fbpx

Wiadomości

[h6]Zamieć 2015 - 24-godzinny bieg na Skrzyczne. Pętla ze Szczyrku na Skrzyczne i z powrotem miała ok. 14 km z sumą podejść ok. 900 m. Agata zwyciężyła wśród kobiet pokonując pętlę 7 razy. Fot. Julita Chudko, julitachudko.pl[/h6] [h2]Agata Matejczuk jest rekordzistką Biegu Rzeźnika, matką trojga dzieci i żoną. Do Mistrzostw Świata w biegu 24-godzinnym zakwalifikowała się, startując w mistrzostwach Polski zaledwie 5 miesięcy po porodzie. Gdyby nie gromadka dzieci, podejrzewano by ją, że jest nowym modelem Terminatora. Zapytaliśmy o jej plany i łączenie życiowych puzzli.[/h2]   [h4]Agata, jesteś mamą trójki dzieci, najmłodsza córeczka ma zdaje się 11 miesięcy. Czyli startując w mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym, 27 września 2014 roku, byłaś ledwie...[/h4] – Pięć miesięcy po porodzie. [h4]Co się robi, żeby tak szybko wrócić do formy? I to takiej formy?[/h4] – Początki powrotu były trudne, chyba najtrudniejsze właśnie po tej ciąży, mimo że do ostatniego dnia przed pójściem do szpitala truchtałam z malutką w brzuchu. Startując w mistrzostwach Polski nawet nie przypuszczałam, że wybiegam drugie miejsce wśród kobiet i dostanę się do reprezentacji Polski na mistrzostwa świata. [h4]Jak wyglądały te trudne początki?[/h4] – Myślę, że trzecie cesarskie cięcie mnie osłabiło i dlatego powrót był taki trudny. Zaczęłam po dwóch tygodniach od 6 km, pobiegłam do sklepu - 3 km w jedną stronę i nie mogłam ruszyć z powrotem. Bolało mnie wszystko. Jakoś wróciłam i po dwóch dniach spróbowałam znowu. Ale biegać jakiś sensowny dystans bez cierpienia zaczęłam dopiero tak po około 1,5 miesiąca po porodzie. Celem był start w Biegu 7 Szczytów (ok. 235 km) w Lądku Zdroju. Tak, tak, uprzedzę Twoje pytanie. Trzy miesiące po porodzie stanęłam na starcie tego wyścigu i po 130 kilometrach zeszłam z trasy. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu w udach. Ale to nie ból fizyczny był dla mnie najbardziej dobijający, bo po kilku dniach doszłam do siebie. Najgorsze było to, co czułam po swoim pierwszym zejściu z trasy! Nie do zniesienia. Psychicznie byłam rozbita. Ale mi przeszło, zamieniłam to doświadczenie w motywację i obrałam sobie kolejny cel - właśnie mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym. I wyszło całkiem nieźle. [h4]Ile kilometrów musiałaś nabiegać, żeby otworzyć sobie drogę do Turynu?[/h4] – Dwieście cztery. [h4]Potwornie dużo! To Twój najlepszy wynik w biegu 24-godzinnym?[/h4] – Tak, najlepszy. I nie ukrywam, że jest to dla mnie największe osiągnięcie biegowe. W sezonie 2011, niecały rok po urodzeniu drugiego dziecka, za namową klubowego kolegi Jaremy, debiutowałam w Katowicach ma 24 godziny, i było to cenne doświadczenie. Byłam po nocnej zmianie w pracy i pojechałam ze znajomymi na zawody. Byłam pewna, że jakoś przetrwam te 24 godziny. Niestety w ciągu całego biegu spałam dwa razy, łącznie chyba z 7-8 godzin! Wybiegałam wtedy 141 kilometrów i byłam siódmą kobietą. Nie zaszalałam (śmiech). [su_highlight background="#b90b6c" color="#ffffff"]Mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym[/su_highlight] [su_note note_color="FFCCDA" text_color="#000000"]27 września 2014, Katowice, wystartowało 73 biegaczy, 21 w ramach mistrzostw Polski Wyniki: [su_row][su_column size="1/2"][h4]Mężczyźni[/h4] 1. Paweł Szynal 253 km 567 m 2. Ireneusz Czapiga 234 km 693 m 3. Sławomir Rzechuła 225 km 932 m [/su_column] [su_column size="1/2"][h4]Kobiety[/h4] 1. Patrycja Bereznowska 214 km 014 m 2. Agata Matejczuk 204 km 181 m 3. Dorota Szeszko 187 km 242 m [/su_column][/su_row][/su_note] [h4]Jak się biega przez 24 godziny? To przecież zawody na pętlach, nie jest piekielnie nudno? Jak wygląda taktyka, odpoczywanie, jedzenie?[/h4] – Przyznam szczerze, że pętle mnie nie nudzą. Często się wyłączam w trakcie biegu i kiedy wracam do rzeczywistości łatwiej się rozeznać gdzie jestem (śmiech). Taktykę... każdy ma swoją. Ja staram się nie odpoczywać, nie rozsiadać. Zwykle kończę bieg ubrana w to samo w czym zaczynałam. Ewentualnie w biegu zarzucam coś dłuższego na noc, żeby się nie wychłodzić. A jedzenie - wszystko w trakcie. Przebiegam przez punkt, biorę jakieś rodzynki, orzeszki, kanapkę lub czekoladę oraz picie i lecę dalej. Nawet jakiś makaron, czy rosołek jem idąc. Staram się nie zatrzymywać za dużo. Ale bardziej doświadczeni powinni się na ten temat wypowiadać. [h4]Doświadczenia nie można Ci odmówić! Jesteś rekordzistką Biegu Rzeźnika. W 2013 roku ustanowiłaś go z Maćkiem Więckiem. Taki dystans to dla Ciebie "sprint"?[/h4] – Tak, jestem rekordzistką Biegu Rzeźnika, ale uważam, że to też wielka zasługa Maćka, gdyby nie jego doświadczenie, spokój i taktyka nie osiągnęłabym tego, za co jestem mu bardzo wdzięczna! I pomyśleć, że poznaliśmy się w przeddzień startu, odbierając pakiety! (śmiech). A wracając do tematu - czy taki bieg, to "sprint"? Nie! Byłam w dobrej formie, ale dla mnie był to trudny wyścig. [h4]Pod koniec stycznia tego roku wygrałaś Zamieć, to były 24 godziny biegania po pętli 14-kilometrowej, za każdym razem zaliczając Skrzyczne. Wbiegłaś na szczyt 7 razy.  Co powoduje, że mama trójki dzieci robi takie rzeczy?[/h4] – Tak, udało mi się wygrać Zamieć, to był świetny trening w trudniejszych warunkach i przy okazji sprawdzian. Taki start zawsze mnie oczyszcza, wracam do domu, może trochę fizycznie zmęczona, ale psychicznie jestem bardzo zregenerowana, z nowymi siłami i pomysłami. Wtedy dzieci mogą mi wchodzić na głowę! [h4]A co sprawia Ci więcej przyjemności - górskie ultra czy płaska szosa?[/h4] – Uwielbiam góry i lubię po nich biegać ze względu na urozmaicenie terenu i krajobraz. Jednak lubię też "klepać" kilometry na asfalcie. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że i taki Bieg Rzeźnika i taki bieg 24-godzinny sprawia mi dużo frajdy. [h4]Wróćmy więc na chwilę do tego "klepania asfaltu". Czego się spodziewasz po sobie na mistrzostwach świata w Turynie? Jakiego wyniku w kilometrach?[/h4] – Chcę pobić swój rekord, czyli 204 km i 181 metrów, a gdyby przy tym udało się zająć naprawdę fajne miejsce na tle międzynarodowej czołówki, to byłoby to raczej osiągnięcie nieosiągalnego (śmiech). Polska reprezentacja kobiet jest silna na arenie międzynarodowej i szczerze uważam, że w tym roku pokaże swoją największą siłę! [h4]220 km i 676 metrów to aktualny rekord Polski, myślisz, że jesteś się w stanie do niego zbliżyć w przyszłości?[/h4] – Jak, to się mówi - każdy ma szansę, więc mam i ja! A tak na poważnie, marzy mi się do niego zbliżyć i pracuję nad tym. Takie biegi stały się moją ambicją od czasu, kiedy zdałam sobie sprawę, że mam jakieś szanse. [h4]Rekordzistką Polski jest Ola Niwińska, zresztą wygrywała mistrzostwa Polski co roku od 2010 do 2013. W jednym z wywiadów przyznaje, że robi 50-60 km w tygodniu, wielu maratończyków zakrzyknęłoby, że to bardzo mało...[/h4] – Jest najlepsza! Zważywszy na to jaki robi kilometraż - bez wątpienia ma ogromny talent. Ja czuję się pewniejsza robiąc dużo więcej kilometrów w tygodniu, choć z kilku stron słyszałam już nie raz żebym tylko nie przegięła. Już wkrótce się przekonam czy mi się to przysłużyło. [su_highlight background="#b90b6c" color="#ffffff"]Najlepsze wyniki kobiet[/su_highlight] [su_note note_color="FFCCDA" text_color="#000000"]Aktualny rekord mistrzostw Polski seniorów w biegu 24-godzinnym wynosi 220 kilometrów 676 metrów i został ustanowiony przez Aleksandrę Niwińską podczas mistrzostw w 2011 w Katowicach. Ola w 2010 roku zwyciężyła w zawodach 48-godzinnych w klasyfikacji open, przebiegając 323 km. Pierwszy mężczyzna - Grzegorz Wiese - pokonał wówczas 319 km 706 m. Zwycięskie wyniki mistrzostw Polski na przestrzeni lat: 2010 - Aleksandra Niwińska 217 km 153 m 2011 - Aleksandra Niwińska 220 km 676 m (rekord Polski) 2012 - Aleksandra Niwińska 206 km 864 m 2013 - Aleksandra Niwińska 216 km 304 m 2014 - Patrycja Bereznowska 214 km 014 m[/su_note] [h4]A czego się boisz, jak myślisz o tych mistrzostwach?[/h4] – Najbardziej chyba tego, że mimo dobrego przygotowania pójdzie coś nie tak. Zdarzy się coś nieprzewidywalnego i nie wykorzystam swojej życiowej szansy. [h4]Jak wygląda to "dobre przygotowanie"?[/h4] – Biegam 6 razy w tygodniu i zaliczam tak do około 150 km. [h4]Poza bieganiem zajmujesz się domem i dziećmi.[/h4] – Obecnie jestem na urlopie macierzyńskim przedłużonym i wychodzi na, to że zaraz po mistrzostwach wracam do pracy... Łączenie wszystkiego stało się sztuką organizacji i samodyscypliny (śmiech). Moje treningi są podyktowane przez dzieci i zmiany w pracy męża. Biegam o różnych porach. Jak mąż pracuje od rana lub na noc to późniejszym popołudniem lub późnym wieczorem, jak już cały mój dom śpi, "klepię" asfalt dla bezpieczeństwa. A kiedy mąż pracuje na popołudnie, to zwykle wychodzę rano i biegam po polach, lasach, łąkach. [h4]Ktoś Ci pomaga w treningu, czy sama sobie układasz plan?[/h4] – Od 2012 roku współpracuję z Dominiką Stelmach. Zaczęło się zabawnie, bo od wpisu na Facebooku. Szukałam podwózki na półmaraton w Pabianicach. Poznałyśmy się, zagadałam o to co robi, że kręci takie czasy. Powiedziała, że może mi pomóc. I tak się zaczęło. Nie była to z początku łatwa współpraca dla nas obu. Dominika chciała mnie chronić przed ultra, chciała abym najpierw popracowała nad szybkością i... tu się nie zgadzałyśmy zbytnio. Ja czułam się lepiej właśnie w biegach ultra, a ona starała się mnie przygotować do szybkiego biegania półmaratonów i maratonów. To mi kompletnie nie sprawiało przyjemności! Nie znosiłam akcentów, tempówek itd. Robiłam je z musu i z lojalności wobec Dominiki. W końcu po moich nieudanych próbach bicia życiówek na dystansach do maratonu, Dominika trochę dała za wygraną i wtedy musiałam jej udowodnić, że jednak lepiej mi wychodzi bieganie ultradystansowe. Ten progres przyszedł po mojej trzeciej ciąży i teraz nasza współpraca jest fajniejsza, bardziej otwarta i dużo łatwiejsza. I bardzo się z niej cieszę. Myślę, że jeszcze sporo razem osiągniemy. [h4]A co trzeba mieć w sobie szczególnego żeby biegać takie dystanse?[/h4] – Chęci, determinację i mocną psychikę, a poza tym ogromne wsparcie męża, dzieci i najbliższej rodziny. Mój mąż jest dla mnie największym wsparciem. Gdyby nie on, nigdy nie osiągnęłabym tak wiele. Kiedy ja biegam to właśnie on zajmuje się dziećmi i domem. I nigdy mi nie robi żadnych wyrzutów. Nawet ostatnio poświęca swoje treningi na rzecz moich, abym ja miała więcej czasu na bieganie. [h4]Mąż i dzieci będą Ci kibicowali na mistrzostwach? Jadą z Tobą?[/h4] – Oczywiście, że rodzina będzie mi kibicowała. Ale zdalnie. Jest nas już pięcioro, a to już poważne koszty wyjazdu, na które nie możemy sobie pozwolić. [h6]Grand Prix Łodzi. Fot. Biegampolodzi.pl[/h6] [h4]Jakie masz plany na ten rok poza mistrzostwami świata w biegu 24-godzinnym?[/h4] – Mam kilka planów, ale coraz bardziej się weryfikują, ze względu na rodzinę, terminy i opłaty startowe. Jeszcze nie mam planu ułożonego w stu procentach. Z tych bardziej realnych, to Bieg Rzeźnika w parze z koleżanką z klubu i Bieg 7 Szczytów w lipcu. A dalej zobaczymy. Marzy mi się Spartathlon (ultramaraton szosowy na dystansie 246 km, z Aten do Sparty - przyp. red.) - jestem nawet na liście startowej. Nie wiem tylko czy da się na jakimś dobrym poziomie lawirować pomiędzy asfaltem i górami. [h6]Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. Fot. Piotr Dymus[/h6] [h4]No właśnie, a propos gór... Chodziły słuchy, że zamierzasz ustanowić rekord w biegu po Głównym Szlaku Beskidzkim. Odpuściłaś to ze względu na nadchodzące mistrzostwa świata w biegu 24-godzinnym. Jaki miałaś plan na ten GSB? I czy zamierzasz do tego wrócić? Np. w przyszłym roku?[/h4] – Nie chodziło mi o rekordy, ale tak, miałam zamiar przebiec GSB i był to plan na 2014-2015. Faktycznie odpuściłam - najpierw ze względu na ciąże, a w tym roku ze względu na mistrzostwa świata. Plan był taki aby pokonać ten dystans i to w jak najlepszym czasie, moją inspiracją stał się Maciek Więcek - mój partner ze wspomnianego Biegu Rzeźnika z 2013 roku. Jednak życie jest tak nieprzewidywalne, że trzeba było plany odłożyć. Nie jestem w stanie powiedzieć na kiedy dokładnie, ale na pewno nie zaniecham tego pomysłu! [h4]Co uważasz za swoje największe sportowe osiągnięcie do tej pory? Byłaś też związana z innymi dyscyplinami.[/h4] – Tak, miałam 2,5-letni epizod w muay thai (boks tajski - sport walki oraz sztuka walki kładąca nacisk na walkę w chwycie klamrowym - klinczu, z wykorzystaniem uderzeń łokciami i kolanami - przyp. red). Za największe sportowe osiągnięcie uważam zdobycie Pucharu Polski i Europy oraz brązowego medalu na Mistrzostwach Europy w tej właśnie dyscyplinie. A jeśli chodzi o osiągnięcia biegowe to właśnie - rekord trasy w Biegu Rzeźnika, wicemistrzostwo kobiet w biegu 24-godzinnym, czego zwieńczeniem jest możliwość reprezentowania naszego kraju na mistrzostwach świata, co jest szczytem marzeń samym w sobie! [h6]Fot. Archiwum Agaty Matejczuk[/h6] [h4]Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.[/h4]   [su_highlight background="#b90b6c" color="#ffffff"]Mistrzostwa świata w biegu 24-godzinnym[/su_highlight] [su_note note_color="FFCCDA" text_color="#000000"] 11-12 kwietnia 2015, Turyn, park Ruffini 11. IAU Mistrzostwa Świata w biegu 24 h, 20. IAU Mistrzostwa Europy w biegu 24 h Więcej informacji o 24 ore di Torino. [/su_note]
Łemkowyna Ultra Trail. Znalazłam się na tym biegu trochę przypadkowo. Dwa tygodnie wcześniej pobiegłam UltraMaraton Bieszczadzki (było bosko!) i nie planowałam już większych startów. W Cisnej byłam jednak bez mojego męża – w ostatniej chwili obowiązki służbowe przekierowały go na Maraton Poznański. Taka sytuacja zdarza się, na szczęście, niezbyt często. Nie że obowiązki służbowe ważniejsze, ale że jadę bez niego albo on beze mnie. Piotr przygotowywał się całe lato do UMB, więc potrzebował w zamian innego startu w górach. Ktoś podpowiedział, że jest taki nowy bieg i... zapisaliśmy się: Piotr na ŁUT-70 km, ja na ŁEMKO-29 km. Pojechaliśmy w czwartek wieczorem, po pracy, do Chyrowej, miejsca naszego noclegu. Dotarliśmy tuż przed północą, szczęśliwi, że na miejscu. Fot. Julita Chudko Rano śniadanko, przepyszna jajecznica, oglądanie profilu trasy, plany na bieg, a potem wyjazd do Cisnej do zaprzyjaźnionego leśnika Mateusza. Zimno. Powietrze lodowate, na szczytach biało, ludzie ubrani w ciepłe kurtki, czapki i rękawiczki. Postawione na trzy godziny auto trzeba było odszraniać. Nie wyobrażam sobie jutrzejszego biegu. Zapowiadają wprawdzie słońce i 10 stopni, ale trudno mi w to uwierzyć, skoro szczękam zębami! Wieczorem odprawa. Organizatorzy podają najważniejsze informacje, sprawdzają obowiązkowe wyposażenie plecaków. Z tyłu głowy myśl: „O północy z Krynicy startują szaleńcy. Wróć – bohaterowie”. Noc, zimno, a przed nimi 150 km trasy, jak się później okazało morderczej. Po odprawie dopakowanie plecaka, przygotowanie ubrań. Co założyć na siebie, co wziąć do plecaka? Nie wiemy, jaka będzie naprawdę pogoda. Rano... niespodzianka! Ciepło, bezwietrznie, świta słoneczko. Z okna pensjonatu widzę zbierających się biegaczy. Są uśmiechnięci, podekscytowani, wielu z nich nie wie jeszcze co ich czeka. Fot. Julita Chudko Wychodzę z mężem na start, daję mu buziaka i życzę powodzenia. Odwzajemnia się i mocno przytula. Wie, że za 5 godzin stanę na swoim starcie. Tymczasem jeden ze znajomych pyta: „Jagoda, a ty nie biegniesz?” „Biegnę, ale później. A gdzie Twoja żona?” Pytam. „Żona? Eeeeee w domu. Ona jest przeciwna mojemu bieganiu, ledwo się urwałem na ten wyjazd”. Widzę, że moje pytanie mocno mu nie w smak. Cóż, sam zaczął...:-) Start. Ruszyli. Ja tymczasem zjadam wolno śniadanie, trochę leniuchuję i jadę do Komańczy. Tam odbieram pakiet startowy i z grupą biegaczy na 29 km jadę busem do Puław Górnych, gdzie będziemy mieli start. Mamy objazd, bo most w remoncie, za to widoki przepiękne. Fot. Michał Unolt W którymś momencie na trasie pojawili się biegacze, którzy wybiegli o godz. 7 z Chyrowej. Jest, jest! biegnie mój mąż! On mnie nie widzi, ale ja mam nadzieję, że dobiegnie przed moim startem. W Puławach słońce świeci przecudnie, można się opalać, powygrzewać w ciepełku. Nie ma jednak na to czasu. Fot. Michał Unolt Właśnie dobiegają do punku żywieniowego zawodnicy z 70, których mijaliśmy po drodze. Przyjmujemy ich gromki brawami i okrzykami zachęcającymi do dalszego wysiłku, a także słowami podziwu. Fot. Piotr Dymus Brudni niesamowicie, na trasie masa błota, przez które trzeba się przedzierać, za to zachwyceni suto zastawionymi stołami. Czego tam nie ma! Ziemniaki pieczone, zupa dyniowo-imbirowa (absolutny hit imprezy!), żurek, kanapki, paluszki, ciastka, bakalie, kawa, herbata, izotoniki, woda. I wspaniałe wolontariuszki. Fot. Julita Chudko Ponieważ Piotr nie pojawił się przed moim startem, zostawiłam u nich miłosne wyznanie dla niego i ruszyłam do biegu. Fot. Julita Chudko Od razu pod górę. Ciepło, a nawet gorąco. Wielu zaczęło zdejmować kurtki, rękawiczki, bluzy. Zostawali w koszulkach z krótkim rękawem. W lesie błoto, nogi grzęzną, ześlizgują po liściach. Biegnę jednak z dużą radością – jest tak pięknie! I dziwię się, bo wokół sporo dziewczyn: „Jak fajnie, pewnie ich faceci biegną 150 albo 70 km”. Fot. Piotr Dymus Trasa wymagająca, ale dużo biegnę, zupełnie inaczej niż na UltraMaratonie Bieszczadzkim. Wspaniałe widoki, w głowie mam profil trasy, wiem, że po wbiegu, znaczy podejściu :-), będzie zbieg. A to tygryski lubią najbardziej. Fot. Piotr Dymus Więc puszczam się z tej góry na łeb, na szyję i lecę na sam dół do punku żywieniowego. Przede mną dziewczyna, którą na podejściu wyprzedziłam – świetnie sobie radzi. Kiedy jej gratuluję tego zbiegu, mówi: „Bo wiesz, tu się trzeba puścić”. I szybko milknie, a potem zaczynamy się serdecznie śmiać! Fot. Julita Chudko Wypiłyśmy po dwa kubki coli i dalej w drogę. Obok nas zapomniany cmentarz, potem potok i w górę. Po jakimś czasie coś mi nie pasuje: nie widzę zrytego błota. A takie powinno być pod naszymi butami. Pomyliłyśmy trasę! Wracamy, znajdujemy szarfy i w górę. Przed nami ci, którzy byli za nami. Trudno, gadulstwo i zagapienie kosztują. Na górze przepiękne widoki, przed nami szczyty bieszczadzkie, obok pasące się konie i... kibice. Biegnę dalej, nie czuję zmęczenia tylko radość, wielką radość. Fot. Julita Chudko Zbiegam w dół i już wiem, że mam blisko do mety. Blisko, a jak daleko. Najtrudniejszy dla mnie odcinek. Asfalt. Czułam, że gdzieś musi być podstęp. Nie tylko asfalt, ale też lekko pod górę. Nieznacznie, ale jednak. Jeszcze tylko skręt koło kościoła i nad rzekę do mety. Wpadam cała szczęśliwa. Było tak wspaniale. Dostaję medal, żurek, pierogi, gorącą herbatę. Czekam na męża. W międzyczasie idę po zamówione ceramiczne miseczki ręcznie zdobione do jasielskich artystów, kupuję magnes dla Mazurka z napisem: „Nie chcę się przechwalać, ale dwutygodniową dietę odwaliłem w 3 godz. i 5 minut”. I czekam... na męża. Jest! Już przebrany, uśmiechnięty i przeszczęśliwy. To jego pierwszy ultra! Fot. Jagoda Wąsowska Wracamy do Chyrowej. Prysznic, suche ubrania i pyszna kolacja. Wiemy, że tam gdzieś po nocy biegną jeszcze szaleńcy (tzn. bohaterowie). Rano na śniadaniu łatwo ich rozpoznać po marynarskim chodzie. Przysiadają się do nas dwaj bracia. Jeden mieszka w Niemczech, drugi w Holandii. Przyjechali specjalnie na Łemkowynę, jeden biegł 70 km, drugi 150. Opowiadają. Ten „dłuższy” jeszcze bardzo zmęczony, skończył bieg o 3 w nocy, a my słuchamy, słuchamy i... pytamy. Bieg się skończył, ale przecież zostały wspomnienia, medale, numery startowe (kolekcjonujemy je) i czytanie relacji innych biegaczy. Fot. Michał Unolt No ale, ale... Miało być nie tylko o bieganiu, także o stosunkach damsko-męskich. W czasie opowieści biegowych słyszę i takie: „Daj spokój stary. Jeszcze tydzień przed biegiem nie wiedziałem, czy pojadę. Żona.” I wymowne milczenie. Po powrocie zapisujemy się z mężem na Zimowy Maraton Bieszczadzki. Namawiam jednego ze znajomych biegaczy, żeby pojechał z nami. Oczy mu się zaświeciły, ale zaraz zgasły: „Bardzo bym chciał, ale raczej żona mnie nie puści”... Dzisiaj czytam wpis innego biegacza: „Moja żona pozwoliła mi biegać, trenować i startować”. Żona pozwoliła (!!!) mu biegać!!! Fot. Julita Chudko Kurczę, jak fajnie jest spędzać czas z ukochaną osobą, dzielić z nią pasje, radości, zmęczenie i dumę. Jak fajnie jest patrzeć na ukochaną osobę, kiedy cieszy się jak dziecko po przebiegniętym dystansie! Pamiętam jeden z moich pierwszych biegów, sylwestrowy w Gorlicach. Przebiegłam 5 km, dumna i szczęśliwa. W kolejce po zupę poznałam miejscowych biegaczy. W czasie rozdawania nagród zobaczyłam żonę jednego z nich (moja pierwsza myśl: „Takie kobiety w niedzielę zawsze gotują rosół z makaronem”) i dwie nastoletnie wnuczki. Żona siedziała dumna, widać było, że dla niej jej mąż to VIP, młode szczęśliwe robiły dziadkowi zdjęcia. Same nie biegły, ale przyszły kibicować. Chciało im się. Byłam tym widokiem poruszona i zachwycona. Pomyślałam, że radość przeżywają nie tylko biegacze, ale i ich najbliżsi. Jeden ze znajomych biegaczy, Robert zawsze ma wsparcie w czasie zawodów. Jego żona Mirka jeździ z nim na prawie wszystkie starty. Jest dumna ze swojego męża. A on jest dumny, że ma taką żonę. Dziewczyny, wspierajcie swoich facetów w ich pasji! Dla Was to Wasz mąż, narzeczony, chłopak. W świecie biegowym inni (inne) patrzą na nich, jak na bohaterów. Chłopaki, zachęćcie swoje połówki do wspólnego spędzania czasu, do poczucia endorfin po biegu albo kibicowaniu! Wszystkim nam wyjdzie to tylko na dobre :-)
Etiopczyk Berhanu Legese (59:45) oraz Kenijka Cynthia Kosgei (70:52) zwyciężyli w półmaratonie w Berlinie. Czterech pierwszych mężczyzn pokonało barierę 60 minut.
Kenijczyk Daniel Wanjiru (59:51) oraz Etiopka Worknesh Degefa (67:14) zwyciężyli w półmaratonie w Pradze. Trzech mężczyzn pokonało barierę 60 minut, a pięć kobiet - 70 minut.
[h6]Kasia Kowalska i Adam Nowicki - najszybsi Polacy 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Fot. Paweł Jeleniewski[/h6] [h2]Niedzielny Półmaraton Warszawski na poziomie elity przyniósł wyniki, które mają duże szanse, aby być najlepszymi w tym roku w Polsce. Wiatr pokrzyżował plany rekordowe, ale i tak uzyskano znakomite czasy. Bieg ukończyło 12 958 osób.[/h2] [su_highlight background="#962515" color="#ffffff"]Elita kobiet[/su_highlight] W kobiecym biegu o rekord Polski walczyła Katarzyna Kowalska. Celem było poprawienie czasu 1:10:36, co oznaczało tempo 3:20 min/km. Polka od początku biegła nieco wolniej, ale wydawało się, że kontroluje tempo. Po dziesięciu kilometrach zaczęła przyspieszać i w pewnym momencie do odpowiedniego czasu brakowało jedynie 15 sekund. Podbieg na 19. kilometrze okazał się jednak gwoździem do trumny. Biegaczka zwolniła i przestała doganiać jedyną zawodniczkę, która znajdowała się z przodu - Etiopkę Amane Beriso. Szkoda, bo Beriso na końcu także miała duże problemy, walcząc samotnie z tempem i wiatrem. Zwolniła i co chwila oglądała się za siebie, czy nie jest doganiana przez przeciwniczki. Do mety kolejność nie zmieniła się, chociaż na ostatnim kilometrze do Kowalskiej zaczęła bardzo mocna zbliżać się druga z Polek - Dominika Nowakowska. Ona także zaczęła spokojnie, ale pod koniec nie zwalniała, a wręcz coraz bardziej przyspieszała. Ostatecznie na mecie pierwsza była Etiopka z wynikiem 1:10:54, druga Katarzyna Kowalska - 1:12:10, trzecia Dominika Nowakowska - 1:12:37. Katarzyna Kowalska mówiła na mecie: Próbowałam dojść do Etiopki, która bardzo dobrze wystartowała i za późno się zorientowałam, że się urwała. Ale biegła ona tym samym tempem co ja, więc ta odległość między nami się cały czas utrzymywała. Gdyby nie te podbiegi... być może byłoby dobrze. Coś tam jednak nie zagrało. Ale tak już jest, jak się ryzykuje. Albo wychodzi, albo przekraczamy jednak jakąś granicę i efekt jest odwrotny do zamierzonego. Ale uśmiech na mecie jest – bardzo się cieszę, że ukończyłam ten bieg, ostatnie kilometry były już dla mnie wielkim cierpieniem. To dopiero mój trzeci półmaraton w karierze, dopiero zaczynam przygodę z długimi dystansami. Zabrakło trochę szczęścia. Komentarz Dominiki Nowakowskiej: Jestem bardzo zadowolona z biegu – ustanowiłam rekord życiowy. Po to tutaj przyjechałam, udało się poprawić wynik o 1,5 minuty. Pogoda dopisała, kibice na trasie świetni, super impreza! Katarzyna Kowalska na starcie. Pierwszy z lewej – późniejszy zwycięzca biegu, Limo Kiprop. Trzecia z lewej – pierwsza z kobiet na mecie, Amane Beriso. Fot. Paweł Jeleniewski [su_highlight background="#962515" color="#ffffff"]Elita mężczyzn[/su_highlight] W biegu męskim emocje były o tyle mniejsze, że w samym czubie nie było Polaków. Na czele znajdowała się siedmioosobowa grupa biegaczy z Afryki, która coraz bardziej topniała. Po dziesięciu kilometrach czas był odrobinę wolniejszy niż w zeszłym roku i wyniósł 28 minut 45 sekund. Wkrótce na przedzie stawki został samotny lider - Limo Kiprop, coraz bardziej podkręcający tempo. Na ostatnich kilometrach widać było, że rozgrywa się walka o rekord trasy, który jednocześnie byłby najlepszym wynikiem uzyskanym kiedykolwiek na polskiej ziemi. Jeszcze kilometr przed metą wydawało się, że Kenijczyk osiągnie sukces. Ostatnie kilometry biegło się jednak mocno pod wiatr i na mecie do rekordu zabrakło ostatecznie... 4 sekund! Za plecami Kenijczyków zawzięty pojedynek rozgrywali Polacy. Mistrz Polski w półmaratonie z 2012 roku, Arkadiusz Gardzielewski, ruszył mocno, próbując poprawić swój rekord życiowy, wynoszący 1:03:28. Rolę "zająca" pełnił dla niego utalentowany biegacz młodego pokolenia, Szymon Kulka. Za plecami Arka czaił się jednak aktualny mistrz Polski - Adam Nowicki. Na dziesiątym kilometrze byli jeszcze razem, na piętnastym Gardzielewski już dość mocno odstawał. W pojedynku najmocniejszych Polaków ostatecznie zwyciężył Adam Nowicki z wynikiem 1:04:34. Arkadiusz Gardzielewski drugi - 1:05:51. W klasyfikacji generalnej nasi zawodnicy zajęli 7. i 8. miejsce. O ile wyniki panów nie są nawet w tej chwili na czele list krajowych, tak kobiety uzyskały bardzo mocne czasy. Jest prawdopodobne, że będą to najlepsze wyniki w kraju za cały rok 2015. Za plecami liderów do mety dobiegali kolejni polscy biegacze i polskie biegaczki. Trzecią Polką na mecie była Ewa Chreścionko - 1:17:29. Trzecim Polakiem - Szymon Kulka - 1:06:19. Adam Nowicki na mecie: Biegłem dopiero drugi półmaraton w życiu. Wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany i mogę złamać godzinę i pięć minut. Bardzo się cieszę, że mogłem się zrewanżować Arkowi [Gardzielewskiemu] za porażkę sprzed tygodnia na przełajach. Arek został za nami na 10. kilometrze, ja z Szymonem [Kulką] leciałem do 14. km, a potem już biegłem sam. Trasa mi się bardzo podobała, na 18. kilometrze był dosyć konkretny podbieg, ale przezwyciężyłem to. Maraton? Myślę, że jeszcze nie teraz, ale za jakieś dwa lata jest to bardzo realne. Parę słów od Arkadiusza Gardzielewskiego: Niestety biegło mi się bardzo kiepsko. Od początku czułem się niezbyt dobrze i miałem problemy z utrzymywaniem tempa, więc musiałem zweryfikować swoje plany i pobiec nieco wolniej. Być może zeszłotygodniowy start w przełajowych mistrzostwach Polski trochę za dużo mnie kosztował i nie zdążyłem się zregenerować. Gratulacje dla Adama – świetny wynik. Widać, że noga mu się kręci i oby tak dalej, życzę mu jak najlepiej. Plany na nadchodzący sezon? Jesienią chcę pobiec maraton i to jest mój główny cel. Pełne wyniki 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego zobaczyć można TUTAJ. Start 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Fot. Paweł Jeleniewski Bartosz Olszewski vs. Łukasz Oskierko, czyli FMW Runners Rywalizacja jednych z najmocniejszych biegaczy amatorów w Polsce zakończyła się sukcesem Łukasza Oskierko. Oskier osiągnął czas 1:08:55, ale Bartek – znany jako Warszawski Biegacz – złamał swoją upragnioną granicę 1:10:00, osiągając czas 1:09:56. – Łukasz niestety dostał ataku astmy na 14.-15. kilometrze, co go mocno spowolniło. Wielka szkoda, bo był w niesamowitym gazie, stać go było na wynik ok. 1:07 – tak na mecie bieg kolegi komentował Bartek Olszewski. Obaj panowie wykręcili więc wyniki lepsze niż najszybsza kobieta (Etiopka Amane Beriso – 1:10:54). Łukasz zajął 12. miejsce w klasyfikacji generalnej i to samo miejsce w kategorii wiekowej (M20), ale Bartek, choć na mecie był siedemnasty, dzięki wskoczeniu do nowego przedziału wiekowego (M30) był drugi w swojej kategorii. Bartek Olszewski o swoim biegu: Nie cieszyłem się aż tak z wyniku na mecie chyba od dwóch lat, kiedy to w Maratonie Warszawskim łamałem 2:30! Udało się złamać magiczną barierę 1:10:00 o cztery sekundy. Długo walczyłem z tą godziną dziesięć. Na ostatnich kilometrach tego półmaratonu, gdy walczyłem z wiatrem, miałem łzy w oczach. Na ostatnich 100 metrach wiedziałem już, że się uda i wtedy po prostu frunąłem.  I o swoim amatorskim bieganiu: Pracuję normalnie na pełen etat, mój blog to drugi etat i trening to właściwie trzeci etat. Ciężko jest. Cierpi na tym przede wszystkim regeneracja. Ja jestem w stanie zrobić objętość treningową taką jak zawodowi biegacze, np. 200 km w tygodniu. Ale organizm tego nie odda, bo nie ma już czasu na odpoczynek, regenerację, nogi są spięte. Dlatego nie da się wejść na bardzo wysoki poziom, jeśli się jednocześnie pracuje, ale da się szybko biegać. Bartek Olszewski i Łukasz Oskierko. Fot. archiwum Fundacji "Maraton Warszawski"   [su_note note_color="#96332f" text_color="#ffffff"] 10. PZU Półmaraton Warszawski w liczbach: 10. PZU Półmaraton Warszawski ukończyło 12 958 osób, czyli o 1802 osoby więcej niż w roku ubiegłym. Wśród finiszerów były 2 963 kobiety i 9 995 mężczyzn. Panie stanowiły prawie 23% wszystkich zawodników. Odsetek ten wzrósł o ok. 1,5% względem zeszłego roku. Pierwszych sześciu zawodników na mecie to Kenijczycy z kategorii M20. Najmłodszy z nich – zwycięzca Limo Kiprop – ma 22 lata. Najszybszy Kenijczyk biegł ze średnim tempem 2:53 min/km. Zwyciężczyni w kategorii kobiet – Amane Beriso – zajęła 21. miejsce w klasyfikacji generalnej. Etiopka ma 24 lata. Najstarszą kobietą na mecie była Danuta Remberk z Warszawy, rocznik 1941. Osiągnęła czas 2:43:46. W kategorii K70 oprócz pani Danuty były jeszcze dwie kobiety. Wśród panów najstarszym finiszerem został Florian Kropidłowski z Polic, rocznik 1935. Ukończył z czasem 3:24:59. W kategorii M70 wystartowało 28 panów. 17 osobom udało się złamać barierę 1:10:00. Nie udało się to żadnej kobiecie. 147 osób złamało czas 1:20:00, natomiast 8001 uczestników pobiegło poniżej dwóch godzin. Najwytrwalszym zawodnikiem okazał się Paweł Kostecki – 31-letni uczestnik zamknął stawkę z czasem 3:22:15. Jego średnie tempo podczas całego dystansu wyniosło więc 9:35 min/km.[/su_note] Marek Tronina - dyrektor 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego - gratuluje na mecie ostatniemu zawodnikowi, Pawłowi Kosteckiemu. Czas na zegarze to czas brutto. Fot. archiwum Fundacji "Maraton Warszawski"
[h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Lód w odpowiedzi na ból. Sprawa oczywista. Udokumentowana w podręcznikach pierwszej pomocy. W literaturze medycznej. Problem w tym, że lód nie pomaga przy urazach. Nie przyspiesza powrotu po kontuzji, a wręcz szkodzi.[/h2] Artykuł pochodzi z najnowszego numeru magazynu Bieganie - kwiecień 2015. Zobacz co jeszcze w nim znajdziesz. Fizjoterapeuci, lekarze, trenerzy od 37 lat popularyzują skrót R.I.C.E. Zrobili z niego mantrę, która ma pomóc szybko poskładać myśli w momencie, gdy trafi się uraz. Skręciłeś kostkę? Wyrżnąłeś o korzeń i kolano puchnie w oczach? Naciągnąłeś mięsień? Jeśli tylko możesz – zatrzymaj się (Rest), schłodź obolałe miejsce – najlepiej lodem (Ice), owiń czymś, żeby zatrzymać opuchliznę (Compression) i najlepiej unieś do góry, by zmniejszyć ukrwienie i tym bardziej zmniejszyć puchnięcie (Elevate). Brzmi świetnie. Problem w tym, że nie działa dobrze. Jak to? Przecież wszyscy to robią. Na boisku piłkarskim, gdy zawodnik pada jak długi i się nie podnosi, w ciągu kilkunastu sekund pojawia się medyk. Zabiera go za linię autu i natychmiast chłodzi kopniętą kostkę czy obite plecy. Jak uderzysz się – sięgasz do zamrażalnika i wyciągasz chociaż groszek z marchewką, żeby ukoić ból. Sam w przypadku zapalenia ścięgna Achillesa chłodziłem je zimnym okładem. I... choć mocno wierzyłem w ten zabieg – nie czułem, by jakkolwiek mi pomógł. Okazuje się, że ulegliśmy zbiorowej iluzji. Niby jesteśmy tacy mądrzy, tacy dociekliwi, a nie spojrzeliśmy, że terapia lodem w przypadku bólu nie przynosi rezultatów. A wręcz odwrotnie. Powoduje szkody. Gdy sięgnie się po zasoby bibliotek naukowych – nie znajdzie się tam artykułów potwierdzających skuteczność lodowych okładów. W ostatnich latach pisał o tym British Journal of Sports Medicine czy amerykański Journal of Strength and Conditioning Research. Co więcej – sam autor i popularyzator skrótu R.I.C.E – doktor Gabe Mirkin wrzucił bieg wsteczny i na swojej stronie w zeszłym roku opublikował artykuł, w którym wycofuje się ze swoich starych pomysłów. [h3]Skąd w apteczce wziął się lód?[/h3] Lód jest łatwo dostępny, tani i przynosi natychmiastową ulgę. Uśmierza ból. Zimno jest używane także do kojenia „zakwasów” lub po treningach. Żadna z tych form terapii nie ma udowodnionej skuteczności. Gary Reinl – autor demaskatorskiej książki „Iced – The Illusionary Treatment Option” sugeruje, że medyczna kariera lodu wystartowała w 1962 roku, kiedy to do bostońskiego szpitala przywieziono 12-latka z ręką urwaną przez pociąg. W czasie przygotowań do operacji, silnie chłodzono rękę w pojemniku z lodem, by uniknąć obumarcia komórek. Operacja zakończyła się głośnym sukcesem. Chłopak wrócił do sprawności. Gazety pisały o tym na pierwszych stronach. Uznano to za medyczny cud, a lód szybko zyskał dobrą opinię w popularnej kulturze. Z czasem jego rola poszerzyła się. Skoro da się uratować urwaną rękę, to może da się pomóc ręce, która ciągle jest na miejscu? Lód powoduje miejscowe zmniejszenie krążenia. Jest przyjemny. Dzięki temu zyskał dobrą opinię. Problem w tym, że wcale nie zmniejsza opuchlizny czy stanu zapalnego. Jedynie odsuwa te zjawiska w czasie. Wydaje się, że im zapobiega, a finalnie opóźnia leczenie i zakłóca naturalne procesy organizmu, które mają za sobą miliony lat ewolucji. Czy nasz praszczur, gdy walnął się kamienną siekierką w głowę, biegł po lód albo do strumienia? Nie sądzę. Sam autor i popularyzator skrótu R.I.C.E – doktor Gabe Mirkin wrzucił bieg wsteczny i na swojej stronie w zeszłym roku opublikował artykuł, w którym wycofuje się ze starych pomysłów. [h3]Pomóżmy stanowi zapalnemu[/h3] Kiedy skręcasz kostkę i uszkadzasz torebkę stawową, organizm już po kilku sekundach orientuje się w sytuacji i zaczyna proces leczenia. Uszkodzone naczynia zostają zwężone, a krew jest pompowana przez naczynia sąsiednie. Strup zaczyna kształtować się już w pierwszych minutach od uszkodzenia. W naturalnym procesie leczenia przepływ krwi nie maleje, ale wzrasta w uszkodzonej okolicy (naciągniętego mięśnia, naderwanego ścięgna czy w torebce stawowej). To proces celowy – przyłożenie lodu zakłóca naturalny porządek – dostarczenia odpowiednich składników czy komórek układu odpornościowego, których zadaniem jest usunięcie bakterii i uszkodzonej tkanki. [h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] Opuchlizna, postrzegana jako coś złego, z czym lód ma walczyć, jest efektem intensywnej reakcji organizmu i niewydolności systemu limfatycznego. Przepływ w naczyniach limfatycznych nie jest napędzany przez serce, a przez ruch mięśni. Zatem jeśli unieruchamiamy kończynę, co przy bólu jest bardzo częste – utrudniamy proces gojenia. Mówiąc obrazowo, martwa tkanka nie jest w stanie wynieść się z uszkodzonej strefy. Zatem zamiast walczyć z opuchlizną lodem, lepiej jest zapewnić aktywację mięśni. Jeśli uraz jest niewielki, może być to zwykły ruch, typu przywodzenie i odwodzenie stopy – byleby nie powodował wyraźnego dyskomfortu czy bólu. W cięższych przypadkach stosuje się elektrostymulację – noga jest nieruchoma i pracują tylko mięśnie. Można również skorzystać z drenażu limfatycznego – powolnego delikatnego masażu powtarzanego nawet kilka razy dziennie. Zatem również pierwszy punkt procedury R.I.C.E jest błędny. Zupełny bezruch nie przyspieszy wyleczenia. Zresztą nie tylko tkanek miękkich. Stwierdzono również, że kości lepiej się zrastają, jeśli są obciążone (oczywiście nie mówimy o tym, by natychmiast machać nogą ze złamaniem otwartym!). Jeśli chcesz sobie pomóc – przejdź się na spacer, pojeździj na rowerze, zjedz posiłek bogaty w białko. Ból jest częścią życia biegacza i nie uciekniesz od niego. [h3]Powrót starej szkoły[/h3] Jeśli wyciągnie się stary podręcznik pierwszej pomocy, czy pogada z trenerem kształconym w latach 60. – nie usłyszy się słowa „lód”. Kiedyś mówiło się, że jeśli noga boli, to trzeba ją „rozchodzić”. Niech się porusza, a potem się zobaczy. O ile to podejście było bardzo niebezpieczne i nieco nieodpowiedzialne, to często prowadziło do dobrych efektów. Współczesny człowiek nie cierpi być bezczynny. Potrzebuje rozwiązania dla każdego problemu – najlepiej w postaci prostego zabiegu lub pigułki. Rzecz w tym, że wiele drobnych urazów czy stanów zapalnych nie może zostać szybko wyleczonych, a uśmierzanie bólu nie przynosi dobrych rezultatów. Nawet wspomniane wcześniej środki chłodzące używane w grach zespołowych, okazują się nieskuteczne. Co prawda zawodnik, gdy wraca na boisko ze schłodzonym mięśniem, to nie czuje tak mocno bólu, ale zarówno jego siła, szybkość, jak i koordynacja zostają zakłócone – tak głoszą dobrze udokumentowane badania medyczne. Leki przeciwzapalne, takie jak ibuprofen, mają podobną właściwość – przez to, że uciszają sygnały organizmu do interwencji, opóźniają leczenie. Nie pomogą też przy „zakwasach”. Jeśli mięśnie w dzień po ciężkim treningu płoną – należy się tylko z tego cieszyć, bo to sygnał do odbudowy i wzmocnienia – adaptacji. I jeśli chcesz sobie pomóc – przejdź się na spacer, pojeździj na rowerze, zjedz posiłek bogaty w białko. Ból jest częścią życia biegacza i nie uciekniesz od niego. Krzysztof Dołęgowski, "Unikaj lodu jak ognia", Bieganie kwiecień 2015.
Kenijczyk Geoffrey Kamworor i jego rodaczka Agnes Tirop zostali mistrzami świata w przełajach. Drużynowo wygrała Etiopia. Zawody odbyły się w chińskim mieście Guiyang.
[h2]12958 biegaczy przekroczyło linię mety 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Druga wśród kobiet była Kasia Kowalska, która walczyła o rekord Polski w półmaratonie. Wynik 1:10:36 Karoliny Jarzyńskiej okazał się tym razem nie do pobicia. A oto relacja krok po kroku.[/h2] Sprawdź wyniki 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. [h3]9:45[/h3] Już za piętnaście minut wystartuje 10. PZU Półmaraton Warszawski! Czy padnie dziś rekord Polski kobiet w półmaratonie? Na ten wyczyn szykuje się Katarzyna Kowalska, która może poszczycić się rekordem trasy Półmaratonu Warszawskiego z 2011 roku, wynoszącym obecnie 1:11:27. Rekord Polski, należący do Karoliny Jarzyńskiej, to 1:10:36. Kasia jest w doskonałej dyspozycji. Uśmiechnięta kończy rozgrzewkę przed startem. [h3]9:55[/h3] Wszyscy już na starcie! Życzymy powodzenia, poprawionych życiówek, wspaniałych rekordów i radości z uczestniczenia w tym wyjątkowym, jubileuszowym wydarzeniu. A tych, którzy nie mogą kibicować uczestnikom na żywo, zachęcamy do oglądania i słuchania relacji live. https://www.youtube.com/watch?v=oIRa1NG2tQA#t=1713 [h3]10:00[/h3] Kasię Kowalską na rekord Polski poprowadzi Marcin Zagórny. Jeszcze wczoraj miał być to inny biegacz, jednak w ostatniej chwili okazało się, że nie będzie mógł biec razem z Kasią. Czy nowy pacemaker będzie trzymał zakładane tempo 3:20/km? Pierwsze dziesięć kilometrów powinno być pokonane w 33 minuty i 20 sekund. Mężczyźni będą biec szybciej - na około 28 minut i 30-40 sekund. [h3]10:06[/h3] Elita zawodników minęła już pierwszy kilometr. Mężczyźni pokonali go w 2 minuty i 54 sekundy, kobiety w 3 minuty i 20 sekund. Kasia Kowalska trzy sekundy za czołówką kobiet. [h3]10:10[/h3] Amane Berizo, 22-letnia Kenijka, objęła prowadzenie w czołówce - oderwała się od grupy kobiet i atakuje samotnie. Czy uda jej się utrzymać pierwszą pozycję aż do mety? Biegnie teraz na czas nieco powyżej 1 godziny i 9 minut. Jej tempo to 3:15/km. Druga Sarah Chepchirchir. Kasia Kowalska na trzeciej pozycji. [h3]10:16[/h3] Kasia Kowalska biegnie otoczona trojgiem zawodników. Czwarty kilometr poniżej 3:20. Mężczyźni minęli już pięć kilometrów w czasie 14:35 - to nieco wolniejsze tempo niż pierwotne założenia. Czy wiatr przeszkodzi im w realizacji planu? [h3]10:18[/h3] Kobiety pokonały 5 kilometrów w 16 minut i 30 sekund. Pierwsza zawodniczka biegnie w grupie mężczyzn-amatorów, chcących zameldować się na mecie o czasie 1 godziny i 9 minut. Jest w zdecydowanie lepszej sytuacji niż Kasia Kowalska, która ma jednego pacemakera - Etiopka ma aż sześciu! [h3]10:25[/h3] Zawodnicy biegną aleją Niepodległości; niedługo skręcą w ul. Puławską. Kasia Kowalska ma stratę 100 metrów do liderki, Amane Berizo. W tej chwili przewidywany czas finiszu Kasi to 1:11:05. Mężczyźni biegną na godzinę i 42 sekundy. [h3]10:28[/h3] Wydaje się, że Victor Kipchirchir ma lekki kryzys - oddalił się od czołówki na pięć metrów. Wiatr daje się we znaki zawodnikom, także Katarzynie Kowalskiej. Ostatni kilometr pokonała w 3 minuty i 24 sekundy. [h3]10:32[/h3] W 10. PZU Półmaratonie Warszawskim wystartowało aż 12.996 biegaczy! Poznajmy też inne liczby towarzyszące jubileuszowej edycji naszej imprezy: [h3]10:35[/h3] Czołówka mężczyzn pokonała pierwsze dziesięć kilometrów w 28 minut i 46 sekund, czołówka kobiet w 33:08. Kasia Kowalska nieco za nimi - przebiegła 10 km w 33:46. Przewidywany czas Kasi na mecie to obecnie 1:11:15. Czy uda jej się przyspieszyć i pobić rekord kobiet w półmaratonie? Przypomnijmy, że wynosi on 1:10:36 i należy do Karoliny Jarzyńskiej. [h3]10:38[/h3] Pacemaker czołówki mężczyzn zszedł z trasy. Na przedzie dwóch kenijskich biegaczy - obecnie tempo wynosi około 2 minuty i 50 sekund na kilometr. [h3]10:45[/h3] Katarzyna Kowalska zaczyna nawiązywać kontakt z liderką. Co prawda pierwsze dziesięć kilometrów pokonała w czasie o 25 sekund słabszym od zakładanego na rekord trasy, ale wygląda bardzo dobrze i prawdopodobnie nadal będzie przyspieszać! Trzynasty kilometr pokonała w 3:11 - doskonale wykorzystała profil trasy! [h3]10:48[/h3] Największą rywalką Kasi Kowalskiej do rekordu Polski w półmaratonie miała być Dominika Nowakowska, która kilka dni temu wygrała z Kasią na mistrzostwach Polski w biegu przełajowym. Dominika biegnie jednak nieco wolniej - na czas 1:13. Pogoda do biegania jest dziś niemal idealna - 11 stopni Celsjusza, odczuwalna temperatura to 8 stopni. Zawsze mogłoby jednak być lepiej - gdyby nie wiał tak silny wiatr, zawodnikom byłoby łatwiej biec po rekordy trasy i rekord Polski. [h3]10:51[/h3] Już za 9 minut na mecie zacznie robić się gorąco! Zapraszamy wszystkich kibiców na Plac Teatralny! [h3]10:55[/h3] A jednak! Limo Kiprop walczy o rekord trasy! Samotnie zmierza w kierunku mety. Co za emocje! [h3]10:56[/h3] Wśród Polaków prowadzi - na siódmym miejscu - Adam Nowicki na czas około 1 godziny i 4 minut. Arkadiusz Gardzielewski za nim. Czy pierwszy raz na polskiej ziemi padnie wynik poniżej godziny w półmaratonie? Kiprop przyspiesza! [h3]11:01[/h3] Jeeeeest!!!! Limo Kiprop na mecie z czasem 1:00:50. Niestety do rekordu trasy zabrakło zaledwie czterech sekund! Wielka szkoda, ale to i tak fantastyczny wynik! [h6]Marek Tronina - szef Fundacji Maraton Warszawski i Limo Kiprop - zwycięzca 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Fot. Paweł Jeleniewski[/h6][h3]11:04[/h3] Mamy pierwszego Polaka - gratulacje dla Adama Nowickiego! 1:04:36 to jego nowa życiówka - poprawił ją o dwie minuty! A wśród kobiet na prowadzeniu nadal młoda Etiopka, Amane Berizo. Zbliża się już do ostatniego kilometra. [h3]11:06[/h3] Arkadiusz Gardzielewski i Szymon Kulka kolejnymi polskimi zawodnikami. Szymon wygląda na zupełnie niezmęczonego, przekroczył metę z szerokim uśmiechem na ustach! Czy następny sezon będzie należał do niego? [h3]11:10[/h3] Kasia Kowalska zwalnia - przewidywany czas finiszu to 1:11:54. Niedługo na ostatniej prostej zobaczymy fenomenalną Berizo. [h3]11:11[/h3] Amane Berizo już na mecie z czasem 1:10:53. Jej życiówka to 1:08:43 - trasa, choć bardzo szybka, jednak nie okazała się rekordową. [h3]11:13[/h3] Katarzyna Kowalska zameldowała się na linii mety w 1:12:10. Mimo doskonałego przygotowania, Kasi nie udało się pobić rekordu Polski. Do jej wyniku niewiele zabrakło Dominice Nowakowskiej, która też została już przywitana na mecie! Mamy więc na podium dwie Polki! [h6]Kasia Kowalska po prawej i Dominika Nowakowska po lewej - najszybsze Polki 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Fot. Paweł Jeleniewski[/h6][h3]11:19[/h3] Pierwsza dziesiątka zawodników na mecie: 1. Limo Kiprop 1:00:52 2. John Lotiang 1:01:17 3. Boniface Kongin 1:02:10 4. Viktor Kipchirchir 1:02:35 5. Yano Abraham Kipkemoi 1:02:43 6. Bartale Richard 1:03:40 7. Adam Nowicki 1:04:34 8. Arkadiusz Gardzielewski 1:05:51 9. Szymon Kulka 1:06:13 10. Michał Gąsiorski 1:1:07:34 Klasyfikacja kobiet: 1. Amane Beriso 1:10:54 2. Katarzyna Kowalska 1:12:10 3. Dominika Nowakowska 1:12:37 4. Diana Lobacevske 1:12:45 5. Svietlana Stanko 1:14:17 6. Sarah Chepchirchir 1:14:49 7. Viktoria Khapilina 1:17:08 8. Ewa Chreścionko 1:17:29 9. Vaida Zusinaite 1:18:12 10. Izabela Trzaskalska 1:18:39 [h3]11:29[/h3] Podczas dziewięciu dotychczasowych edycji metę półmaratonu warszawskiego przekroczyło 45 689 biegaczy. W jubileuszowym, 10. PZU Półmaratonie Warszawskim liczba uczestników półmaratonu przekroczy 50 000! Stanie się to, kiedy na linii mety zamelduje się 4311. zawodnik. Ta osoba będzie mogła startować bezpłatnie w każdej kolejnej edycji Półmaratonu Warszawskiego! Na razie na mecie zameldowało się około 650 osób. [h3]11:43[/h3] Podczas tak licznych masowych startów należy brać pod uwagę nie tylko swój własny komfort, lecz także zadbać o to, aby w miarę możliwości nikomu nie przeszkadzać. Prezentujemy infografikę na temat biegowego savoir-vivre'u. Przyda się na przyszłość! [h3]11:52[/h3] Szczęśliwcem, który dostanie od Fundacji Maratonu Warszawskiego dożywotnie wpisowe na Półmaraton Warszawski, jest pan Rafał Belkiewicz. Przekroczył linię mety z czasem 1:49:59, stając się tym samym 4111. zawodnikiem, który ukończył 10. PZU Półmaraton Warszawski! [h3]12:00[/h3] Zegar odmierzający czas od startu przekroczył dwie godziny. Na mecie mamy 6567 zawodników. Jednak ci, którzy marzą o złamaniu dwóch godzin, nadal mają na to szansę, ponieważ czas liczony przez chipy jest czasem brutto. [h3]12:05[/h3] Każdy, kto ukończy 10. PZU Półmaraton Warszawski, otrzyma pamiątkowy, unikalny medal. Zobaczcie, jak wygląda medal tegorocznej edycji i jak wyglądały poprzednie. [h3]12:12[/h3] Za chwilę rozpocznie się dekoracja najlepszych zawodników 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Piękna chwila dla biegaczy stających na podium - uwieńczenie wielu miesięcy, a nawet lat żmudnej, ciężkiej pracy. [h3]12:20[/h3] Na mecie coraz bardziej tłoczno! Wyniki live dostarczane przez STS-Timing można śledzić tutaj. [h3]12:30[/h3] 7. Półmaraton Warszawski był pierwszą dużą imprezą, która gościła na terenie Stadionu Narodowego. Uczestnicy naszego biegu stali się Bohaterami Stadionu Narodowego jeszcze zanim zaczęły się mecze EURO2012. Tym razem, ze względu na pożar Mostu Łazienkowskiego, trasa biegu musiała ulec diametralnej zmianie. Biegacze wystartowali i finiszowali przy placu Teatralnym. [h3]12:37[/h3] Zbliżamy się do końca! Do tej pory na mecie pojawiło się 12347 zawodników. Niedługo prześcigniemy rekord frekwencji w biegu masowym w Polsce, który na razie należy do Biegu Niepodległości - ukończyło go 12746 biegaczy. [h3]12:48[/h3] Na trasie jest jeszcze około 300 zawodników. Limit czasu wynosi trzy i pół godziny, więc mają jeszcze czterdzieści minut. Trzymamy za nich kciuki i kibicujemy do samego końca. [h3]12:58[/h3] Mamy rekord frekwencji! 10. PZU Półmaraton Warszawski najliczniejszym biegiem masowym w Polsce! [h3]13:19[/h3] Jeszcze 11 minut dzieli nas od zamknięcia trasy półmaratonu. Zdecydowana większość zawodników już odpoczywa, je, pije i się masuje. Tym, którzy są jeszcze na trasie, wysyłamy ciepłe myśli. Dacie radę! [h3]13:31[/h3] I koniec! Już po limicie czasu. Na mecie przywitaliśmy 12953 osób. Dziękujemy, że byliście z nami!
Fot. istockphoto.com [h2]Zazwyczaj w dniu zawodów każdy z nas mniej więcej wie, ile płynów powinien przyjąć pomiędzy startem a metą. Teorie nie na wiele się zdadzą, jeśli wcześniej nie przećwiczymy nawadniania się na treningach.[/h2] Co więcej naukowcy z Uniwersytetu w Minnesocie stwierdzili, że ilość faktycznie przyjmowanych płynów często znacznie różni się od zakładanej. Zawodnicy mają tendencję do niedoszacowania, lub - przeciwnie - przeszacowania swojej podaży płynów podczas zawodów. Zbadano 53 triathlonistów - zapytano ich, ile płynów przyjmują podczas zawodów, a potem dokładnie to zmierzyli. Okazało się, że często mylili się nawet o pół litra. Patrick Wilson, przewodniczący badania w Minnesocie wskazuje, co można zrobić, aby zachować jak najlepszą kontrolę nad badanym wskaźnikiem: 1. Mieć płyny ze sobą - nie polegać na punktach z wodą. 2. W razie kłopotów z trzymaniem się harmonogramu żywieniowego nastawić sobie w zegarku alarmy przypominające o konieczności picia wody lub przyjmowania pożywienia. 3. Ćwiczyć picie i jedzenie w trakcie treningów! Nawet najlepszy plan na niewiele się zda, jeśli postanowimy przetestować nowe pokarmy czy płyny akurat na ważnych zawodach. W najgorszym wypadku może to spowodować nawet konieczność zejścia z trasy. 4. Starać się przyjmować większość kalorii z pokarmów stałych i półstałych, takich jak żele energetyczne.
Etiopka Tirunesh Dibaba, rekordzistka świata na 5000 metrów, urodziła syna. W związku z ciążą biegaczka odpuściła poprzedni sezon startowy.
Advertisment ad adsense adlogger