A żeby Was bolało! [FELIETON]

Pies na dywanie Rys. Krzysiek Dołęgowski

Rys. Krzysztof Dołęgowski

Jesteśmy zadowoleni z siebie. Bo mamy najmniejsze brzuchy w całej firmie, jesteśmy najszybsi w dzielnicy. Bo sąsiedzi patrzą z zazdrością. Ale porównanie wygląda dobrze, tylko gdy konfrontujemy się ze średnią krajową. A ta jest zła. Bardzo zła. Nasi sąsiedzi są inwalidami, koledzy z pracy idą w linii prostej do zawału, a rodzice mają nadwagę. A jeśli mamy się rozwijać – powinniśmy patrzeć gdzie indziej.

Bo biegacze amatorzy cieszą się jedynie iluzją sprawności. Zwykle dadzą radę, gdy bieg jest wolny i po asfalcie. Problem pojawia się, gdy trzeba przestać biec po prostej stałym tempem. Gdy na trasie znajdzie się górka. Albo gdy dystans nie będzie wynosił dziesięć, a tylko trzy kilometry. Wówczas dumny maratończyk zaczyna kwękać i mazgaić. – O nie! To nie mój dystans! I wyprzedzają go chłopaki w tenisówkach ze szkoły średniej. Maratończyk ucieka z miejsca, gdzie mógłby się najwięcej nauczyć. W świat komfortu dużych kilometrów, stałego tempa. Powie ci: – Tego przecież wymaga specyfika treningu, stary! Jak chcesz biegać długi dystans, musisz biegać na treningu długi dystans! Gdyby to była prawda, gdyby wynik wyścigu zależał tylko od pokonanych kilometrów, to na Tour de France oglądalibyśmy rowerowych kurierów (bo oni jeżdżą po 8 godzin dziennie!), a na rajdzie Dakaru rządziliby taksówkarze.

Druga ogólna zasada treningu (którą widziałem m.in. w podręczniku podnoszenia ciężarów), mówi o tym, że aby osiągnąć adaptację, trzeba podać impuls, którego nasz organizm nie zna. To jest to, czego biegacze nie lubią. Do czego zmusić ich może tylko trener. – Waldek! A teraz dziesięć sprintów po dziesięć sekund! Tylko na maksa! Sam tego nie zrobisz.

Co gorsza, jeśli biegasz nie od roku, a od pięciu czy dziesięciu lat. Jeśli masz ścianę pokrytą medalami – masz przerąbane. Bo trudniej znaleźć dla ciebie nieznany bodziec. Jeśli trenowałeś według podobnych planów – np. zawierających wiele interwałów, pewnie już do nich przywykłeś i teraz działają dużo słabiej. Powinieneś zmienić trenera, zmienić fizjoterapeutę, zmienić plany, zmienić na chwilę dyscyplinę.

– Co?!

Pójść na zajęcia do cyrkowca i nauczyć się chodzić na rękach. Zapisać się na ściankę wspinaczkową. Mówię całkiem serio, bo właśnie z akrobatą cyrkowym miałem ostatnio do czynienia (darmowe zajęcia łódzkim Skills Training Center). Pokazał, jak pracować nad ruchomością barków. Przy chodzeniu na rękach barki są ustawione dokładnie odwrotnie niż przy bieganiu. Jeśli masz „przyspawane” barki – nie pochodzisz na rękach. Ale biegasz też źle – ruszasz tułowiem na boki i tracisz energię. Ćwicząc dla zabawy chodzenie na rękach, gwiazdy itp. Masz nowe cele, ale realizujesz też cele biegowe.

Zabierz się na trening szosowy z grupą kolarzy. Popatrz, jak oni pięknie pracują w grupie. Kolarz nigdy nie popędzi samotnie pod wiatr. Schowa się, przeczeka, pogra na zmianach. Ucz się tego i wykorzystaj, gdy na maratonie będzie wiało (np. w Krakowie na bulwarach wiślanych). Pójdź na siłownię i posłuchaj facetów, którzy znają na pamięć kaloryczność każdego produktu. Nie bój się. My patrzymy na nich jak na głąbów, co tylko żelazem umieją machać, oni na nas jak na anorektycznych idiotów, co tylko nogami ruszają. Doradzą ci, jak regenerować się po treningu. Jak pilnować tkanki tłuszczowej.

Nie bój się być nowicjuszem. Zadawać podstawowych pytań. Być najdrobniejszym, najchudszym w grupie. Tam gdzie kończy się strefa komfortu – zaczyna się nauka. Chłopaki od sztuk walki pokażą ci, jak naprawdę wygląda rozgrzewka. Do czego przydaje się umiejętność zrobienia szpagatu. A ty, jeśli słuchasz fizjoterapeutów (jeśli jesteś maratończykiem – znaczy, że miewasz kontuzje. Jeśli miewasz – powinieneś bywać u fizjoterapeuty) będziesz umiał przełożyć to na elementy biegowe: szpagat = duża ruchomość bioder = możliwość wyprostowania miednicy = droga do lepszej techniki i wyprostowanej sylwetki = możliwość wyższego podniesienia kolana i przedłużenia kroku = wyższe prędkości.

Poświęć jeden trening w tygodniu na rzeczy nieznane. Albo chociaż jeden na dwa tygodnie. Uciekaj od komfortu i uciekaj od sytuacji, gdy ty jesteś ekspertem. Daj się gnębić, a najwięcej skorzystasz.

Krzysztof Dołęgowski, Bieganie styczeń-luty 2014.

Komentarze