fbpx

Wiadomości

Według niepotwierdzonych jeszcze informacji, najlepsza maratonka świata ostatnich dwóch lat, Kenijka Rita Jeptoo, została przyłapana na stosowaniu dopingu. Jeptoo zwyciężyła m.in. w maratonach w Bostonie oraz Chicago.
Fot. anatomiabiegania.pl 10 listopada w Warszawie odbędą się pierwsze warsztaty z cyklu prowadzone w ramach projektu Anatomia Biegania. Biegowi eksperci pokażą, jak poprawnie biegać, opowiedzą, jak odpowiednio dobierać ćwiczenia, jak konstruować własny plan treningowy, jak leczyć kontuzje. Wszystkie zajęcia odbywać się będą na Stadionie Narodowym. Uczestnicy warsztatów będą mogli skorzystać z wiedzy i doświadczenia czterech specjalistów. Oto oni: Mariusz Giżyński Z wykształcenia trener lekkiej atletyki, z zawodu biegacz – czołowy polski maratończyk z życiówką 2:11:10. Właściciel firmy Running Consulting, współorganizator ulicznych imprez biegowych, na stałe współpracuje z firmą Nike. Jakub Wiśniewski Wyczynowy długodystansowiec i trener biegania, organizator obozów biegowych dla amatorów. Zawodowo również ekspert Nike i redaktor polskiej edycji miesięcznika Runner’s World. Przez lata uprawiał biegi średnie i długie, teraz przygotowuje się do kolejnego maratonu. Na koncie ma także zwycięstwo w Biegu Rzeźnika (2014). Szczepan Figat Masażysta i były fizjoterapeuta Olimpijskiej Reprezentacji Polski w Lekkiej Atletyce. Na co dzień specjalista od fizjoterapii - z jego pomocy korzystają zawodowcy i amatorzy. Dr Jan Sokal Lekarz radiolog w Zakładzie Diagnostyki Obrazowej ICZMP. Od 2009 roku lekarz Kadry Narodowej Piłki Siatkowej oraz od 2004 roku lekarz Kadry Narodowej Lekkiej Atletyki. Autor wielu publikacji medycznych w Polsce i zagranicą w dziedzinie radiologii. [su_highlight background="#22932f" color="#ffffff"]Co czeka uczestników?[/su_highlight] Podczas warsztatów ich uczestnicy będą mieli okazję zapoznać się z tajnikami mechaniki ludzkiego ciała. Jakub Wiśniewski opowie o tym, jak ważna jest poprawna technika biegania i jakie są rodzaje techniki biegania. Omówi też sposób dobierania ćwiczeń do wyglądu sylwetki. Mariusz Giżyński podzieli się z uczestnikami warsztatów swoją wiedzą na temat teorii treningu. Podpowie, w jaki sposób należy dobierać środki treningowe, do czego służą poszczególne jednostki i jak wyglądają. Podczas tej części warsztatów uczestnicy dostaną odpowiedź na pytanie: "Jak trenować?". Dr Jan Sokal zapozna biegaczy z zagadnieniem kontuzji. Dzięki przenośnemu sprzętowi USG uczestnicy będą mogli zobaczyć, jak wygląda mięsień zdrowy, a jak kontuzjowany. O błędach treningowych i jeszcze więcej o kontuzjach - ich zapobieganiu i leczeniu - opowie Szczepan Figat. Nie zabraknie też części praktycznej - na Stadionie Narodowym odbędą się zajęcia biegowe, w tym praca nad techniką biegania. Po prysznicu będzie czas na podsumowanie - uczestnicy będą mogli zadawać ekspertom pytania i rozwiewać wszelkie wątpliwości dotyczące biegania. [su_highlight background="#22932f" color="#ffffff"]Co, gdzie, kiedy?[/su_highlight] Termin: 10 listopada (poniedziałek), godz. 9:00 - 15:00 Miejsce: Warszawa, Stadion Narodowy Koszt: 350 zł netto / 650 zł netto z gadżetem w postaci Pulsometra Polar RS300X Co trzeba mieć ze sobą: strój sportowy Zapisy: www.anatomiabiegania.pl/zapisz-sie Więcej informacji: www.anatomiabiegania.pl
Grete Waitz po prawej - etatowa zwyciężczyni New York City Marathon. Fot. Getty Images [h2]Gdy zegar na New York City Marathon w 1978 roku wskazał czas 2:32.30, linię mety przekroczyła pierwsza kobieta. „Jakaś blondynka" - rozeszło się w tłumie zgromadzonych kibiców. Nikt nie wiedział, kim owa blondynka jest, bo zarejestrowała się do biegu tak późno, że jej nazwisko nie zdążyło się pojawić się na liście startowej. A sama Grete nie miała pojęcia, że wygrała.[/h2] Dotarcie do mety maratonu kosztowało ją naprawdę wiele wysiłku. Końcówka dłużyła się niemiłosiernie, a każda kępa drzew przynosiła jej nadzieję, że może to już Central Park i meta. Nie dość, że dobiegła jako pierwsza z kobiet, to jeszcze ustanowiła nowy rekord świata o dwie minuty lepszy niż poprzedni. A wystartowała tylko po to, żeby spróbować swoich sił na królewskim dystansie. Jak już spróbowała, to pierwszego miejsca nie oddała przez dziewięć lat. [h3]Kumpel do zabawy[/h3] Urodziła się w 1953 roku, gdy kobiety jeszcze nie liczyły się w świecie biegania, a dystanse dłuższe niż 200 metrów uznawane były za zbyt wyczerpujące. Ale najmłodsza z dzieci państwa Andersen nic o tym nie wiedziała i zupełnie nie przeszkadzało jej to rywalizować z braćmi Janem i Arildem w zajęciach, które w tamtych czasach były uważane za nieodpowiednie dla dziewcząt. Matka próbowała przekonać córkę, że lepsza dla niej będzie gra na pianinie. Grete czuła się jednak lepiej w roli kolegi do zabawy. Od zawsze lubiła się ścigać. Gdy szła do sklepu, sprawdzała jak szybko jest w stanie pokonać drogę tam i z powrotem. Ścigała się z samochodami i autobusami, a kiedy bawiła się z dziećmi w policjantów i złodziei, nikt nie mógł jej złapać. Nawet w drodze do sklepu starała się ustanowić swój nowy rekord trasy. [h3]Dziewczyna na długi dystans[/h3] Dorastała w Norwegii, gdzie góry, śnieg i piękne, dziewicze tereny są na wyciągnięcie ręki. Latem wędrowała, zimą szalała na biegówkach, jako 12-latka grała w piłkę ręczną, ale biegać lubiła najbardziej. Za namową kolegi z podwórka, Terje Pedersena (który miał już na swoim koncie dwukrotne mistrzostwo świata w rzucie oszczepem), wstąpiła do Vidar Sports Club w Oslo. Na krótkich dystansach, takich jak 60 czy 80 metrów, jej wyniki nie były imponujące, za to na 300, 400 czy 800 metrów radziła sobie świetnie. Na jeszcze dłuższych trzymała się razem z chłopakami. Już jako 16-latka wygrała mistrzostwa Norwegii juniorów na dystansie 400 i 800 metrów, a w 1971 ustanowiła rekord Europy juniorów na 1500 m (4:17.0). Gdy miała zaledwie 18 lat, jej chłopak, a zarazem trener ciężko zachorował i wkrótce zmarł. To wstrząsnęło Grete do tego stopnia, że przestała biegać, a nawet jeść. Dopiero koledzy pomogli jej wyjść z depresji, pokazując, że może ukoić cierpienie przez trening. Bo przecież nic tak nie rozładowuje napięcia jak bieg. [h3]Po godzinach[/h3] W tamtych czasach w zawodach nie oferowano nagród pieniężnych dla kobiet (a i dla mężczyzn mało kiedy), więc Grete musiała znaleźć sobie normalną pracę. W 1972 roku podjęła studia w szkole dla nauczycieli w Oslo. Codzienne zajęcia na uczelni nie pozostawiały jej zbyt wiele wolnego czasu. Ale mimo że bieganie było tylko jej hobby, każdy poranek zaczynała od intensywnego treningu. W 1974 roku wzięła udział w Mistrzostwach Europy i zdobyła brązowy medal na dystansie 1500 metrów. Otrzymała także tytuł Sportowca Roku w Norwegii. Z czasem zaczęła mierzyć się z dłuższymi dystansami. W 1975 roku ustanowiła rekord świata na 3000 metrów, chociaż na tym dystansie ścigała się dopiero drugi raz. [h3]Igrzyska[/h3] Pierwszy raz wystartowała na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku w Monachium. Mimo że zrobiła życiówkę, nie udało jej się dojść do finału. Gdy przygotowywała się do swoich drugich igrzysk - w Montrealu, wiedziała już czego się spodziewać. Przez dwa lata nie opuściła ani jednego dnia treningu i była kandydatką do medalu. Ale w programie igrzysk nie było wtedy biegu na 3000 metrów, a jedynie na 1500 - najdłuższym dystansie, na jakim mogły się ścigać kobiety. Ze swoim czasem dostała się do półfinału, ale nie zapewniło jej to udziału w finale. Pobiła swoją życiówkę i ustanowiła rekord Norwegii na 1500 metrów. To całkiem nieźle jak na osobę, która zajmowała się bieganiem amatorsko, pracując na pełen etat jako nauczycielka. Prócz czasu spędzonego w szkole, każdego dnia traciła jeszcze dwie godziny na dojazdy. W latach 1978, 1979, 1981 i 1983 zdobyła także tytuły mistrzowskie w biegach przełajowych. Zimą przerzucała się na narty biegowe, które pomagały jej zachować formę i dawały odpocząć nogom od biegania. Gdy wszystko wokół pokrywało się grubą warstwą śniegowej pierzyny, trudno było znaleźć kawałek odśnieżonej drogi, na której można by trenować. Grete znalazła więc w okolicy 400 metrów zdatnych do biegania i na tym odcinku robiła 13 kilometrów. [h3]Maraton i Nowy Jork[/h3] W 1978 roku, gdy Grete planowała już odejść na biegową emeryturę, jej mąż Jack Waitz podsunął jej pomysł startu w maratonie. Z początku nie była przekonana. W końcu nigdy nie przebiegła tak długiego dystansu. Najdłuższy trening, jaki zrobiła w życiu wyniósł może połowę tego! Zadzwoniła do New York City Road Runners Club z prośbą o zaproszenie na maraton. Odmówiono jej. Była bardzo rozczarowana, bo tak bardzo chciała z mężem wybrać się na wakacje do tego legendarnego miasta, a na wyjazd z własnych środków nie było ich stać. Ratunek przyszedł z nieoczekiwanego kierunku. Dyrektor maratonu Fred Lebow zaproponował jej, żeby pobiegła jako zając dla kobiet z elity. Zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać po takim dystansie. Pierwszą połowę pobiegła za szybko. Po 19 milach była już zmęczona i nie wiedziała jak daleko jeszcze do końca. W dodatku była przyzwyczajona do dystansu podawanego w kilometrach. Biegła dalej. Wkrótce desperacko zaczęła wyglądać Central Parku, w którym znajdowała się meta biegu. Każda kępa drzew dawała jej nadzieję na rychły koniec i przynosiła rozczarowanie, gdy okazywało się, że to jeszcze nie tu. W końcu cierpiąca i wymęczona dobiegła do mety. Jako pierwsza. Bez świadomości, że wygrała i ustanowiła nowy kobiecy rekord świata w maratonie. Gdy tylko przekroczyła linię mety rzucili się na nią dziennikarze celując w nią mikrofonami i obiektywami kamer, zadając mnóstwo pytań. Nie rozumiała co mówią, chciała od nich uciec. Jeszcze nie wiedziała, co się stało. [h6]Fot. Grete Waitz w NYC Marathon. Fot. East News[/h6] [h3]Na pełen etat[/h3] W 1979 roku, już jako biegowa gwiazda, postanowiła rzucić pracę nauczycielki, żeby zająć się bieganiem pełnoetatowo. Wiedziała, że skoro mogła ustanowić rekord w maratonie nie będąc przygotowaną do zawodów, to jeśli poświęci trochę czasu i zajmie się treningiem na poważnie, będzie w stanie wykrzesać z siebie dużo więcej. Do Nowego Jorku wróciła po pierwsze miejsce jeszcze osiem razy. Wygrała 13 z 19 maratonów, w których wzięła udział między 1978 a 1988 rokiem. W 1979, 1980 i 1983 ustanawiała rekordy na dystansie 42,195 km. W 1983 wygrała Mistrzostwa Świata w Maratonie, mijając linię mety 3 minuty przed następną zawodniczką. W tym samym roku zorganizowała 5-kilometrowy Bieg Grete Waitz w Oslo, w którym wystartowało trzy tysiące biegaczy. [h3]Srebro[/h3] W 1984 roku na Igrzyskach w Los Angeles po raz pierwszy kobiety mogły ścigać się na dystansie maratonu - nikt już nie mówił, że są do tego za słabe. Waitz była faworytką, ale przybiegła na metę w kilka sekund za Joan Benoit Samuelson i zdobyła srebro. Spłaciła dług wobec swego kraju. Wystartowała też na igrzyskach w Seulu, ale nie udało jej się dotrzeć do mety - przeszkodziła przebyta wcześniej operacja kolana. W tym samym roku wróciła jednak do formy i to w wielkim stylu - po raz dziewiąty wygrywając bieg w Nowym Jorku. Tym razem Joan Benoit Samuelson przybiegła jako trzecia, a podczas wywiadu dla prasy powiedziała, że przegrać z Grete to zaszczyt. Teraz Waitz mogła już poczuć się spełniona. W roku 1990 przeszła na emeryturę. [h3]Kumpelka do maratonu[/h3] Postanowiła zająć się wsparciem dla tych, którzy mają problemy z bieganiem. W 1992 roku towarzyszyła w maratonie nowojorskim Fredowi Lebowowi, który cierpiał już wtedy na zaawansowanego raka mózgu i biegł bardzo wolno. Do mety dotarli w 5 godzin 32 minut i 34 sekundy. Na mecie Grete nie kryła wzruszenia. Wiedziała, że stan Freda jest bardzo ciężki i że najprawdopodobniej to jego ostatni start. Grete zaczynała swoją karierę jako pionierka, w czasach, gdy kobiety jeszcze nie oswoiły wielu dystansów: 3000 metrów, 10 000 metrów, nie mówiąc już o półmaratonie czy maratonie. Gdy Waitz stanęła na starcie w Nowym Jorku, zaczęła się nowa era dla kobiet. Gdy biegła tam po raz dziesiąty w 1990 roku, status kobiet był już prawie taki sam jak mężczyzn. Grete i jej mąż część roku spędzali w swoim domu w Oslo, część w Gainesville na Florydzie. Waitz nadal startowała w Nowym Jorku, ale dla przyjemności, już nie po to, żeby się ścigać. Rozdawała autografy i rozmawiała z biegaczami podczas targów przed biegiem. Uwielbiała dodawać otuchy zawodnikom, pomagać im i doradzać, jak utrzymywać dobrą kondycję i dawać z siebie wszystko. A przed stadionem Bislet w Oslo ma swój pomnik. Zmarła w 2011 roku, w wieku 57 lat, w szpitalu w Oslo. Przyczyną śmierci był, jak u Freda Lebowa - rak mózgu. [su_highlight background="#22836a" color="#ffffff"]Największe osiągnięcia w sporcie:[/su_highlight] 1975 Rekord świata na 3000 m, 8:46.6 1976 Rekord świata na 3000 m, 8:45.4 1978 Zwycięstwo w New York City Marathon i rekord świata na tym dystansie (2:32.30) 1978 Mistrzostwo świata w biegach przełajowych 1979 Rekord świata na 10 mil, 53:05 1979 Zwycięstwo w New York City Marathon i rekord świata w maratonie (2:27.33) 1980 Rekord świata, 10 km, 31:00 1980 Zwycięstwo w New York City Marathon i rekord świata (2:25.41) 1981 Mistrzostwo świata w biegach przełajowych 1982 Zwycięstwo w New York City Marathon 1983 Zwycięstwo w New York City Marathon 1983 Rekord świata w maratonie (London Marathon 2:25.29) 1983 Mistrzostwo Świata w maratonie 1983 Mistrzostwo świata w biegach przełajowych 1984 Zwycięstwo w New York City Marathon 1984 Rekord świata 15 km, 47:53 1984 Srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles 1985 Zwycięstwo w New York City Marathon 1986 Zwycięstwo w New York City Marathon i London Marathon 1986 Rekord świata na 8 km, 25:03 1988 Zwycięstwo w New York City Marathon Magdalena Ostrowska-Dołęgowska, "Grete Waitz - pionierka", Bieganie czerwiec 2009, tekst uaktualniony.
W niedzielę 2 listopada odbędzie się największy maraton świata, ostatni w tym roku z serii Majors - New York Marathon. Faworytem jest były rekordzista świata, Kenijczyk Wilson Kipsang.
[h6]Fot. Getty Images/ Flash Press Media[/h6] [h2]Roztrenowanie czyli przerwa między sezonowa jest ważnym elementem długofalowego rozwoju biegowego. Pełni funkcję granicy. Pozwala odpocząć po skończonym sezonie i nabrać energii przed tym nadchodzącym, zaplanować strategię na przyszłość oraz z czystym sumieniem, przynajmniej raz w roku, skupić się na ważnych pozabiegowych sprawach. To czas zasłużonego, słodkiego lenistwa.[/h2] Dlaczego osoby, które uwielbiają dawać dobre rady, same nie potrafią ich przyjmować? – pytał Daniel Craig, grający główną rolę w filmie „Casino Royale”. I pytał nie bez przyczyny. Stwierdzenie to jest bowiem prawdą nie tylko w filmie, ale również – a może przede wszystkim – w życiu. Ludzie bardzo często doskonale wiedzą, jak postępować i równie często tę wiedzę kompletnie ignorują, a trening biegowy nie jest tu wyjątkiem. [h3]Teoretycznie[/h3] W teorii sprawa jest oczywista. Żeby zaobserwować sezonowość, wystarczy spojrzeć na przyrodę. Mamy wiosnę – symbolizującą rozkwit i budzenie się do życia, i zimę – uspokojenie, wyciszenie i stagnację. Tak to wygląda przynajmniej w naszym, umiarkowanym klimacie. Początkowo taki schemat był charakterystyczny również dla treningu sportowców. W latach dwudziestych ubiegłego wieku zaczął rozpowszechniać się inny pogląd – trenowanie przez cały rok, na okrągło. Podejście przyjęło się, a przerwa między sezonami uległa redukcji do około miesiąca (zwykle od trzech do pięciu tygodni). Znakomity trener – Brad Hudson w jednej ze swoich książek pisze, że trochę posezonowego lenistwa jest nie tylko akceptowalne, ale wręcz pożądane. O krok dalej idzie Tim Noakes, który w „Lore of Running” stwierdza, że atleci, którzy chcą mieć udaną karierę trwającą dłużej niż kilka krótkich, letnich sezonów, powinni odpoczywać całkowicie od treningu co roku, przez czas nie krótszy niż dwa miesiące. A zatem teoretycznie wiemy, co i jak. Organizm potrzebuje czasu na odpoczynek. Warto zatem ten czas wygospodarować. Zwykle sugeruje się, żeby było to oderwanie się od rutyny treningu biegowego, a różnica była wyraźnie zarysowana. Stąd mało biegania – czasem nawet żadnego. [h3]Przyjemne z pożytecznym[/h3] Roztrenowanie posiada wiele zalet. Powinna stanowić wyraźną granicę między jednym a drugim sezonem. Taki akcent jest wytchnieniem nie tylko dla ciała, ale również umysłu. To pora na refleksję, spojrzenie w dzienniczek treningowy i zastanowienie się nad osiągniętymi wynikami. To również czas na znalezienie korelacji między treningiem a wynikami, zastanowienie się nad jakością naszego codziennego wysiłku i jego przełożeniem na sukcesy bądź porażki. Przerwa między sezonowa to także idealny moment na decyzje strategiczne dotyczące zbliżającego się sezonu – określenia celów i zaplanowania środków do nich wiodących. Poza tym – nie oszukujmy się – trening wymaga od nas poświęceń w codziennym życiu. W czasie przerwy możemy sobie trochę pofolgować i pozwolić na nieco przyjemności bez wyrzutów sumienia. Last but not least – waga. Strach przed przybraniem na wadze często paraliżuje, bo w bieganiu kilka kilogramów mniej znaczy lepiej i szybciej. Warto jednak pamiętać, że ten strach ma wielkie oczy. Pisze o tym Matt Fitzgerald w książce „Waga startowa”. Wahania wagi zawodników do kilku procent są normą. Nie należy bać się tych paru kilogramów, bo gdy powrócimy do reżimu treningowego, one po prostu znikną. „Wycieniowani” zawodnicy, których obserwujemy z takim podziwem czy wręcz zazdrością na ekranie telewizora, poza sezonem również się nieco zaokrąglają. Serio. [h3]Praktycznie[/h3] Jak wygląda przerwa między sezonowa na różnych poziomach biegowego zaawansowania? Ambitny amator, idący w ślady zawodowca, powinien starać się kopiować jego podejście do biegania również w tej dziedzinie treningu, a właściwie wypoczynku. Po mocnym sezonie warto dowiedzieć się, co kryje się pod pojęciem odnowa biologiczna. Zabiegi tego rodzaju są znakomitym uzupełnieniem treningu i mają bezpośrednie przełożenie na poprawę formy biegacza. Pozytywnie wpływają na pracę układu krwionośnego i redukują napięcie mięśniowe. W przypadku osób, które biegają rekreacyjnie kilka razy w tygodniu, a ich kilometraż tygodniowy nie przekracza 40 km, przerwa między sezonowa pojawia się dość naturalnie. Na dworze robi się ciemno i zimno, więc zamiast wyjść na trening, naciągamy ciepłe skarpety i siedzimy pod kocem w domowych pieleszach. Bieganie staje się zazwyczaj nieregularne, ale przerwy, rozumianej jako ściśle wyznaczona granica między sezonami, często właściwie brak. Rozmywa się ona gdzieś między byłą jesienią a przyszłą wiosną. Ale nawet jeśli bieganie w mroźne grudniowe wieczory nie zachęca, pamiętajmy o tym, żeby się ruszać. Zima to przecież łyżwy, biegówki, narty zjazdowe i wiele innych sportów, które możemy uprawiać pod dachem! Badania nad wpływem aktywnego wypoczynku na zwiększenie zdolności do pracy prowadzone były już przez Sjeczenowa w 1903 roku. Twierdził on, że jeżeli w okresie wypoczynku po wyczerpującym wysiłku fizycznym są wykonywane skurcze inną grupą mięśniową, to praca wykonana po aktywnym wypoczynku jest o 22% większa niż wtedy, gdy odpoczynek był bierny. Wraz z rozwojem biegania w kalendarzu imprez pojawia się coraz więcej propozycji – również tych zimowych. W niektórych regionach kraju od listopada do lutego da się –wyłączając weekend Bożego Narodzenia – startować właściwie co tydzień. Samo startowanie nie jest złe, a przebieganie zimy z okazyjnymi ostrymi startami na krótszych dystansach może być ciekawą metodą treningową, warto jednak pamiętać, że w dłuższej perspektywie takie podejście może doprowadzić do przetrenowania. [h3]Długookresowa korzyść[/h3] Bieganie jest czynnością, w której ważny jest dalekosiężny plan, cierpliwość i konsekwencja. Tutaj liczą się nie miesiące, a lata. Przerwa między sezonami jest zgrabnym elementem porządkującym chaos. Ma wiele zalet: umożliwia nam regenerację i naładowanie baterii na nadchodzący sezon, pozwala skosztować zwykle zakazanych owoców. Pełni dokładnie tę samą funkcję, co każdy odpoczynek podczas treningu – wzmacnia nas. Kiedy pierwszy raz słyszymy, że forma rośnie nie podczas treningu, ale w trakcie odpoczynku, brzmi to paradoksalnie. Tym niemniej - tak właśnie jest. Co jakiś czas warto się jednak zatrzymać, by potem z większym impetem ruszyć do przodu. Wioletta Frankiewicz: – Moja przerwa to zwykle trzy pierwsze tygodnie października. Nie są to jednak trzy tygodnie leżenia do góry brzuchem, lecz raczej spokojne wybiegania (od 6 do 8 km), na które wychodzę co 2 dni. Dodatkowo pilnuję sprawności. Od czasu od czasu chodzę także na basen. Generalnie jednak skupiam się na odpoczywaniu oraz odwiedzaniu rodziny i znajomych. Tomasz Lewandowski o Marcinie Lewandowskim: – Przerwa między zakończeniem sezonu a rozpoczęciem przygotowań do nowego trwa pięć, do siedmiu tygodni. Pierwsze trzy tygodnie to okres całkowicie wolny od biegania, po prostu pozwalamy organizmowi, a w szczególności aparatowi ruchu, zregenerować się i odbudować po startach i treningu. Pierwsze 10 dni to zabiegi cieplne (masaże, kąpiele solankowe, borowiny, perełki, sauny, itp.), a kolejne 10 dni to zabiegi zimne (krioterapia). Po tym okresie następują 2 tygodnie wakacji (wyjazd, odpoczynek, itp.). Ostatnie dwa tygodnie są bardziej aktywne: 1–2 razy rozruch, tenis, pływanie, rower, gry zespołowe. Razem siedem tygodni. Jeśli jednak będzie potrzeba wydłużenia tego okresu, to jest jeszcze możliwość, by o 1–2 tygodnie wydłużyć czas wolny od wyczynowego treningu. W końcu należy się odpoczynek po ostatnich, ciężko przepracowanych latach. Marcin Chabowski: – Robiłem różne roztrenowania. Często były to 3 tygodnie, gdzie 2 razy w tygodniu w pewnym stopniu starałem się zrobić wolne rozbieganie do 10 km. Jednak po maratonie i okresie ciężkich, 4-miesięcznych przygotowań do niego, odstawiam bieganie na trzy tygodnie, a w czwartym tygodniu biegam codziennie ok. 10 km w spacerowym tempie. Artur Dębicki, "Czas błogiego lenistwa", Bieganie grudzień 2012
[h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] [h2]"Łemkowyna Ultra Trail była całkiem udaną imprezą, mimo że zaskakująco trudną" - tak podsumowuje wydarzenie Jarek Sekuła, który ukończył trasę 150-kilometrową. Mróz, błoto, góry, brak snu - z tym musieli się zmierzyć zawodnicy. Jak organizatorzy poradzili sobie z tak poważnym przedsięwzięciem?[/h2] [su_highlight background="#1e791f" color="#ffffff"]Relacja Jarka Sekuły:[/su_highlight] Łemkowszczyzna, jak sama nazwa wskazuje, była zamieszkiwana przez Łemków. Ta nieco zapomniana kraina rozciąga się od Bieszczadów aż po Poprad. Bieg Łemkowyna Ultra Trail był doskonałą możliwością pokazania tych przepięknych, ale mało popularnych rejonów Polski. Beskid Niski to tereny w zasadzie całkowicie obce dla dużej części biegaczy. Jak dotąd nie odbywały się tam znaczące imprezy biegowe, dlatego Łemkowyna od początku cieszyła się sporym zainteresowaniem, chociaż nie udało się osiągnąć limitu osób, czyli 200 zawodników na trasie 150 km - start opłaciło 176 osób (początkowy limit wynosił 150 i został podniesiony do 200). [h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] Biuro zawodów w Krynicy pracowało bardzo sprawnie i szybko. Nie było kłopotów z odebraniem pakietów startowych czy weryfikacją wyposażenia obowiązkowego, a było ono mocno rozbudowane. Na trasę trzeba było zabrać: litr picia, długie spodnie/leginsy, bluzę, rękawiczki, czapkę, kurtkę od deszczu (z kapturem), opatrunek, bandaż, telefon, dokumenty, 50 zł, dwie czołówki, tylne czerwone oświetlenie, folię NRC, gwizdek. Jak się potem okazało, poddawane w wątpliwość wyposażenie w pełni się przydało, a nawet mogło go być za mało. Bieg startował o północy z deptaka w Krynicy. Niestety mimo tej samej lokalizacji w niczym nie przypominał startu Festiwalu Biegowego. Strefa startu wyznaczona taśmą, organizator z megafonem oraz kilku fotografów - to wszystko, co było na starcie. No, żeby być dokładnym, to był jeszcze kilkustopniowy mróz. Start z całą pewnością nie należał do efektownych i w telewizji by się nie sprzedał, ale czuć było wolę walki wśród zawodników. Krótko po starcie trasa wchodziła w teren, na początku całkiem prosty, i nic nie zapowiadało armagedonu, który czekał na nas na dalszych kilometrach. Niestety w okolicach Mochnaczki zaczęło przybywać błota oraz pojawiły się pierwsze kłopoty z oznakowaniem trasy. Na horyzoncie było widać porozrzucane w różnych kierunkach grupki starające się odszukać trasę. Za Mochnaczką trasa stała się już w całości pokryta błotem, którego ilości był wręcz nieprzebrane i starczyłoby go dla wszystkich SPA w kraju. Niestety odcinek do pierwszego bufetu był także jednym z najgorzej oznaczonych i większe lub mniejsze kłopoty z odnalezieniem trasy były niemal na każdym kroku. Można odnieść wrażenie, że organizatorom zabrakło nieco doświadczenia, jeśli chodzi o trasy w górach. Taśmy były rozmieszczane w zbyt dużych odległościach, co za dnia nie stanowi większego problemu, ale nocą nie jest możliwe ich dostrzeżenie. Odblaskowe znaczki na taśmach były tylko z jednej jej strony, więc gdy taśma się przekręciła np. od wiatru, odblask znikał. Najgorzej jednak było na rozwidleniach czy skrzyżowaniach. Szarfy były przyczepiane na rogu skrzyżowania czy rozstaju i nie były od razu powtarzane, co by jasno wskazywało, gdzie trzeba biec. Co gorsza, mapa, która była w pakiecie startowym, nie była w stanie pomóc. Skala 1:100000, brak poziomnic i większości szczegółów sprawiały, że była ona bezużyteczna. Pomyłki może nie kosztowały wiele czasu, ale przy bardzo zimnej nocy i błocie niszcząco wpływały na psychikę. [h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] Całe szczęście, że oznaczenia nieco się poprawiły za pierwszym bufetem, czego nie można powiedzieć o trasie. Od pierwszego punktu odżywczego błota przybyło, dodatkowo trzeba było przekraczać bardzo liczne strumienie, gdzie woda czasem sięgała ponad kolana. W upalny letni dzień jest to bardzo przyjemne uczucie, jednak w czasie mroźnej nocy jest jednak raczej traumatyczne i ciężko doszukać się pozytywów. Zimno przeszywało całe ciało, a w palcach traciło się czucie. Mimo że była to dopiero pierwsza noc i początkowe etapy, to całe ubranie z wyposażenia obowiązkowego miałem już na sobie, a i tak nie było ono wystarczające i trząsłem się z zimna. Dobrze, że na każdym bufecie czekały gorące napoje (czasem zbyt gorące i można się było poparzyć). Wraz z nastaniem świtu, w moim przypadku w okolicach Bartnego, poprawiły się także nastroje wśród biegaczy (w tym także mój) - tych kilka promyków potrafiło zdziałać cuda. W końcu po kilku godzinach można zobaczyć coś innego niż tylko rozświetlony kawałek ziemi przed sobą. Oszronione górskie szczyty, szczególnie w Magurskim Parku Narodowym, wyglądały wręcz bajkowo i poprawiały humor po ciężkiej nocy. Za dnia mogłoby się wydawać, że kilometry będą szybko mijały, ale wolne tempo zaskakiwało niemal wszystkich. Wszechobecne błoto w bardzo skuteczny sposób wyciągało siły i spowalniało bieg i w wielu przypadkach wymuszało marsz. Całe szczęście mniej więcej w połowie dystansu (80 km) w Chyrowej czekał „wypasiony” bufet. Oprócz standardowego wyposażenia punktów odżywczych, czyli gorące i zimne napoje, słodycze czy owoce (na niektórych także kanapki), czekał gorący posiłek, a w dodatku - jeśli ktoś sobie życzył - dwudaniowy! W menu była zupa gulaszowa, makaron z warzywami, a to wszystko z możliwością dokładek. Najważniejsze jednak, że można było się rozgrzać w ciepłym pomieszczeniu i nabrać nowych sił do walki z trasą, w czym znacznie zaczęła pomagać pogoda. Co prawda na krótko, ale zrobiło się bardzo ciepło, można było w końcu pozbyć się kurtki oraz czapki i z pozytywną energią stanąć do dalszej, bardzo ciężkiej walki. [h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] Już 10 km za Chyrową znajdowało się jedno z najtrudniejszych podejść na całej trasie, czyli Cergowa. Około 400 m przewyższenia może nie robi wrażenia, ale na 90. km sprawiło, razem ze znacznym nachyleniem, że tempo poruszania się budziło skojarzenia raczej z himalaizmem niż biegiem. Po pokonaniu Cergowej czekał natomiast najłatwiejszy odcinek na trasie, czyli kilka kilometrów prowadzących asfaltem aż do Iwonicza Zdroju, gdzie czekał ostatni - w moim przypadku - punkt odżywczy przed druga nocką. Dla kuracjuszy widok biegaczy wydawał się nieco dziwaczny, a gdy w odpowiedzi na pytanie o dystans usłyszeli 150 km, zazwyczaj odbierało im mowę i nie ciągnęli dalej tematu, była to chyba jednak zbyt duża abstrakcja. Pomiędzy Iwoniczem a Rymanowem zastała mnie druga noc i wróciły demony pierwszej. Temperatura gwałtownie zaczęła się obniżać i spadła poniżej zera. Po ponad 100 km wydawać się może, że każdy woli zbiegać, jednak przy tak potężnym wychłodzeniu to podejścia dawały ukojenie, bowiem była to jedyna okazja na rozgrzanie się, na zbiegach pojawiały się drgawki z zimna, sytuację uratował punkt żywieniowy w Puławach. Było to kolejne miejsce, gdzie można było się ogrzać w gorącym pomieszczeniu, zjeść przy stole ciepły posiłek (żurek, zupa dyniowa, pieczone ziemniaki z dressingiem). Wyjście z ciepłego budynku nie należało do przyjemnych i od razu przywitała mnie fala przejmującego zimna. Zmęczenie i spowodowany tym brak koncentracji były już tak duże, że zaraz opuszczeniu punktu ponownie się zgubiłem. Na szczęście wiele nie dołożyłem, ale pewności siebie także nie przybyło. Dalej było już tylko gorzej. Błota nie ubywało, a temperatura dalej spadała. Na polankach było tak zimno, że ziemia była skuta na kamień. Po ponad 100 km, zmęczenie, odwodnienie i brak snu od jakichś 40 godzin sprawiały, że trudno było się skoncentrować i niemal zasypiałem w czasie biegu. Jakimś cudem udało się w koncu dostać na mety, choć ostatnie kilometry po mieście nie były wcale łatwe orientacyjnie. Komańcza nie jest wielkim miastem, ale organizatorom udało się nawet tam utrudnić życie zawodnikom. Sama meta pozostawiała nieco do życzenia: zabrakło ciepłego pomieszczenia, w którym finiszerzy mogliby się rozgrzać, ognisko - mimo że bardzo przyjemne - nie wyeliminowało dygotania z zimna. Teren na mecie nie był w ogóle oświetlony, więc nawet jedząc posiłek dalej trzeba było dalej korzystać z czołówek, a w tym stanie nawet proste czynności sprawiają kłopoty. [h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] Łemkowyna Ultra Trail była całkiem udaną imprezą, mimo że zaskakująco trudną. Podejście organizatorów i wolontariuszy było godne pochwały i widać było, że naprawdę im zależy, starają się i chcą pomóc. Zaopatrzenie bufetów jak na krajowe warunki wręcz rewelacyjne. Można było napić się nie tylko izotonika, ale także gorącej herbaty czy coli, a kanapki i gorące posiłki były ukoronowaniem dzieła, co więcej gorące posiłki były podawane przez obsługę do stołu. Bardzo miłym dodatkiem były bluzy dla zawodników, którzy ukończyli bieg. Nie były to tandetne bawełniane t-shirty, które nadają się do prac domowych, ale wysokiej klasy bluzy z bardzo ciekawym haftem Łemkowyny. Widać jednak także niedociągnięcia, obok których trudno przejść obojętnie. Niewystarczające oznakowanie trasy, brak ciepłego pomieszczenia i oświetlenia mety niepotrzebnie obniżają walory imprezy. Wątpliwości może budzić także termin rozgrywania imprezy - jesień niekoniecznie jest najlepszym terminem na tego typu biegi, tym bardziej w Beskidzie Niskim, który słynie z błota. Warto też się zastanowić nad odwróceniem kierunku biegu. Bazę i biuro zawodów można zorganizować w Krynicy, a następnie wywieźć zawodników autobusami na na start do Komańczy. [su_highlight background="#1e791f" color="#ffffff"]Kilka cennych uwag od Kuby Wolskiego, redaktora miesięcznika "Bieganie", który zajął 2. miejsce na trasie ŁUT 70:[/su_highlight] Ultrachłód Startując na dystansie 150 km w warunkach, które panowały podczas Łemkowyny, trzeba wziąć pod uwagę zdecydowanie więcej aspektów niż na przykład w środku lata. Dużo większe znaczenie zaczyna odgrywać logistyka, przemyślenie i poukładanie sobie tych 20-30 godzin, które spędzamy na trasie. Gdy jest zimno, organizm inaczej musi dystrybuować przepływ krwi i zasoby energetyczne, nie wszystko pójdzie w „gaz” i część naszych zasobów cały czas będzie wykorzystywana na utrzymanie jako takiego komfortu termicznego. Dlatego kluczowe staje się odpowiednie ubranie i jedzenie. Jeść trzeba więcej, żeby organizm miał co wrzucać do kominka i żeby jeszcze zostało na poruszanie się w sprawnym tempie. Druga sprawa to ubranie – trzeba sobie przełożyć w głowie jedną rzecz: gdy mamy spędzić na mrozie kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin, najważniejszą rzeczą nie jest odchudzanie sprzętu, które będzie dawało zysk w postaci sekund, tylko przetrwanie – zabezpieczenie się w taki sposób, żeby na pewno w ogóle dotrzeć do mety. Startowałem na trasie 70-kilometrowej, ale słuchając opowieści o tym, jak wiele osób weszło do budynku na przepaku w Chyrowej i już z niego nie wyszło, pomyślałem sobie: „Jak ja dobrze to znam”. Też kiedyś z takiego „przepaku” nie wyszedłem. Wprawdzie na dworze było -20 stopni, ale schemat jest ten sam: jeśli chcesz ukończyć takie zawody, nie stawiaj się w sytuacji, w której łatwo się wycofać. Fajnie jest wejść na chwilę do ciepłego pomieszczenia, ale to musi być „szybka akcja”, przemyślana, skalkulowana – jak się rozsiądziesz nad gorącą zupą, dużo trudniej się zebrać do wyjścia. Taki przepak to też dobre miejsce, żeby się przebrać, nie zawsze trzeba, ale czasem warto, np. gdy ciuchy mamy wilgotne, a za chwilę zajdzie słońce i temperatura spadnie o 10 stopni. Lepiej mieć wtedy na sobie coś suchego i dodatkową warstwę w zapasie, bo z każdą kolejną godziną deficyt energetyczny naszego organizmu się powiększa, „kominkowe” paliwo jest coraz mniej energetyczne, a dodatkowo często intensywność wysiłku spada ze względu na zmęczenie. Na takim dystansie w mroźnych warunkach trzeba po prostu zadbać o to, żeby w tym całym dyskomforcie zachować jak najwięcej komfortu. Najpierw przetrwać, a dopiero potem myśleć o ściganiu się. [h6]Fot. Jarosław Gil[/h6] Łemkowyna – obiektywnie i konstruktywnie Całą imprezę oceniam bardzo pozytywnie, bardzo fajna trasa, miejscami trochę dużo asfaltu, prawie wszystko „runnable”, klimatyczne ścieżki, piękny dzień, super widoki. Nic, tylko biegać. Wspomnienia mam na pewno na plus, ale... jako organizator, tym bardziej jako taki, który swoje błędy popełnił i nadal czasem popełnia, próbuje i wyciąga wnioski, zawsze czy tego chcę, czy nie chcę, obserwuję, a co gorsza – widzę. Było kilka rzeczy, nad którymi na pewno warto się zastanowić/poprawić. Przed zawodami nie miałem czasu na śledzenie aktualności, właściwie dopiero kilka dni przed startem dokładnie obejrzałem trasę, dowiedziałem się, gdzie jest start/meta, dowiedziałem się wtedy też, że już nie można dopisać się na autobus powrotny z mety do bazy. Moim zdaniem różne biura zawodów i zwożenie ludzi z mety z powrotem do tychże to był trochę strzał w stopę – z perspektywy zawodnika wygodniej jest dotrzeć w miejsce, gdzie jest meta, przejechać autobusem nawet 2 godz. na start, dosypiając jeszcze, a po biegu mieć pełen dostęp do swoich rzeczy, nie jeździć, nie chodzić w drgawkach, szukając autobusu, etc. Ostatecznie musieliśmy zorganizować sobie transport naszego auta, żeby mieć je na mecie. Oznaczenie trasy – słyszałem wiele osób mówiących, że było super, choć uważam inaczej – było dobrze, ale kilka razy musiałem się zatrzymać i rozejrzeć, był nawet taki moment, że zatrzymaliśmy się w trójkę na prowadzeniu, żeby spojrzeć na mapę, i śmialiśmy się, że teraz jest etap „orienteering” (choć ze skali 1:100 000 nie zawsze wszystko da się wyczytać) – ktoś mi nawet powiedział: „Może za szybko biegłeś”. No, może. Trzeba dodać, że całą trasę pokonałem za dnia – zakładam, że w nocy trzeba było zachować jeszcze większą czujność. Trochę po prostu zabrakło strzałek i mocniejszego oznakowania skrzyżowań. Punkty odżywcze – full wypas, naprawdę top class – miałem tylko pecha, że jak wbiegałem trzeci albo drugi, to obsługa uczyła się na bieżąco, że herbatę trzeba zaparzyć wcześniej – na pierwszym punkcie pani wrzuciła mi torebkę do kubeczka i oczekiwała, że poczekam, aż się zaparzy – rozbawiło mnie to bardzo, wypiłem izotonik i pobiegłem dalej. Na drugim z kolei wszystko było już gotowe, ale wrzało, więc zupę dyniową czułem w całym przełyku jeszcze daleko, daleko na podejściu. To były takie detale, które generalnie mnie bawiły, mimo, że na pierwszym punkcie naprawdę miałem ochotę na coś ciepłego do picia. Te wszystkie rzeczy, to taka organizacyjna drobnica – ktoś zwróci uwagę, ktoś inny nie, ale była jedna rzecz, którą zapamiętałem jako słabą – a była to meta. Włóczę się czasem wraz z zaprzyjaźnioną agencją eventową po różnych imprezach i tutaj miałem wrażenie, że o ile organizatorzy ogarnęli tematy biegowe, to trochę dali ciała na polu pod tytułem „event”. Wiem, że czasem budżet na różne rzeczy nie pozwala, ale nawet jeśli, to zrezygnowałbym z chińskich „buffów” w pakiecie i zrobił porządną imprezę na mecie. Zabrakło nagłośnienia i człowieka, który byłby choćby minikonferansjerem, który witałby zawodników na mecie. Najsłabiej to wyglądało, gdy do mety dotarł drugi zawodnik z trasy 150 km, a w tym czasie trwało losowanie nagród dla trasy 70 km (50 metrów od linii mety) i nikt nie wiedział, że on dobiegł, nawet wolontariuszka potraktowała go jako gościa, który nie zmieścił się w limicie na 70 km. Poza tym – jak zachodzi słońce, to robi się ciemno, więc metę trzeba jakoś doświetlić, można autem, ale można też inaczej. A jak już zmuszamy wszystkich do noszenia w plecaku kurtek, bo warunki są jakie są, to warto wrzucić do namiotu, gdzie ludzie jedzą i szczękają zębami, jakąś dmuchawę... bo warunki są jakie są. Podsumowując – fajna impreza, świetna trasa, eventowo do dopracowania. [su_highlight background="#127a36" color="#ffffff"]WYNIKI[/su_highlight] [su_highlight background="#1ccc59" color="#ffffff"]Łemko Trail - 29 km[/su_highlight] Trasę ukończyły 72 osoby. Mężczyźni 1. Robert Gleń (MUKS Podkarpacie Jedlicze) - 2:20:18 2. Tomasz Klisz (The North Face) - 2:21:28 3. Jacek Staroń (Orlew Krosno) - 2:41:21 Kobiety 1. Ewa Siwoń - 3:25:46 2. Lindsey Arrick - 3:29:31 3. Marta Popiel 3:33:58 Zobacz pełne wyniki Łemko Trail. [su_highlight background="#1ccc59" color="#ffffff"]ŁUT 70 km[/su_highlight] Trasę ukończyło 165 osób. Mężczyźni: 1. Jonas Zakaitis (LTU) - 6:49:24 2. Jakub Wolski (Magazyn Bieganie / Hill Sprint) - 7:01:45 3. Krzysztof Wiernusz (Finisz Rymanów) - 7:07:20 Kobiety: 1. Małgorzata Szydłowska - 8:38:11 2. Justyna Supińska - 8:58:43 3. Viktorija Tomaševičienė - 9:16:24 Zobacz pełne wyniki ŁUT 70. [su_highlight background="#1ccc59" color="#ffffff"]ŁUT 150 km[/su_highlight] Trasę ukończyło 78 osób. Wycofały się 72 osoby. Mężczyźni: 1. Oskar Zimny (Weekendowy Reset) - 20:02:23 2. Marcin Rembiasz (Visegrad Maraton) - 20:12:26 3. Robert Korab oraz Tomasz Komisarz (Rzeszowskie Gazele i Gepardy) - 21:37:08 Kobiety: 1. Sabrina Verjee (Team Endurancelife) - 26:06:54 2. Marzka Janerka Moroń (Dziabnięci) - 26:33:11 3. Aśka Garlewicz (Thulium Team) - 26:59:28 Zobacz pełne wyniki ŁUT 150.
Barbara Kolasa z kolegami na mecie upalnego II Biegu Runbertów, 2014 r. Fot. archiwum Barbary Kolasy O biegowych "mastersach" pisaliśmy już nie raz. Dużo mądrych rzeczy o zmianach w organizmie, o adaptacji. Tym razem będzie bez teorii - przedstawiamy historie kilku osób, które zaczęły biegać po 50. roku życia. Przeczytajcie i sami zobaczcie, że nikt nie jest za starty na bieganie! "Za ciężko mi". Tak przed bieganiem wzbrania się moja mama, też już po pięćdziesiątce (chociaż pewnie będzie zła, że Wam powiedziałam). No pewnie, każdemu jest ciężko! Na początku. Dr Tomasz Mikulski z Zakładu Fizjologii Stosowanej PAN mówi mi: Debiutant o niskiej wydolności, nawet w starszym wieku, gdy tylko zacznie trenować, będzie miał przyrost siły i wydolności. Procentowo dużo większe postępy pojawiają się u 70-latków niż u młodych. Najstarsza grupa, u której potwierdzono korzystny wpływ treningu na organizam, to 95-latkowie! Starszych nie badano. Oczywiście organizm seniora nie osiągnie już tego, co może osiągnąć organizm dwudziestoparolatka. Tkanki stają się mniej elastyczne, gorzej ukrwione i słabsze; wolniej się adaptują i wzmacniają; łatwiej o kontuzję. Wskazana jest różnorodność form ruchu, wolniejsze zwiększanie obciążeń, zwiększenie czasu przeznaczanego na regenerację. Trzeba też bardziej skupić się na odpowiedniej rozgrzewce i rozciąganiu. W sprintach debiutujący "mastersi" może już świata nie podbiją, ale w konkurencjach wytrzymałościowych (długie dystanse) powinni czuć się dobrze. Więcej teorii na temat biegania w późniejszym wieku znajdziesz tutaj: Dlaczego wraz z wiekiem w bieganiu spada szybkość i rośnie wytrzymałość? Bieganie a wiek - co się zmienia z upływem lat? Dieta biegacza kategorii "masters" Kochana Mamo! Jeśli uważasz, że jesteś za stara na bieganie, poznaj kilka historii ludzi, którzy po prostu wyszli z domu i "jakoś się zaczęło". Można powoli, można dużo odpoczywać, można się nie spieszyć, można się uwolnić. Może kiedyś pobiegniemy razem jakąś dychę? [su_highlight background="#247d7b" color="#ffffff"]WIETRZYMY GŁOWĘ[/su_highlight] [su_highlight background="#3bb8b5" color="#ffffff"]Andrzej Gonciarz, rocznik 1958. Debiut biegowy w wieku 51 lat.[/su_highlight] W marcu 2009 r. moje życie zmieniło się z „zabieganego” w pracy na przyzwyczajającego się do cudownego i szczęśliwie doczekanego emeryta górniczego, niestety leniucha. Przepadam za słodyczami i ciut mi się przytyło. Codzienne spacerki z pieskiem po okolicy nie wystarczały. Okolice piękne, trochę zacząłem jeździć na rowerze i robić zdjęcia. Pomyślałem, że może by sobie pobiegać i właściwie tak się zaczęło – trudno było się zmotywować do ciągłego biegu, ale udawało się pokonywać coraz większe odległości: od 3-4 km do 10-12 km. W czerwcu 2009 r. przeczytałem, że Gazeta Wyborcza organizuje Drużynę na maraton w Poznaniu. MARATON! Coś niesamowitego! Postanowiłem się zgłosić. Niestety nie załapałem się, ale może to dobrze, bo wtedy właśnie postanowiłem, że spróbuję sam. I tak pobiegłem z „duszą na ramieniu”, czekając na ścianę w Poznaniu. Przed wyjazdem przebiegałem już około 20 km w 2 godz. i 20 minut, a raz nawet przebiegłem trzydziestkę  – pomyślałem, że najwyżej może dojdę resztę. Nie szedłem, przebiegłem całą trasę. Cóż to była za radość! DAŁEM RADĘ i to nawet poniżej 5 godzin. Na początku mojego biegania nie wiedziałem, co to tempa na kilometr, i jak biegać, żeby coś z tego było. W internecie wyczytałem, że aby mieć jakieś efekty, trzeba biec przynajmniej pół godzinki – biec swoim tempem – nie iść. Potem wyczytałem, że „swobodne” tempo to takie, kiedy w czasie biegu mogę spokojnie rozmawiać. Z oddychaniem nie miałem nigdy problemu, nie dostawałem zadyszek, ale też biegałem praktycznie tak, aby rozmawianie nie stanowiło problemu. Z sercem też nie działo się nic niepokojącego. Na początku odczuwałem ból w różnych miejscach – a to łydka, a to kolano, a to biodro, stopa i wszystko inne. Wyczytałem, że organizm tak reaguje na niezwyczajne dla niego bieganie i z czasem skoryguje moje dolegliwości, po prostu wszystko się wyrówna – tak też się stało. Bieganie to fajna przygoda, niewymagająca od samego początku żadnych wielkich inwestycji, a dająca wiele satysfakcji. Po drodze „wietrzymy głowę” i wymyślamy rozwiązania naszych spraw albo gadamy z przyjaciółmi. Zresztą róbmy, co chcemy, ale biegnijmy! [su_highlight background="#f8a60e" color="#ffffff"]NIE BYŁO ODWROTU[/su_highlight] [su_highlight background="#fbbb44" color="#ffffff"]Barbara Kolasa, rocznik 1956. Debiut biegowy w wieku 58 lat.[/su_highlight] Nawet nie chodziło o przyrost wagi, po prostu stale byłam zmęczona, wchodzenie po schodach, zakupy, codzienne obowiązki stawały się coraz trudniejsze. Pewnego razu chodzę z córką zmęczona po sklepie i nagle wzrok pada na czarne buty z pomarańczowymi paskami, bardzo podobne do tych piłkarskich. Córka pyta: „kupić ci?”. „No kup”. Nie było odwrotu. Mąż dziwnie patrzył, gdy biegałam po działce, betonowa nawierzchnia, odcinek 40 m w jedną i z powrotem. Podawał wodę i szykował krzesełko... W Nowy Rok była dziesiątka! Koledzy zaczęli mówić: zniszczysz kolana, wygłupiasz się, uważaj na stawy. Pomyślałam: dobrze, skoro mam już te 10 km, to niech będzie bieg co trzy dni. I to trwa do dziś! Pierwsze zawody publiczne to Bieg Powstania Warszawskiego w 2011 r. Myślałam, że umrę z tremy, wstydu itd. Na dodatek niesympatyczny typ (starter?), gdy stałam na linii startu, bo mąż robił mi zdjęcie, krzyknął: co paniusia tu robi? Jazda do tyłu! A wszyscy popatrzyli na mnie jak na przestępcę... Myślałam, by zapaść się pod ziemię. Po pierwszej piątce miałam dość, ale mąż krzyczał: dasz radę, dasz radę! I dałam radę! I daję sobie radę na dziesiątkach, piątkach, nawet w nurcie Świdra, w różnych biegach w Warszawie, okolicy, w Hannoverze (boska publika!). W przyszłym roku chcę „zdobyć” Monte Cassino i spróbować półmaratonu w Jastarni na jesieni. Zaraziłam męża, on jest lepszy, biega w maratonach, „oczkach”, na 10 i 5 km, bije te swoje rekordy, teraz jest w trakcie zdobywania Korony Maratonów. Dopóki będę mieścić się w limitach, będę biegać publicznie. A między „występami”... mój beton co 3 dni, bez względu na to, czy upał, leje, lód czy mróz (lód jest najgorszy)! I już nie mam problemów z wchodzeniem po schodach! [su_highlight background="#d0110e" color="#ffffff"]30 MIN NA 5 KM[/su_highlight] [su_highlight background="#ee4e4c" color="#ffffff"]Janusz Szala, rocznik 1952. Debiut biegowy w wieku 61 lat.[/su_highlight] Zaczęło się przez przypadek. Syn biegał od roku i pewnego dnia powiedział: „Chodź, pobiegniemy razem”. Spróbowałem, jednak po 200 metrach chciałem wrócić do domu. Mimo wszystko udało mi się za pierwszym razem przebiec bez odpoczynku 3 km. Potem trucht i dalszy bieg. W sumie 5 km.  Później przyjechał starszy syn i z nim przebiegłem już 5 km bez odpoczynku i… poszło. Biegałem bez konkretnego planu. Stawiałem sobie jednak za cel pewne wyniki, które chciałem uzyskać. Na 5 km było to 30 minut, a na 10 – 1 godzina. Plany te udało mi się ostatnio zrealizować. Teraz myślę o 15 km i być może półmaratonie. Na więcej nie liczę. Początkowo nogi bolały, ale były to mięśnie, nie stawy. Z sercem i układem oddechowym nie było problemów. Zauważyłem, że podbiegi, które wcześniej sprawiały mi problemy, pokonuję w tej chwili bez przeszkód. Mimo że nie miałem znacznie podwyższonego cholesterolu, to od momentu, gdy zacząłem biegać, wyraźnie się obniżył. Chcesz się poczuć młodo? Biegaj! [su_note note_color="#faf9b5" text_color="#000000"]Złote zasady treningu w zaawansowanym wieku: Zadbaj o podstawy: zdrowy kręgosłup, prawidłową postawę, leczenie na bieżąco wszystkich dolegliwości. Wspomagaj trening biegowy siłowym i sprawnościowym oraz rozciąganiem. Z wiekiem myśl bardziej o unikaniu kontuzji niż o zwiększaniu objętości treningu. Regularnie stosuj krótkie, intensywne bodźce, żeby zapobiec spadkowi szybkości i siły. Zwiększaj liczbę dni wolnych w tygodniu. Możesz stosować coraz trudniejsze treningi, ale każdy z nich wymaga dłuższego odpoczynku. Utrzymuj formę startami na urozmaiconych dystansach, w tym krótkich. Po sezonie pozwól sobie nawet na kilka tygodni odpoczynku. Źródło: Marcin Nagórek, "Dostosuj trening do wieku", Bieganie, lipiec-sierpień 2014[/su_note] [su_highlight background="#218a2a" color="#ffffff"]NA WŁASNY RACHUNEK[/su_highlight] [su_highlight background="#36bc41" color="#ffffff"]Ewa Borkowska, rocznik 1952. Debiut biegowy w wieku 60 lat.[/su_highlight] Mój pierwszy „bieg” odbył się 2 lata temu. Był to bieg na 4 km. Córka powiedziała: „Biegniesz ze mną? Zastanów się, bo za rok będę biegła na własny rachunek”. Przemyślałam. Życie daje jedną, okazję by zrealizować marzenia. Zapisałam się, wystartowałam, córka mnie motywowała, trochę szłam, trochę biegłam, ale dałam z siebie wszystko i ukończyłam ten bieg. Tak połknęłam bakcyla. Zaczęłam wychodzić na treningi, biegnąc od lampy do lampy, w głowie dyktując rytm „tup, tup”. Trochę się wstydziłam, że „taka stara baba i ze sporą nadwagą”... Rok później, wiosną, wzięłam udział w tym samym biegu. Tym razem już „na własny rachunek”. Przebiegłam całą trasę, zajęłam 3. miejsce w swojej kategorii wiekowej. Uczucie na podium bezcenne. Zaczęłyśmy z córką brać udział w innych zawodach, ale stres przedstartowy zabierał mi całą radość z biegania. Stwierdziłam, że aby oswoić bieg na 4-5 km, muszę wystartować na 10 km. Wystartowałam we wrześniu, zajmując 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej.  By oswoić 10 km. pod koniec października wystartowałam w Tucholi na 15 km. Było bardzo ciężko, na ostatnich 2 km  moje płuca chyba biegły osobno, ale bieg ukończyłam, zajmując 3. miejsce w swojej kategorii. Od grudnia rozpoczęłam treningi pod dłuższe trasy. Znalazłam konkretny plan treningowy pod półmaraton. W kwietniu tego roku z okrzykiem „a jednak to zrobiłam”  ukończyłam 7. półmaraton w Poznaniu. Cały czas bardzo ciężko trenuję, w tygodniu – 4 treningi biegowe z długim wybieganiem w niedzielę (najdłuższa pokonana odległość to 30 km), siłownia, joga, basen. Jedyne, co mnie martwi to to, że mimo  ciężkiej pracy nie mogę zwiększyć tempa biegu. Wiem, że to sprawa wieku. I tego nie przeskoczę. Ale skoro nie mogę być szybsza, to mogę pracować nad wytrzymałością i pokonywać coraz dłuższe dystanse. Więc od połowy listopada zacznę treningi pod Orlen Warsaw Marathon. Bardzo bym chciała pokonać tę odległość, chociaż raz. Pogodziłam się z wolniejszym tempem biegu, wręcz twierdzę, że dzięki temu, iż biegnę wolniej, poznaję na trasie bardzo ciekawych ludzi z całej Polski. Czasami ktoś mnie zmotywuje, czasami ja kogoś. Z wieloma osobami mam kontakt do dzisiaj. Pokochałam dystans 21 km, uważam, że dystans musi porządnie sponiewierać, ale nie zhańbić. Polubiłam bycie sama ze sobą i walkę ze swoimi słabościami i bolączkami. Uwielbiam uczucie po 10 km, kiedy nogi same biegną, a myśli szybują w inne wymiary. Moje największe marzenie, takie ciche, to w związku z tym, że kocham góry, móc wziąć udział w biegach górskich. Zmierzyć się ze sobą w Biegu Rzeźnika. [su_highlight background="#6a2b76" color="#ffffff"]POLUBIĆ BIEGANIE TO SUKCES[/su_highlight] [su_highlight background="#a145b3" color="#ffffff"]Krzysztof Kaźmierczak, rocznik 1959. Debiut biegowy w wieku 52 lat.[/su_highlight] Zaczęło się od odchudzania, później wsparłem to aktywnością fizyczną, pływaniem, bieganiem i jazdą na rowerze, zwiększałem objętość treningu. Plany treningowe układał mój syn, Mateusz Kaźmierczak, triathlonista. Na początku były to marszobiegi: 1 min biegu na 2 min marszu, przy znacznej nadwadze. Po dojściu do 30 min biegu, po obniżeniu wagi, dołączyłem pulsometr. Zaczęło się od ciężkiego oddechu, ale w miarę treningu nastąpiła poprawa. Po pół roku bolały mnie stawy kolanowe, ale suplementacja pomogła i ból ustąpił. Przed czterema laty pokonanie marszem 400 m było już wysiłkiem. Od marszobiegów doszedłem do możliwości 2-godzinnego biegu. Rezultaty moje, jak na biegacza, nie są może imponujące: 5 km w ok. 27 min, 10 km w ok. 1 godz. W triathlonie 4 pierwsze starty w 2013. Płock: 3. miejsce w kategorii wiekowej; Susz: 750 m pływania, 20 km roweru, 5,6 km biegu; Lotto Poznań: 950 m pływania, 46 km roweru, 10,5 km biegu –  poniżej 3 godzin. 2014: Susz i Poznań – ten sam dystans – poprawione wyniki; Herbalife Triathlon Gdynia: I miejsce w kategorii wiekowej powyżej 55 lat. Największy sukces? To, że polubiłem bieganie i zerwałem z poprzednim trybem życia. [su_highlight background="#4d5a91" color="#ffffff"]UPRAWIANIE BIEGACTWA[/su_highlight] [su_highlight background="#5e6eb3" color="#ffffff"]Andrzej Grochowski, rocznik 1959. Debiut biegowy w wieku 52 lat.[/su_highlight] Zaczęło się tak: pewne osobiste przejścia życiowe, wkurzenie na coraz bardziej gnuśniejący tryb życia, konieczność bycia odpornym psychicznie, co pewnie nie tylko w moim przypadku jest silnie skorelowane z odpornością fizyczną, przekroczenie 90 kg wagi (przy 185 cm). Wstałem, wyszedłem z domu i pobiegłem na okoliczne drogi. Znalazłem przez internet ludzi ze stowarzyszenia, dowiedziałem się, gdzie i kiedy się spotykają, przyszedłem, trenerka kazała mi na początku biegać za dziewczynami i tak mi już zostało. Prowadzący zajęcia to byli zawodnicy biegów długich i średnich, ale to było mało, na początku treningi dwa razy w tygodniu, potem trzy, cztery, pięć i doszły niedzielne poranne wybieganka w okolicznych lasach. Po dwóch miesiącach pierwszy start (kolega stwierdził, że jak na treningu przebiegłem już 8 km, to dam radę i zapisał mnie na pierwszą dychę) – poszło jak z płatka i się zaczęło – po pół roku pierwszy półmaraton, a w rocznicę uprawiania biegactwa (bo tak nazywam to, co robię) debiut maratoński  (3:42:22), potem korona maratonów, a w tym roku pierwszy triathlon i pierwszy ultramaraton górski. Nie robiąc sobie krzywdy (jestem magistrem rehabilitacji) pomału przyzwyczaiłem mięśnie, stawy i więzadła do coraz bardziej długotrwałego wysiłku, wydolność z czasów młodości pozostała i powróciła, cholesterol poszedł sobie precz, 10 kg poszło sobie jeszcze szybciej. Jestem jednym z najzdrowszych pacjentów przychodni, serce poznało nowych wspaniałych ludzi i przyjaciół. Bawcie się tym wszystkim! Nieważne, czy jesteś pierwszy czy przybiegasz na końcu stawki, czerp człowieku radość z tego, co możesz zrobić, a życie dopisze swój nieprawdopodobny – wydawałoby się – scenariusz, poznasz nowych ludzi, będziesz miał znajomych, przyjaciół w całym kraju, zawsze cię przyjmą do biegającej ekipy, gdziekolwiek byś się nie znalazł. Kopa, jakiego dostajemy po ukończeniu maratonu, triathlonu czy ultra – nie zastąpi nic na długi czas. [su_note note_color="#faf9b5" text_color="#000000"]KILKA SŁÓW OD KARDIOLOGA: Czy jeśli człowiek, który wcześniej nie uprawiał żadnej większej, regularnej aktywności, zaczyna biegać w wieku 50 lat, to powinien w sposób szczególny monitorować pracę swojego serca? – Wszystko zależy od tego, czy jest to osoba zdrowa. Osoby ze schorzeniami sercowo-naczyniowymi powinny monitorować tętno za pomocą pulsometrów. Ich zakres aktywności fizycznej powinien zostać określony na podstawie testu wysiłkowego EKG z określeniem zakresów tętna. Osoby zdrowe, tzn. bez przewlekłych schorzeń sercowo-naczyniowych oraz o niskim ryzyku sercowo-naczyniowym, mogą uprawiać free-running [bieganie bez elektroniki, np. pulsometru – przyp. MT], ale oczywiście wsłuchiwać się w swój organizm. Na co takie osoby powinny zwrócić szczególną uwagę? – Do objawów, które zawsze wymagają konsultacji lekarskiej, należą dolegliwości bólowe w klatce piersiowej, zasłabnięcia, utraty przytomności, nieadekwatna duszność w stosunku do wysiłku fizycznego, zbyt wysokie tętno w odpowiedzi na wysiłek fizyczny. Ważne jest również nagłe pogorszenie wydolności fizycznej czy zdarzające się niezależnie od wysiłku fizycznego uczucia niemiarowej czynności serca lub kołatania serca. Czy są jakieś przeciwwskazania – z punktu widzenia kardiologa – do tego, żeby po pięćdziesiątce nie rozpoczynać biegania? – Żaden wiek nie jest przeciwwskazaniem do wysiłku fizycznego. Ruch jest naturalnym lekarstwem i jednocześnie środkiem zapobiegającym chorobom. Niemniej jego dawka wymaga modyfikacji w zależności od tego, z kim mamy do czynienia. Schorzeń kardiologicznych, które dyskwalifikują z biegania, jest niedużo. Należą do nich niekontrolowane nadciśnienie tętnicze (lub niewłaściwie kontrolowane), zaawansowana choroba wieńcowa, zaawansowana niewydolność serca, ciężkie zaburzenia rytmu oraz zaawansowane wady serca. Każda osoba, która rozpoczyna „przygodę” ze sportem, niezależnie, czy jest to bieganie, pływanie, kolarstwo czy gry zespołowe, powinna zostać zbadana przez lekarza, mieć wykonany zapis EKG, zmierzone ciśnienie tętnicze krwi i wykonane podstawowe badania biochemiczne krwi (ich zakres zależy od wieku badanego). Na pytania odpowiedział dr n. med. Andrzej Folga – specjalista chorób wewnętrznych, specjalista medycyny sportowej, kardiolog w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej w Warszawie.[/su_note]
Corrida de Noel. Fot. corrida-noel-issy.com Mikołaj kojarzy się nam z zimową scenerią. Ale biegi mikołajkowe odbywają się nie tylko tam, gdzie śniegu jest dość pod płozy mikołajowych sań. Mikołaje biegają także tam, gdzie mało kto się ich spodziewa. Poza najmłodszymi oczywiście. I nie mówimy tu o Australii ani Florydzie, gdzie Mikołaja w slipkach można spotkać na  plaży… Mówimy o tych zakątkach Europy, gdzie renifery muszą zrzucać futro. Albo przynajmniej mocno się rozpiąć. Czasami nie tylko z uwagi na klimat. [su_highlight background="#5e6eb3" color="#ffffff"]Grecja. Santa Run, 27 grudnia 2014[/su_highlight] Dystans: 3,5 km Chania to drugie co do wielkości miasto i dawna stolica, a dziś serce Krety. Centrum turystycznych atrakcji. Właśnie tak dwa lata temu grupa przyjaciół postanowiła zorganizować bieg mikołajkowy. Za pierwszym razem udało się zebrać 400 uczestników. W tym roku organizatorzy spodziewają się 3000 biegaczy, którzy wyruszą na trasę biegu w strojach Św. Mikołaja. Trasa prowadzi przez historyczne i handlowe centrum Chani. Cały dochód z imprezy jest przeznaczany na pomoc dla chorych dzieci. W biegu jednak mogą wziąć udział tylko dorośli, a na punktach odżywczych (!) serwuje się zamiast wody… piwo. Nie ma tu ani pomiaru czasu, ani medali. Ale jest kostium Mikołaja, piwo na trasie oraz impreza po biegu,  na której biegaczom przysługuje jeszcze jedno darmowe piwo. Więcej informacji: www.santarunchania.com/santa-run-in-english.php [su_highlight background="#a21a09" color="#ffffff"]Belluno. Włochy. Santaklaus Running, 14 grudnia 2014[/su_highlight] Dystans główny: 21,1 km Biegi towarzyszące: 12 i 6 km (ten najkrótszy w formule fun run), 10 km NW Malownicze miasteczko na północy Włoch, ok. 100 km na północ od Wenecji, u stóp włoskich Dolomitów. Nazwa miasteczka wywodzi się z celtyckiego określenia oznaczającego wspaniałe wzgórze. Trasa biegu pozwala podziwiać zarówno malowniczą zabudowę, jak i piękną okolicę. Na pokonanie głównego dystansu biegacze maja 2,5 godziny. Strój Mikołaja jest obowiązkowy. W ubiegłym roku półmaraton ukończyło ponad 2000 zawodników. Więcej informacji: www.santaklausrunning.it/iscrizioni [su_highlight background="#1aa121" color="#ffffff"]Issy-les-Moulineaux. Paryż. Francja. Corrida de Noel, 14 grudnia 2014[/su_highlight] Dystanse: od 1,5 do 10 km (w sumie 6 biegów na czterech dystansach) Paryski Bieg Mikołajów, którego historia sięga roku 1977 i otwartego spaceru dla wszystkich. Na początku impreza była lokalna, potem rozrosła się na cały Paryż, a od 1982 r. stała się wydarzeniem międzynarodowym.  W 2003 r. trasę biegu na 10 km atestowano, co nadało biegowi bardziej sportowego charakteru – i niektórzy faktycznie przyjeżdżają tu, żeby się ścigać. W ubiegłym roku w sumie we wszystkich biegach wzięło udział prawie 16 000 ludzi. Więcej informacji: www.corrida-noel-issy.com/comment-sinscrire [su_highlight background="#682284" color="#ffffff"]Madryt, Hiszpania. Minimaraton[/su_highlight] Dystans: ok. 5,5 km Nie wiadomo, czy w tym roku bieg się odbędzie, ale w ubiegłym roku filmy i zdjęcia z tego mikołajkowego wyścigu obiegły media na całym świecie. Nic dziwnego, bo biegowi dorosłych przebranych w czerwone stroje Mikołajów towarzyszył bieg dzieci, które w pakiecie dostały… zielone kostiumy elfów. W biegu na ok. 5,5 km wzięło udział ponad 6000 ludzi. Imprezę organizowała jedna z największych w Hiszpanii sieci handlowych, a 1 euro z każdego pakietu miał dofinansować świąteczne prezenty dla najuboższych dzieci. Warto śledzić informacje, czy i tym roku Hiszpanie pobiegną w Mikołajki. [su_highlight background="#ee9509" color="#ffffff"]Węgry. Santa Speedo Run[/su_highlight] Dystans: 3,5 km Informacji o tegorocznej edycji na stronach w języku powszechnie zrozumiałym jeszcze nie widać. Szkoda by było, gdyba jego historia zakończyła się po 10 edycjach.  Co prawda startuje tu raptem kilkadziesiąt osób, ale trzeba przecież nie lada odwagi, by w grudniu w Europie środkowej pobiec… w slipkach lub bikini. A do tego w czapce Św. Mikołaja. Bieg niekompletnie ubranych świętych zainspirowała podobna impreza w Bostonie, który leży na tej samej szerokości geograficznej co Budapeszt. W pierwszym biegu w 2004 r. wzięło udział…. 12 uczestników ochranianych przez 24 policjantów!  Oczywiście, za każdym razem biegacze zbierają fundusze na szczytny cel. Więcej informacji: www.mikulaskocogas.hu (także po angielsku)
Julia Webb podczas bicia rekordu. Fot. archiwum państwa Webb Amerykanka Julia Webb pobiła rekord Guinnessa w biegu na 10 km z... dzieckiem w wózku, osiągając w Portland czas 38:15. W rekordowym starcie wykorzystała pożyczoną, 7-miesięczną córeczkę znajomych. Julia Webb nie jest w świecie biegania postacią anonimową. Nie tylko jest żoną rekordzisty USA w biegu na jedną milę, Alana Webba, ale sama startuje w zawodach mistrzowskich, specjalizując się w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Jak mówi, o pobiciu rekordu Guinessa myślała od czasu, gdy wyczytała, że wynosi on tylko 43:07 i należy do Kanadyjki Alyson Tai. Największym problemem było znalezienie odpowiedniego biegu. Kolejni organizatorzy odmawiali zgody na start z wózkiem, tłumacząc się względami bezpieczeństwa. Kiedy w końcu nadeszła akceptacja od lokalnej imprezy w Portland, okazało się, że... brakuje dziecka. 2-letnia córka Joannie, z którą Julia biega na co dzień, przebywała akurat na wakacjach z tatą. Ratunkiem okazała się 7-miesięczna córka znajomych. Julia żartuje, że dało to jej nawet pewną przewagę, bo pożyczone dziecko jest lżejsze od jej własnego. Podczas próby bicia rekordu było zimno i deszczowo. Plan był taki, że mała zostanie zawinięta w nieprzemakalny kocyk i pójdzie spać. Przeżycie było jednak na tyle silne, że nie zmrużyła oka. Wytrzeszczonymi ślepiami patrzyła, jak jej pojazd mija linię mety w rekordowym czasie. - "Dopiero w domu, po wrażeniach całego dnia, zasnęła jak kamień" - powiedziała reporterom Webb.
Fot. shutterstock.com [h2]Skurcze to zmora zawodników startujących na długich dystansach. Przygotowujemy się wiele miesięcy, dbamy o każdy szczegół na naszej drodze do upragnionego wyniku, lecz gdzieś z tyłu głowy czai się zawsze obawa przed nieprzewidzianym problemem na trasie.[/h2] Problem jest nie tylko nieprzewidywalny, lecz także trudny do uniknięcia. Choć objawy opisane są na wszystkie możliwe sposoby, to skutecznych metod na uniknięcie kłopotów jest znacznie mniej. Najczęściej przyczyny upatruje się w odwodnieniu oraz deficycie elektrolitów. Według tej teorii upał i duża wilgotność w znacznym stopniu pomagają w osiągnięciu stanu podwyższonego ryzyka skurczy. Kłopot jednak w tym, że - według wielu badań - pojawiają się one również u osób nie mających problemów z właściwym poziomem wody w organizmie ani obniżonym poziomem elektrolitów. Co więcej, problemy te spotyka się także u osób nienarażonych na wpływ wysokich temperatur, a nawet bez podwyższonej temperatury ciała, towarzyszącej intensywnym ćwiczeniom. Poszukiwania skierowano więc w inną stronę, skupiając się na obserwacji mięśni ud, łydek oraz pośladkowych, szczególnie narażonych na skurcze. Postawiono hipotezę, że lokalne zmęczenie długo i intensywnie używanych mięśni powoduje zakłócenia w ich prawidłowym funkcjonowaniu. To rodzaj krótkich spięć występujący w przemęczonych włóknach i nerwach nimi sterujących. Potwierdzeniem mogła być również obserwacja podwyższonej aktywności impulsów nerwowych w przemęczonych mięśniach, również w stanie spoczynku. British Journal of Sports Medicine dostarczył kolejnych argumentów na poparcie tych tez w swoim badaniu z 2011 roku, obejmującym 200 triathlonistów. Znaleziono istotną korelację pomiędzy tempem i intensywnością a częstością występowania skurczy u zawodników biorących udział w zawodach na dystansie Ironman. Okazało się, że u osób, które narzucały sobie zbyt wysokie tempo, przekraczające realne założenia, problemy pojawiały się znacznie częściej. Zawodnicy starający się utrzymać w zakresie swoich typowych prędkości mieli o wiele mniej powodów do zmartwień. Zaobserwowano również, że skurcze pojawiały się częściej u osób podchodzących do zawodów w stanie przemęczenia lub niedostatecznej regeneracji - co również stanowi wsparcie dla teorii związanej z ponadprzeciętnym zmęczeniem mięśni podatnych na ten problem. W innych badaniach zwrócono także uwagę na korelację związaną z pojawianiem się objawów w rejonach niedawno przebytych kontuzji. Tkanki miękkie w tych miejscach, będąc w fazie odbudowy, są mniej odporne na zmęczenie, co może powodować ich nadmierne forsowanie, nawet podczas dość łagodnych treningów. Obrońcy wymienionych koncepcji zwracają uwagę na lokalne umiejscowienie występowania skurczy u zawodników, co nie jest przecież związane z poziomem nawodnienia czy bilansu elektrolitycznego. Również rozciąganie - częsty sposób na pozbycie się dotkliwego bólu - nie ma wpływu na ilość wody w organizmie. Sądzę, że w walce ze skurczami nie osiągnęliśmy jeszcze całkowitego zwycięstwa. Teorie wciąż się zmieniają. Warto jednak, poza standardowymi metodami skupiającymi się na odpowiednim nawodnieniu i odżywianiu, rozważyć nieco mniejszą intensywność startu w przypadku osób, którym omawiany problem doskwiera szczególnie często.
Advertisment ad adsense adlogger