powstała Międzynarodowa Unia Triathlonu (ang. ITU – International Triathlon Union) oraz rozegrane zostały pierwsze oficjalne Mistrzostwa Świata. Mimo wielu „problemów wieku dziecięcego” ITU działało nadzwyczaj sprawnie – w ciągu kilku lat udało się stworzyć serię Pucharu Świata, rozwinąć współzawodnictwo juniorów i młodzieżowców, dać impuls do rozwoju ponad stu federacji krajowych, wreszcie zainteresować dyscypliną media oraz wprowadzić triathlon na Igrzyska Olimpijskie.

IO’94 – PUNKT ZWROTNY

Włączenie triathlonu do rodziny sportów olimpijskich w 1994 roku okazało się prawdziwą rewolucją. W chaosie przeróżnych formatów i dystansów musiano wybrać jedną, wiodącą formułę rywalizacji – w dodatku dającą się pokazać w telewizji. Po blisko dwóch latach dyskusji zdecydowano się na dystans 1500-40-10, dzisiaj nazywany olimpijskim. Zdecydowano się na wyścig z dozwolonym draftingiem, a część kolarską rozgrywano na rundach, co uatrakcyjniało zawody oglądane na żywo i pozwalało na pokazanie rywalizacji w telewizji w ciekawy dla widza sposób. Formuła zawodów z draftingiem zwiększała znaczenie pływania. Wcześniej wielu zawodników światowej czołówki potrafiło stracić na pływaniu nawet dwie czy trzy minuty i nadrobić to mocną jazdą na rowerze – ale inaczej ściga się pojedynczych zawodników w formule indywidualnej jazdy na czas, inaczej goni cały peleton. Przy rosnącym poziomie sportowym ciężko było sobie wyobrazić walkę o medale bez rozpoczęcia biegu z pierwszej grupy.

Czytając wywiady z czołowymi zawodnikami lat dziewięćdziesiątych można dostrzec, że wielu z nich wspomina o katorżniczym treningu pływackim, który podjęli aby podciągnąć się w pływaniu. Na porządku dziennym były przebiegi powyżej 50 kilometrów tygodniowo przez kilka sezonów z rzędu. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych późniejsi medaliści olimpijscy tacy jak Simon Whitfield czy Bevan Docherty potrafili tracić do czołówki na pływaniu po półtorej – dwie minuty, co w formule z dozwolonym draftingiem skazywało ich na rywalizację o dalsze lokaty. Jednak kilka lat później pierwsza grupa rzadko jechała bez nich na pokładzie.

Pojawienie się triathlonu na igrzyskach spowodowało, że dyscyplinę zaczęto traktować naprawdę serio. Za trenowanie triathlonu brali się zarówno pływacy z drygiem do biegania, jak i biegacze z przeszłością pływacką, np. na poziomie szkoły średniej. Krajowe federacje triathlonowe tworzyły systemy szkolenia mające wychować przyszłych mistrzów, kształcono instruktorów oraz trenerów.

Nieustanny wzrost poziomu

Poziom światowego triathlonu rósł z roku na rok. Doskonale widać to gdy porówna się chociażby czasy biegowej części zawodów na kolejnych igrzyskach. Oczywiście można dyskutować na temat klimatu czy trudności trasy, ale czasy na atestowanych trasach nie pozostawiają złudzeń. W Sydney czy Atenach do zdobycia medalu w rywalizacji mężczyzn wystarczały czasy rzędu 31:30- 32:30, w Pekinie było to już poniżej 31:00, a w Londynie trzeba było pobiec grubo poniżej 30 minut! Progres widać również w rywalizacji kobiet – w Sydney czy Atenach do medalu wystarczało 35-35′, w Pekinie trzeba było zejść poniżej 35′, a w Londynie poniżej 34 minut. Cały czas rośnie również poziom pływania, w czołówce różnice po części pływackiej są coraz mniejsze, a spora strata w wodzie w zasadzie przekreśla szanse w walce o medale. Jeszcze w Atenach Katie Allen zdobyła złoto płynąc ponad dwie minuty gorzej niż druga na mecie Loretta Harrop, ale w Pekinie czy Londynie wszystkie medalistki wyszły z wody w przeciągu 10 sekund i pojechały w mocnej, pierwszej grupie kolarskiej.

Szybkie i płaskie trasy kolarskie wpłynęły na charakter treningu. W okresie od Igrzysk w Atenach w 2004 roku aż do Igrzysk w Londynie w 2012 medale na najważniejszych imprezach były rozdawane na biegu wśród zawodników z pierwszej grupy. Pływanie miało duże znaczenie – zawodów nie dało się wygrać pływaniem, ale można je było pływaniem przegrać. Część kolarską większość zawodników starała się przejechać w grupie, zachowując jak najwięcej sił właśnie na bieg. Ucieczki na części kolarskiej udawały się tak rzadko, że w zasadzie przestano ich próbować. Taki sposób rozgrywania zawodów faworyzował szybkich biegaczy, którzy potrafili nieźle pływać. Zawodnicy mocniejsi w części kolarskiej nie mieli gdzie pokazać swoich umiejętności – nie byli aż tak mocni, żeby odjechać czy rozerwać grupę, traciła na tym również widowiskowość dyscypliny. Częste były opinie, że triathlon w takim wydaniu to po prostu wyścig na 10 kilometrów poprzedzony rozgrzewką pływacką i kolarską. Sposób rozgrywania zawodów warunkował trening – zawodnicy pracowali nad pływaniem na tyle, aby wyjść w pierwszej grupie. Nie trzeba było być szybszym, bo ewentualnych szybkopływających uciekinierów dość szybko doganiała pierwsza większa grupa. Nie trzeba było się również wznosić na wyżyny formy kolarskiej – owszem, wyścigi z serii Pucharu Świata czy Serii Mistrzostw Świata to nie były przejażdżki po bułki – ale nie trzeba było być „koniem” na rowerze aby przejechać 40 kilometrów zachowując względną świeżość na część biegową. Nie zrozumcie mnie źle, poziom kolarski zawodników ITU jest piekielnie wysoki. Część kolarska rozgrywana w formie kryteriów na rundach oznacza, że trzeba dobrze odnajdywać się technicznie podczas wchodzenia w zakręty, być przygotowanym na przyspieszenia i wieczne szarpanie, trzeba mieć „pod nogą”. Każdy chce mieć możliwie dużo siły na bieg, a im lepsze przygotowanie kolarskie tym mniej kosztuje część kolarska. Trening biegowy był wisienką na torcie. Oczywiście, indywidualne priorytety treningowe zawsze są różne (jeśli zawodnik traci na pływaniu i biegnie z trzeciej-czwartej grupy, to nawet najszybszy bieg mu niewiele pomoże), ale czołowi zawodnicy wykonywali niesamowitą pracę na biegu. Nikogo nie dziwiły tygodniowe przebiegi sięgające nawet 150 kilometrów tygodniowo połączone z intensywnymi sesjami na bieżni – nawet typowym wytrzymałościowcom potrzeba kontaktu z szybkością, żeby biegać dychę na sucho w okolicy 29 minut  – a właśnie tak szybko biegała światowa czołówka (albo i szybciej, Alistair Brownlee w 2013 roku pobiegł na 10 000 m 28:32!) .

Sytuacja zaczęła się zmieniać po Igrzyskach w Londynie. ITU szukało nowych formatów oraz wymagających tras. Do łask wróciły sprinty – szybsze i bardziej dynamiczne, atrakcyjne dla widza.

Coraz więcej zawodów jest rozgrywanych na trasach trudnych technicznie, jak np. Seria Mistrzostw Świata w Sztokholmie czy Auckland lub w mocno pofałdowanym terenie – jak chociażby podczas Mistrzostw Europy w Genewie. Wszystko wskazuje na to, że apogeum tego trendu będzie miało miejsce podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro w przyszłym roku. Na zawodników ma czekać 8 trudnych technicznie rund, a na każdej podjazd z nachyleniem przekraczającym 20 procent – rozpoczynający się już paręset metrów za strefą zmian.

Rośnie znaczenie treningu kolarskiego

Naturalną konsekwencją są zmiany w treningu czołowych zawodników. Słuchy o wymagającej trasie w Rio zaczęły krążyć już kilka miesięcy po igrzyskach olimpijskich w Londynie. Z roku na rok rowerowa część triathlonu staje się coraz bardziej agresywna, a zawodnicy próbują nowych taktyk. W ubiegłym sezonie (2014) bracia Brownlee na sprincie w Sztokholmie uciekli konkurentom na niemal minutę, i chociaż nie zanotowali najszybszych czasów biegu to linię mety minęli jako pierwsi. Podobny scenariusz powtórzył starszy z braci na finale Serii Mistrzostw Świata w Edmonton, gdzie dzięki ucieczce zapewnił sobie minutę przewagi nad grupą zasadniczą. Agresywny sposób jazdy, próby ucieczek oraz solidne wzniesienia na trasach wymuszają położenie większego nacisku na przygotowanie kolarskie. Doskonale widać to na przykładzie przywoływanych już Alistaira i Jonathana Brownlee. Już w roku poolimpijskim zaczęli startować w zawodach bez draftingu, m.in. pokonując czołówkę długiego dystansu podczas Abu Dhabi International Triathlon. Z okazjonalnych wywiadów czy wpisów na Twitterze wyłania się obraz naprawdę ciężkiego treningu kolarskiego, z tygodniowymi objętościami w okolicy 20-25 godzin jazdy. Nie dziwią częste wyjazdy na obozy do Benidorm, miejscowości uznawanej za kolarską mekkę.

Przesunięcie akcentu w kierunku przygotowań kolarskich ma też inne podłoże – kontuzje. Lata biegania dużo i szybko nie pozostają bez wpływu na zdrowie zawodników. W ostatnich latach nie ma w zasadzie sezonu, w którym czy to Alistair, czy to Jonathan nie pauzują z powodu kontuzji. W momencie pisania tego artykułu Johny zmaga się ze złamaniem zmęczeniowym, które wykluczyło go z treningu biegowego na przynajmniej kilka tygodni. Jazda na rowerze jest sportem mniej kontuzjogennym, mniej obciążającym stawy, więzadła, ścięgna czy kręgosłup. Łatwiej jest znieść dużą objętość na rowerze niż na biegu, trudniej o przeciążenia czy urazy. Wypatrując innych niż bieganie 29′ na 10 kilometrów sposobów na wygranie wyścigu, szukanie okazji do wypracowania przewagi na etapie kolarskim wydaje się logicznym kierunkiem.

Co nas czeka?

Pod koniec XIX wieku dyrektor Urzędu Patentowego USA wieszczył koniec instytucji, którą kierował, bo „wszystko zostało już wymyślone”. Na początku lat 90. sekretarz generalny ITU, Mark Sissons twierdził, że na świecie nigdy nie będzie więcej niż paręnaście wyścigów z draftingiem. Nie jest łatwo przewidzieć co czeka zawodników i fanów triathlonu w przyszłości. Obecnie triathlon z draftingiem dryfuje w kierunku „spectator sport”, dyscypliny „pod kibiców”. Można się spodziewać większej ilości krótkich i dynamicznych wyścigów na krótkich dystansach czy supersprinterskich sztafet – atrakcyjnych dla widza, dających się ciekawie pokazać w mediach. Równie ciężko przewidzieć, jak będzie kształtował się poziom sportowy i charakter rywalizacji. Już chciałem napisać, że ciężko sobie wyobrazić, żeby w dającej się przewidzieć przyszłości trafili się zawodnicy szybsi niż bracia Brownlee w swojej najlepszej dyspozycji, ale cały czas kołacze mi w głowie ten nieszczęsny szef Urzędu Patentowego.

 

Jak się zostaje Mistrzem Świata?

Ostatniego Mistrza Świata w Triathlonie podczas jednodniowego wyścigu wyłoniono w 2008 roku. W 2009 wprowadzono Serię Mistrzostw Świata, obejmującą kilka wyścigów na różnych kontynentach, zakończoną wielkim finałem. Zawodnicy zbierają punkty przez cały sezon, a kibice mogą oglądać światową czołówkę w komplecie kilka razy do roku. Zamienienie jednodniowego eventu na serię jest z pewnością posunięciem dobrym biznesowo – miasta-gospodarze płacą światowej federacji za prawa do organizacji zawodów, rosną zyski ze sprzedaży praw do transmisji. Wielu trenerów uważa jednak, że formuła serii nie wyłania najlepszego triathlonisty, ale zawodnika po prostu dobrego, z najbardziej stabilną formą. Można zostać medalistą Mistrzostw Świata ciułając punkty przez cały sezon, nie stając nawet na podium ani jednych zawodów. Mnogość startów, napięty kalendarz i konieczność częstych podróży międzykontynentalnych sprawia, że nie wszystkie zawody Serii mają rzeczywiście najlepszą obsadę. Z drugiej strony, gdy o tytule mistrzowskim decyduje dwugodzinny wyścig, dużą rolę zaczyna odgrywać przypadek, a szansę na zwycięstwo może pogrzebać po prostu pech – tak jak w przypadku Javiera Gomeza, który podczas tegorocznych Mistrzostw Europy zaliczył i kraksę rowerową, i złapał gumę na rowerze. Jednocześnie w rankingu Serii Mistrzostw Świata zajmuje pierwsze miejsce.

Doping w triathlonie

Triathlon w swoim kolorowym wydaniu wydaje się sportem, który afery dopingowe omijają z daleka. Kolarstwo miało swoją aferę Festiny, głośnym echem odbiła się sprawa Lance’a Armstronga. Dopingowe skandale dosięgały lekkoatletów ścigających się na przeróżnych dystansach – od sprinterów po maratonki. I chociaż w triathlonie nigdy nie rozwinęła się powszechna kultura dopingu, to na koksie wpadali zwycięzcy Mistrzostw Świata na Hawajach, Mistrzostw Świata ITU oraz Igrzysk Olimpijskich. Niektóre szacunki mówią, że prawdopodobnie aż piątka z dwunastki triathlonowych medalistów olimpijskich w Sydney i Atenach sięgała po zakazane środki dopingujące.

Kitzbuhel

Jedną z ciekawszych wariacji na temat klasycznego triathlonu mogliśmy obejrzeć podczas Serii Mistrzostw Świata w Kitzbuhel w 2013 roku. Tyrolczycy zafundowali zawodnikom prawdziwe wyzwanie – po 750 metrach pływania czekał na nich krótki, niespełna 12-kilometrowy odcinek kolarski składający się z jednego, długiego i stromego (niemal 900 metrów przewyższenia!) podjazdu. Nie było mowy o klasycznej jeździe w peletonie, zawodnicy dojeżdżali do strefy zmian pojedynczo lub w kilkuosobowych grupkach. Krótki, liczący koło 2,5 kilometra odcinek biegowy kończył się morderczym podbiegiem na Kitzbuhel Horn. Metę zlokalizowano na wysokości około 1660 metrów nad poziomem morza. Triumfowali Jodie Stimpson oraz Alistair Brownlee – obydwoje mieli po etapie kolarskim niemal minutę przewagi nad drugim zawodnikiem!

ITU a WTC

ITU (ang. International Triathlon Union) to światowa federacja triathlonu, zrzeszająca krajowe związki sportowe, należąca do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. ITU odpowiada m.in. za organizację światowego współzawodnictwa w triathlonie i paratriathlonie – od rywalizacji juniorskiej, przez Puchary Kontynentalne, przez Puchary Świata, po wyłanianie Mistrza Świata.

WTC (ang. World Triathlon Corporation) jest firmą eventową należącą do funduszu private equity „Providence Equity Partners”. WTC organizuje lub udziela licencji na organizowanie zawodów pod szyldem Ironman oraz Ironman 70.3. Flagową imprezą WTC są legendarne Mistrzostwa Świata Ironman na hawajskiej wyspie Kona.
Artykuł pochodzi z magazynu „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie”, wrzesień 2015 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger