Wojciech Machnik planuje pokonać maratony na wszystkich kontynentach: „Świat jest zbyt mały” [WYWIAD]

Autor: Iwona Ludwinek • 01.06.2018
fot: archiwum prywatne

fot: archiwum prywatne

Jest 26. Polakiem, który ukończył szóstkę World Marathon Majors, a w planach ma realizację kolejnego celu – przebiegnięcie maratonu na każdym z kontynentów. Biegał już na pięciu, a jesienią wystartuje w kolejnym. Wojciech Machnik w rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedział m.in. o realizacji obu tych projektów, łączeniu biegania z podróżami i kolejnym ambitnym wyzwaniu.

W kwietniu dołączył Pan do grona Polaków, którym udało się ukończyć World Marathon Majors. Kiedy w ogóle zdecydował się Pan podjąć to wyzwanie? Na mecie w Londynie satysfakcja musiała być duża.

Nawet przeogromna, zwłaszcza, że w odstępie tylko 6 dni przebiegłem dwa maratony, na dwóch różnych kontynentach. Mięśnie dawały już to odczuć, ale nie dało się nie dobiec. Dołączenie do grona Six-Star Finishers zajęło mi 18 miesięcy. Patrząc na statystyki wszystkich Polaków jestem drugim najszybszym w historii. Tylko jednej osobie udało się ukończyć cały cykl w okresie o 6 dni krótszym. Mi udało się to zrobić tak szybko, bo miałem dużo szczęścia w losowaniu. Cztery z maratonów wylosowałem w pierwszym podejściu.

fot: arch. prywatne

fot: arch. prywatne

Start w takim cyklu wymaga specjalnego przygotowania?

Skorzystałem ze swojego podróżniczego doświadczenia. Podróżuję pół życia – przez 20 lat byłem w ponad 70 krajach. Logistykę – loty, hotele, transfery – miałem przerobione wielokrotnie. Jest inaczej jeśli chodzi o turystykę biegową. Trzeba zawsze zrobić bufor na aklimatyzację, dostosowanie się, odespać jet lag, odebrać numer startowy. Nie był to jednak pierwszy wyjazd na biegi, więc też wiem już jak to działa.

Obecnie jest Pan całkowicie skupiony na bieganiu i podróżowaniu czy łączy Pan to z innymi zajęciami?

Po 12 latach rzuciłem pracę w korporacji. Założyłem biuro podróży. Jeżdżę z grupami typu incentive, czyli korporacyjne wyjazdy za wyniki. Prowadzę też portal travel2run, który zajmuje się wyjazdami maratońskimi. W tym roku takich wyjazdów mam jeszcze kilkanaście, w różne miejsce. Jestem dystrybutorem pakietów. Mam umowę na wyłączność z Chicago Marathon jako jedyny w Polsce. To dość niszowy sektor. Spora część mojego biznesu jest oparta właśnie na tym. Jeśli chodzi o Majorsa, takie firmy są w naszym kraju tylko 3.

Ile czasu minęło już od porzucania korporacji i skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

Na początku podróże były dodatkiem, hobby. To były wyjazdy wakacyjne z przyjaciółmi i rodziną. Na pewnym etapie było tego coraz więcej – wyjeżdżałem po 7-8 razy w ciągu roku, co było powiązane ze szczęściem w losowaniu. Gdy do maratonów trudno się dostać, a ja dostałem taki dar od losu, to musiałem skorzystać. Szef powiedział mi, żebym robił to co kocham, bo nie ma sensu, abym dalej pracował jako dyrektor w korpo. Od mojego odejścia mijają niecałe 2 lata.

Nie było obaw, że jeśli postawi Pan na bieganie i stanie się to pracą, to będzie to sprawiać mniej przyjemności? Nie ma Pan czasem dość nowego zajęcia?

Dlatego mój projekt polega na bieganiu i zwiedzaniu. Nie jeżdżę tylko biegać, to zawsze część szerszego wyjazdu. Przed Bostonem przez tydzień jeździliśmy po parkach na zachodzie. Wiedziałem, że jeśli byłoby to tylko bieganie, mogłoby być tego za dużo. W ramach mojego biznesu w styczniu byliśmy w Kilimandżaro, chodzę po górach. Jestem też nurkiem, nurkowaliśmy na Zanzibarze. Mam wiele wyjazdów, które nie są związane z bieganiem. Staram się zachować zdrowy rozsądek i proporcje. Nie biegam co tydzień, ale tak często, na ile uważam, że jest to fajne i z tym nie przeginam

Zamierza Pan przebiec maratony na wszystkich kontynentach. W tym roku Australia, a za parę lat Antarktyda. Skąd wzięło się to wyzwanie?

Z korporacji wyniosłem pracę w projektach – coś się zaczyna, to trzeba to skończyć. Wszystko jest poukładane. Po pierwszym maratonie w Polsce była korona maratonów Polski, potem półmaratonów. Następnie zacząłem szukać projektów globalnych. Równolegle trafiłem na koronę maratonów świata i szóstkę Majorsa. Szybciej udało się zrobić ten drugi cykl, co wynikało z losowania. Od razu naturalne wydawało mi się, że będą chciał pobiec na każdym kontynencie. Potwierdzona jest Australia w tym roku, a w 2021 roku Antarktyda, gdzie pojedzie ze mną pięciu innych biegaczy.

Czemu ostatni bieg w 2021 roku?

To wynika z dostępności. Są trzy firmy, które to organizują, a kolejka w firmie, w której my to robimy jest już na 2022 rok. Tam rocznie biega tylko 100 osób rocznie, co powiązane jest z różnymi obwarowaniami np. środowiskowymi. Wyjazd to też duży koszt – około 10 tysięcy dolarów. Potrzebny jest czas na zebranie takich pieniędzy, więc to się dobrze zazębia – taka kolejka sprawia, że więcej osób może skorzystać.

Uważa Pan, że Antarktyda to będzie najtrudniejsze wyzwanie?

Za tydzień startuję na Arktyce, na Spitsbergen Marathon, który reklamowany jest jako najbardziej wysunięty na północ na stałym lądzie. Jest jeszcze maraton na biegunie północnym, który odbywał się parę dni temu. Spróbujemy zobaczyć jak to wygląda. Warunki będą podobne. Znam parę osób, które tam biegły. Opowiedziały mi o swoich doświadczeniach. Nasze zimy typu -17 stopni w Polsce to bardzo dobre przygotowanie pod Antarktydę. Pogoda nas aż tak nie zaskoczy. Tam jest czyste krystaliczne powietrze, więc powinno biegać się dobrze. Pamiętam finisz w Londynie, byłem zmęczony kolejnym maratonem w tygodniu, ale dobiegłem, bo nogi niosły mnie same. Myślę, że tam będzie podobnie, ponieważ będę wtedy kończył koronę maratonów świata.

Potrzebuje Pan stawiania sobie takich kolejnych celów? Myśli Pan już nad nowym wyzwaniem?

Dokładnie tak. Przygotowuję już nowy projekt. Strona nazywa się 249Challenge.com. Pobiegnę maraton w każdym kraju świata. Jest w Polsce parę osób, które przymierzało się do podobnych działań. Chcę to zrobić szerzej – maraton chcę łączyć ze zrobieniem czegoś dla lokalnej społeczności. To będzie długodystansowy projekt. Nie lubię, gdy ktoś mi coś narzuca. Szóstka Majorsów to określone biegi. Przy kontynentach jest większa swoboda, bo można wybrać miejsce. Chciałem mieć projekt, na który będę miał stuprocentowy wpływ.

Liczył Pan w ilu państwach już biegał?

Liczyłem to, ale przebiegłem dopiero 15 maratonów. Część z nich była organizowana w tych samych krajach, część się zdublowała, więc moje bieganie po świecie nabiera dopiero rozpędu. W tym roku mam jeszcze zaplonowane 17 startów. Czekam też na decyzję Guinnessa. Chciałbym przymierzyć się do ustanowienia rekordu w zakresie największej liczby maratonów przebiegniętych w różnych krajach w ciągu roku. Jeśli wszystkie wytyczne będą zaakceptowane, to będę chciał to zrobić w okresie od sierpnia do sierpnia.

Jak w praktyce wygląda łączenie biegania z podróżowaniem? Wybierając starty planuje Pan dłuższe podróże i miejsca, które podczas nich zwiedzi?

Różnie. Jeżeli jedziemy gdzieś daleko, np. do Ameryki Południowej czy USA, to minimum dwutygodniowy wyjazd. Największym kosztem zawsze jest bilet, więc nie opłaca się polecieć tam na weekend. W Australii i Nowej Zelandii spędzę prawie 3 miesiące. Korzystam z tego, że gdzieś jestem. Berlin czy Białoruś – to krótki wyjazd – taki weekendowy city break.

Sam bieg również można potraktować jako element podróży? W trakcie startu ma Pan czas na to, aby zwrócić uwagę, gdzie w ogóle odbywa się bieg?

Tak, bo nie ścigam się z czasem. Nie biegam na czas, tylko mam czas na bieganie. Zazwyczaj przybiegam w środku stawki. Staram się nakręcić filmik. Podczas maratonów dużo się dzieje – jest wiele fajnych osób poprzebieranych, jest duży doping, koncerty po drodze. Szkoda byłoby mi pobiec to bardzo szybko i tego nie zobaczyć. Gdy jestem w telewizjach, programach śniadaniowych, ludzie lubią zobaczyć jak to wygląda od środka. Nie każdy ma możliwość przebiec taki maraton. To lifestyle, a nie ściganie się z wynikiem. Widzę miasto z innej perspektywy, często nie dostępnej dla turysty, i staram się to udokumentować.

fot: arch. prywatne

fot: arch. prywatne

Czy na bieganiu maratonów można w ogóle zarobić czy raczej to hobby, na które trzeba wyłożyć własne środki?

Pakiety, bilet na samolot, hotel to są koszty, które każdy musi ponieść. Nikt nie daje tego za darmo. Natomiast cała otoczka, organizacja wyjazdów, to co innego. Formalnie jestem biurem podróży. Często tylko połowa z moich klientów to biegacze, a reszta to ich znajomi. Tak było w Bostonie, gdzie połowa nie była biegaczami, ale podobał im się program parków, które zaproponowałem. Zarabiam na tym. Pakiet jest tylko częścią całego programu, który jest kosztem, ale reszta jest jak najbardziej przychodem.

Pana zdaniem każdy mógłby pójść podobną drogą. Rzucić pracę i postawić na biegi oraz podróże?

Myślę, że nie. Znam wiele osób, które podróżuje. W ogóle tematyka tanich podróży jest obecnie na topie – jest setki stron i blogów o tej tematyce. Sukces odnosi tylko co któraś osoba. Po kilkunastu latach podróżowania też przeżyłem szok, gdy musiałem zorganizować wyjazd dla 40 osób. To zupełnie inne usługi. Dla mnie to było przestawienie się na inny tor. Dałem sobie jednak radę. Liczą się kontakty. Firm, które działają na tym rynku jest dużo. Konkurencja jest spora, ale też ze względu na różne czynniki co roku słyszymy o bankructwach biur podróży, więc trzeba być czujnym.

Biegał Pan w różnych miejscach na świecie. Czy zauważa Pan różnice w podejściu do biegania w zależności od tego, gdzie odbywa się start? Czy są miejsca, w których biegło się Panu szczególnie dobrze, a może takie, do których nie chce Pan wracać?

Przyjąłem strategię, że nie chcę biegać w tych samych miejscach dwa razy, świat jest zbyt szeroki. Każdy maraton jest inny. W każdym kraju jest inne ukształtowanie terenu. W Argentynie biegliśmy przez Andy, Berlin jest jednym z najbardziej płaskich maratonów na świecie, a Nowy Jork największy. W Polsce mówi się o tym, że w niektórych miastach biegów jest za dużo. Narzeka się, że co weekend zamykane jest miasto. W Bostonie, Nowym Jorku czy Chicago to święto. Nikt tam nie narzeka, każdy każdemu pomaga. U nas rozkwit biegania jest dość krótki. Może potrzebujemy się z tym oswoić. W Bostonie to była już 122. edycja.

Podczas biegania styka się Pan z wieloma zawodnikami. Czy spotyka Pan wiele osób, które przeszły podobną drogę?

Mało. Moim klienci to w większości osoby, które mają swoje prace, biznesy i inne źródła zarobku. W Polsce takich firm jak moja jest niewiele. Są zalążki – właściciel biura zazwyczaj też jest biegaczem, a 90% jego biura to biznes turystyczny i do tego dochodzi parę wyjazdów maratońskich. Trudno byłoby się na dziś utrzymać z samych wyjazdów biegowych. Trzeba byłoby mieć dobry zasięg na fanpagach, spory portfel osób i biegaczy, którzy nas obserwują oraz dalsze rekomendacje zadowolonych klientów. Przy wyjazdach, w których bierze udział zazwyczaj kilka, kilkanaście osób, to chwile zajmie, więc na razie to biznes uzupełniający w ramach funkcjonujących już biur podróż. Nie znam nikogo, kto utrzymywałby się tylko z tego.

Po odejściu z korporacji i postawieniu na bieganie, co jest Pana zdaniem największy plusem jaki zyskał? A może są rzeczy z poprzedniego życia, których Panu brakuje?

Plusem jest to, że sam sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem. Decyduję, co robię, gdzie i jak. Mam pełną swobodę, jak każdy, kto prowadzi działalność. Ode mnie zależy, jak wygląda mój grafik. Nie jestem trybikiem w korporacji, gdzie każdy każdemu mówi, co ma robić. Zyskałem możliwość samorealizacji. Mogę wszystko. Jestem osobą bardzo zorganizowaną. Sporo wyniosłem z korporacji, umiejętność realizacji projektów. Umiem dotrzymać deadlinów, jestem słowny. Nauczyłem się wiele technicznych rzeczy. Przekładam to na własny biznes, co dobrze współgra i pomaga mi się dalej rozwijać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger