fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. Getty Images[/h6] Pierwszy poważniejszy mityng halowy bieżącego sezonu zaczął się od mocnego uderzenia Polaków na dystansie 800 metrów. W Dusseldorfie Adam Kszczot i Marcin Lewandowski zakończyli rywalizację na dwóch pierwszych miejscach. Padł też rekord Polski juniorek w sprincie. Czy jest to zapowiedź, że rywalizacja podczas Halowych Mistrzostw Europy rozegra się głównie między Polakami? W Niemczech Adam Kszczot kontrolował bieg od początku. Ustawił się za "zającem", a potem wyszedł na prowadzenie. Na ostatnie okrążenie wbiegł jako pierwszy, a Marcin Lewandowski nie dał rady go dogonić. Czas Adama to 1.46,48 - najlepszy na razie na świecie. Pamiętajmy przy tym, że na hali biega się nieco wolniej niż na stadionie. Marcin Lewandowski na drugim miejscu z wynikiem 1.46,74. Dobre wieści czekały także w biegu kobiet. Zwyciężyła Szwajcarka Selina Buchel z czasem 2.01,87. Na drugim i trzecim miejscu Polski: Joanna Jóźwik 2.02,19, Angelika Cichocka 2.03,02. Dla Lewandowskiego, Kszczota i Jóźwik oznacza to wypełnienie minimum na Mistrzostwa Europy już w pierwszym starcie. Angelice Cichockiej zabrakło 0,02 sekundy. Rywalizacja nie odbywała się może w oszałamiająco mocnej obsadzie, ale tak dobry bieg Polaków na początku sezonu to zapowiedź dużych emocji w kolejnych tygodniach. Emocje czekały na polskich kibiców także w sprincie. Ewa Swoboda poprawiła rekord Polski juniorów na dystansie 60 metrów, osiągając czas 7,31 sekundy. Z innych dystansów rozegranych w Dusseldorfie ciekawy był bieg na 5000 metrów mężczyzn. W Europie w hali biega się ten dystans bardzo rzadko. Niemiec Arne Gabius, który jesienią złamał 2:10 w maratonie, atakował rekord kraju - skutecznie. Wygrał z czasem 13.27,53 i jest to nie tylko rekord Niemiec, ale i najlepszy w tym roku czas na świecie. Na 3000 metrów także uzyskano najlepszy wynik w tym sezonie. Dokonał tego Kenijczyk Nixon Chepseba, pierwszy na mecie z czasem 7.44,72. Pełne wyniki mityngu dostępne po kliknięciu.
Yukon Arctic Ultra 2014. Fot. Martin Hartley Yukon Arctic Ultra to impreza dla zimnych drani. Odczuwalna temperatura spada do -50 st. C, a do pokonania jest 700 km. Po raz pierwszy w historii imprezy weźmie w niej udział Polak - Michał Kiełbasiński, mocny ultras z Łodzi. Yukon Arctic Ultra - zimowa masakra Impreza wystartuje już 8 lutego na Alasce. Zawodnicy mieli do wyboru różne dystanse: maraton, 100 mil, 300 mil, 430 mil, czyli blisko 700 km. Ta najdłuższa trasa prowadzi szlakiem Yukon Quest, gdzie odbywa się najtrudniejszy na świecie wyścig psich zaprzęgów. Limit czasu na najdłuższym dystansie to 312 godzin, czyli 13 dni. Daje to konieczność pokonywania 54 kilometrów dziennie, co w normalnych warunkach byłoby „nieco męczące”, a na zmrożonej Alasce jest jakąś abstrakcją. Rekord trasy to na razie 7,5 dnia – taki wynik zmusił do pokonywania ok. 93 km w ciągu doby! Ale nie ma co się specjalnie nastawiać na rekord - lepiej nastawić się na przeżycie. W 2007 r. temperatura spadła poniżej -60 st. C, przez co organizatorzy przerwali bieg i ewakuowali uczestników z trasy, bojąc się o ich życie. Mówiąc eufemistycznie: upałów nie ma się co spodziewać. Fot. Anaïs Marceau Uczestnicy wyścigu muszą być praktycznie samowystarczalni – pomocą dla nich będą przepaki rozmieszczone co… 150 km (w sumie 4 punkty na trasie). Będzie można przygotować sobie na nie paczki o maksymalnej wadze 6 kg. To niewiele. Każdy z zawodników, żeby przetrwać, będzie musiał ciągnąć za sobą sanie śnieżne z niezbędnym ekwipunkiem - to dodatkowe nawet 20 kg obciążenia. W wyposażeniu obowiązkowym są m.in.: apteczka, odzież, oświetlenie, odporna na wiatr zapalniczka, zabezpieczone przed wodą zapałki, śpiwór, podpałka, kompas, łyżka, kubek, miska, nóż, gwizdek, mała łopata, zapas żywności na 48 godzin. Nocować można między przepakami, w dowolnych miejscach, ale tak, żeby wciąż być widocznym ze szlaku. W każdej chwili można też zrezygnować z kontynuowania wyścigu – organizatorzy odwiozą takie osoby do bazy. Trasę można pokonywać pieszo, na nartach lub na rowerze. W tym roku na trasie 700-kilometrowej wystartuje 31 osób, w tym 19 pieszo, 6 na nartach i 5 na rowerach. W pierwszym gronie znajdzie się jeden Polak - Michał Kiełbasiński, który chciałby dotrzeć do mety po 10 dniach, pokonując średnio 70 km dziennie. Najmłodszy tegoroczny uczestnik tej trasy będzie miał – a właściwie będzie miała, bo to kobieta, Kanadyjka Jessie Thomson-Gladish – 29 lat, a najstarszy – Anglik James Binks – 70 lat. Yukon Arctic Ultra 2014. Fot. Martin Hartley „Kiełbasa na zimno” Tak przed imprezą o Kiełbasińskim mówią jego koledzy z Teamu 360 stopni. Piszą: To, że Kiełbaska ma niezbyt równo pod deklem, też wiadomo nie od dzisiaj. Ale pojawił się kolejny, niepodważalny dowód na potwierdzenie tej tezy: oto nasz kolega z miasta Łodzi, z centralnej Polski, wybiera się na spacer po straszliwym, kanadyjskim zadupiu. Spacer ma jakieś 700 kilometrów długości i wiedzie przez bezdroża Jukonu, czyli takiego zakątka, gdzie jak się dwóch ludzi spotka, to już wygląda na tłumną manifestację. Michał Kiełbasiński ma 47 lat i wynikające z tego wieku doświadczenie (bez obrazy!). 15 lat temu zaczął startować w rajdach przygodowych (adventure racing), zaliczył sporo ultramaratonów. Był mistrzem Polski w adventure racjing w 2009 i 2010 roku, wicemistrzem Polski w Biegowych Maratonach na Orientację, w 2013 wygrał pierwszą edycję Biegu Siedmiu szczytów (240 km). Znany jest ze swoich treningów polegających na ciągnięciu opony przyczepionej do pasa oraz z kontynuowania Biegu Ultra Granią Tatr (2013) z rozkrwawionym, złamanym nosem. Przy tak niskich temperaturach Michał jeszcze nie napierał, ale przecież kiedyś trzeba spróbować czegoś nowego. Kiełbasiński jest już w Whitehorse – miejscu startu imprezy. Ma kilka dni na aklimatyzację i 8 lutego ruszy na trasę. Trzymamy kciuki za dobrą pogodę, sprawną łydnę i żelazną psychę! Pokój Michała podczas przygotowań i pakowania się. Fot. facebook.com/michalkielbasinskinayukon Warto śledzić: fanpage Michała Kiełbasińskiego na Facebooku stronę internetową zawodów: www.arcticultra.de/en http://vimeo.com/30287934
Rys. Bartek Różycki [h2]Kilometraż to temat kontrowersyjny. Wielu biegaczy uważa, że na treningach musi tłuc dużo kilometrów, a swoje niepowodzenia tłumaczą niedostateczną objętością. Są niewolnikami długich wybiegań i wielkich liczb w dzienniczkach. To ich napędza. Czy słusznie?[/h2] Trucht jest, rzecz jasna, podstawowym środkiem treningowym, nie tylko u biegaczy, niemalże w każdym sporcie, nie tylko wytrzymałościowym. Bez niego nie ma mowy o zbudowaniu ogólnej wytrzymałości. Jest jednak złota zasada w treningu biegowym, która staje się coraz popularniejsza: jakość wykonanej pracy jest ważniejsza niż ilość. Czy zatem plany treningowe i filozofia oparta na dużym przebiegu, a nawet skrajnej liczbie kilometrów są przereklamowane? Czy bardzo długie wybiegania mogą czasem zaszkodzić? Jakie są optymalne wartości? Dużo kilometrów, dużo kontuzji Nie tylko statystyki, ale przede wszystkim wymiana doświadczeń i informacji między biegaczami i trenerami pokazują, że aktualnie jedną z najczęstszych przyczyn urazów i kontuzji u biegaczy, na niemalże każdym szczeblu wytrenowania, jest zbyt duże obciążenie treningiem. Zawodnicy biegają za dużo, a zwłaszcza nie to, co powinni. Związane jest to również ze zbyt szybkim wzrostem liczby kilometrów w stosunku do aktualnych możliwości zawodnika, jego stażu i niedostatecznego przygotowania układu ruchu. Zwłaszcza wielu początkujących biegaczy, aspirujących do miana „maratończyka”, którzy w euforii połykają kolejne kilometry, myślą, że będą wyjątkiem od reguły. Nie będą. Entuzjazm szybko się kończy. Sam jeszcze do niedawna uważałem, że w przygotowaniach do półmaratonu i maratonu połowa sukcesu to duża objętość… Teraz widzę, że to ślepy zaułek. Zaczynamy biegać więcej i więcej, a w zawodach biegamy wolniej, nie wspominając o ryzyku odniesienia kontuzji czy przetrenowania. Dlatego na szkolenie biegacza długodystansowego szykującego się np. do startu w maratonie, trzeba spojrzeć globalnie, jak na zbiór rozmaitych elementów, a nie tylko przez pryzmat długich wybiegań. Po co biegamy wolno? Powszechnie uważa się, że wyznacznikiem rozwoju wytrzymałości ogólnej biegacza jest przede wszystkim objętość biegu na spokojnych, umiarkowanych prędkościach. W szczególności pomocne nam jest wybieganie czy też rozbieganie. Już te przedrostki „roz-”, „wy-” informują nas o początku jakiegoś procesu. A szkolenie w sportach wytrzymałościowych to przecież proces długotrwały. Rozbiegania mają przygotować nas do intensywniejszych treningów, stać się fundamentem i bazą tlenową. Dotyczy to zarówno zawodników wchodzących w świat sportu, jak również tych doświadczonych u progu kolejnego sezonu, po okresie roztrenowania. Pamiętam, jak trenerzy zwykli mówić o początkującym zawodniku, mającym jakiś potencjał, ale na chwilę obecną bez szczególnych osiągnięć: „On będzie dobrym zawodnikiem, tylko musi się kilka lat wybiegać”. Chodzi rzecz jasna o spokojny, rozwojowy trucht, dokładanie kilometrów z każdym kolejnym sezonem i przechodzenie przez kolejne etapy treningu. Jak działa wybieganie? Wybieganie to podstawowy środek treningowy zaliczany do środków ogólnej wytrzymałości biegowej, charakteryzujący się intensywnością, która pozwala czerpać energię tylko z procesów tlenowych. Należy je wykonywać w formie ciągłej, unikając przerw odpoczynkowych (chyba że zaczynasz biegać), ale by uniknąć zupełnej monotonni lub zwiększyć efektywność treningu, można je łączyć z innymi środkami treningu. Długość wybiegania uzależniona jest od dystansu docelowego, do którego się przygotowujemy. Wybiegania wpływają na podnoszenie funkcjonalnych i ogólnych możliwości układu krążenia i oddechowego. To te dwa układy, najważniejsze dla biegacza, są głównym determinantem wpływającym na kontynuowanie wysiłku przez długi czas. Ponadto długie wybiegania są podbudową pod pracę treningową o coraz wyższej intensywności. [su_box title="Rola długich wybiegań:" box_color="#128023"] Są łagodną formą treningu pozwalającą na podnoszenie ogólnego poziomu wytrzymałości, zwłaszcza u osób początkujących oraz średniozaawansowanych zawodników zarówno w okresie przygotowawczym, jak i BPS. Uczą organizm efektywnego gospodarowania źródłami energii, wykorzystania tłuszczy jako paliwa w biegach okołomaratońskich i dłuższych. Zwiększają wytrzymałość mięśni i odporność na długotrwały wysiłek. Zaprawiają nas mentalnie do pokonywania dalekich odległości. Pomagają w usuwaniu produktów zmęczenia mięśni. Są formą masażu dla obolałych mięśni po ciężkich akcentach w przypadku zawodników zaawansowanych. Bez długich wybiegań nie da się przygotować do długich dystansów, ale w kontekście przygotowań maratońskich, a także niekiedy półmaratońskich, wielu zawodników zbyt mocno ufa długim wybieganiom poświęcając na realizację tych jednostek za dużo czasu. Jak długie powinny być nasze wybiegania, by optymalnie wykorzystać płynące z nich profity?[/su_box] Rys. Bartek Różycki Symulacja maratońskiej ściany Zwłaszcza w maratonie dążymy do symulowania zmęczenia, jakie będzie nam towarzyszyć podczas startu docelowego. Biegacze uważają, że najlepszym rozwiązaniem są właśnie długie wybiegania, te powyżej 30 km, a nawet 35 km! W ten sposób budują się psychicznie, wzmacniają nogi, dostają zastrzyk wiary, że uda się nie tylko przebiec dystans, ale także uzyskać dobry wynik. O ile w starciu z praktyką wzmocnienie psychiczne jeszcze jest do zaakceptowania, to korzyści fizjologicznych nie ma tutaj właściwie żadnych! Informacje przekazywane pocztą pantoflową z pokolenia na pokolenie od lat 70. i 80. pokutują do dzisiaj – 35-kilometrowe wybieganie najlepiej przygotuje cię do zderzenia ze ścianą. Rzeczywiście, „uderzenie w ścianę” często występuje na 30.-34. kilometrze, ponieważ organizm może przechowywać w mięśniach i wątrobie ograniczoną ilość najcenniejszego paliwa – glikogenu, podczas pracy w tempie maratonu – dla wyściganych biegaczy to właśnie ten punkt. Dla biegaczy z pułapu 3:15 i szybciej, nie wspominając o elicie, biegi do 30 kilometrów są fizjologicznie uzasadnione właśnie z powodu czasu trwania tego wysiłku w ich wykonaniu. Mają za zadanie mocno uszczuplić zasoby węglowodanów, by organizm nauczył się coraz doskonalej czerpać energię ze spalania kwasów tłuszczowych. Jednak ta grupa zawodników zwyczajnie w świecie biega szybciej i większość upora się z 30-kilometrowym biegiem w 120-150 minut. Amatorom pokonanie na treningu takich dystansów zajmie… ponad 180 minut, a nowicjuszowi z poziomu 4:30-5:00 dokładnie 200-210 minut! To bezproduktywne treningi. Długie wybiegania mogą szkodzić Badania naukowe wykazały, że ponad 2,5-godzinne wybiegania nie dają nam praktycznie żadnych korzyści związanych z rozwojem wytrzymałości tlenowej. Jej najefektywniejszy wzrost następuje między 60. a 90. minutą wysiłku. Oznacza to, że 3-godzinne biegi na treningu nie mają najmniejszego sensu, a mogą nawet powodować regres naszych zdolności wytrzymałościowych. Za długie wybiegania dla amatorów są bezużyteczne także biomechanicznie. Nie tylko zwiększają ryzyko urazu, ale również wydłużają czas odpoczynku nawet o kilkadziesiąt godzin przez nagromadzone zmęczenie mięśniowe! Biegi w granicach trzech godzin osłabiają nasze mięśnie, stawy, więzadła i ścięgna do granicy podatnej na uszkodzenia. Cały układ odpornościowy jest mocno osłabiony. Zwłaszcza w momencie, kiedy po długim wybieganiu nie zadbamy o właściwy odpoczynek, higienę mięśni i ich regenerację czyli rozciąganie, odżywianie, kąpiel, masaż i sen, a realizujemy konsekwentnie kolejne treningi - to najszybsza droga do złapania infekcji, choroby i urazów. Długie wybiegania powinny się odbywać przy zachowaniu prawidłowej techniki biegu, a u niektórych często już po 60-minutowym wybieganiu daleka jest ona nie tylko od ideału, ale także od naszego codziennego sposobu biegania. Jeśli dodatkowo mamy nadwagę, to problem staje się groźniejszy. Utrwalanie i powtarzalność złych nawyków pod wpływem dziesiątek tysięcy kroków, w połączeniu z nadgorliwością, daje niemalże 100-procentową pewność pojawienia się przeciążeń, prowadzących w konsekwencji do kontuzji. Żebyśmy się zrozumieli – nie chcę negować konieczności wykonywania długich biegów trwających ok. 2-2,5 h i tym samym burzyć utartej przez lata głównej filozofii szkolenia maratońskiego, więc zaznaczam, że w treningu mogą okazać się zgubne dla zawodników początkujących oraz tych, którzy pokonują królewski dystans w 3:30 i wolniej. A to właśnie tych biegaczy na trasach biegowych jest najwięcej (i wciąż przybywa nowych). To ta grupa zawodników ma największy problem z ustaleniem górnej i optymalnej granicy najdłuższych biegów. O ile ich płuca mogą być przygotowane na długie, wręcz ekstremalne treningi, to dla mięśni jest to zdecydowanie zbyt dużo. [su_box title="Niebezpieczeństwo zbyt długich wybiegań:" box_color="#b51c0f"] Zagrożenie przeciążeniami: bóle w stawach skokowych, kolanowych i biodrowych, a także często w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Mocno osłabiony układ odpornościowy podatny na infekcje i choroby. Zanikająca „świeżość” oraz uczucie „zamulenia”. Zanikające zdolności szybkościowe lub problemy z odcinkami na wyższych prędkościach. Pojawiające się wypalenie treningiem, niechęć do biegania. Wydłużenie czasu regeneracji, w konsekwencji uniemożliwiające nam realizację planu treningowego. Poczucie ogólnego wyczerpania.[/su_box] Krótsze wybiegania – 15-20 km – możemy realizować praktycznie w każdym tygodniu, jednak dokładając już kilka kilometrów powodujemy, że trening staje się bardzo wymagający, a ryzyko kontuzji wzrasta. Dlatego miernikiem naszych długich wybiegań powinien być ogólny czas wysiłku, a nie dystans. Dla zawodników rozpoczynających przygodę z bieganiem każde wybieganie, nawet to tzw. „z nogi nogę”, w formie ciągłej bez zatrzymywania się, trwające od 45 do 90 minut, jest budujące i w zupełności wystarczy w przygotowaniach do dystansów okołomaratońskich. Takie wybieganie w formie jednostajnego, spokojnego i ekonomicznego biegu to obowiązkowy trening dla każdego początkującego maratończyka. Jeśli w 16-tygodniowych przygotowaniach wykonamy co najmniej 6 długich 90-minutowych wybiegań (jedno co 2 tygodnie) oraz dwa 2-godzinne (w miarę zbliżania się do startu), w połączeniu z treningami tempa, szybkości i siły, przeplatanymi odpoczynkiem, to z optymizmem możemy przystąpić do realizacji naszych sportowych ambicji. Wraz ze wzrostem naszego wytrenowania okaże się, że w ciągu tych 90 minut pokonujemy coraz to większe odległości, nasze prędkości wzrastają, a tętno zostaje na tym samym poziomie. Wtedy widzimy, że trening jest skuteczny i podążamy właściwą drogą. Rys. Bartek Różycki Alternatywy dla długich wybiegań Czy można w jakiś sposób obejść długie wybiegania, by efektywnie przygotować nasze ciało na pokonanie 42 kilometrów? Tak, odpowiedź jest bardzo prosta. To zasada, którą zwykle stosują zawodnicy wyczynowi, a inni, często nieświadomie, zapominają o jej istnieniu - to kumulacja naszego treningowego zmęczenia. Nakładanie się na siebie treningu, dzień po dniu, zwłaszcza w okresie przygotowawczym czy bezpośredniego przygotowania startowego, jest wystarczającym obciążeniem dla naszego organizmu, które pozwoli mu w konsekwencji przygotować się psychicznie i fizycznie. Skrócenie naszych długich wybiegań i połączenie ich z innymi ważnymi elementami treningu da nam tę samą tolerancję na zmęczenie. Niestety często zawierzamy planom treningowym, które koncentrują się tylko i wyłącznie na liczbie kilometrów przebiegniętych w tym samym tempie, a ignorują interwały, siłę biegową, tempo – ogólnie kształtowanie szybkości… Dzięki temu budujesz wytrzymałość, ale niestety nie taką specyficzną, opartą na potrzebnej prędkości, która pozwoli ci pokonać szybciej dystans maratoński i biegi na dystansach od 10 km do półmaratonu, które w konsekwencji są wypadkową naszego wyniku maratońskiego. Jeśli zdecydujesz się na „krótsze” dłuższe wybiegania, w twoim planie treningowym w końcu znajdzie się czas na wdrożenie szybszych, bardzo istotnych elementów treningu, które efektywniej rozwiną twój próg tlenowy. Do tego będziesz efektywniej się regenerował. Długie biegi ciągłe w tempie półmaratońskim czy maratońskim z przyśpieszeniem, biegi z narastającą prędkością czy biegi zmienne, nauczą twoje ciało reakcji na zmęczenie podobne do tego podczas głównego wyścigu. Ponadto takie treningi jeszcze lepiej zwiększają zdolności organizmu do magazynowania energii i gospodarowania nią, a także przyzwyczajają do bardziej efektywnego wykorzystania tłuszczu jako naszego paliwa. Dzięki temu poprawisz ogólną jakość twojego szkolenia. Zalecana maksymalna objętość w cyklu tygodniowym w kilometrach w zależności od docelowego dystansu i poziomu zaawansowania danego biegacza: [su_table] Dystans POCZĄTKUJĄCY ŚREDNIOZAAWANSOWANY ZAAWANSOWANY 5 km 15-20 km 20-40 km 45-60 km 10 km 20-35 km 30-45 km 45-75 km Półmaraton 35-45 km 45-60 km 70-90 km Maraton 45-60 km 60-85 km 90-120 km [/su_table] Według badań naukowych górna granica fizjologiczna, która może wpływać pozytywnie na rozwój naszej wydolności bez szkody dla układu kostnego i mięśniowego w kontekście objętości treningu, waha się między 100 a 120 km w tygodniu, choć zawodnicy z elity pokonują w przygotowaniach do maratonu średnio od 160 do 200 km tygodniowo. Nie przeginaj! Wybieganie powinno być biegiem w swobodnym, komfortowym tempie. Jeśli dostajesz zadyszki - zwolnij. Jeśli samopoczucie masz dobre, możesz biec trochę szybciej niż zwykle, jeśli jesteś ociężały, zwolnij. Niech twoje ciało powie ci, jak szybko danego dnia może biec. Strefa tętna, w której powinien odbywać się trening, mieści się między 65-75% HRmax – to uśrednione popularne wartości, jednak w mojej ocenie wartości tętna w poszczególnych strefach intensywności to bardzo indywidualny czynnik, często zmieniający się w zależności od okresu treningu. Szybkość truchtu zależy też od stopnia wytrenowania. Wyczynowcy potrafią pokonać ponad 20-kilometrowe rozbiegania z prędkością średnią poniżej 4:00 min/km. Trzeba pamiętać, że nasze wybiegania mogą, ale nie zawsze muszą przerodzić się w inny rodzaj treningu, czyli np. bieg ciągły w popularnym polskim II czy III zakresie intensywności, bieg z narastającą prędkością (BNP) czy w tempo startowe. Oczywiście to jeden ze sposobów urozmaicenia naszych wybiegań, jednak zalecałbym, by było to zaplanowane i w miarę możliwości kontrolowane, a co ważne - miało miejsce po wspomnianym na początku tekstu - okresie „rozbiegania się”, kiedy to na liczniku mamy już sporo startów i przebiegniętych kilometrów oraz uważamy się za doświadczonego biegacza. Inaczej możemy szybko zahamować nasz rozwój i entuzjazm. Jeśli w przeddzień naszego wybiegania wykonaliśmy mocny akcent i nagle wybieganie przerodzi się w następny mocny trening, a za 2 dni czeka nas kolejny akcent (np. siła biegowa lub interwał), to okaże się, że większość jednostek treningowych w cyklu tygodniowym, zafundowaliśmy sobie w formie mocnych bodźców. Po próbie utrzymania takiego reżimu przez 2-3 tygodnie marzenia o życiówce legną w gruzach. Tematy związane z kilometrażem zawsze będą kontrowersyjne. Ci, którzy lubią i wolą biegać więcej, zawsze będą promować swoje teorie i metody, a ci drudzy - swoje. Jeśli jednak jesteś zwolennikiem długich wybiegań, a twoje wyniki stoją w miejscu, a ty sam łapiesz często urazy, to może przyczyna tkwi właśnie w za dużej objętości? Spróbuj coś zmienić, postaw na jakość i poczekaj na efekty. Każdy z nas musi odkryć swoją indywidualną drogę po upragnione wyniki. Karol Nowakowski, "Jak dużo to już za dużo?", Bieganie wrzesień 2014
Mistrz olimpijski z 2004 roku na dystansie 800 metrów, Rosjanin Jurij Borżakowski, niedzielnym startem w Moskwie zakończy swoją karierę zawodniczą. Ostatnim sukcesem Rosjanina było złoto mistrzostw Europy w 2012 roku.
Pierwsze takie wydarzenie, podczas którego w jednym miejscu spotkają się zarówno teoretycy, jak i praktycy zajmujący się sportami zespołowymi oraz indywidualnymi. 6 i 7 marca 2015 r. w warszawskim Centrum Olimpijskim eksperci z Polski i z zagranicy podzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem podczas wielu wykładów, seminariów i prelekcji. Specjalnie zaplanowane warsztaty pozwolą uporządkować wiedzę z zakresu psychologii, aby pomóc sobie, swoim zawodnikom lub swoim dzieciom chętniej i efektywniej trenować oraz wykorzystywać własny potencjał. Kongres podzielony będzie na trzy bloki tematyczne, pokrywające się z potencjalnymi potrzebami odbiorców - zawodników, trenerów i rodziców młodych sportowców. 1. W sekcji dla rodziców, dowiemy się jak być dobrym rodzicem sportowca, w jaki sposób wspierać dziecko w trudach, w jaki sposób motywować do uprawiania sportu, jak pomóc mu zmierzyć się ze stresem i presją, ale przede wszystkim, w jaki sposób nie przekraczać pewnej granicy - granicy podważania kompetencji i decyzji trenera. 2. Kolejna sekcja skierowana będzie do trenerów i zawierać będzie wiedzę, w jaki sposób zwiększać zaangażowanie zawodników, jak pracować z różnymi zawodnikami, zarówno indywidualnie jak i w przypadku drużyn, w jaki sposób prowadzić współpracę z psychologiem sportu, jak korzystać z narzędzi psychologicznych po to, żeby zawodnicy mogli osiągać jeszcze lepsze rezultaty. 3. Sekcja przeznaczona dla samych zawodników będzie dotyczyła tego, jak samodzielnie korzystać z dostępnych możliwości wykorzystywania treningu mentalnego, relaksacji w podnoszeniu swoich własnych wyników sportowych. Poruszane będą m.in. następujące tematy: Pewność siebie w sporcie i w życiu – jak ją budować i balansować. Atrybucje zawodników sportów zespołowych w sytuacji sukcesu i porażki. W jaki sposób korzystać z narzędzi psychologicznych w prowadzeniu zawodników. Trening wyobrażeniowy - placebo czy realny wpływ na poprawę wyników sportowych. Jak kształtować wytrwałość zawodnika w XXI wieku. Padłeś – powstań! W drodze na szczyt po kontuzji, czyli o pokonywaniu trudności i motywacji w chwilach kryzysu. Bilety Organizatorzy proponują 3 rodzaje biletów - PROMO, SILVER oraz GOLD - różniące się zakresem świadczeń. Pakiety te kosztują odpowiednio 200, 350 lub 550 zł. Bilety można kupić na stronie organizatora. https://www.youtube.com/watch?v=dRtSjE3fRYw&list=UUPidmtUuweqhHCH5JsQoixw Więcej informacji: www.kongrespsychologiisportu.pl Magazyn BIEGANIE jest patronem medialnym Kongresu.
[h6]Sałatka z kaszą quinoa. Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Quinoa czyli komosa ryżowa lub ryż peruwiański to coraz popularniejszy produkt na talerzach osób żywieniowo świadomych. Wbrew nazwie nie ma on nic wspólnego z tradycyjnym ryżem. Nie jest nawet zbożem… Od około 5000 lat te skrobiowe nasiona są znane i powszechnie uprawiane w krajach Azteków i Inków. Komosa ryżowa ma bardzo wysoką gęstość odżywczą czyli wysoką koncentrację składników odżywczych.[/h2] Poleca się ją cukrzykom, osobom z chorobami układu krążenia, z chorobami przewodu pokarmowego, starszym, dzieciom oraz osobom poddawanym silnym obciążeniom intelektualnym oraz fizycznym. Ze względu na wartość odżywczą oraz łatwą adaptację do upraw w trudnych warunkach klimatycznych, ONZ rok 2013 ogłosiła rokiem komosy ryżowej! 100 g suchych ziaren pokrywa w ok.20 - 30% zapotrzebowanie na magnez, fosfor, kwas foliowy, miedź i mangan, niewiele mniej jest żelaza, cynku i witaminy B6. Są to witaminy i minerały niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Ich zapotrzebowanie wzrasta u osób regularnie trenujących, dlatego też szczególnie istotne jest wybieranie produktów bogatych w te składniki. Pokrycie zapotrzebowania na nie z produktów o niższej gęstości odżywczej wymagałoby jedzenia dużo większej ilości pożywienia, co przy regularnych treningach jest trudne do realizacji. Oczywiście alternatywą są suplementy, ale chyba nie trzeba przypominać, że biodostępność składników odżywczych z suplementów jest dużo gorsza niż z naturalnej żywności. Quinoa zawiera 14- 18% białka, co jest wartością bardzo wysoką jak na roślinę. Dodatkowo jeśli prześledzimy skład aminokwasowy to okazuje się, że zwiera ona wszystkie aminokwasy egzogenne czyli te, których nasz organizm nie jest w stanie sam wytworzyć, co nie jest częste w przypadku roślin. Szczególnie istotna jest tu obecność lizyny, aminokwasu, który występuje tu w znaczących ilościach. Lizyna odpowiada za prawidłową syntezę białka w organizmie, poprawia również wchłanianie wapnia. Działanie lizyny często porównuje się do działania sterydów, gdyż równie intensywnie wpływa na wzmocnienie tkanki mięśniowej oraz jej tempo regeneracji. Co równie istotne, strawność tego białka jest bardzo wysoka, ugotowana komosa ryżowa charakteryzuje się strawnością na poziomie 90-92%. Te cechy szczególnie ucieszą osoby, którym zależy na utrzymaniu szczupłej sylwetki oraz te, które nie chcą lub nie mogą jeść mięsa. Komosa ryżowa to również wartościowa opcja dla osób z nietolerancją lub alergią na gluten. Osoby eliminujące gluten z diety często są narażone na niedobory żywieniowe, spożywana regularnie komosa skutecznie temu zapobiegnie. Quinoa nie jest zbożem ale zawiera porównywalną ilość węglowodanów, ok. 60% z czego 6% stanowi błonnik pokarmowy. Ilość błonnika jest prawie dwukrotnie większa niż w większości zbóż, uważać zatem trzeba z komosą w posiłkach bezpośrednio przed treningami czy startami.  Charakteryzuje się niskim indeksem glikemicznym (zawartość cukrów prostych wynosi zaledwie 0,8 g na 100 g produktu). Węglowodany jako jedno z podstawowych źródeł energii  warunkuje czas pracy (wysiłku), do momentu pojawienia się uczucia zmęczenia. Niedobór węglowodanów lub wahania jego poziomu we krwi (węglowodany o wysokim IG) przyspiesza zakwaszenie mięśni przez co uczucie zmęczenia pojawia się dużo szybciej. Odpowiednia ilość i jakość węglowodanów warunkuje również szybkość i jakość regeneracji powysiłkowej. W praktyce węglowodany te: zabezpieczają przed  nagłym spadkiem poziomu glukozy (energii) we krwi podczas treningu czy startu; spożywane w posiłkach pomiędzy treningami przyczynia się do maksymalnego  zgromadzenia rezerw glikogenowych; spożywane w posiłkach wieczornych zabezpieczają przed zużywaniem glikogenu podczas snu; nie powodują przyrostu tłuszczowej masy ciała. Obecność kwasów tłuszczowych omega 3, flawonoidów i innych przeciwutleniaczy jeszcze podnosi wartość komosy. Ma działanie rozgrzewające dlatego też idealnie sprawdzi się w posiłkach w chłodnej porze roku. Ziarna komosy są otoczone warstewką saponiny, której nadmiar sprawnie można usunąć płucząc ziarna przed obróbką. Saponiny odpowiadają za gorzkawy smak ale również mają działanie przeciwzapalne, przeciwwirusowe oraz stymulujące układ odpornościowy. Osoby z zaleceniami ograniczenia szczawianów w diecie powinny uwzględnić to w spożyciu komosy, gdyż ma ona ją w swoim składzie. Przypadków uczulenia na komosę odnotowano zaledwie kilka, co jest dobrą informacją dla osób ze skłonnościami do alergii. [su_highlight background="#e76349" color="#ffffff"]Surówka z komosą ryżową[/su_highlight] Komosa ryżowa - 1 szklanka Pomidor - 2 Ogórek - 3 Cebula cukrowa - 1 Cienki szczypiorek - pęczek Natka pietruszki - pęczek Sos: oliwa 3 łyżki, sok z cytryny 1 łyżka, roztarty ząbek czosnku, sól i pieprz Ugotować komosę w 2 szklankach wody, wystudzić. Pomidora i ogórka pokroić w grubszą kostkę a cebulę, szczypiorek i natkę posiekać drobno. Wymieszać z wystudzoną komosą i polać sosem. [su_highlight background="#e76349" color="#ffffff"]Zupa z komosą ryżową[/su_highlight] Dynia - szklanka drobno pokrojonej Marchew - 1 duża Pietruszka - 1 duża Natka pietruszki  - pęczek Cebula czerwona - 1 Komosa ryżowa ugotowana - ½ szklanki Oliwa - 1 łyżka Siemię lniane - 1 łyżka Przyprawy: sól, pieprz, liść laurowy, posiekany ząbek czosnku Woda/bulion warzywny - 750 ml Marchewkę i pietruszkę pokroić w kostkę tej wielkości co dynia, a cebulę w piórka. Pokrojone warzywa dodać do gotującej się wody/bulionu, po 10 minutach gotowania dodać siemię lniane, komosę i gotować jeszcze ok. 5 minut. Doprawić przyprawami i podawać syto posypaną natką pietruszki i skropioną oliwą. [h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [su_highlight background="#e76349" color="#ffffff"]Łosoś z komosą ryżową[/su_highlight] Komosa ryżowa ugotowana - 2 szklanki Łosoś - 200 g Baby szpinak - 100 g Czosnek 2 -3 ząbki Olej - 2 łyżki Sos ostrygowy - 2 łyżki Sól, pieprz Na patelni rozgrzać olej i podsmażyć lekko drobno posiekany czosnek. Zdjąć czosnek i na tej samej patelni smażyć poporcjowanego łososia po ok. 20 sekund z każdej strony. Po usmażeniu z drugiej strony polać rybę sosem ostrygowym, dodać na patelnię ugotowaną kaszę i czosnek – smażyć razem aż komosa będzie gorąca. Zdjąć z ognia, dodać szpinak i przyprawić do smaku. Najlepsze bezpośrednio po przygotowaniu. Smacznego!
Karolina Jarzyńska, najszybsza polska maratonka ostatnich lat, nie wystartuje w najbliższym sezonie - jest w ciąży. Partnerem Karoliny i ojcem dziecka jest jej wieloletni trener, Zbigniew Nadolski.
[h6]Fot. feelforthewater.com[/h6] [h2]Nie to, żeby dzieci od razu chwytały oddychanie w wodzie, jednak już od samego początku są uczone poprawnych nawyków. „Włóż głowę do wody i mocno wydmuchuj bąbelki” - to pierwsze słowa, jakie dziecko usłyszy od instruktora na basenie. Samouk w tym względzie ma znacznie trudniej; nam, dorosłym, brakuje dziecięcej śmiałości i odwagi. I być może to właśnie nauka oddychania powinna być pierwszym krokiem do naprawy kulejącego stylu pływania.[/h2] Mimo że wcześniej wspomniane „wydmuchiwanie bąbelków” brzmi dla dorosłego co najmniej niepoważnie, to tak naprawdę jest podstawowym nawykiem, jaki powinien towarzyszyć nam w wodzie już od pierwszego zanurzenia głowy. Wielu pływaków amatorów zatrzymuje oddech i pomimo pozornych korzyści, wynikających ze zwiększonej wyporności, hamuje swoje dalsze postępy. W praktyce zatrzymane powietrze unosi płuca do góry, doprowadzając do opadania bioder i problemów z utrzymaniem dobrej sylwetki. Powietrze powinno być pod wodą powoli i stopniowo wydychane, tak żeby w chwili podniesienia lub zrotowania głowy (w zależności od stylu) mieć w płucach wolne miejsce na kolejną porcję powietrza. Zatrzymywanie oddechu podczas płynięcia albo przedłuża fazę wdechu (co jest zwykłą stratą energii), albo uniemożliwia pełną wymianę powietrza (co znacznie przyśpiesza deficyt tlenowy). Na pytanie: „oddychać nosem czy ustami?” jest tylko jedna odpowiedź: obojętne, ważne, żeby wydawało się naturalne. Proste ćwiczenie, które pomaga uporać się z tym problemem, to mówienie do siebie pod wodą. Znowu śmieszne, ale skuteczne, gdyż pod wodą i tak słabo słychać, a pomaga wykształcić poprawne nawyki. Inne pomysły to na przykład nauka wypuszczania powietrza tak długo, żeby swobodnie położyć się na dnie, czy różne zabawy z nurkowaniem (podnoszenie przedmiotów z dna, pływanie pod nogami itp.). Kiedy już złapiemy odruch wydychania powietrza do wody, warto popracować nad samą pozycją głowy. Oczywiście będzie ona nieco inna w każdym ze stylów, ale najczęstsze błędy to zbyt mocne zadzieranie głowy do góry czy nadmierne zginanie kręgosłupa (na boki lub do tyłu). Najprostsza zasada to trzymanie głowy w linii kręgosłupa. Przykładowo, w kraulu każde zadarcie głowy do góry rodzi szereg błędów: zwiększa się opór czołowy, zmniejsza wyporność, czego efektem jest opadanie bioder, oraz traci się optymalną linię ciała (za pozycją głowy układa się cały kręgosłup). Niestety, naprawienie pozycji głowy jest bardzo frustrujące i wymaga wielkiej koncentracji. Trzeba też pamiętać, że - z punktu widzenia biomechaniki - oddychanie podczas pływania jest niechcianą koniecznością, gdyż wybija z równowagi, zwiększa opory ruchu i ogólnie kosztuje sporo energii. Skrajnym przykładem jest rezygnowanie z oddychania przez sprinterów – w wyścigach, gdzie każda setna sekundy jest na wagę złota, oddech byłby tylko stratą czasu. Oczywiście na dłuższym dystansie oddychanie jest niezbędne, ale zasady biomechaniki ruchu obowiązują nadal – nabieranie powietrza powinno się odbywać przy jak najmniejszych zakłóceniach pozycji. Spośród wszystkich pływackich styli, oddychanie w kraulu jest zdecydowanie najtrudniejsze i najbardziej skomplikowane. Rotacja głowy i barków może być uciążliwa, szczególnie że usta powinny tylko nieznacznie wystawać nad powierzchnię wody. Trikiem na obniżenie głowy jest wykorzystanie dołka po fali czołowej pchanej z przodu przez pływaka. Umiejętność ta wymaga nieco poświęcenia, wyrażonego w litrach wypitej wody, ale w długim okresie zwraca się wielokrotnie. Po wykształceniu odruchu wydychania powietrza i poprawnego ustawienia głowy, pora na ćwiczenia rytmu. O ile pozostałe style nie dają tu zbyt dużej możliwości popisu, o tyle dostępna liczba kombinacji w kraulu jest znacznie większa. Pierwsze pytanie, które się narzuca od razu, to czy oddychać co dwa ruchy, czy może co trzy? Osobiście jestem zwolennikiem tej drugiej opcji, nie tylko na etapie nauki, ale też bardziej zaawansowanego treningu. Oddychanie co trzy ruchy sprawia, że trenujemy obie połowy ciała jednocześnie, a jednocześnie zwiększamy aktywną objętość płuc i umiejętność wentylacji. Oddychanie na jedną stronę natomiast bardzo często wykształca nawyk „pływania na boku”, czyli braku rotacji powrotnej do pływania na piersiach. Z drugiej strony, nie można też całkowicie odrzucać pływania „co dwa”. W czasie wyścigu na wodach otwartych, przy dużej fali, trzeba czasami oddychać w ten sposób, aby uniknąć zalania wodą (jest to jednak wymuszone czynnikiem zewnętrznym, w normalnych warunkach pływa się „co trzy”). W treningu może być też wykorzystane jako ćwiczenie techniczne – szczególnie gdy ćwiczymy oddychanie na niewygodną stronę. Pływanie "co drugi ruch oddech" jest też sprytnym środkiem na poradzenie sobie z problemem nadmiernej frekwencji i zbyt krótkiego ruchu – wymusza to długi krok pływacki, bo szybkie machanie rękoma nie daje skutecznie nabrać powietrza przy wdechu. Z drugiej strony, triathloniści pływający z przesadnie długim wyleżeniem powinni się skupić na pływaniu „co trzy” – brak powietrza w naturalny sposób przyśpieszy pracę ramion, zwiększając frekwencję. Innym polecanym ćwiczeniem jest 2-3-2-3, czyli wdech dwa razy na jedną stronę, dwa razy na drugą, przeplatane oddechem co trzeci ruch. Po opanowaniu podstaw można pomyśleć o pociągnięciu ćwiczeń oddechowych o poziom wyżej i kształtowaniu wytrzymałości na brak tlenu. Najpopularniejsze ćwiczenia to pływanie oddychając co piąty, siódmy lub co dziewiąty ruch. Ćwiczenia te zwykle występują w kombinacjach, czyli na przykład 3, 5, 7, 9 albo 3, 5, 3, 7, gdzie każda długość basenu pływana jest inaczej. Łączenie poszczególnych numerków w zasadzie zależy tylko od obecnych umiejętności pływaka i kreatywności trenera. Dodatkową korzyścią jest rozluźnienie pływaka w czasie wykonywania tych ćwiczeń – używanie siły kosztuje niepotrzebnie dużo tlenu, więc rozluźnienie następuje właściwie automatycznie. Inne ćwiczenie związane z zatrzymanym oddychaniem to na przykład przepłynięcie określonego dystansu z zatrzymanym oddechem (np. co 5), po wstępnym zmęczeniu organizmu. Przykładowo: płyniemy 100 m kraulem z dużą intensywnością, a bezpośrednio po tym 50 m, biorąc oddech co piąty ruch. Godnym polecenia sposobem jest też zastępowanie przerwy odpoczynkowej liczonej w sekundach właśnie oddechami. Płynąc interwałowe zadanie, możemy np. zrobić przerwę 4 oddechów zamiast 15 sekund. Uczy to poprawnego oddychania przede wszystkim po zakończonym wysiłku, ale również zwiększa pojemność płuc. Standardem wśród pływaków jest też pływanie pod wodą. W triathlonie może mniej przydatne, ale ciekawe jako uzupełnienie i urozmaicenie treningu. W tym miejscu warto wspomnieć o bezpieczeństwie: najlepiej, żeby ćwiczenia, w których przekraczamy granicę swoich możliwości oddechowych, obserwował ktoś z zewnątrz. Zdarza się bowiem, że walcząc o dopłynięcie do ściany bez oddechu (ale też przy mocnym, jeszcze niewyrównanym zatruciu dwutlenkiem węgla z poprzednich ćwiczeń) pływacy mdleją i bez natychmiastowej reakcji kolegów czy ratowników mogą już się nie wynurzyć. Zdarza się to bardzo rzadko, ale z pewnością trzeba mieć to na uwadze. Alternatywą dla zatrzymanego oddechu jest wykorzystanie rurki do pływania. Można w niej wprawdzie oddychać na bieżąco (wylot jest ciągle nad wodą), ale przez zmniejszony wlot powietrza oddycha się dużo trudniej. Trening z rurką szczególnie mocno odczuwa się przy pływaniu długich, tlenowych dystansów, gdzie utrudnione oddychanie zaczyna dokuczać już po kilku przepłyniętych długościach. Przydatnym odruchem jest też przedmuchiwanie rurki po nawrocie – uczy to wchodzenia w nawrót z dużym zapasem powietrza. Poprawienie umiejętności oddychania nie odbywa się liniowo. Bardzo często, żeby pójść do przodu, trzeba się cofnąć do podstaw. Nawet dobre opanowanie oddychania nie oznacza, że z wykonywania elementarnych ćwiczeń można zrezygnować. Szczególnie często trzeba wracać do ułożenia głowy i rytmu, ale jednocześnie mieć też z tego po prostu dobrą zabawę. Nuda w końcu zawsze zabija każdy postęp. Kiedyś na kadrowym obozie za granicą obserwowałem Słoweńców, którzy bawili się w przerwach pomiędzy ćwiczeniami w podwodne „kamień, papier, nożyce”. Zasady proste: ten, kto przegrywa, musi zostać pod wodą i zaczekać, aż przeciwnik weźmie powietrze. Kto się wynurzy poza kolejnością - przegrywa. Zabawa przednia, a korzyści treningowe jeszcze większe. Artykuł został opublikowany w Magazynie "Triathlon", będącym częścią Miesięcznika "Bieganie", nr 11/2012.
[h6]Hala widowiskowo-sportowa w Toruniu. Tu odbędą się mistrzostwa Polski. Fot. www.torun.pl[/h6] W Polsce i w Europie powoli rozpędza się sezon startów na hali. Prezentujemy krótkie zestawienie najważniejszych wydarzeń, które czekają nas w najbliższym czasie. Najważniejszą imprezą sezonu halowego będą Mistrzostwa Europy, które zostaną rozegrane w dniach 5-8 marca w Pradze. Będzie to równocześnie koniec biegania na hali. Dla Polaków impreza jest szczególnie ważna - rozgrywana blisko, a medale są relatywnie łatwe do zdobycia. Oczywiście jeśli porównamy to do innych wielkich imprez, np. mistrzostw świata, gdzie w biegach trzeba mierzyć się z piekielnie mocnymi Kenijczykami i Etiopczykami. W Europie rywalizacja jest łatwiejsza, mimo coraz większej liczby biegaczy urodzonych w Afryce i naturalizowanych w różnych krajach Starego Kontynentu. Medal mistrzostw Europy w hali jest tak samo ważny, jeśli chodzi o kwalifikację do kadry narodowej, jak każdy inny, czy to z mistrzostw świata, czy Igrzysk Olimpijskich. W związku z tym, ponieważ jest go łatwiej zdobyć, można spodziewać się prób uzyskania minimów przez większość biegaczy z krajowej czołówki. Czas na to jest do Mistrzostw Polski, które odbędą się 21 i 22 lutego w Toruniu. Jesienią otwarto tam najnowocześniejszą halę lekkoatletyczną w Polsce, mieszczącą stałą, a nie tymczasową bieżnię lekkoatletyczną, wraz z 200-metrową okrężną. Obecność w Polsce obiektu na tak wysokim poziomie stwarza Polakom zupełnie nowe możliwości treningowe. Poza mistrzostwami Polski w Toruniu co tydzień odbywają się mniejsze mityngi, a w marcu gościć będą Halowe Mistrzostwa Europy Weteranów. Poza imprezami mistrzowskimi już 3 lutego kibiców czeka duży mityng Copernicus, także rozgrywany w Toruniu. Wśród konkurencji m.in. biegi na 1500 i 800 metrów, ten drugi dystans na pewno z udziałem Adama Kszczota. Nie wiadomo jeszcze, na jakim dystansie i czy w ogóle startować będzie w mistrzostwach Europy Marcin Lewandowski. W poprzedniej edycji imprezy pobiegł na 1500 metrów i mimo choroby zajął wtedy czwarte miejsce. Poza imprezami rozgrywanymi w kraju co kilka dni odbywają się mityngi zagraniczne. Ich szczyt ma miejsce w lutym. Do tej pory nie rozegrano w Europie żadnego znaczącego mityngu biegowego, ale już w piątek odbędzie się jeden z pierwszych, w niemieckim Dusseldorfie.
[h6]Fot. Flux[/h6] [h2]Rękawiczki to element stroju, na który biegacz zwraca prawdopodobnie najmniejszą uwagę. Nic w tym dziwnego, w końcu to kawałek materiału, w którym większej filozofii trudno się dopatrzeć. Rękawiczki biegowe Flux wedle zapewnień producenta mają regulować klimat dłoni, zapewniać izolację, ale nie dopuszczać do przegrzania.[/h2] [h6]Fot. Flux[/h6] Bardzo często gdy wybieramy się na przykład na poranne bieganie jest na tyle chłodno, że zakładamy rękawiczki. Jednak po kilkunastu minutach tak się rozgrzewamy, że dłonie zaczynają się przegrzewać, chociaż bez rękawiczek jest mało przyjemnie. Sytuacja bez wyjścia? Projektanci rękawiczek Flux twierdzą, że znaleźli rozwiązanie tego problemu. Ich rękawiczki mają w teorii zapewniać izolację od zimna, ale dzięki unikalnej konstrukcji także nie dopuszczać do przegrzania i zapocenia. Czytając opis producenta, można dojść do wniosku, że to produkt rodem z NASA, naszpikowany technologiami niczym prom kosmiczny. Nic jednak z tych rzeczy, rękawiczki w gruncie rzeczy są bardzo proste, choć Flux dumnie podkreśla, jak to ich produkt deklasuje klasyczne rękawice. Na czym polega to rzekomo rewolucyjne rozwiązanie? Na perforowanej chwytnej stronie i wykorzystaniu efektu pięści. W czasie biegu, szczególnie odczuwając zimno, zamykamy dłonie w pięść. Perforowana strefa sprawia, że gdy mamy zaciśniętą pięść, ciepło nie ucieka, w dłonie jest po prostu ciepło, bo mniejsza powierzchnia jest narażona na wychłodzenie. Gdy dłoń jest otwarta, powierzchnia oddająca ciepło się zwiększa, a otwory w rękawiczce zwiększają wentylację. [h6]Fot. Flux[/h6] Na poparcie tego pomysłu producent przygotował test porównawczy z rękawiczkami marki Sugoi, czyli z wyższej półki. Tester na jedną dłoń założył rękawiczki Fluxa, na drugą Sugoi, po czym zrobiono zdjęcie kamerą termowizyjną. Tester przebiegł następnie 5 km w temperaturze 7 stopni Celsjusza i ponownie dokonano pomiaru kamerą termowizyjną. Przed wyruszeniem na bieg temperatury uzyskane przez obydwie rękawiczki były zbliżone, ale po zakończeniu aktywności w Sugoi zanotowano wyższą temperaturę, która według specjalistów z Fluxa świadczy o przegrzaniu. Dodatkowo sprawdzony został stopień nasiąknięcia potem. W Sugoi waga wzrosła o 10 g, a Flux nasiąknął w tak niewielkim stopniu, że rzekomo nie było to mierzalne. Czy te rękawiczki są rzeczywiście dobre, czy - jak to zazwyczaj bywa - producent mocno podkoloryzował opis? Trudno ocenić na odległość, ale trudno też sobie wyobrazić, że dziurki mogły zdeklasować inne produkty...
Advertisment ad adsense adlogger