Typowy biegacz, czyli ten co nic nie robi, choć haruje jak wół [FELIETON]

Autor: Jakub Karasek • 11.05.2018

bieganie a astma

Fot. istockphoto.com

Chyba każdy biegacz przyzna, że koniecznym składnikiem sukcesu w bieganiu jest ciężka praca. Tylko jak to jest z naszą oceną jej wartości? Czy jako biegacze jesteśmy w stanie ją rzeczywiście docenić, czy może uważamy ją za powód do… krytyki?

Biegacze to dość specyficzna grupa społeczna. Jeśli mówią o swoim treningu, najczęściej wspominają, że trenują lekko, nie poświęcają na bieganie zbyt wiele czasu i w zasadzie to im nie zależy na wynikach, bo biegają dla przyjemności. Sprawiają wrażenie, że zajmują się wszystkim, tylko nie bieganiem. Choć, jeśli spojrzeć np. na profile w mediach społecznościowych, można odnieść zupełnie inne wrażenie. Ba, często nawet zawodnicy elity nie udostępniają tylu informacji ze świata biegowego, co niektórzy amatorzy, nie wspominając o publikacji szczegółowych informacji na temat niemal każdego wykonanego treningu. Ale to tylko dla zmyłki, „przecież ja nie mam czasu na trening, mam tyle innych ważnych rzeczy na głowie”.

W końcu jednak przychodzi czas na start w zawodach i weryfikację dyspozycji. Wtedy nasz biegacz „jest bez formy”, „źle się czuje”, „nie ma dnia”, a w ogóle to „prawie nie trenował”. Oczywiście takie podejście może być równoznaczne z próbą radzenia sobie ze stresem i jeśli na kogoś działa, to warto rzucać ową zasłonę dymną. Zwłaszcza, gdy potem podczas biegu jesteśmy w stanie sobie udowodnić, że w rzeczywistości nie jest tak źle, jak przewidywaliśmy i na mecie mamy powody do dumy. Jednak czarnowidztwo przed startem to nie tylko objaw stresu, bardzo często jest to przejaw braku pewności siebie i po prostu forma usprawiedliwienia ewentualnego słabego wyniku już przed rozpoczęciem biegu. Innymi słowy, wymyślamy sobie wygodne wytłumaczenie dla naszego lenistwa (albo przeszłego, przed zawodami w fazie przygotowań albo przyszłego czyli podczas zawodów, kiedy poddajemy się psychicznie i nie chcemy opuszczać strefy komfortu, by walczyć o lepszy wynik).

To jeszcze nie wszystko. Kiedy do powyższego obrazka dorzucimy np. porażkę z jakimś swoim bezpośrednim rywalem, albo ktoś, kto niedawno był na podobnym poziomie nagle osiągnie zaskakująco dobry wynik, oprócz zrzucenia winy na brak własnej formy, natychmiast pojawia się chęć pomniejszenia tego sukcesu. „Trasa na pewno była źle zmierzona”, „miał farta”, „a w ogóle był tam atest?”. Czasami rzucane są wręcz oskarżenia w stylu: „pewnie jedzie na jakichś odżywkach ze wschodu”. Jednak najczęściej winą za dobry wynik innego biegacza obarczamy… jego ciężką pracę i wykonany trening! Kto z nas nie spotkał się z tekstami w stylu: „ten to na pewno biega 150 km tygodniowo”, „on trenuje dwa razy tyle co ja, a prawie go prześcignąłem”, „gdybym ja miał takie warunki do trenowania, to też bym tak biegał”, „przecież on tylko biega, je i śpi i niczym innym się nie przejmuje”, itd. Nawet, jeśli ktoś rzeczywiście ciężko pracował na swój wynik i osiągnął sukces, w oczach wielu innych biegaczy nie jest to powodem do docenienia włożonego w ów wynik wysiłku, a po prostu okazją do zdeprecjonowania całego osiągnięcia.

Ten fenomen jest jeszcze bardziej zadziwiający, kiedy zerknie się na biegowe profile w mediach społecznościowych. Są one pełne wrzutek z różnorodnych platform rejestrujących treningi z aktywności godnych niemal zawodowców, zdjęć selfie z oznaczeniami w stylu „siła!”, „moc!”, „naprzód!” czy motywacyjnych cytatów w stylu „nie ma słabej pogody, są tylko słabe charaktery”, „bez pracy nie ma kołaczy” czy „ciężka praca? Loffciam”, itd. Zderzając te wszystkie obrazki z rozmowami z indywidualnymi biegaczami, można wysnuć wniosek, że o ile biegowa społeczność jako taka uznaje ciężką pracę za wartość i powód do chwały, o tyle indywidualni biegacze twierdzą, że to nie ich domena i że nie bardzo mają się czym pochwalić, bo oni nie mają czasu, mają masę innych zajęć i obowiązków. Powstaje zatem pytanie, kto trenuje ciężko, jeśli nikt nie trenuje ciężko? I dlaczego tak bardzo chcemy jako jednostki pokazać, że robimy mniej niż w rzeczywistości?

Biegacz poczatkujacy. Fot. Istockphoto.com

Fot. istockphoto.com/Magda Ostrowska-Dołęgowska.

Jednym z możliwych wytłumaczeń powyższego zjawiska może być niechęć do przyznania, że inni są od nas w czymś lepsi. Bardzo dobrze widać to przy okazji komentowania wyników wielu zawodników na forach dyskusyjnych. Bez względu na to, czy temat dotyczy rekordu Europy (jak np. wyczyn Sondre Moena w Fukuoce), rekordu kraju czy nawet wyniku lokalnych zawodów biegowych, niemal na pewno pojawi się co najmniej 1 komentarz umniejszający sukces danego zawodnika. Najczęściej w wątpliwość poddaje się uczciwość biegacza, sugerując możliwość stosowania dopingu, ale w grę wchodzą również inne czynniki, jak np. nieregulaminowa trasa. Argumentacja? „Przecież skoro ja biegam od lat i nie mogę w maratonie połamać bariery 3:30, to bieganie na poziomie poniżej 2:06 na pewno nie jest w zasięgu ludzkich możliwości bez jakiegoś wspomagania zewnętrznego”.

To dotyczy nie tylko porównania do zawodników elity, ale także tych, którzy kiedyś byli na tym samym poziomie co my, a po pewnym czasie są o 2 klasy lepsi. Wtedy pomniejszanie wartości swojej pracy treningowej i twierdzenie, że na bieganie przeznaczamy naprawdę minimalną ilość czasu służy jako wytłumaczenie tego, że ktoś potrafi się poprawić, podczas gdy my stoimy w miejscu. Po prostu ktoś inny ma tak super warunki, że może bardzo dużo czasu i energii poświęcić na treningi. Gdybyśmy my też tak mogli, to dopiero byśmy biegali…

Innym powodem może być również brak wiary w swój plan i sens swoich treningów. Jeśli nie jesteśmy przekonani, że to, co robimy ma sens, to podświadomie dążymy do umniejszenia wartości wykonywanej pracy. W ten sposób mamy gotowe usprawiedliwienie w przypadku niepowodzenia. Po prostu nie pracowaliśmy wystarczająco ciężko – co więcej, nawet, jeśli niemal każdą wolną chwilę przeznaczaliśmy na trening, jesteśmy w stanie w to uwierzyć. A jeżeli okaże się, że pomimo braku wiary w nasz trening uda się osiągnąć zamierzony efekt, możemy dumnie wypiąć pierś i dołączyć do grona tych, którzy biegają wyniki „z niczego”. I mamy pełne prawo pouczać wszystkich wokół, że „takie wyniki to ja robię z połowy tego, co ty biegasz!” i że „nie wiem po co tak się zajeżdżasz na treningach”.

Stagnacja w treningu. Fot. istockphoto.com

Fot. istockphoto.com

Kolejna potencjalna przyczyna takiego stanu rzeczy może wynikać ze strachu przed krytyką. No bo jak przyznać się otwarcie, że do złamania 40 minut na 10 km trenowało się od kilku miesięcy, codziennie poświęcając minimum godzinę, skoro zaraz znajdą się dziesiątki innych, którzy stwierdzą, że do takiego wyniku można dojść przy zaangażowaniu czasowym o ponad połowę mniejszym? Internetowych ekspertów od biegania (i wszystkich innych dziedzin życia), którzy tylko czyhają na okazję do ataku nie brakuje. Może więc lepiej nie wychylać się i nie ryzykować konieczności wdawania się w różnorakie dyskusje?

W efekcie otrzymujemy przedziwny obraz, w którym wiele osób powtarza jak mantrę, że do sukcesu potrzebna jest ciężka praca, a jednocześnie tym, którzy ciężko pracują na sukces wyrzucają, że pracują… ciężko. Bo sami to przecież biegają tylko dla przyjemności (nawet, jeśli w każdej wolnej chwili wychodzą na trening). Można się w tym trochę pogubić…

Może zamiast tak bardzo skupiać się na próbach tłumaczenia swojej stagnacji lub progresu innych, warto byłoby zacząć doceniać tych, którzy potrafią tak zorganizować swój dzień, by przy nawale innych obowiązków znaleźć jeszcze czas na trening? Tak samo, jak tych, którzy decydują się poświęcić różne obszary życia prywatnego i podążać za swoimi marzeniami? Przecież sami dobrze wiemy, że dojście do konkretnych wyników wymaga dużego zaangażowania, wielu poświęceń, systematyczności i dobrej organizacji. Dlaczego z tego, że ktoś potrafi dać z siebie tak wiele, czynić zarzut?

A skoro możemy doceniać wartość pracy innych, to nie trzeba się także wstydzić tego, że sami potrafimy ciężko pracować. Nawet, jeśli w ten sposób nie dojdziemy do wymarzonych wyników, być może nasza umiejętność organizacji czasu, albo sam fakt, że systematycznie trenujemy zainspiruje kogoś do tego, by spróbować czegoś podobnego? Nie bójmy się inspirować innych. Wiele osób właśnie tak zaczęło swoją piękną przygodę ze sportem – widząc, jak inni w ten sposób realizują swoje plany, osiągają kolejne cele, a także odnajdują życiową pasję. Podążając ich śladem odnaleźli w sobie motywację czy pokłady nieznanej wcześniej energii i rozpoczęli własną podróż w świecie sportu. I choćby z tego powodu nie warto czynić zarzutu z poświęcenia i ciężkiej pracy.

TO RÓWNIEŻ MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

Najsłynniejszy amator świata przechodzi na profesjonalizm!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger