Wielki Mierniczy opowiada: „Pierwszy maraton jest jak pierwsza miłość”

IMG_4821

Wielki Mierniczy Tadeusz Dziekoński podczas pracy. Fot. archiwum Fundacji „Maraton Warszawski”

„Elektronika, GPS-y, XXI wiek – ktoś mówi. Taki pomiar daje 2% błędu. Wysokie budynki, drzewa, chmury, tunele – to powoduje błędy. Prosty licznik to niezawodne urządzenie”. Tadeusz Dziekoński, czyli Wielki Merniczy opowiada o Maratonie Pokoju i swoim bieganiu. Wywiad z 2008 roku.

Tadeusz Dziekoński
Rok urodzenia – 1950. Atestator tras w biegach ulicznych z licencją PZLA i IAAF, członek komisji statystycznej PZLA i wiceprezes Polskiego Związku Weteranów Lekkiej Atletyki. Na co dzień pracownik policji skarbowej. Startów w Warszawie: 26.

Jakie dystanse trenował Pan w trakcie studiów?

– Studiowałem w SGPiS w Warszawie. Po pierwszym semestrze zapisałem się do sekcji lekkoatletycznej i zacząłem regularne treningi 3 razy w tygodniu. Biegałam wtedy 800 i 1500 metrów. Tylko takie dystanse trenowałem. Czasami na potrzeby uczelni biegałem jeszcze 3 km. Nie był to jakiś wielki sport, bo jednak nauki trzeba było pilnować. W biegu na 800 metrów reprezentowałem uczelnię w Mistrzostwach Polski Wyższych Szkół Ekonomicznych razem z Leszkiem Balcerowiczem.

Po studiach przyszedł czas na pracę, dorosłe życie, a Pan biegania nie porzucił.

– Tak, ma pan rację, bo ja po rozpoczęciu pracy zawodowej w Białymstoku zdecydowałem się na podjęcie treningów kwalifikowanych w Jagielonii Białystok. Ale muszę wspomnieć pierwszego trenera w AZS Warszawa, jeszcze na studiach, a był nim olimpijczyk w rzucie oszczepem Jan Kopyto. Wspaniały człowiek. Pod jego kierunkiem szlifowałem formę na takim poziomie, na jaki było mnie stać wówczas. Później był jeszcze trener Stanisław Szczyrba, ale on był tyczkarzem.

To nie miał Pan szczęścia do trenerów specjalizujących się w biegach?

– Oni przekazywali mi wskazówki natury ogólnej, ale konsultowałem się z innymi trenerami. Potem startowałem w pierwszej lidze w MKS AZS Warszawa, ale moje wyniki nie były rewelacyjne. Tym niemniej zacząłem już wtedy starty na 5 i 10 kilometrów i nie było lepszych. Natomiast pierwszy maraton to był 1976 rok w Dębnie.

Jak Pan wspomina ten bieg?

– Wiadomo, z pierwszym maratonem jest jak z pierwszą miłością – pamięta się to do końca życia. Zwłaszcza, że nie byłem do końca przygotowany. To znaczy wiedziałem jak biec, po 4 minuty na kilometr, żeby spokojnie skończyć, ale źle się odżywiałem. Przed biegiem co chwilę dojadałem. Staję na starcie, a tu żołądek jakiś dziwnie ciężki od krówek, które podjadałem. Problemy zaczęły się po półmetku. Jak to się mówi, trzy razy do rowu wskakiwałem, a po czymś takim ciężko jest ruszyć. Jakoś jednak zmęczyłem ten maraton w 3:02. Już następny start maratoński w Otwocku – dwa miesiące później i poprawiłem swój wynik aż o 13 minut. Wtedy już wiedziałem, na czym to polega i wiedziałem, że to jest moja konkurencja.

W środowisku biegaczy amatorów ma pan pseudonim „Wielki Mierniczy”. Proszę odkryć tajniki mierzenia tras biegowych.

– Nie wiedziałem, ale miło to słyszeć. Jestem pełnomocnikiem związku do spraw atestacji tras biegowych. To się potoczyło dość przypadkowo. Henryk Paskal, dość znana postać w światku biegowym, miewał kontakty z osobami z naszej branży z zagranicy. Jeden z nich, bodaj z USA, zapytał: „Jak to u was z mierzeniem tras biegów ulicznych?”. „My nie mierzymy, bo nie mamy czym”. „Dobra, to ja ci coś takiego sprezentuję – taki licznik”. To był rok 1987-88. No i Heniu przywiózł do Dębna ten licznik. Był tam jeszcze kolega Jarosz z Torunia – też biegacz. Przeczytaliśmy instrukcje i spróbowaliśmy. Przemierzyliśmy pętlę, to się zgadzało i tak się zaczęło. Potem ruszyliśmy temat z Heniem. Procedura była prosta, zmierzyliśmy kilka tras nieformalnie, bo nie byliśmy jeszcze przeszkoleni. Filozofii tam nie ma wielkiej, chyba że są jakieś bardzo trudne trasy. Wkrótce załatwiliśmy kontakt z ludźmi z PZLA. Opłaciliśmy koszty, przyjechali zagraniczni eksperci, którzy nas przeszkolili, i po kilku tygodniach dostaliśmy oficjalną informację, że jesteśmy uprawnieni do mierzenia tras ulicznych na terenie kraju. Było nas czterech, Paskal, Jarosz, Piątek i ja. Dzisiaj głównie Piątek i ja się tym zajmujemy.

Na czym polega mierzenie tras biegowych?

– Teraz musimy sami zaopatrywać się w liczniki. Na początku dostaliśmy je z IAAF-u.  Instaluję licznik i wsiadam na rower. Jest tam taki plastikowy trybik, tak jak w motocyklu, on się obraca między szprychami, na bębenku jest licznik i tak się mierzy trasę. Dystans można zmierzyć z dokładnością do 5 centymetrów. Jest to mechaniczne, niezawodne urządzenie. Chyba że się zniszczy. Elektronika, GPS-y, XXI wiek – ktoś mówi. Taki pomiar daje 2% błędu. Wysokie budynki, drzewa, chmury, tunele – to powoduje błędy. GPS lokalizuje obiekty z dokładnością do 10 metrów i może służyć do przygotowania projektów tras w biegach ulicznych, ale tradycyjnego licznika nie zastąpi.

Jak pasja biegania koresponduje z Pańską pracą oraz mierzeniem i atestowaniem tras biegowych?

– Przeznaczam na to urlopy albo weekendy, a na trasach, które atestuję, potem najczęściej biegnę. Żona już się do tego przyzwyczaiła, w końcu wiedziała, z kim się zadaje. Zresztą staram się ją zabierać na wyjazdy.

Proszę opowiedzieć o swoim najpiękniejszym maratonie.

– Jest ich tak dużo, że trudno będzie wybrać. Przyjemne, przyjemniejsze, najprzyjemniejsze… Z Polski to pewnie ten rekordowy z Dębna z 1980 roku. Zdobyłem wtedy I klasę sportową – 2:29:03. To był bieg-poezja. Na wszystkich kolejnych punktach kontrolnych po drodze łamałem swoje życiówki. Gdybym rozegrał ten bieg tak, jak powinienem – czyli zaczął wolniej – to może jeszcze minutę, dwie bym urwał. Po biegu czułem się tak fantastycznie, jakbym w ogóle maratonu nie przebiegł.

To oczywiście ze względu na wynik najwspanialsze wspomnienie. A za granicą – Berlin. Wtedy jeszcze Berlin Zachodni. Niezwykłość tego biegu polegała na tym, że praktycznie na całej trasie stały tłumy kibicujących ludzi. Mimo że opadłem z sił pod koniec dystansu, to nie sposób było zwolnić, taki był doping. Nie mówiąc już o zejściu z trasy, bo szpaler ludzi był po obu stronach. Podobnie na maratonie w Koszycach na ostatnim odcinku. Im bliżej do stadionu, tym węższy szpaler. Wrażenie jest wspaniałe. Takie biegi się zapamiętuje.

Przeważnie jednak bieganie maratonu wiąże się z cierpieniem, zwłaszcza po 30., 35. kilometrze, kiedy nie jest się zbyt dobrze przygotowanym. Miałem taki dziewięćdziesiąty dziewiąty maraton, który musiałem skończyć, żeby setny mieć w Warszawie. W Toruniu miałem infekcję w zębie i po 25. kilometrze, a upał był niemiłosierny, byłem już nie do życia. A zostało jeszcze 17 kilometrów. Po biegu nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą.

IMG_4825

Tadeusz Dziekoński. Fot. archiwum Fundacji „Maraton Warszawski”

Ma pan wykształcenie ekonomiczne, które jakoś ze sportem nie idzie w parze?

– Tak. Miałem ciągotki do tego, żeby pójść na AWF, ale skalkulowałem to odpowiednio. Z biologii trója i myślałem, że nie zdam egzaminu, a z geografii byłem mocny i dlatego wybrałem SGPiS. Czy dobrze zrobiłem? Chyba tak, bo nie mam zdolności pedagogicznych.

Nie potrafiłbym ludzi zmuszać do sportu, do ciężkiego treningu.

Proszę opowiedzieć o swoich pasjach pozabiegowych.

– Historia. Ze szczególnym uwzględnieniem okresu napoleońskiego i Powstania Listopadowego. Przekopałem chyba wszystko, no może prawie wszystko. Interesują mnie zakulisowe rozgrywki wielkich wydarzeń historycznych.

Znam opowieść o obronie Westerplatte, z której wynika, że Sucharski chciał poddać placówkę już drugiego dnia, po ciężkim nalocie. Oficerowie zaprotestowali, żołnierze również, a generał dostał apopleksji i został odizolowany. Obroną dowodził Dąbrowski, jego zastępca, o czym mało kto wie. Chwała spada na dowódcę, ale to Dąbrowski był głównym architektem tej obrony. Ludzie chcą mieć bohaterów bez skazy, a ludzie są tylko ludźmi. O czym świadczy ta cała historia z Wałęsą.

Rozmawiamy przed 30. Maratonem Warszawskim. Jak Pan wspomina Maratony Warszawskie, z czym się panu kojarzą?

– Najbardziej z osobą Tomasza Hopfera, który to ruszył. Szkoda, że odszedł, bo miał tyle entuzjazmu. Jego programy sprawiły, że ludzie zaczęli się ruszać. Potem były gorsze czasy, maraton podupadał i na szczęście znalazł się Marek (Tronina – przyp. KD), który to podjął i zaczął rozwijać tę imprezę z powodzeniem. Były różne trasy. Na Pradze z finałem na Stadionie X-lecia, dużo się zmieniało.

Pan swoje starty traktuje niezwykle ambicjonalnie. Mimo że na koncie już grubo ponad 200 maratonów, wciąż walczy Pan o wynik. Jak Pan to robi?

– Średnia moich maratonów wynosi około 2:57, ale ciągle spada – i tak być musi, bo ja już 3 godzin nie złamię tak łatwo. Ta walka o wynik jest w genach, tak myślę. Nie odpuszczam, chyba że są jakieś okoliczności obiektywne, typu przeziębienie albo kontuzja. Może to się wzięło z czasów uprawiania sportu kwalifikowanego? Myślę, że jednak więcej jest w charakterze.

Podróżuje Pan po świcie, startuje Pan w różnych biegach. Jak Pan ocenia poziom biegania masowego w Polsce?

– Myślę, że jesteśmy pośrodku. U nas jest lepiej niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Dużo lepiej. Może lepiej niż u nas jest na Słowacji i w Czechach. Pewnie w statystykach jesteśmy dość wysoko, bo jesteśmy prawie 40-milionowym narodem. Gonimy Zachód. Jak się spojrzy na Berlin, Paryż, Londyn czy Nowy Jork, to faktycznie dużo jest jeszcze u nas do zrobienia i robimy. Rośnie w kalendarzu maratońskim liczba imprez na terenie naszego kraju – i bardzo dobrze.

Maraton-marzenie?

– Chyba jednak Nowy Jork. A może Chicago? Chociaż w tych maratonach-molochach strasznie dużo czasu traci się na starcie. Biegałem w Atenach w takim dużym biegu. Nowe miejsca zasadniczo mnie pociągają.

A może Bieg Tadeusza Dziekońskiego byłby spełnieniem marzeń biegowych?

– Myślałem o tym, ale jeszcze nie teraz. Mam dużo obowiązków w związku z pracą w Izbie Kontroli Skarbowej. Dopiero na emeryturze o tym pomyślę. Może w mojej rodzinnej miejscowości w Goniądzu nad Biebrzą? Piękne tereny, wspaniałe trasy do biegania. Już w trakcie Dni Goniądza chciałem pomóc, przymierzałem się, ale na razie nie wyszło. Obiecuję, że poważniej o tym pomyślę.

Rozmawiał: Kamil Dąbrowa

Wywiad pochodzi z książki „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu” wydanej w 2008 roku przez Fundację „Maraton Warszawski”.

Maraton Pokoju (później Maraton Warszawski) po raz pierwszy uzyskał atest PZLA dopiero w 1988 roku. Była to wyjątkowa, bo jubileuszowa edycja imprezy – maratończycy wystartowali w Warszawie po raz dziesiąty. Początkowy projekt trasy znacznie różnił się od wersji ostatecznej.

1988- trasa-1

Początkowa wersja trasy X Maratonu Pokoju

1988- trasa-2

Ostateczna wersja trasy X Maratonu Pokoju

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger