Jak zamienić Lubelszczyznę na Oregon? – wywiad z Weroniką Pyzik

Autor: Paweł Wysocki • 10.09.2018

Weronika Pyzik

Na co dzień studiuje i trenuje w Stanach Zjednoczonych. Myślała o studiach na kierunku lekarskim, ale życie przygotowało dla mniej inny scenariusz. Pochodzi z Biłgoraja, gdzie rozpoczęła przygodę z bieganiem. Do tej pory mieszkała w San Francisco, ale od niedawna przeprowadziła się do Eugene w stanie Oregon. Nie wszyscy wiedzą, ale Uniwersytet na Oregonie to biegowa czołówka szkół wyższych na świecie. Na tym samym uniwersytecie studiował Steve Prefontaine czy Galen Rupp. Jej celem, a jednocześnie marzeniem jest start w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio (2020). Zapraszam do lektury wywiadu z Weroniką Pyzik!

Jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Zawsze byłam rozbrykanym dzieckiem i potrafiłam wszędzie wpaść w tarapaty; moi rodzice nie mieli ze mną łatwego życia, bo spadanie z drzew, wracanie z porozbijanymi kolanami i łokciami to była codzienność. W końcu zabrali mnie na zawody i zajęłam 2 miejsce w biegu na 600m, a srebrny medal i ta drewniana paletka do badmintona (tylko jedna!) wystarczyły, żebym poczuła tę słodką radość wygrywania i zamieniła mnie w sportowca.

Byłam za mała, żeby dołączyć do klubu w moim mieście, wiec najpierw bawiłam się we wszystkie sporty drużynowe (siatkówka, koszykówka itp.) Na szczęście w podstawówce spotkałam niesamowitą wuefistkę- panią Agnieszkę Jurałowicz- która od razu odkryła moje predyspozycje i ukierunkowała mnie w kierunku lekkoatletyki. Na koniec, jak odchodziłam do gimnazjum, oddala mnie w ręce trenera Jamroza.

 Jak wyglądał Twój trening w Polsce?

W gimnazjum- zabawa bieganiem 3 razy w tygodniu. W liceum- już poważniej, regularnie (z tym u mnie nigdy nie było problemu; jak już się w coś zaangażuję, to w lepsze czy gorsze dni zawsze zostaje lojalna). Na szczęście mój trener prowadził mnie bardzo luźną ręką, wiec trenowanie kojarzyło mi się z zabawą i przyjemnością. Dopiero jak zostałam juniorką, zaczęły się mocniejsze treningi, które już dawały w kość. Pojawiły się też pierwsze kontuzje, ale również – Mistrzostwa Europy i poważniejsze sukcesy.

W drugim roku juniorki dołączyłam do kadry Polski. Z perspektywy czasu stwierdzam jednak, że to co robiłam w Polsce, było amatorskim bieganiem, i jestem bardzo wdzięczna mojemu Trenerowi za to, że nie eksploatował mnie nadmiernie, jak byłam młoda. Dzięki temu mogę teraz nadal robić progres i poważnie podchodzić do treningu, kiedy naprawdę jest na to czas.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się na studia w Stanach Zjednoczonych?

Edukacja zawsze była u mnie na pierwszym miejscu i po liceum planowałam studiować medycynę. Nie wyobrażałam sobie połączenia tego z trenowaniem więc, gdy zaczęłam trzecią klasę liceum, postanowiłam sobie, że Przełajowe Mistrzostwa Europy to będzie moje wymarzone pożegnanie z „profesjonalnym”, czyli regularnym i zaplanowanym treningiem, a potem skupię się już na maturze. Niestety, traf chciał, że nie tylko dostałam się na Mistrzostwa Europy, ale też na Przełajowe Mistrzostwa Świata w Guyiang (Chiny) i kadra zaproponowała mi obóz w Hiszpanii tuż przed maturą. To zepsuło mój cały plan i światopogląd; długo wahałam się co zrobić, ale w końcu zaakceptowałam propozycje i zaczęłam elastyczniej patrzeć w przyszłość.

Na ME zajęłam 10 miejsce i nagle otrzymałam kilkanaście propozycji na stypendium w Stanach Zjednoczonych. Nie dostałam żadnej oferty stypendium w Polsce, a do tego nadal miałam mentalność „jak studia, to medycyna”, bo wszystko inne wydawało mi się pójściem na łatwiznę, wiec dołożenie nowej opcji „Stany” z super warunkami do treningu i nowa przygoda (jak już wspomniałam, jestem poszukiwaczem wyzwań od dziecka) zaczęła wyglądać bardzo interesująco. Późno podjęłam decyzję, bo dopiero w maju. To było trudne, bo nie mogłam pogodzić się z myślą o rozstaniu się z rodziną na kolejne miesiące i samotna podróż na drugi koniec świata, ale na szczęście – strach mnie nie zablokował i ostatecznie wsiadłam do tego samolotu.

Jak wyglądał trening w Polsce, w porównaniu z treningiem w Stanach? Co zmieniło się w tej kwestii u Ciebie?

Bardzo wiele. Mój trening wygląda zupełnie inaczej, wiec potrzebowałam dwóch lat, żeby przystosować się do nowego stylu. Przede wszystkim- brak siły biegowej i bardzo lekka siłownia (u mojego trenera to byłaby rozgrzewka do siłowni!). Brak zakresów, za to biegi progresywne. Brak powtarzających się schematów tygodniowych; tutaj każdy tydzień może wyglądać inaczej. Mniej mocnych jednostek treningowych, za to szybsze rozbiegania (chociaż to nie przymus, same dyktujemy sobie tempo). No i nareszcie najbardziej frustrująca i denerwująca na początku, a po tym czasie najbardziej cudowna i genialna (moim zdaniem) cecha treningu- trenowanie na samopoczucie.

Nigdy nie zapomnę, jak moja trenerka zabrała mi zegarek na ostatnim mocnym treningu przed Półfinałami Mistrzostw Stanów, bo powiedziała, że za często na niego patrzę. Wcześniej na treningach często mnie upominała, żebym przestała notorycznie zerkać na zegarek, ale wtedy to już musiałam przekroczyć jej cierpliwość. Moja trenerka nauczyła mnie słuchania własnego organizmu. Wbrew moim wszystkim przekonaniom – okazało się, że to klucz do postępu. Mimo że nie sprawdzam co chwilę tempa, jestem w stanie biegać w zaplanowanych tempach, a nawet jeżeli jestem kilka sekund za szybko/wolno- wygląda na to, że długofalowo nie ma to negatywnych konsekwencji. Osiągane przeze mnie wyniki to twardy dowód.

Weronika Pyzik

Trenujesz również w grupie?

Na co dzień trenuję z drużyną 13-16 cudownych dziewczyn, a równocześnie moich bardzo dobrych znajomych, przyjaciółek. Na ciężkich treningach dzielimy się na mniejsze grupy, ich rozmiar zależy od rodzaju treningu; maksymalnie w sześć osób przed przełajami na szerokich trasach treningowych, minimalnie w duecie.

Ulubione buty – treningowe, treningowo-startowe i startowe?

Treningowe – do tej pory Pegasusy od Nike, ale tęsknie za Asicsami i Adidasami… Moją szkołę sponsoruję Nike, wiec otrzymuję sprzęt tej marki. Uwielbiam buty treningowo-startowe – Nike Zoom Streak. Czasem biegam w kolcach – Nike Zoom Matumbo. Moja trenerka nie przepada za kolcami.

Co stanowi dla Ciebie największe wyzwanie po przeprowadzce do USA?

Dieta, zdecydowanie. Trudny dostęp do pełnowartościowego jedzenia. Staram się gotować, ale z moim stylem życia (korzystanie z każdej możliwej minuty albo nauka/trening) to niezwykle trudne zadanie. W dodatku zdrowe jedzenie jest drogie. Tęsknię za świeżym i wartościowym jedzeniem bez dodatku cukru i GMO w każdym możliwym produkcie. W Polsce jest dużo łatwiej w tej kwestii.

Jak się odżywiasz? Czy masz ścisłą dietę?

Nie jestem „na diecie”; staram się zdrowo odżywiać i uzupełniać witaminy i minerały w jedzeniu, ale nie ważę go, nie mierzę, ani nie bawię się w książkowe komponowanie każdego posiłku. Uważam, że nasze ciało same wie, czego potrzebuje, więc staram się dostarczać to wszystko w dobrej, jak najmniej przetworzonej formie. Nie unikam żadnych produktów, ale nigdy nie byłam fanką fast foodów, wiec nie mam dużego problemu z trzymaniem się od nich z daleka. Za to chciałabym, żeby ktoś wynalazł okulary, w których nie mogłabym dojrzeć czekolady i ciast, bo widzę je wszędzie! Szczerze mówiąc, to nie jestem dobrym przykładem sportowca w tej kwestii- myślę, że mam tu rezerwy, ale nigdy nie wiem jak się za to zabrać.

Najtrudniejsze treningi?

Pamiętam dwa takie treningi. Pierwszy to odcinki i długości mili, a drugi mieszanka od 2 km do 1600 m. Ciężko było mi wrócić do treningu, bo miałam bardzo długą przerwę. Dodatkowo nie robiłam wcześniej wielkiej szybkości, ani nawet przebieżek, bo moja trenerka uważa, że zbyt szybkie bieganie pogarsza sytuacje. W każdym razie- dałabym wtedy wiele za 200-ski, albo cokolwiek poniżej 600 m, a byłam skazana na albo rozbiegania, albo odcinki powyżej 1600 m. Nie wiem, jakim cudem pobiegłam 32:37, bo nie robiłam NIC szybkiego i czułam się kompletnie bez formy, ale jak widać – trening potrafi zaskoczyć.

Jakie masz plany biegowe na najbliższe lata?

Przez ostatni rok moja trenerka systematycznie wbijała mi do głowy Olimpiadę i w końcu jej się to udało. Skręca mnie z podekscytowania i radości, jak pomyślę, że mogłabym się na nią dostać, więc zdecydowanie to mój główny cel, a jednocześnie marzenie. Jestem ciekawa, jak pójdą mi przełaje, bo postawiłam na długi odpoczynek przez wakacje, żeby wyleczyć wszystkie małe bóle, które mogłyby przerodzić się w kontuzje. Staram się wyciągać wnioski z przeszłości, bo to zepsuło mi tegoroczny sezon na bieżni.

Regularny trening, a praca? Wiem, że w ostatnim czasie łączyłaś jedno z drugim.

Przez wakacje pracowałam na cały etat, wiec trenowanie było niezwykle trudne. Myślę, że nie byłabym w stanie tego pogodzić z pracą biurową. W trakcie studiów nie mam z tym większych problemów. Cierpi na tym moje życie towarzyskie, ale jestem taka od zawsze, lubię być zabiegana i czasami mnie to męczy. Koniec końców przez większość czasu czerpię z tego ogromną satysfakcję. Jak zrobiłam dobry trening, zdałam dobrze egzaminy, nauczyłam się czegoś wartościowego, potrafię zarobić na własne utrzymanie – to na koniec dnia zasypiam z uśmiechem na twarzy.

Jedno przemyślenie nt. „Jak zamienić Lubelszczyznę na Oregon? – wywiad z Weroniką Pyzik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger