fbpx

Wiadomości

Etiopczyk Kenenisa Bekele z powodu kontuzji ścięgna Achillesa zrezygnował ze startu w maratonie w Londynie. Bekele jest rekordzistą świata na dystansach 5000 i 10 000 metrów.
[h6]Ryan Hall zwycięża w kwalifikacjach olimpijskich w listopadzie 2007 roku. Fot. Nick Laham/Getty Images[/h6] [h2]W niedzielę w Los Angeles odbyły się mistrzostwa USA w maratonie. W męskim biegu poza triumfem nieznanego wcześniej Jareda Warda można było śledzić kolejną fazę upadku znakomitego przed laty maratończyka, Ryana Halla.[/h2] Znakomity biegacz, wielka nadzieja białych na triumf w największym światowym maratonie, od trzech lat zalicza porażkę za porażką i w wieku 32 lat wydaje się zawodnikiem skończonym. A miało być tak pięknie... Hall na ostatnim roku studiów wywalczył w 2005 akademickie mistrzostwo USA w biegu na 5000 metrów, osiągając znakomity czas 13.22,32 - bez zająca, prowadząc cały bieg na zmianę z kolegą z drużyny uniwersyteckiej. Od tej pory jednak bardzo rzadko pojawiał się na bieżni, skupiając całą energię na karierze w biegach ulicznych. Początki były wspaniałe - rekord USA na dystansie 20 kilometrów, a potem fantastyczne 59:43 w półmaratonie, po którym był wtedy szóstym najszybszym człowiekiem na tym dystansie. Debiut maratoński również zrobił wrażenie - 2:08:24 i 7. miejsce w Londynie. Rok później w tym samym miejscu uzyskał już 2:06:17 - i ten wynik pozostaje jego rekordem życiowym na regulaminowej trasie. Nie sposób jednak nie wspomnieć o biegu w Bostonie z 2010 roku, kiedy Ryan Hall uzyskał fenomenalne 2:04:58 - ale na nieregulaminowej trasie, z silnym wiatrem wiejącym w plecy. W 2012 coś się jednak zaczęło psuć. Przed Igrzyskami Amerykanin doznał kontuzji mięśnia czworogłowego i w Londynie zszedł z trasy po kilku kilometrach. Od tej pory każda kolejna próba startu była już tylko katastrofą. Z trzech kolejnych maratonów wycofywał się jeszcze przed startem. Udało mu się dobiec do mety dopiero w 2014 roku w Bostonie, z bardzo słabym czasem - 2:17:50. Kolejnym biegiem na dystansie 42195 metrów było niedzielne Los Angeles. W upale Hall ruszył bardzo mocno, ale po kilkunastu kilometrach dramatycznie zwolnił. Krótko po połowie zszedł z trasy. Czy się jeszcze odbuduje? Wydaje się to trudne, bo poza sukcesami sportowymi Ryan Hall zawsze wzbudzał kontrowersje swoimi dziwactwami. Zbyt wiele spraw rozpraszało go od bycia profesjonalnym sportowcem. Z jednej strony doskonale dbał o swój marketing - pojawiał się na okładkach pism, kręcił filmiki reklamowe i instruktażowe, ma lukratywne kontrakty sponsorskie. Z drugiej - opowiadał o tym, że rozmawia z Bogiem, chcąc się dowiedzieć, co ma robić na treningu, jeździł do Afryki na wyjazdy ni to charytatywne, ni treningowe. Wydawało się też, że bardziej niż na zawodach, spełnia się na treningu, o czym świadczyły pełne mistyki wpisy na jego blogu oraz kolejne treningowe filmiki, pokazujące biegi w piekielnie mocnym tempie. W międzyczasie pojawiali się i znikali kolejni trenerzy, kolejne plany startowe. Nie zmieniało się tylko jedno: poziom sportowy Ryana Halla był coraz niższy. Obecnie, po kilku latach od ostatniego biegu na wysokim poziomie wydaje się, że już nic nie może uratować kariery Amerykanina. Przeczytaj również: Ryan Hall trenuje z Jackiem Danielsem
Fot. amplasport.com [h2]Buty biegowe to podstawowe wyposażenie biegacza. Ciągle jest udoskonalane, do trzewików upychane są coraz to nowsze systemy. Gdy wydaje się, że producenci nie mogą już niczym zaskoczyć, pojawia się jakaś nowość. Z reguły jednak buty zachowują zbliżoną formę, ale nawet od niej są wyjątki. Jednym z nich są buty Ampla Fly.[/h2] Fot. amplasport.com Ampla to marka wymyślona przez Davida Bonda oraz Toma Hartge'a we współpracy ze światowej sławy (przynajmniej według producenta) naukowcem i specjalistą od rozwoju technologii sportowej. Tą wybitną osobistością jest Dr Marcus Elliott, który trenował zawodników z elity w Instytucie Sportu w Santa Barbara oraz wprowadzając zaawansowane technologie, jak choćby materiały wideo ze specjalnych kamer czy mierników siły, zbierał dane o biegaczach, czym zajmował się przez 8 lat, specjalizując się przede wszystkim w minimalizowaniu ryzyka kontuzji. Nazwa marki wzięła się od angielskiego słowa amplifer, czyli wzmacniacz, bowiem według twórcy buty mają wzmacniać i poprawiać możliwości biegacza. Same buty wyglądają niby jak zwykłe buty, tyle że z... odpadającą podeszwą i właśnie na tym opiera się cała tajemnica tego obuwia. Podeszwa, jak w większości klasycznych modeli, zbudowana jest z gumowej podeszwy zewnętrznej oraz podeszwy środkowej, w tym wypadku składającej się z dwóch rodzajów pianki EVA. Fot. amplasport.com Pomiędzy warstwami pianki umieszczono jednak płytkę wykonaną z włókna węglowego. Na dodatek z płytki wystaje fragment (sprawca dziwacznego wyglądu), który działa jak resor piórowy w starych samochodach. Resor oczywiście ma za zadanie poprawić ekonomikę biegu. W czasie lądowania, uginając się, kumuluje energię, a w momencie wybicia ją oddaje, sprawiając, że bieg powinien być szybszy. Dodatkowo karbonowa płyta ma poprawiać pozycję stopy w czasie lądowania. Dr Elliott twierdzi, że prace nad tym rozwiązaniem to nie wymysł marketingowy i wszystko jest oparte na kinematyce biegu. Buty mimo odstającego elementu mają cechować się niskim profilem, choć nie zdradzono jego wielkości. Podano natomiast wagę, która ma wynosić 274 g dla buta w rozmiarze 9, różnica pomiędzy piętą a palcami wynosi 4 mm. Bond twierdzi, że Ampla Fly to nie są buty dla każdego. Należy je traktować jako narzędzie dla osób, które chcą poprawić formę i efektywność biegu. Nad innymi butami producent dopiero pracuje. Bond, Hartge - którzy pracowali dla największych firm sportowych takich jak Nike, Adidas, K-swiss, Patagonia, Quicksilver - twierdzą, że nie prowadzono tam wystarczających badań nad biomechaniką ruchu, a wszystko było podporządkowane marketingowi. Dzięki współpracy z Dr. Elliottem Ampla ma się wyróżniać na tle innych firm, opierając się przede wszystkim na naukowym podejściu i badaniach. Buty mają się pojawić w sprzedaży w wybranych sklepach na terenie USA na wiosnę, a przewidywana ich cena to około 180$. Strona producenta: www.amplasport.com https://www.youtube.com/watch?v=nm7NGsg7hM0
Fot. istockphoto.com Marszobieg to niekoniecznie forma aktywności wyłącznie dla seniorów. Bieg przeplatany marszem (lub marsz przeplatany biegiem) to forma aktywnej rekonwalescencji, rehabilitacji czy jedyny możliwy czasowy zastępnik biegania. O szczegółach opowiada Agnieszka Kruszewska-Senk. [su_note note_color="#a1cc4c" text_color="#000000"] Agnieszka Kruszewska-Senk: Magister fizjoterapii, instruktor kulturystyki, trójboju siłowego, fitness oraz sportu osób niepełnosprawnych. Trenowała lekkoatletykę, fitness, podnoszenie ciężarów oraz trójbój siłowy, w którym została mistrzynią Polski młodziczek. Od ponad 7 lat trener personalny. Stworzyła i prowadziła Klub Biegacza Holmes Place, a obecnie prowadzi treningi Drużyny ObozyBiegowe.pl, Accelerate – klubu biegacza Accenture oraz liczne zajęcia siłowo-sprawnościowe na obozach biegowych.[/su_note] Czym jest marszobieg? Jak go zdefiniować? – Marszobieg to marsz przeplatany biegiem lub bieg przeplatany marszem – czyli dwie formy poruszania się dawkowane w różnych proporcjach. Dla kogo właściwie są marszobiegi? – Jest to forma aktywności, którą zaleca się osobom początkującym, które chciałyby zacząć biegać, ale których sprawność fizyczna jeszcze na to nie pozwala. Jest to także dobra forma ruchu dla osób zaczynających przygodę ze sportem, otyłych, kobiet w ciąży czy w połogu. Ale także dla tych, którzy wracają do biegania po długiej przerwie. Ponieważ marszobieg mniej obciąża stawy niż bieg ciągły, może być także stosowany podczas lub po zakończeniu rehabilitacji. Jak skonstruować trening marszobiegowy? – To zależy, w jakiej jesteśmy kondycji. Należy oprzeć nasz trening na okresach marszu i biegu. Starajmy się wyznaczyć zarówno stały czas marszu, jak i biegu. Dla osób bardziej zaawansowanych okresy biegu będą dłuższe, okresy marszu będą krótsze. W wypadku gorszej kondycji postępujemy odwrotnie. [su_box title="Przykładowy trening marszobiegowy:" style="soft" box_color="#6ab21c"] Rozgrzewka: szybki marsz około 10 min zakończony serią ćwiczeń ogólnorozwojowych Część główna treningu: 3-4 serie marszobiegu, np. 4 minuty biegu, 2 minuty marszu Schłodzenie i rozciąganie: 10 minut wyciszającego marszu oraz ćwiczenia rozciągające obejmujące pośladki, przody ud, tyły ud oraz łydki.[/su_box] Jak wygląda progresja w przypadku marszobiegów? Według jakich zasad należy te marszobiegi modyfikować, żeby zaobserwować u siebie poprawę wyników/formy? – Na początku staramy się wydłużyć czas biegu na odcinku (np. do 5 min), a następnie skracamy odpoczynki (np. do 1 min). Gdy taka forma treningu nie sprawia nam już problemu, ponownie wydłużamy czas biegu (już bardziej odważnie, na przykład do 10-15 min) i utrzymujemy krótki czas przerw w marszu. Miarą naszego progresu będzie coraz dłuższy czas biegu. Jakie tętno powinno się utrzymywać podczas biegów? Czy może nie powinno się zwracać uwagi na odczyt tętna, a jedynie na własne samopoczucie? – Mamy tu dwie szkoły. Jedna mówi, żeby biegać według własnego samopoczucia i unikać dużej zadyszki, a druga zaleca biegać z pulsometrem. Podczas biegu z pulsometrem najlepiej wyznaczyć sobie widełki tętna, w których powinniśmy się utrzymywać. Przechodzić do marszu, kiedy nasze tętno jest za wysokie, a wracać do biegu, gdy spada ono poniżej zakładanej dolnej granicy. Jak wygląda przechodzenie z marszobiegów do samego biegania? Jakie czynniki wpływają na ten proces? – Do biegu ciągłego przechodzimy, gdy jesteśmy już na to gotowi. Czyli udaje nam się pokonać dłuższy dystans bez zatrzymania i zadyszki. W zasadzie kiedy możemy już ciągiem przebiec 20-30 minut, oznacza to, że możemy rezygnować z marszu i wydłużać czas samego biegu. Czy są jakieś błędy, które popełniają osoby stosujące marszobiegi? – Jak to często przy bieganiu bywa, częstym błędem osób początkujących jest zbyt szybkie zwiększanie obciążeń (kilometrażu) oraz zbyt mocny bieg. Pierwsze może spowodować bóle lub nawet kontuzje przeciążeniowe. Drugie – szybki wzrost tętna, a z nim dużą zadyszkę i zniechęcenie. Namawiam zatem do spokojnego i rozłożonego w czasie – np. 2-6 tygodni – rozkręcania się oraz zaczynania od spokojnego truchtu podczas odcinków biegowych. Ważny jest także czas na  odpoczynek – w pierwszych dwóch tygodniach robimy maksymalnie 3, a w kolejnych 4 tygodniach – maksymalnie 4 treningi marszobiegowe. [su_box title="Właściwa sylwetka podczas marszu i biegu:" style="soft" box_color="#6ab21c"] Także podczas marszu ręce powinny być ustawione w pozycji biegowej – zgięte w łokciach pod kątem 90 stopni. Ręce powinny poprawnie pracować w barkach. Marsz powinien być sprężysty, dynamiczny i szybki. Nie należy go traktować jak spokojny spacer, tylko jak część treningu, która także ma nam przynieść korzyści.[/su_box] Czy marszobiegi mogą stosować też w pełni sprawni, średniozaawansowani biegacze? Ma to u nich sens? – Zaawansowani biegacze stosują marszobiegi do pokonania długich dystansów takich jak biegi ultramaratońskie. Przechodzenie do marszu podczas długiego wysiłku pozwala naszym mięśniom odpocząć od wykonywanej pracy, przyjąć odpowiednią dawkę picia czy pożywienia, a następnie bardziej efektywnie powrócić do kroku biegowego. Marszobieg jest także wykorzystywany podczas biegów górskich. Przy stromych podejściach często lepiej jest przejść do szybkiego i rytmicznego marszu niż kontynuować bieg.
Jared Ward (2:12:55) oraz Blake Russell (2:34:57) zostali mistrzami USA w maratonie. Bieg odbył się w upalnych warunkach w Los Angeles.
[h2]Mówi się, że to jedno z najbardziej odżywczych warzyw w przyrodzie. Bataty czyli słodkie ziemniaki prócz cennej dla biegacza energii z węglowodanów kryją w sobie wiele witamin oraz pierwiastków - np. żelazo i magnez czy jod. W kuchni są bazą do smacznych dań na słono, słodko lub pikantnie.[/h2] Bataty przywędrowały do Europy z Ameryki Południowej i Środkowej. Choć nazywane są słodkimi ziemniakami, w dużej mierze różnią się od kartofli, w które obfituje tradycyjna polska kuchnia. Ich wartość odżywcza jest o ok. 50% wyższa niż ziemniaków. Częścią jadalną są bulwy osiągające niekiedy wagę do 3 kg. Mają biały, różowy lub czerwony miąższ. Spożywa się je zwykle po ugotowaniu lub upieczeniu, w postaci kremowych zup, frytek, puree, ale można również spotkać wytworzoną z nich mąkę, płatki, makarony, cukier, syrop oraz alkohol. Dobrze smakują z tymiankiem, czosnkiem oraz chilli, ale również w wersji na słodko z cynamonem, miodem lub curry. [su_highlight background="#f4c727" color="#ffffff"]Co w nich dobrego?[/su_highlight] Bataty są źródłem witamin: beta-karotenu, witaminy C, B6, B1, B2, PP i błonnika oraz cennych pierwiastków - żelaza, siarki, potasu, magnezu, fosforu, zawierają też niewielkie ilości manganu, molibdenu i selenu oraz miedzi. 100 g dostarcza ok. 85 kcal. Bataty mają właściwości antyoksydacyjne i praktycznie nie zawierają tłuszczu, za to są dobrym źródłem węglowodanów, a ich bulwy zawierają również białka. Obecne są w nich substancje przeciwnowotworowe - kwas chlorogenowy, luteina i zeaksantyna oraz sterole roślinne, zmniejszające stężenie złego cholesterolu. Bataty są bardzo cennym składnikiem diety osób zagrożonych chorobami cywilizacyjnymi, jak miażdżyca, cukrzyca czy otyłość. Błonnik ma korzystny wpływ na przewód pokarmowy, przyspiesza przejście pokarmu, zmniejsza też wchłanianie cukrów i tłuszczów. Dla biegaczy ma spore znaczenie również wysoka zawartość kwasu foliowego w słodkich ziemniakach, koniecznego do powstawania szpiku i czerwonych krwinek oraz prawidłowego funkcjonowania układu nerwowego. Bataty mają niski indeks glikemiczny, a więc energia z nich uwalniana jest powoli. Dają również uczucie sytości, co docenią walczący o dobrą masę startową. Wysoka koncentracja potasu pomoże w utrzymaniu równowagi płynów i elektrolitów w organizmie. Bataty są ulubionym składnikiem diety Rory Bosio - amerykańskiej biegaczki ultra, która dwukrotnie zwyciężyła w prestiżowym Ultra-Trail du Mont-Blanc. Rory przyznaje, że często zabiera ze sobą na trasy wyścigów bataty z cynamonem i miodem, bo to jedyna rzecz, która nigdy nie wywołała u niej problemów żołądkowych. [h3]Przepisy[/h3] [su_highlight background="#f4c727" color="#ffffff"]Batatowe frytki z piekarnika[/su_highlight] 2 bataty 4 ząbki czosnku Zioła - rozmaryn (świeży lub suszony) 5 - 6 łyżek oliwy z oliwek 2 - 3 łyżeczki soku z cytryny Sól Przygotowanie: Pokrój bataty (obrane lub nie - jak wolisz) w podłużne, grube frytki (ok. 1,5 cm). W naczyniu zmieszaj oliwę, sok z cytryny, sól i rozmaryn i polej równomiernie bataty. Wymieszaj dokładnie, po czym ułóż na blasze pokrytej folią aluminiową. Pomiędzy batatami ułóż ząbki czosnku rozgniecione lekko w łupinach. Włóż wszystko do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i piecz przez około 25 minut, albo 30 jeśli frytki wyszły trochę grubsze. Można podawać je z dodatkiem odrobiny jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany. [su_highlight background="#f4c727" color="#ffffff"]Zupa krem z batatów[/su_highlight] 500 g batatów 3,5 szklanki bulionu warzywnego 1 ząbek czosnku 1 cebula 1 łyżka oliwy z oliwek Świeża kolendra 1/2 łyżeczki papryczki chilli Sok z limonki 1 łyżka śmietany Na oliwie zeszklij pokrojoną w kostkę cebulę, dodaj posiekany drobno czosnek. Dorzuć obrane i pokrojone w kostkę bataty. Posól do smaku i smaż przez kilka minut, mieszając. Dodaj przyprawy i jeszcze chwilę podsmaż. Przełóż wszystko do garnka i wlej bulion oraz trochę soku z limonki i posiekanej kolendry. Gotuj przez około 15 minut, aż bataty nabiorą miękkości. Zmiksuj na krem i podaj ze śmietaną i świeżą kolendrą. [su_highlight background="#f4c727" color="#ffffff"]Placuszki z batatów na słodko[/su_highlight] 1 batat 1 kwaśne jabłko Sok z cytryny 2 jajka Garść rodzynek 2 łyżeczki cynamonu 2 łyżeczki startego imbiru 2 łyżki miodu albo ksylitolu Utrzyj batata na grubych oczkach tarki (nie musisz go obierać), jabłko pokrój w kostkę. Dodaj jajka, rodzynki (lub żurawinę), cynamon i miód lub ksylitol. Wszystkie składniki zmieszaj dokładnie (w razie potrzeby, gdyby masa nie kleiła się wystarczająco dodaj 1 jajko). Usmaż placuszki na patelni na rumiano z obu stron. Można zjeść je posypane ksylitolem, albo z dżemem, śmietaną czy jogurtem. Albo bez dodatków. [h6]Placuszki z batatów. Fot. Krzysztof Dołęgowski[/h6]
Autor relacji po dotarciu na 37. piętro Rondo 1. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL Bieg na Szczyt to bieg na 37. piętro budynku Rondo 1 w Warszawie. Do pokonania 836 schodów. Towarzystwo doborowe, bo praktycznie cała czołówka Towerrunning World Cup z Piotrem Łobodzińskim – Mistrzem Świata – na czele, a zawody miały rangę Towerrunning Grand Prix of Poland. Najważniejsze jednak, że cały przychód z opłat startowych przekazany zostanie Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce. Tyle informacyjnie, a jak to wyglądało okiem debiutanta i czego można się spodziewać po schodowym bieganiu – przeczytacie poniżej. Wszystko zaczęło się od przegapienia terminu zapisów. Po walce o pakiet w styczniowym MER (Marriott Everest Run – 24-godzinny bieg po schodach) miałem pilnować terminu zapisu Biegu na Szczyt i oczywiście przegapiłem. MER zaliczony, więc w sumie straty nie było, bo jedno doświadczenie schodowe w sezonie wystarczy. Co jakiś czas sprawdzałem jednak na stronie, czy może będą dodatkowe zapisy i okazało się, że będą. Zupełne bez oczekiwań spróbowałem się zapisać i o dziwo udało się. Pojawił się jednak problem, bo termin biegu pokrywał się wyjazdem na narty. Pięć dni było na wpłatę wpisowego. Pięć dni zajęło zastanawianie się, co wybrać: narty czy bieg, bieg czy narty. Logika podpowiadała, że narty, bo bieg to raptem kilka minut i po sprawie. Narty to 3-4 dni jeżdżenia. Zwyciężyła jednak, ku niezadowoleniu ekipy narciarskiej, ciekawość i chęć przeżywania nowych doświadczeń – wybrałem bieg. Wpłata dokonana i pozostało czekać na dzień biegu – 14 marca 2015. Przygotowań w sumie żadnych specjalnie nie było. Biegam regularnie amatorsko od stycznia 2014 r. i Bieg na Szczyt, podobnie jak MER, wypadły niejako z biegu, jako urozmaicenie treningu. Nadszedł w końcu przeddzień wyjazdu. Po pracy przyjazd z Torunia do Warszawy. Przeważnie w moich wydarzeniach biegowych towarzyszy ekipa Oroloko Team (Kamil lat 9, Kaj lat 12, żona Asia), lecz tym razem w związku z obowiązkami naukowymi jednego z członków teamu przyszło uczestniczyć w pojedynkę. Po przyjeździe przygotowania stroju do występu. Z racji doświadczenia zdobytego w MER i obserwacji czołówki zawodników Towerrunning zamierzałem się ubrać jak najlżej. Postanowiłem zrezygnować z koszulki organizatora – swoją drogą bardzo pomysłowej – i założyć coś lekkiego typu bezrękawnik. Spodenki - w biegach preferuję spodenki kompresyjne, więc i tutaj skorzystałem z takiej opcji. Buty – najlżejsze, jakie mam, które zresztą sprawdziły się w MER. Wszystko przygotowane, więc rozluźniające, rozśmieszające ulubione skecze kabaretowe i czas spać. Piotr Łobodziński - późniejszy zwycięzca - w momencie startu. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL Elita startowała o godz. 11.45, więc byłem na miejscu około godz. 11, by się spokojnie przebrać i zobaczyć najlepszych z najlepszych w bieganiu po schodach. Po wejściu do budynku w pierwszej kolejności udałem się po pakiet startowy. Biuro było całkiem dobrze oznakowane, więc trafiłem bez problemu. W pakiecie znajdowały się ulotki sponsorów, koszulka techniczna firmy 4F oraz numer startowy z chipem. Dużo – niedużo, kwestia indywidualna. Depozyt był również łatwy do zlokalizowania, bo znajdował się naprzeciwko. Najtrudniej było trafić na główną arenę zawodów, ale może wynikało to z tego, że wszedłem jakimś bocznym wejściem, albo ze stresu przedstartowego, a nie złego oznakowania. W końcu arena zmagań została zlokalizowana i oczom ukazał się hall budynku z zawodniczkami i zawodnikami. Uczestnicy startowali seriami, a każda seria liczyła po 20 osób. Między zawodnikami w poszczególnych seriach odstęp czasowy wynosił 15 sekund, a między seriami 5 minut. Kolejne serie wchodziły do strefy startowej i tam po sprawdzeniu uczestników z listą ustawiali się zgodnie z przydzielonymi numerami. Wszystko działo się w ekspresowym tempie. Jedna seria kończyła, druga zaczynała. Obawiałem się trochę o zatory, doganianie i tłok na schodach, ale nic takiego nie miało miejsca i wszystko bardzo sprawnie się odbywało. Start zawodników można było obserwować praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zawodnicy, którzy zniknęli w korytarzu schodowym, widoczni byli na telewizorach, a kamery umiejscowione były na 10. i na 33. piętrze, a następnie na mecie. Na 10. piętrze był dodatkowo pomiar czasu, gdyż na najszybszą osobę na tym właśnie piętrze czekały nagrody od firmy 4F. Podobnie na piętrze nr 33. Rozciąganie przed biegiem. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL Teoretycznie i nieco praktycznie wiedziałem już, jak to wygląda i z czym to się je, przyszedł więc czas na bezpośrednie przygotowanie startowe. Do startu elity, który chciałem zobaczyć, czasu jeszcze trochę zostało, więc na spokojnie można było się przygotowywać. Moją uwagę zwróciło to, że zawodnicy, którzy wracali po biegu, kaszleli. Kilka zapytanych osób mówiło o bardzo suchym powietrzu w klatce schodowej. Doszło więc kolejne doświadczenie do sprawdzenia. Oczywiście w komentarzach dało się słyszeć, że wyczerpujący to bieg, że uda ostro dostają w kość, zwłaszcza mięśnie czworogłowe, że kręci się w głowie, że ekstremalnie jest i tak dalej, i tak dalej... Słysząc te wszystkie rzeczy, zacząłem się zastanawiać, co ja tutaj robię. Logiki w tym żadnej nie ma, bo trudno wytłumaczyć komuś wbieganie na 37. piętro. Z drugiej strony opowieści opowieściami, a swoje przeżycia swoimi przeżyciami. To, co należało zrobić, to przestać myśleć i udać się na miejsce zmagań, bo czas ku temu był najwyższy. Start elity oczywiście wzbudzał największe zainteresowanie, bo z numerem pierwszym startował nasz Mistrz Świata, czyli Piotr Łobodziński. Za nim kolejni zawodnicy, zgodnie z zajmowanymi miejscami w klasyfikacji Grand Prix. Raz dwa trzy, minuty cztery i tyle ich widzieli. Zanim zdążyłem pożegnać wzrokiem ostatniego zawodnika, Piotr był już na 10. piętrze. Jeszcze chwilka i jest na mecie. Za nim kolejni zawodnicy. Będąc tam na dole, w gwarze, nieustannym ruchu i przy tulu bodźcach, 3 minuty 31 sekund minęło praktycznie jak kilka sekund. Po elicie panów czas na panie, a z numerem drugim Dominika Wiśniewska-Ulfik, która wygrała eliminacje. Po emocjach związanych ze startem najlepszych czasu za wiele do startu nie zostawało, więc pora na rozgrzewkę. Zestaw ćwiczeń rozciągających, lekkie przebieżki i to, co podpatrzyłem podczas rozgrzewki elity. Kilka chwil rozgrzewki, nerwosiku i gotowy do startu. 12:25 wejście do strefy startowej, sprawdzenie zawodników, ustawienie w kolejności numerów startowych i bezpośrednie oczekiwanie na start. Niby spokojnie, ale stres i skupienie było zauważalne u wszystkich. Część pewnie wiedziała, czego się spodziewać, część – tak jak ja – mogła się domyślać, ale to były tylko domysły. W końcu piknięcie i start. Taktyka była prosta – mądrze najszybciej do góry. Mądrze, czyli by zachować jak najwięcej sił na koniec. Łatwo wymyślić, ale trudniej bez doświadczenia wykonać. Wiedziałem jedno: że nie walczę o najlepszy czas na 10. piętrze. Zacząłem za szybko, więc nieco zwolniłem i do 10. piętra było całkiem miło i sympatycznie. Potem zaczęło się jednak kręcić w głowie. Nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy od ciągłego skręcania w lewą stronę. Do zawrotów zaczęły dołączać nogi, które robiły się coraz cięższe i cięższe. Mimo tych przeciwności (nikt nie mówił, że będzie łatwo) tempo było całkiem dobre, bo doganiałem zawodników, którzy startowali przede mną. Doświadczony po MER i tam to się bardzo dobrze sprawdzało, miałem nadzieję, że wolniejsi zawodnicy będą ustępować szybszym. Niestety nie wszyscy się do tego stosowali, a wyprzedzanie prawą stroną przy tak ekstremalnym wysiłku kosztuje dodatkowo niepotrzebną utratę sił. Z drugiej strony widok osoby będącej w zasięgu motywuje i wyzwala siły. Strażacy w pełnym oprzyrządowaniu wspinają się na szczyt. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL To, co wypróbowałem na MER, czyli bieganie po dwa schody, starałem się stosować również w Biegu na Szczyt. Stopień za stopniem, piętro za piętrem podążałem na górę w marszobiegu, raczej z głową w dół, wzrokiem wpatrzonym w schody, by nie widzieć, ile jeszcze pięter zostało. Co jakiś czas jednak głowa podrywała się do góry i ku rozczarowaniu liczba na tabliczce z numerem piętra była zawsze nie taka, jak powinna, czyli o kilka numerów za niska. W końcu jest 37. piętro, korytarz i bieg do mety, a raczej chciałoby się biec, a tutaj nogi same się uginają i chcę biec prosto, a biegnę jakbym był na statku podczas sztormu. Telepie i nosi mnie w prawo i w lewo. Jeszcze parę kroków i meta. Woda w jedną rękę, izotonik w drugą, medal na szyję i padam za linią mety. Nie nurkuję, nie mam doświadczeń z chorobą dekompresyjną, ale płuca bolały, paliły i mogę tylko podejrzewać, że tak to może wyglądać. Wstałem, pochodziłem, zaczął wracać miarowy oddech, nogi przestały się uginać, lecz pojawił się kaszel. Rzut oka na panoramę Warszawy, przyjechała winda, więc czas na dół. W międzyczasie rozpoczęły się starty strażaków w I Mistrzostwach Polski Strażaków. Wchodzili w parach w pełnym oprzyrządowaniu, z aparatami powietrznymi i w maskach. Całość ekwipunku to ok. 25 kg. Moim zdaniem można ich ustawić na równi z elitą startującą, a czas zwycięzców, czyli coś koło 6 minut, to prawdziwe mistrzostwo świata. Mając doświadczenie zarówno w MER, jak i Biegu na Szczyt, znaleźć można w tych imprezach wiele wspólnego, ale i wiele różnic. MER – schody – z zasady wchodzenie, Rondo 1 – schody – z zasady bieganie. MER i Rondo 1 – walka z samym sobą. I w jednym, i w drugim testujemy ekstremalnie nasze organizmy. MER to jak drążenie skały przez krople wody. Rondo 1 to jak „Celebrity splash”. MER to 24 godziny na osiągnięcie swojego własnego, indywidualnego celu. Rondo 1 to 37. piętro dla każdego w kilka minut. MER i Rondo 1 to imprezy jak najbardziej dla każdego, kto czuje się na siłach podejmować ekstremalne wyzwania i to nie tylko dla amatorów. Na koniec refleksja: wiele razy podczas biegania doświadczałem zmęczenia, brakło oddechu, nogi odmawiały posłuszeństwa, że szybciej się nie da. Okazało się jednak, że granica jest jeszcze dalej i że się da i że można nakłonić organizm do jeszcze większego wysiłku. Na ile jest to zdrowe, to już indywidualna kwestia. Moim zdaniem raz na jakiś czas jako amatorzy możemy szukać naszych granic. Czas, który udało mi się osiągnąć: 4 minuty 37 sekund. 19. miejsce w biegu kwalifikacyjnym mężczyzn. Autorem relacji jest Robert – sportowy typ – „fizol”. Każdą aktywność trzeba poczuć w mięśniach. Motto: „Prawdziwy trening zaczyna się wtedy, kiedy chcesz przestać”. Na sportowo-amatorsko, z mniejszymi lub większymi przerwami, od zawsze. Bieganie, rower, pływanie, koszykówka, narty i wiele, wiele innych aktywności. Medal z tegorocznej edycji biegu. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL [su_highlight background="#149725" color="#ffffff"]WYNIKI[/su_highlight] Finał mężczyzn: Piotr Łobodziński (Polska) - 03:33 Christian Riedl (Niemcy) - 03:45 Tomas Celko (Słowacja) - 03:52 Finał kobiet: Dominika Wiśniewska-Ulfik (Polska) - 04:49 Anna Fincer (Polska) - 04:56 Zuzanna Krchova (Czechy) - 05:01 Pełne wyniki: TUTAJ Informacje o biegu: www.biegnaszczyt.pl oraz na Facebooku Podium finału mężczyzn. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL Podium finału kobiet. Fot. R. Nowakowski, B. Czarnecka / SPORTOGRAFIA.PL Wideorelacja z Biegu na Szczyt Rondo 1 2015 (autor: Chrisactive): https://www.youtube.com/watch?v=rQ3dsnrFHGo&feature=youtu.be
Amerykanka Molly Huddle z rekordem trasy - 1:08:31 oraz Kenijczyk Leonard Korir  z czasem 1 :01:06 zwyciężyli w niedzielnym półmaratonie w Nowym Jorku.
[h2]Magazyn BIEGANIE zaprasza na cykl bezpłatnych seminariów biegowych w ramach sportowego weekendu 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Wykłady odbędą się pod hasłem: „Między przymusem a przyjemnością, czyli... co biegacz musi zrobić, aby móc czerpać przyjemność z biegania”.[/h2] W przedstartową sobotę 28 marca od 12:00 do 18:00, na Stadionie Narodowym w galerii nad Biurem Zawodów zaprzyjaźnieni eksperci przybliżą słuchaczom tajniki treningu, diety, motywacji i funkcjonowania organizmu biegacza. W tym roku debiutujemy z wykładem dla triathlonistów! [h4]12.00-12.45 „Czy potrafisz zaprzyjaźnić się z własnym organizmem?”[/h4] – Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski, menadżer programu „Medycyna dla sportu i aktywnych” w Grupie LUX MED  i Paweł Daroszewski, fizjoterapeuta, trener przygotowania motorycznego w Grupie LUX MED. [h4]13-13.45 „Najczęstsze dolegliwości biegacza – spotkanie z lekarzem”[/h4] – dr n. med. Urszula Zdanowicz i dr n. med. Mateusz Janik – lekarze ortopedzi, eksperci Carolina Medical Center. [h4]14-14.45 „Jak traktować swój organizm, by ten odwdzięczył się na starcie”[/h4] – Katarzyna Biłous – dietetyk, ekspert DietoVita.pl. [h4]15-15.45 „Kontuzja siedzi w głowie"[/h4] – Wojciech Herra – konsultant-trener, psycholog sportowy. Jak wykorzystać spowolnienie organizmu do zbudowania przewagi dzięki silnej głowie? [h4]16-16.45 "Rola stabilizacji i treningu siłowego u biegacza"[/h4] – Daria Łukowska – trener personalny, ekspert Downtown Fitness. [h4]17-17.45 "Regeneracja w treningu biegacza i triathlonisty"[/h4] – Kuba Bielecki, trener triathlonu, ekspert TRINERGY. Udział we wszystkich wykładach jest bezpłatny! Serdecznie zapraszamy zarówno początkujących, jak również zaawansowanych zawodników.
Fot. istockhoto.com [h2]Organizatorzy zawodów ITU w Australii wprowadzają badania antydopingowe dla Age Groupersów. Czy inne kraje pójdą tym śladem? Czy szykuje się przełom w świecie triathlonu?[/h2] Różnice między profesjonalistami a amatorami coraz bardziej się zacierają. Tryb życia i cele obydwu grup zawodników są bardzo podobne, a niekiedy niemal identyczne. Podobieństwa obejmują jednak nie tylko blaski, lecz także ciemne strony sportu. Wieści dotyczące stosowania niedozwolonych środków przez Age Groupersów, zwłaszcza z dystansu Ironman, były ostatnio naprawdę niepokojące. Przypomnijmy choćby przypadek Brazylijki, Silvii Fusco, która została złapana na używaniu EPO. Pojawiało się coraz więcej przypadków osób, które świadomie, w celu uzyskania lepszego wyniku sportowego, przyjmowały środki podnoszące wydolność. Niestety, z raportu badań przeprowadzonych w 2013 roku podczas zawodów Ironman w Niemczech wynika, że aż 1/7 zawodników nieprofesjonalnych używa niedozwolonych środków. Aż 13%  tych przypadków to osoby stosujące EPO, sterydy czy hormon wzrostu. W związku z badaniami antydopingowymi dla amatorów nasuwają się ambiwalentne przemyślenia. Z jednej strony nie ulega wątpliwości, że otwarcie możliwości wykrycia "ciężkiego dopingu" u Age Groupersów jest rzeczą dobrą i właściwą. Z drugiej strony nasuwa się pytanie, czy zastosowanie na amatorach tych samych badań co na zawodowcach nie będzie swego rodzaju strzałem w kolano. Profesjonalni zawodnicy, uzyskując licencję i zapisując się na zawody w kategorii PRO, oznajmiają, że są świadomi zasad, które obowiązują w świecie triathlonu - w tym, że zobowiązują się do niestosowania środków z długiej listy uznanych za niedozwolone. Pytanie, czy wśród amatorów lista ta powinna być jednakowa? Uznając, że tak ma być, narzuca się na amatorów konieczność ścisłego kontrolowania składu przyjmowanych suplementów, lekarstw, które dostają u lekarza i tym podobnych. Wydaje się więc, że sprawa ta nie ma jedynego właściwego rozwiązania, a każde z możliwych ma swoje wady i zalety. Przydałaby się grupa zawodników kategoryzowana jako pośrednia między amatorami a profesjonalistami...
Advertisment ad adsense adlogger