Życie zaczyna się po czterdziestce. Maraton też!

Autor: Jakub Karasek • 16.09.2018

Maraton Warszawski

Dotychczasowe 39 edycji Maratonu Warszawskiego to niezliczone ilości wspomnień, emocji i niezapomnianych przeżyć wszystkich uczestników. Niezwykle bogatą i burzliwą historię biegu postanowiliśmy przedstawić Wam w formie wywiadu z… Maratonem Warszawskim!

Jak czujesz się w przededniu swoich 40. urodzin?

Dziękuję, fantastycznie. Naprawdę, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuł się lepiej. Jestem w kwiecie wieku, otaczają mnie wspaniali ludzie, z każdej strony świata płyną wyrazy wsparcia i uznania, a już w niedzielę urządzamy ogromny jubileusz, na którym każdy gość będzie najważniejszy! Czujesz ten dreszczyk? Te emocje, które towarzyszą wszystkim planującym jutro świętować razem ze mną?

Oczywiście, że w powietrzu czuć niesamowitą atmosferę. Zresztą, historia Twoich imprez urodzinowych jest naprawdę imponująca. Jak to robisz, że zawsze jest o Tobie głośno?

To wszystko zasługa osób, które pomagają mi w organizacji, bez nich zupełnie bym nie istniał. Choć było to dawno temu, wciąż pamiętam przygotowania do pierwszych edycji, gdzie zupełnie nie mieliśmy wyobrażenia, jak to wszystko może się potoczyć. Nieodłączną częścią obchodów moich urodzin jest bieg na dystansie 42,195 km. Pamiętam starania Tomasza Hopfera, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik, zachęcić jak najwięcej ludzi do przyjścia. I udało się to prawie idealnie. Jedyny mankament dotyczył długości trasy biegu – za pierwszym razem okazała się o ok. 1,5 km za krótka. Ale i tak wszyscy uczestnicy bawili się fantastycznie, a było ich ponad 1800. W 1979 r. tylko w Paryżu zorganizowali w Europie większą imprezę niż nasza!

A jak to wyglądało w kolejnych latach?

Z trasą sobie poradziliśmy już w następnej edycji, ale wciąż potrafiły się zdarzać sytuacje, które zupełnie nas zaskakiwały. Wiesz, że w 1980 r. do mety naszego biegu dotarł zawodnik mający zaledwie… 9 lat? Pokonał 42,195 km w tak młodym wieku! To były zupełnie inne czasy – później, śladem bardziej doświadczonych imprez, doszliśmy do wniosku, że główna część obchodów moich urodzin będzie przeznaczona dla dorosłych. Ale o dzieciakach i młodzieży nie zapomnieliśmy i organizujemy dla nich szereg innych atrakcji.

Pamiętam też, że w 1981 r. postanowiliśmy wszystkim uczestnikom dawać na koniec pamiątkowe medale. Tę tradycję utrzymujemy do dziś. Są tacy, którzy w swojej kolekcji mają krążki z każdego roku! Zresztą tok 1981 był wyjątkowy także pod względem sportowym – wśród kobiet wygrała wówczas Cindy Wuss z USA. Sam pomyśl – w 1981 r. w Maratonie Pokoju rozgrywanym w PRL wygrywa Amerykanka!

Ale nie zawsze było różowo. Z czasem pojawiało się coraz mniej gości, a także znalazły się grupy osób, którym nasze imprezy zaczęły przeszkadzać. Podejmowaliśmy różne próby, żeby zachęcić ludzi do świętowania z nami. Wyobraź sobie, że już w 1987 r. dla najszybszych maratończyków przygotowaliśmy takie nagrody, jak telewizor, pralka automatyczna czy magnetofony. A w kolejnym roku do wygrania był nawet samochód: legendarny Fiat 126p. Pamiętam też, jak właśnie u nas święciliśmy inny jubileusz – w 1990 r. swój 100. maraton w karierze ukończył Tadeusz Dziekoński i dostał z tej okazji specjalny puchar od PZLA. Mimo tych niewątpliwych sukcesów, zainteresowanie naszymi imprezami z roku na rok spadało…

W latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku sytuacja zaczęła wyglądać naprawdę kiepsko.

Tak, to był bardzo ciężki czas, ale przecież nie tylko dla nas. Staraliśmy się, jak mogliśmy. Chociaż dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, to dopiero od 1992 r. ci, którzy postanowili u nas wystartować, otrzymywali w pakietach startowych upominki. W 1993 r. główną nagrodę – Fiata Cinquecento – zgarnął zawodnik z Tanzanii. Do dziś nie wiemy co zrobił z samochodem.

Pod koniec lat 90. sytuacja wyglądała coraz gorzej. W pierwszych kilku edycjach zawsze świętowało z nami prawie albo nawet i ponad 2000 osób. Kilkanaście lat później mieliśmy problem z zachęceniem choćby kilkuset osób do pojawienia się u mnie. Można powiedzieć, że na kilka lat złapałem solidną zadyszkę.

W 2000 r. doszło do naprawdę skandalicznego wydarzenia – ze strefy mety ktoś ukradł medale dla tych, którzy przez ponad 42 kilometry walczyli ze swoimi słabościami. A ledwie 2 lata później nastąpiła niemal całkowita zapaść… Było ze mną naprawdę źle i myślałem, że to już koniec. Na szczęście sprawdziło się powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Znaleźli się ludzie, którzy mi pomogli, dźwignęli na nogi i są ze mną do dzisiaj. Udało się nam nawet wyprawić skromną imprezę zorganizowaną na ostatnią chwilę. Przygotowania do niej zajęły zaledwie 2 miesiące! Do mety biegu rozgrywanego na 11 pętlach w Parku Saskim dotarło 307 osób – najmniej w całej historii – ale wtedy frekwencja mnie nie interesowała. Liczył się sam fakt, że nie zabrakło ludzi, którzy nie pozwolili mi upaść.

Później szybko zacząłeś wracać do formy.

Z roku na rok było coraz lepiej. Odzyskiwałem wigor, formę i inni zaczęli to dostrzegać. Pamiętam, że tylko 1 rok po naszej „partyzanckiej” imprezie, na kolejną edycję przyszło ponad 1000 osób. To jest siła! A to był dopiero początek prawdziwego boom’u, jaki nastąpił w ostatnich latach. Pojawiało się coraz więcej nowych osób, a stała ekipa, która była ze mną od początku, też mnie nie opuszczała.

Znów miałem energię do działania. Na pewno znasz taki warszawski bieg – Sztafeta Ekiden – rozgrywany co roku w maju. Jego historia zaczęła się właśnie u mnie w 2005 r. Na początku stanowił po prostu dodatek do całej imprezy, ale w kilka lat rozrósł się tak bardzo, że postanowiliśmy z czasem go wyodrębnić. W 2007 r. mieliśmy pierwszą telewizyjną transmisję na żywo! Co prawda, ze względu na konieczność zapewnienia ekipie telewizyjnej odrębnego generatora prądu, musieliśmy odciąć zasilanie termom do podgrzewania wody, więc z pryszniców leciała tylko zimna, ale to pokazuje, jak dużo w jak krótkim czasie się zmieniło.

Prawdziwego wiatru w żagle nabrałeś jednak, kiedy skończyłeś 30 lat. Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci przy okazji poprzedniego jubileuszu?

Tak… te 30. urodziny – to była feta! Z tej okazji wydano nawet książkę na moją cześć! A co się działo na trasie… Zawodnicy prawdziwie światowej klasy, tysiące kibiców na całym mieście, setki dzieciaków biorących udział w akcji „Mistrz Kibicowania”, zespoły muzyczne dodające energii biegnącym, gościliśmy nawet na scenie samego Dave’a Bedforda – dyrektora Maratonu Londyńskiego. To był piękny dzień i tych emocji nie zapomnę nigdy.

Kolejne lata postrzegam jako pasmo sukcesów i zbierania owoców codziennej pracy ludzi, którzy są ze mną. Dzięki temu powstały niesamowite historie. Np. w 2010 r. wśród kobiet wygrała zawodniczka, która… spóźniła się 1,5 minuty na start! Od 2012 do 2015 r. gościliśmy na Stadionie Narodowym, gdzie tysiące biegaczy miało możliwość zostać bohaterami tego wyjątkowego obiektu. A w 2013 r. do mety dotarło 8506 osób! Od tamtego czasu żaden inny maraton w Polsce nawet nie zbliżył się do tego wyniku. No i oczywiście wszyscy wciąż pamiętamy ogromne emocje, jakie towarzyszyły nam w ubiegłym roku, kiedy Błażej Brzeziński wygrywał z okazji moich 39. urodzin. Aż łezka w oku się kręci.

Ta historia prezentuje się niezwykle imponująco, ale przecież jeszcze wiele przed Tobą. Czego życzyć na kolejne lata?

Przede wszystkim tej energii, która napędza ludzi, z którymi jestem na co dzień oraz tych, którzy walczą na trasie. Ale o to się nie boję – przez lata widziałem wiele rzeczy i wiem, że tej energii nie zabraknie. Z wielkim optymizmem patrzę w przyszłość, przecież życie zaczyna się po czterdziestce. A jeśli ktoś w to nie wierzy… niech przebiegnie maraton.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger