Yared Shegumo: „Biegania na ulicy dopiero się uczę” [WYWIAD]

Autor: Redakcja • 08.08.2016

Yared Shegumo

W archiwalnym numerze BIEGANIA znaleźliśmy wzruszającą perełkę: wywiad z Yaredem Shegumo z września 2011. Co wtedy mówił? Jaką miał wizję przyszłości? Warto przeczytać, aby poznać historię tego znakomitego sportowca oraz przekonać się, jak wiele zmieniło się w jego życiu w ciągu ostatnich pięciu lat.

2011 rok, Yared spotyka się z Markiem Troniną. Biegowy światek juz wtedy przeczuwał, że ten czarnoskóry sportowiec, który doskonale radził sobie na bieżni, na ulicy może sporo nawywijać. Pracowity, wytrwały, ambitny, a przy tym bardzo spokojny i cierpliwy. Dwa lata po tym wywiadzie, ze znakomitym wynikiem 2:10:34 wygrał Maraton Warszawski. W 2014 roku został wicemistrzem Europy. W tym roku będziemy mu gorąco kibicować podczas Igrzysk Olimpijskich.

Marek Tronina: Yared, czy tęsknisz za Afryką? W Polsce nawet lato nie jest gorące.

Yared Shegumo: Tęsknię. Niestety widzę, że w tym roku pogoda taka, że przyjdzie nam żyć od zimy do zimy. Ale podobno rok temu było lepiej.

A od jak dawna jesteś w Polsce?

Od 1999 roku. Od lipca chyba. Ale od 2007 miałem czreroletnią przerwę. Przestałem biegać i wyjechałem do Anglii, a potem do Stanów. No, ale odwiedzam Etiopię. Ostatni raz byłem w 2007, na trzy miesiące, na trening. Teraz też miałem pojechać, bo postanowiłem wrócić do biegania, ale zdecydowałem się na Stany Zjednoczone.

Dlaczego? W Etiopii nie jest taniej?

Może i taniej, ale pomyśl: od czterech lat nie byłem w rodzinnych stronach, więc jak będzie wyglądał mój pobyt? Spotkania z rodzicami, z kolegami, każdy chce spędzić z tobą jak najwięcej czasu, wszyscy stęsknieni. No i dwa miesiące miną szybko, a trening? Nic z tego nie będzie. Bezpieczniej było pojechać do Stanów, bo tam jestem sam – ja, trening i odpoczynek.

Wróciłeś do treningów, bo poczułeś głód biegania?

Tak! Przez cały czas chodzi mi po głowie, że nie do końca wykorzystałem swoje szanse w bieganiu i nie zrobiłem wszystkiego. Przestałem biegać, bo miałem problem finansowy – nie byłem w stanie się z tego utrzymać. I walczyłbym dalej, ale musiałem jakoś zarobić na siebie. Tylko, że jak poszedłem do pracy, to cały czas myślałem o bieganiu.

Do pracy wyjechałeś do Anglii?

Tak. Pracowałem jako ochroniarz, ostatnio jako operator wózka widłowego, imałem się różnych zajęć.Nawet próbowałem po pracy trenować, ale nie miałem już siły.

Opłacał się ten wyjazd finansowo?

Tak, zarobiłem trochę, mogłem pomóc rodzicom. W Polsce było mi ciężko. Przed samym wyjazdem pomagał mi nawet trener Wrona, ale przecież nie mogłem go wykorzystywać. No i wyjechałem, ale ze świadomością, że nie pokazałem w bieganiu wszystkiego, na co mnie stać. To nie tak, że zrobiłem wszystko, ale nie wyszło. Ja mogłem i mogę zrobić jeszcze dużo. Tyle, że nie interesuje mnie już powrót na bieżnię – z niej na pewno się nie utrzymam. Wychodzę na ulicę.

W jakim momencie zatrzymała się twoja kariera?

W 2007 roku byłem przez trzy miesiące w Etopii, czułem, że jest forma i byłem gotowy na szybsze bieganie. Przed startem w memoriale Kusocińskiego powiedziałem sobie – teraz albo nigdy. Poszedł bardzo mocny bieg (na 3000 m – przyp. red.) i postawiłem wszystko na jedną kartę. Po dwóch kilometrach zrobiłem życiówkę na tym dystansie – 5:11 i szedłem na rekord Polski Bronka Malinowskiego. Wytrzymałem jeszcze w tym tempie 400 metrów, ale potem zabrakło mi sił. A wkrótce złapałem jakąś kontuzję łydki. No i zaczęły się problemy finansowe, bo wyjazd do Etiopii sfinansowałem sobie sam i nie miałem przez to oszczędności, bo wszystko wydałem.

Ale pobyt w Etiopii chyba nie kosztował cię zbyt wiele?

Kosztował, kosztował, bo nie mieszkałem z rodzicami, tylko w hotelu. Musiałem tak zrobić, bo inaczej z treningów byłyby nici. A ja pojechałem tam trenować, a przy okazji spotkać się z rodziną, a nie odwrotnie. No i wróciłem, kontuzja, pieniędzy nie ma, pensja żony – wtedy chyba z 1200 zł – nie wystarczała przecież na utrzymanie. No i trzeba było coś zrobić.

Opowiedz o swojej żonie.

Żona jest Etiopką z polskim obywatelstwem. Pobtaliśmy się w 2005 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Etiopii. Ale ona jeszcze przed moim wyjazdem do Polski w 1999 roku była moją dziewczyną. Czekała na mnie i jak w końcu się zobaczyliśmy, to wzięliśmy ślub.

Czekała na ciebie sześć lat?

Tak.

To niesamowita miłość. Nie widzieliście się przecież przez sześć lat.

Tak. Mieliśmy kontakt – były listy, telefony, maile, ale na spotkanie czekaliśmy sześć lat.

Jak wygląda etiopski ślub?

Normalnie, jak w Polsce. Braliśmy ślub cywilny, był urzędnik, świadkowie. Nic niezwykłego.

Ty byłeś już wtedy obywatelem Polski. Potrzebowałeś jakiejś zgody czy zaświadczenia?

Nie, tylko poświadczenie urzędowe, że jestem stanu wolnego. Reszta to już normalnie, bez kłopotów. A w dwa miesiące później żona przyjechała do Warszawy.

A teraz, gdzie jest?

W Etiopii, bo jak wyjechałem do Stanów wiosną tego roku, ro żona pojechała odwiedzić rodzinę. Ale to stan przejściowy, bo przecież nie może być tak, że ja tu, a ona tam. Tylko musimy zobaczyć, jak się moja sytuacja rozwinie.

No, właśnie – jak wygląda teraz twoja sytuacja?

Jak byłem w Stanach Zjednoczonych, to mieszkałem w ośrodku u pana Antoniego Niemczaka – on mi wtedy pomagał i zaczął rozmawiać z panem Bogdanem Mamińskim, żeby wziął mnie do klubu Sporting Międzyzdroje i dał mi szansę. W Polsce jestem ponownie od 13 czerwca, mam pokoik w siedzibie klubu w Międzyzdrojach, dostałem trochę pieniędzy na początek od pana Mamińskiego, no i zarobiłem już jakieś pierwsze pieniądze na biegach, w których wystartowałem. Przez trzy tygodnie byłem w Szklarskiej Porębie na obozie. Nie mam jeszcze żadnego stypendium, niczego takiego. Jeszcze o tym z prezesem klubu nie rozmawiałem.

Wcześniej w swojej karierze z czego się utrzymywałeś?

Różnie. Jak byłem w kadrze Polski, to miałem stypendium. Pomagał mi przez jakiś czas sponsor prywatny – pan Marek Wochna. W końcówce – trener Grzegorz Wrona. Ale ogólnie – stałego źródła utrzymania nie miałem.

Jaką widzisz dla siebie szansę? Cztery lata przerwy to przepaść.

Tak, ale idzie mi dobrze. Do treningu wróciłem w kwietniu, a już teraz czuję, że forma wraca i jest dobrze. Startowałem w Biegu Ursynowskim na 5 kilometrów. Bieg nie był mocny, chyba nie byłem jeszcze gotowy na ściganie się w koncówce. Na 500 metrow do mety wszyscy ruszyli, a ja stałem w miejscu. Ale byłem wtedy po dwóch miesiącach treningów, to czego się spodziewać? Biegłem na „Kusym” trzy kilometry – 8:08. Po czterech latach przerwy uważam, że to nieźle. Biegłwm po plaży w Jarosławcu, no i wygrałem Bieg Szlakiem Zwiniętych Torów na 10 mil.

Duża jest różnica między bieżnią a ulicą?

Olbrzymia. Przede wszystkim dystanse są inne! Jak mi trener powiedział, że mam biec 15 kilometrów, to nie wiedziałem, co mam myśleć. Piętnaście kilometrów? A jakie to tempo? Kogo się trzymać? Kiedy finiszować? Siedziałem w pokoju i zastanawiałem się, o co w takim biegu może chodzić. Nawet przed biegiem na 5 km na Ursynowie myślałem tylko o jednym – żeby ukończyć i się nie zbłaźnić. Ja biegania na ulicy dopiero się uczę. A przecież wiadomo, że celem jest bieganie maratonu.

Ale ten sezon to i tak chyba na straty?

No tak, zimą nie trenowałem, zacząłem dopiero wiosną, więc w tym roku nie ma czego się spodziewać. To jest taka inwestycja w przyszłość. Teraz mam budować bazę i uczyć się ścigania na ulicy, a wyniki mają przyjść za rok.

A mistrzostwa Polski będziesz biegał?

W mistrzostwach w półmaratonie to chyba nie, ale startowałem w biegu św. Dominika, czyli mistrzostwach Polski w biegu na 10 km. Byłem ósmy. Bać się nie ma czego – to tylko dystans. Jak tener uzna, że wystarczy mi to, co zrobiłem od kwietnia, to będziemy biegać. Ale maraton – za rok.

Yared, nie żałujesz czasami, że wyjechałeś z Etiopii?

Nie, nie żałuję.

Bo to musi być strasznie trudna decyzja, żeby rzucić wszystko – dom, rodzinę, znajomych, kraj, w którym się urodziłeś i zacząć wszystko od początku.

To prawda. Ale przecież nie zostawiam wszystkiego na zawsze. Jak tylko chcę, to mogę przecież ram pojechać, zadzwonić, napisać.

Ale jakość twojego życia jest lepsza tu niż w Etiopii?

Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie w Etiopii. To czysta teoria. Ja wiem, że co jest uti j teraz, jak tutaj wygląda moje życie. Jak przyjechałem do Polski w 1999 roku, miałem propozycję wyjechania do Kataru – wyjeżdżali tam moi znajomi, też biegacze, proponowali mi, bym się przyłączył. Nie chciałem. Byłem w Polsce i chciałem zostać i zobaczyć, jak tu będzie. Spodoba mi się – zostanę. Nie – to wyjadę. Spodobało mi się i zostałem. Dlatego żałowanie czegoś nie ma sensu – to moja decyzja i nie mam żadnej gwarancji, że gdzie indziej byłoby mi lepiej. Ja w środku czułem, że chcę tu mieszkać u już.

Czy był jakiś jeden impuls, który sprawił, że postanowiłeś zostać?

Wiesz co, pierwszy plan to była Holandia. Nie Poland, tylko Holland. Drobna różnica. Ale jak już jestem w Poland, a w Holland nie czeka na mnie nic – bo tam też nie miałem niczego, co by na mnie czekało – to co to za różnica. A skoro moje stopy stoją na ziemi w Poland, to czemu mam szukać szczęścia w Holland? To zostaję tutaj i popatrzę, żebym potem nie żałował, że mieszkam w Holandii, a mogłem przecież w Polsce. No i zostałem.

Początki emigranta są trudne, prawda?

Są. Musiałem mieszkać w ośrodku dla uchodźców, bo zostałem tu jako uchodźca, zabrano mnie do ośrodka i tam mieszkałem do pełnoletności. Przyjechałem, jak miałem 16 lat, więc trochę to trwało. Trener Wrona pomagał jak mógł, ale i tak trochę pomieszkałem w Dębaku. I nie chcieli mnie wypuścić, dopóki nie skończę 18 lat, chociaż miałem już kartę stałego pobytu i formalnie powinienem był opuścić ośrodek. Więc mieszkałem w Dębaku przez ponad półtora roku. Na szczęście mogłem trenować, byłem już członkiem klubu Polonia Warszawa. Jak wyszedłem, to dostałem mieszkanie od Polskiej Akcji Humanitarnej, potem sponsor klubu, pan Kukuła wynajął mi coś, no i zacząłem normalne życie.

Miałeś w tym czasie kontakt z rodziną?

Tak, listowny, przez telefon. Ale jak pojechałem po sześciu latach do Etiopii, to gdyby nie zdjęcia, to bym moich młodszych braci nie poznał. Zmienili się bardzo.

Jak wyglądała pierwsza wizyta? Łzy, płacze?

Bo tak. Mama placze, cieszy się. Ale najgorsze, że nie mieszkałem wtedy z nimi, tylko w hotelu. W dodatku tylko przez dwa tygodnie. Więc nacieszyć się mną nie mogli. A mieszkałem tam ze względu na trening. Potem jechalem prosto do RPA na obóz, więc nie mogłem pojechać nieprzygotowany.

Rodzice mieszkają na wsi, w mieście?

W stolicy, w Addis Abebie.

Etiopia jest biednym krajem?

Tak. Ale jak wszędzie – są bogaci i są biedni. Im dalej od stolicy, tym gorzej.

Wspomniałeś, że starałeś się pomagać rodzinie. Wysyłałeś um pieniądze na życie?

Nie, chodził o to, że musieli wykupić lokal, w którym prowadzili sklepi i potrzeba było sporo pieniędzy. Na życie to oni zarabiają samodzielnie, ale na wykup nie było ich stać. Dlatego chciałem im jak najbardziej pomóc. Jak mógłym tu spokojnie żyć wiedząc, że moi rodzice mają problemy?

Jak sobie radzisz z ojczystym językiem? Zapominasz?

Mieszam. Rodzice już rozumieją polskie „tak” i „nie”, a rozmawiając przez telefon, mieszam polski z etiopskim. Im dłuższy temat, tym częściej zdarza mi się mówić w połowie po etiopsku, w połowie po polsku.

Lubisz polskie jedzenie?

Oprócz wieprzowiny, salami i koniny – lubię.

A najbardziej?

Jak pierwszy raz przyjechałem do Polski, to zobaczyłem kurczaka z rożna – spodobało mi się od razu. Do dziś najbardziej lubię kurczaka z rożna. I jogurt truskawkowy.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu BIEGANIE wrzesień 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *