Veni, vidi, amor, czyli poradnik biegowo – turystyczny na Maratona Di Roma

Autor: Tomasz Moskalik • 12.04.2017
Tomasz Moskalik

Maratona di Roma

Dlaczego warto biec maraton w Rzymie? Czy da się tam robić życiówki? Jak dostać się na start? Na te i szereg innych pytań dotyczących Maratona Di Roma, odpowiada w artykule Tomasz Moskalik.

VIDI

Pomysł na pobieganie po Rzymie zrodził się w mojej głowie podczas podróży z maratonu berlińskiego, we wrześniu ubiegłego roku. Po powrocie do domu od razu zapisałem się na bieg. Jak się później okazało możliwość zapisów uruchomiona była aż do końca marca 2017 r., więc nie trzeba się było spieszyć. Opłata startowa mieściła się w granicach przyzwoitości. Dodatkowo należało uzyskać obowiązkowe ubezpieczenie Run Card i zaświadczenie lekarskie. Wzory obu do pobrania na stronie maratonu. Po zeskanowaniu otrzymanej online karty Run Card i zaświadczenia mojego lekarza sportowego i umieszczeniu ich na moim koncie na stronie biegu przyznano mi numer startowy: 297.

Numer przyznawany był wedle najlepszego osiągniętego dotychczas czasu pokonania maratonu w oficjalnych zawodach. Kilka dni później na skrzynkę otrzymałem „Confirmation letter” potwierdzający, że spełniłem wszelkie wymogi dotyczące startu. Confirmation letter należało wydrukować i wraz z oryginałem zaświadczenia lekarskiego stanowił podstawę do odbioru pakietu startowego. Jak się później okazało, w biurze zawodów nikt nie pytał mnie o zaświadczenie lekarskie, choć w latach poprzednich podobno należało je posiadać wraz z badaniami wymaganymi zaświadczeniem.

Tomasz Moskalik

VENI

Podróż i zakwaterowanie zarezerwowałem jeszcze jesienią, co pozwoliło mi na znaczne ograniczenie kosztów całej zabawy. Wylecieliśmy z Krakowa naszą rodzinką w piątek po południu, by na lotnisku Ciampino zameldować się o godzinie osiemnastej, po dwóch godzinach spokojnego lotu. Kolejny etap podróży (lotnisko znajduje się poza Rzymem) mógł przebiegać w kilku odmianach. Zaczynając od najtańszego: mogliśmy autobusem ATRAL za 1,2 euro dostać się bezpośrednio z lotniska do końcowej stacji linii metra A: Anangina, by następnie dojechać do centrum Rzymu.

Zaletą tego rozwiązania była niewątpliwie cena podróży, wadą był fakt, że autobusy ATRAL odchodzą co około 40 minut. Kolejną możliwość dostania się do centrum wiecznego miasta dawały autobusy odjeżdżające co kilka minut bezpośrednio do głównego węzła krzyżujących się linii metra, a jednocześnie dworca kolejowego w Rzymie – Termini. Cena biletu wynosiła bodajże 4 euro. Jak wspomniałem, autobusy odjeżdżały z lotniska co kilka minut, lecz należało się liczyć z tym, że podróż mogła trwać od pół godziny do nawet półtora godziny – w zależności od zakorkowania ulic. No i pozostawała jeszcze ostatnia możliwość, która mogła wchodzić w grę – taxi. Ostatnia i ostateczna, bo cena przejazdu waha się w okolicach 50 euro.

My zupełnie przypadkowo wybraliśmy opcję drugą (w drodze powrotnej natomiast opcję pierwszą, ponieważ na stacji Termini mieliśmy problem z lokalizacją punktu odjazdu autobusów do Ciampino). Tak więc opuszczając lotnisko weszliśmy od razu do autobusu i kupiliśmy u kierowcy bilety. Po czterdziestu minutach byliśmy na Termini, gdzie przesiedliśmy się do metra. Bilety na komunikację miejską kupić można w automatach przy wejściu na perony. Warto mieć drobniaki, bo niestety większość automatów z powodu awarii nie przyjmuje banknotów.

Nasza kwatera znajdowała się w okolicach przystanku Manzoni. Miejsce wybrałem nieprzypadkowo. Po pierwsze, stamtąd było 10 minut marszem do Koloseum ( a więc miejsca startu i mety biegu), po drugie stanowiło idealną bazę wypadową do pieszego zwiedzania i było blisko stacji metra. Wieczorem jeszcze zaliczyliśmy szybką włoską kolację i spacer do Koloseum. Co do kolacji: warto wiedzieć, że w Rzymie obowiązują pewne zasady dotyczące napiwków, nieznane w Polsce. Otóż regułą jest, że wchodząc do restauracji i zajmując miejsce przy stoliku, będziecie mieć naliczony napiwek. Jest on opisany na paragonie w różny sposób – najczęściej jako „usługa”, bądź „nakrycie”, „serwetka”, nam również zdarzyło się, że przy zamawianiu pizzy, napiwek znalazł się pod pozycją „pizza 2x”. Jeżeli zdecydujecie się na zajęcie miejsca przy barze, jest szansa, że unikniecie napiwku, ale czy warto? Nie ma natomiast reguły dotyczącej… drugiego napiwka – w formie nam znanej. My zostawialiśmy kilka euro. Jeżeli chcecie napić się czarnej, znanej nam w Polsce kawy, musicie zamówić americanę. W przeciwnym wypadku dostaniecie espresso.

Reasumując, koszty naszych obiadokolacji dla trzech wygłodniałych osób, składające się z pizzy dla każdego, makaronów, bądź innych niewyszukanych dań, kaw, herbat, wody, niezależnie od miejsca lokalizacji restauracji nie przekraczały 50 euro.

Tomasz Moskalik

VIDI po raz drugi

Sobota przywitała nas upałem. Z samego rana udaliśmy się po odbiór pakietu startowego. W tym przypadku również mieliśmy kilka możliwości dotarcia do miejsca. Wybraliśmy metro. Oto powody: autobusy podmiejskie w Rzymie nie mają rozkładów jazdy z powodów korków, metro jeździ co około 4 minuty. Linie metra tworzą wielki znak X na mapie Rzymu (z centralnym punktem na stacji Termini), co pozwala nam dojechać praktycznie w okolice wszystkich interesujących nas miejsc. Na sobotę kupiliśmy bilet 24h, ponieważ w planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie. Dzień wcześniej, jadąc z lotniska kupiliśmy zwykłe bilety pozwalające na 100 minut przejazdu.

Oczywiście można kupić też bilet na 48 i 72 godziny. Nam się to jednak nie opłacało, bo w dzień maratonu (w niedzielę) biegacze mogli korzystać z komunikacji miejskiej na darmo, poza tym nie zakładaliśmy, że w kolejne dni będziemy dużo jeździć. Można również skorzystać z wygodnego rozwiązania pod nazwą Roma Pass – biletu na 2-3 dni, uprawniającego do przejazdów po Rzymie oraz wstępu do wielu muzeów (bodaj dwa pierwsze za darmo, na kolejne są zniżki). Nam się Roma Pass nie kalkulowało, ponieważ z racji krótkiego pobytu sporządziliśmy dość krótką listę miejsc do zwiedzenia. Znajdowały się na niej: oczywiście kompleks Koloseum, Forum Romanum i Wzgórz Palatynu – warto pamiętać, że w pierwszą niedzielę miesiąca (w tym przypadku w dniu, kiedy odbywał się maraton) wstęp jest za darmo, Pantheon (wejście za darmo), Bazylika Św. Piotra (wejście za darmo) i Muzea Watykańskie (bilet nie objęty Roma Pass).

Po dotarciu linią metra B do przystanku EUR Fermi i krótkim spacerku dotarliśmy do Palazzo Dei Congressi, gdzie odebrałem pakiet startowy. Miłym zaskoczeniem był fakt, że wg strony biegu odbiór rozpoczynał się o 10:00, tymczasem my już o 9:00 byliśmy obsłużeni. W ramach pakietu odebrałem plecak, który jednocześnie miał służyć jako jedyny worek na depozyt na czas biegu, koszulkę pamiątkową, numer startowy z wklejonym chipem. W Palazzo oczywiście można również było skorzystać z ofert rozlicznych stoisk ze sprzętem i akcesoriami sportowymi. My grzecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy zwiedzać Watykan. Jeszcze w Polsce (trzeba to zrobić minimum trzy dni wcześniej) kupiłem bilety online na zwiedzanie Muzeów Watykańskich. Dzięki temu mieliśmy gwarantowane wejście bez kolejki (a ta była potężna) na konkretną godzinę. Bilet online był kilka euro droższy, lecz warto było dołożyć. Oczywiście pod murami Watykanu oblegli nas przewodnicy wszelkiej maści, proponujący rozszerzenie wycieczki, lub przeniesienie na dogodniejszą godzinę – jak łatwo się domyślić – nie za darmo. Po zwiedzeniu Watykanu wróciliśmy do hoteliku, gdzie z niepokojem stwierdziłem, że mam zakwasy.

VICI?

Dzień biegu rozpoczął się dla mnie późno, jak jeszcze nigdy. Wstałem o 6:15, by po lekkim śniadaniu i po 10 minutach marszu być pod Koloseum przy bramkach. Przepuszczanie startujących szło bardzo płynnie i już po chwili byłem pod ciężarówką, do której wedle mojego numeru startowego miałem złożyć depozyt. Było ciepło, więc nie czekając zbyt długo rozebrałem się do stroju startowego, oddałem plecak i poszedłem potruchtać pomiędzy zabytkami. Miejsca ( i tojtojek) w strefie przedstartowej było całkiem sporo. O godzinie ósmej udałem się do mojej strefy startowej i tam z nieukrywaną satysfakcją zoczyłem kolejny rząd toalet, przyporządkowany wyłącznie dla konkretnej strefy. Startowałem z zony A o godzinie 8:40. Plan zakładał złamanie 3:00, takie też baloniki mieli najszybsi pacemakerzy. Za nami można było zauważyć baloniki z czasami różnicowanymi co 15 minut, aż do czasu 7:30.

Jako że w biegu startowało około 13 i pół tysiąca uczestników, dzięki mojemu numerowi 297 ściągałem zawistne spojrzenia mężczyzn i roznamiętnione trzepotania rzęsami płci pięknej… Żartuję – w mojej strefie startowej ustawieni byli zawodnicy w przedziałach czasowych 2:30 – 3:30, więc moje berlińskie 3:04 nie było niczym wyjątkowym.

I wtedy się zaczęło. Najpierw przyszła potężna burza, która przetaczała się nad nami praktycznie cały bieg. Zabytkowe nawierzchnie Rzymu stały się niemiłosiernie śliskie. Głównie w początkowej i końcowej części maratonu biegliśmy po kałużach w bodaj wszystkich odmianach kostki brukowej, płytach kamiennych, a nawet stalowych kratach. Dodatkowo trasa wciąż wznosiła się i opadała. Mój zegarek wyliczył w sumie 244m sumy przewyższeń. Kilka podbiegów, szczególnie ten na 40 kilometrze dał mi mocno w kość. Punkty z wodą i izotonikiem oraz z bananami i „czymś tam” jeszcze czemu się dokładnie nie przyglądałem, były zlokalizowane, co 5 km. Można było sięgnąć po kubeczek i (przynajmniej w mojej stawce peletonu) po butelkę wody lub powerade`a. Gdyby jednak było tak gorąco, jak dzień wcześniej, obawiam się, że punkty z wodą byłyby w zbyt dużych odległościach.

Reasumując – myślę, że to nie wcześniejsze zwiedzanie, nie śliska nawierzchnia i stosunkowo wysoka temperatura, lecz właśnie profil trasy zniweczył moje marzenie o 2:59. Kiedy w końcu na 40 kilometrze odpadłem od grupki biegnącej na 3:00, zupełnie straciłem wolę walki i na metę dotarłem z czasem 3:02:42. Medal, plecak, całus od żony i spacerkiem do hotelu. Nie skorzystałem z masażu i grawerowania medalu, bo nie chciałem. Nie skorzystałem z prysznica, bo organizator zapewnił taką możliwość w większej odległości od linii mety niż odległość w której znajdował się mój hotel. A, dostałem też torbę z suchym prowiantem i żelową opaskę na nadgarstek z napisem „finisher”.

fot: Tomasz Moskalik

VIDI po raz trzeci

Resztę dnia wykorzystaliśmy na zwiedzanie Rzymu i dopingowanie maratończyków na trasie, która, jak odkryłem dopiero po biegu, wytyczona była zgodnie z naszym planem zwiedzania najpiękniejszych miejsc wiecznego miasta. Niestety, o ile jeszcze w początkowej stawce biegu można było spotkać na trasie kibiców , o tyle po 4 godzinach trwania imprezy często okazywało się, że jesteśmy jedynymi kibicami na danym odcinku maratonu. Chcę wierzyć, że był to skutek siąpiącego deszczu, choć z drugiej strony podobno co roku Maratona Di Roma odbywa się w ulewie…

VENI po raz drugi i AMOR po raz pierwszy

I tyle. W poniedziałek byliśmy już w Krakowie.

Jak mogę podsumować ten wyjazd? Od kilku lat całą naszą trójosobową familią jeździmy na maratony i okazyjne mikrozwiedzanie. Rzym nie był drogim miastem (na przykład Berlin kosztował nas dużo więcej) i oferował nam dużo więcej niż mogliśmy upchnąć w tych kilku dniach pobytu. Miejsce magiczne, piękne i przyjazne turystom, ludzie otwarci i uprzejmi, klimat niepowtarzalny. A sam maraton? Bieg zupełnie nie nadaje się do robienia życiówek (czekaj, czekaj – ja zrobiłem życiówkę, choć nie taką, jakiej oczekiwałem), natomiast jeżeli ktoś uprawia turystykę biegową – Maratona Di Roma jest biegiem dla niego.

Czy turystyka biegowa jest Ci bliska?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *