fbpx

Wiadomości

Wieżowiec Rondo 1, w którym odbędzie się Bieg na Szczyt. Fot. facebook.com/BiegNaSzczytRondo1 Już w najbliższą sobotę, 14 marca, odbędzie się Bieg Na Szczyt Rondo 1 w randze Towerrunning Grand Prix of Poland. Na starcie pojawią się najlepsi specjaliści biegania po schodach w Europie, w tym czołówka Pucharu Świata. Faworytami są jednak Polacy: Piotr Łobodziński i Dominika Wiśniewska-Ulfik z 4Flex Sport Teamu. Start w zawodach potwierdzili już sportowcy z czołówki Pucharu Świata w bieganiu po schodach – Towerrunning World Cup. Na liście startowej znajdują się m.in.: Tomas Celko (Słowacja) – wicelider Towerrunning World Cup, Christian Riedl (Niemcy) – trzeci w światowym rankingu, rekordzista świata w biegu 24-godzinnym po schodach, Lenka Svabikova (Czechy) – wicemistrzyni Europy i wiceliderka Pucharu Świata, Manuela Hartl (Niemcy) – mistrzyni Niemiec, piąta zawodniczka klasyfikacji Towerrunning World Cup, Cristina Bonacina (Włochy) – była liderka światowego rankingu, obecnie na miejscu szóstym. Nasi kibice ze szczególnym zainteresowaniem będę jednak śledzić poczynania polskich reprezentantów: Piotra Łobodzińskiego  – mistrza Europy i dwukrotnego zwycięzcy Pucharu Świata oraz  dziewiątej obecnie w Pucharze Świata Dominiki Wiśniewskiej-Ulfik (oboje 4Flex Sport Team). Fot. SPORT EVOLUTION Piotr Łobodziński: Po zeszłorocznym zwycięstwie w Rondo 1 i całym, bardzo udanym dla mnie sezonie, na pewno jestem uważany za faworyta w tegorocznej imprezie. Nie odczuwam jednak żadnej szczególnej presji z tym związanej. Jestem pewny swojej formy i wiem, na co mnie stać. Liczę na drugi triumf w Warszawie. Fot. R.Nowakowski, B.Czarnecka/SPORT EVOLUTION Dominika Wisniewska-Ulfik: To mój trzeci start w Biegu Na Szczyt Rondo 1. Mocno przygotowuję się do tych zawodów, a po zeszłorocznym zwycięstwie zależy mi na obronie tytułu. Liczę też na poprawę wyniku z poprzedniego roku i pobicie rekordu trasy kobiet. Rywalizacja na pewno będzie jednak zacięta. Pokazują to minimalne różnice pomiędzy czołowymi zawodniczkami w poprzednich zawodach. [su_highlight background="#1e5f2b" color="#ffffff"]WYNIKI 2014:[/su_highlight] Mężczyźni: Piotr Łobodziński (Polska) - 00:03:36 Christian Riedl (Niemcy) - 00:03:56 Tomas Celko (Słowacja) - 00:03:59 Kobiety: Dominika Wiśniewska-Ulfik (Polska) - 00:04:53 Lenka Svabikova (Czechy) - 00:05:04 Anna Fincer (Polska) - 00:05:39 Rywalizacja zawodowców i amatorów to jednak nie wszystko. W ramach imprezy odbędą się Mistrzostwa Polski Strażaków w Bieganiu po Schodach. Rywalizujący w nich zawodnicy będą się ścigać w biegu na 37. piętro biurowca Rondo 1 w pełnym umundurowaniu bojowym, z butlami, oddychając przez aparaty powietrzne. Więcej informacji: www.biegnaszczyt.pl oraz na Facebooku   https://www.youtube.com/watch?v=iS-D1ZkyxUc&feature=youtu.be&utm_source=getresponse&utm_medium=email&utm_campaign=bns_rondo_1&utm_content=Piotr+%C5%81obodzi%C5%84ski+i+Dominika+Wi%C5%9Bniewska-Ulfik+polskimi+faworytami+Biegu+Na+Szczyt+Rondo+1+-+informacja+prasowa
[h6]Rys. Istockphoto.com[/h6] [h2]GPS, czyli system globalnego pozycjonowania, to jedno z najczęściej używanych przez biegaczy udogodnień. Niestety zbyt często polegamy na nim w 100%, nie biorąc pod uwagę zawodności niewynikającej z błędów producenta. Istnieje sporo czynników, także zewnętrznych, które sprawiają, że zegarek może pokazywać błędne dane.[/h2] [h6]Tak na przestrzeni lat poprawiała się dokładność. Rys. www.gps.gov[/h6] Zegarek z GPS to dla znacznej części biegaczy podstawowe wyposażenie, bez którego w zasadzie biegać się nie da. Niestety wiele osób nie zwraca uwagi na zasadę działania zegarka oraz na to, że ma on pewne ograniczenia, które wcale nie muszą wynikać z nieprawidłowego działania urządzenia, a z niezależnych od zegarka ograniczeń systemu i czynników zewnętrznych. Gdy zegarek zawyży dystans albo zgubi sygnał, mało kto pomyśli, że spowodowały to właśnie warunki, tylko że pewnie ma słaby chip, kiepską antenę albo i jedno, i drugie. Jeśli jednak sięgnąć nieco głębiej niż tylko do tak prostych wyjaśnień, okaże się, że źródeł błędów jest znacznie więcej. [h3]Opóźnienia w jonosferze i troposferze[/h3] Sygnał z satelity, przechodząc przez atmosferę, ulega opóźnieniu. Cywilne odbiorniki GPS korzystają ze specjalnych modeli, które wyliczają opóźnienie (skuteczność około 50%), ale nie mogą się równać z odbiornikami wojskowymi, które działają na dwóch częstotliwościach. Porównując sygnały o różnych częstotliwościach, można wyznaczyć opóźnienie. Opóźnienie nie jest stałe i zależy od wielu czynników,  jest on większe w przypadku niżej zawieszonych satelitów. Co więcej opóźnienie zależy od promieniowania słonecznego, więc mniejsze jest nocą. Opóźnienie rośnie także w okolicach geomagnetycznych biegunów i równika. Wpływ ma także częstotliwość nadawanego sygnału. W troposferze opóźnienia mogą być powodowane przez zmianę wilgotności, temperatury czy ciśnienia. W sumie opóźnienia - spowodowane zarówno przez jonosferę, jak i troposferę - mogą dać błąd pomiaru rzędu 7-18 m. W skrajnych przypadkach, np. przy burzach słonecznych, błąd może być znacznie większy. [h6]Fot. Garmin[/h6] [h3]Sygnały odbite[/h3] Nowoczesne odbiorniki mogą do ustalania pozycji wykorzystywać także sygnał odbity, jednak z racji pokonanej dłużej drogi zwiększa się także czas, w jakim sygnał pokonuje odległość z satelity do odbiornika, a to powoduje błędy. [h3]Błąd efemeryd[/h3] Nazwa brzmi nieco dziwacznie, ale jest jak najbardziej poważna. Błąd efemeryd polega na różnicy w rzeczywistym położeniu satelity a tym wyliczonym z danych orbitalnych. Błąd jest powodowany przez takie czynniki jak choćby grawitacja Słońca, Księżyca, a nawet wiatr słoneczny. [h3]Rozmieszczenie satelitów i ich widoczność[/h3] Większość sobie pewnie zdaje sprawę, że im więcej satelitów jest widzianych przez odbiornik, tym większą może on uzyskać dokładność, ale to, jak satelity są rozmieszczone na niebie, ma również wpływ na błąd pomiaru. Niekorzystny wpływ ma ustawienie satelitów w linii bądź zbicie ich w grupie. Najlepiej, gdy są rozłożone po całym niebie w znacznych odległościach od siebie. Rozmieszczenie satelitów określa się skrótem PDOP i im mniejsza jego wartość, tym dokładność może być wyższa. [h3]Błąd zegara w urządzeniu[/h3] Jest to tak naprawdę jeden z mniej ważnych czynników. Co prawda zegary stosowane w odbiornikach nie są tak dokładne jak te atomowe w satelitach, ale mimo wszystko dokładność jest na tyle duża, że zazwyczaj błąd tym spowodowany nie przekracza nawet jednego metra.
Rekordowe ponad 35 tysięcy biegaczy dobiegło do mety w półmaratonie w Paryżu. Zwyciężył Kenijczyk Vincent Yator - 1:00:16. Najmocniejsza kobietą okazała się Etiopka Yebrgual Melese - 1:09:54.
W półmaratonie w holenderskim Pier City zwyciężył Kenijczyk Stanley Biwott, z najlepszym w tym roku wynikiem na świecie - 59:20. Wśród kobiet najszybsza była Szwajcarka Maja Neuenschwander - 1:11:08.
Fot. BikeLIFE W sobotę 7 marca 2015 r. odbyła się druga edycja Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego. Chociaż impreza debiutowała w zeszłym roku, chętnych było - mimo określonych warunków kwalifikacji - dużo więcej niż miejsc. I kolejny sukces! O biegu opowiada Marcin Krasoń. Idealna impreza biegowa powinna dać tyle wrażeń, bym nie mógł po niej zasnąć; sprawić, że wyjeżdżając do domu, poczuję tęsknotę i będę miał ochotę już zapisać się na kolejną edycję; dać takiego endorfinowego kopa, bym przez tydzień chodził z bananem na twarzy i taki fizyczny wycisk, bym następnego dnia wolał się męczyć z pełnym pęcherzem, niż wstać i pójść do toalety. Poznajcie Zimowy Ultramaraton Karkonoski – zawody, których nie da się porównać do żadnych innych. Wyjątkowość ZUK-a rozpoczyna się już w jego genezie – wymyślony został przez bliskich himalaisty i ultramaratończyka Tomka Kowalskiego dla uczczenia jego pamięci po tym, jak Tomek zdecydowanie za wcześnie pożegnał się z tym światem. Pozytywnego ducha czuć tu na każdym kroku. Wolontariusze to z zasady uprzejmi i uśmiechnięci ludzie, ale ci na ZUK-u pobijają rekordy świata w tej konkurencji. Nie do podrobienia jest też klimat wokół zawodów, który najlepiej widać w niedzielny poranek w oczach zawodników opuszczających Karpacz: wielu było takich, którzy przeciągali pożegnania z biegowymi przyjaciółmi, byle tylko jeszcze nie opuszczać tej magicznej atmosfery. ZUK to trudne biegowo zawody. Właściwie to nie istnieje coś takiego jak łatwy start w górach. Góry zawsze muszą budzić respekt i są niebezpieczne, a zimą skala niebezpieczeństwa i trudności jest jeszcze wyższa. Nic dziwnego, że kwestia bezpieczeństwa uczestników jest dla organizatorów ZUK-a priorytetem: do udziału zostają dopuszczone tylko osoby z doświadczeniem górskim, a na starcie i mecie szczegółowo sprawdzane jest obowiązkowe wyposażenie. Zimą warunki dyktuje pogoda. Tym razem było dzięki niej i pięknie, i trudno, aż ciężko wskazać, co bardziej, bo oba określenia przeplatały się na ustach uczestników na kolejnych etapach biegu. Zaczęło się od siedmiokilometrowego podbiegu na Halę Szrenicką, który szybko odsiał chłopców od mężczyzn. Kopny śnieg, wąska i rozsypująca się ścieżka wydeptana przez poprzedników i ryzyko zapadnięcia się po udo w niektórych miejscach. To był mocny początek, ale widok na śnieżnobiałe góry kontrastujące z fioletowo-granatowym niebem zrekompensował wysiłek. Fot. Piotr Dymus Ten schemat przeplatania się trudności i piękna powtórzył się jeszcze za Odrodzeniem, gdzie podczas biegu trawersem każdy krok był mordęgą, bo nogi odjeżdżały na sypkim śniegu. Choć był to odcinek w zasadzie płaski, to utrzymanie biegowego tempa było praktycznie niemożliwe. W Domu Śląskim znów ciepła herbata, owoce, słodycze, a dla chętnych nawet zupa pomidorowa (owi chętni mówią, że była pyszna!). A potem już kulminacja Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego: Śnieżka, królowa Karkonoszy, 1602 m n.p.m. Ciężkie podejście po wyślizganej przez turystów ścieżce, a w międzyczasie pogoda znów pokazała, że będzie z nami robić, co chce. Jedni na Śnieżce ledwie widzieli koniec własnego nosa, inni zaś mogli podziwiać nasłonecznione Karkonosze w pełnej krasie. Od szczytu Śnieżki zaczął się zupełnie inny bieg. Było już głównie w dół, technicznie łatwiej (pod warunkiem, że potrafi się zbiegać), ale przede wszystkim coraz bliżej mety. Ta wizja motywowała do mocnego napierania. Od Przełęczy Okraj (ostatni punkt odżywczy) warunki pozwalały na to, by korzystać z pomocy grawitacji i pędzić ile sił w nogach, choć po 40 km nie było to takie proste. Jeszcze ostatni poważniejszy podbieg (Kowary – Budniki) i do mety. Umiejscowienie jej na deptaku w Karpaczu było strzałem w dziesiątkę i oznaczało wspaniały finisz w szpalerze krzyczących i bijących brawo kibiców. Fot. BikeLIFE Po ukończeniu mało kto uciekał do pokoju hotelowego, rozpoczęło się wspólne świętowanie i oczekiwanie na kolejnych znajomych i nieznajomych docierających do mety. Prowadzący imprezę Patyczak (znacie go zapewne z punkowych występów m.in. na Przystanku Woodstock) poświęcał kilka chwil każdemu finiszującemu, witając go z imienia i nazwiska. Dzięki kibicom i prowadzącemu każdy, bez względu na miejsce, które zajął, mógł poczuć się jak zwycięzca. Jakieś minusy ZUK-a? W zasadzie widzę jeden: w Jakuszycach było za mało toalet. Część osób nie zdążyła skorzystać, a zamiast rozgrzewki większość spędziła czas przed startem, stojąc w ciasnej kolejce. Tym najbardziej zwycięskim zwycięzcą został Piotr Paszyński z Łodzi, który 53-kilometrową trasę pokonał w czasie 5:24:36 – o 40 sek. szybciej niż Daniel Chojnacki z Wrocławia. Trzecie miejsce na podium przypadło Dariuszowi Firlejowi (5:45:42). Wśród kobiet najszybsza była Malwina Jachowicz (Wrocław), która na mecie zameldowała się po 7 godz. 5 min i 30 s od startu. Druga była Alicja Paszczak z Konstancina-Jeziorny, a trzecia Katarzyna Wachowska z Poznania. Pełne wyniki: TUTAJ. Więcej informacji o imprezie: www.ultramaratonkarkonoski.pl www.facebook.com/zimowyultramaraton Fot. BikeLIFE
Ból pięty i wewnętrznej części podeszwy może świadczyć o kontuzji rozcięgna podeszwowego (ang. plantar fascia). Problem zdiagnozuje fizjoterapeuta lub ortopeda na podstawie USG. Zobacz filmy, które powiedzą ci więcej o problemie i jego leczeniu. Problem zaczyna się dość niewinnie. Czasami pojawia się kłucie, jakby w bucie znajdował się kamyk. Dość znamiennym objawem jest także ból rano po wstaniu z łóżka. Czuje się sztywność i ciągnięcie na podeszwie stopy. Po wywiadzie z pacjentem okazuje się, że przyczyną tych dolegliwości jest często zmiana butów, terenu biegowego, zwiększenie intensywności biegowej. Często także okazuje się, że wcześniej były problemy ze ścięgnem Achillesa, łydką czy mięśniami z tyłu uda (zginaczami kolana). [su_note note_color="#f6cddc" text_color="#000000"]Więcej o problemie przeczytasz w artykule Ewy Witek-Piotrowskiej: „Ból w stopie? Rozcięgno podeszwowe”[/su_note] Jak sobie radzić z kontuzją rozcięgna podeszwowego? Leczenie należy rozpocząć od zlikwidowania stanu zapalnego w stopie. Tu pomogą doustne leki przeciwzapalne, smarowanie maściami, okłady chłodzące, masaż kostką lodu. Bardziej zaawansowane metody to ultradźwięki, fizykoterapia przeciwzapalna i przeciwbólowa, masaż poprzeczny. Po ustąpieniu stanu zapalnego można przystąpić do działania kierunkowego, czyli leczenia przyczyny, a nie skutku. Poniżej znajdziesz wybrane filmy z YouTube, które podpowiedzą ci, jak sobie radzić z tą kontuzją. Jak wyleczyć rozcięgno podeszwowe w tydzień? Opowiada dr Josh Alex: https://www.youtube.com/watch?v=vF7HkfcPrU4 Ćwiczenia na rozcięgno podeszwowe: https://www.youtube.com/watch?v=kStuJAu0a20 https://www.youtube.com/watch?v=sMDQOHdAlKM Rozciąganie rozcięgna podeszwowego: https://www.youtube.com/watch?v=UNPpEtJP2bM Masaż łydki przy użyciu pianki do masażu: https://www.youtube.com/watch?v=iMxc64-Fmhw Kinesiotaping rozcięgna podeszwowego: https://www.youtube.com/watch?v=1jQv_CipqyU https://www.youtube.com/watch?v=2OFUlb5JMXw  
[h6]Czarną linią oznaczono trasę wyścigu. Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Ultramaratony trafiły z początkiem swoich dziejów na ciekawy czas w historii – pierwszy samotny lot nad Atlantykiem, ogromna produkcja amerykańskich fabryk samochodów... Wszystko mogło się zdarzyć. Na przykład bieg na ponad 5500 km...[/h2] [h3]Bunion Derby[/h3] Wszystko zaczęło się wiosną 1928 r. wyścigiem przez Amerykę, nazwanym potocznie „bunion derby” (ang. pęcherzowe zawody). Trasa wyścigu faktycznie prowadziła przez całe Stany Zjednoczone – od Los Angeles do Nowego Jorku. W sumie dystans 3422 mil (ponad 5507 km), na pokonanie którego biegacze mieli 84 dni codziennego, etapowego ścigania. 3 marca na starcie w Mieście Aniołów stanęło 199 zawodników – grono sławnych, amerykańskich długodystansowców ramię w ramię z każdym regularnym obywatelem USA, który tylko zgodził się zapłacić 125 dolarów opłaty wstępnej, za którą organizator oferował wyżywienie i noclegi na trasie zawodów. Co przyciągnęło wytrawnych biegaczy, ale też farmerów, rybaków, mechaników samochodowych i innych „zwykłych obywateli” do tych wydających się ponad ludzkie siły zawodów? Na pewno jedną z tych rzeczy była nagroda. Zwycięzca otrzymywał 25000 dolarów, co stanowiło w tamtych czasach dziesięcio- do piętnastokrotnej wartości rocznych dochodów przeciętnego obywatela. Za dziesiąte miejsce, ostatnie nagradzane, można było zarobić 1000 dolarów. Ale chyba nie tylko pieniądze były tym magnesem, który chwycił za serca dwustu śmiałków. Większość uczestników podkreślała, że start w tych zawodach to dla nich możliwość spełnienia „amerykańskiego snu” o sukcesie. Przeżycia przygody, sprawdzenia granic swojej wytrzymałości i bycia zauważonym, docenionym. [h3]Organizacja i trasa[/h3] Organizatorem zawodów był znany ówcześnie mecenas sportu – Charles Pyle. Zanim zajął się organizacją najdłuższych zawodów biegowych, był organizatorem popularnego turnieju tenisowego, założył Amerykańską Ligę Futbolową, był agentem sportowym najlepszego, amerykańskiego gracza futbolowego lat 20-tych - Harolda Grange'a. Pomysł wyścigu przez Amerykę podsunęli mu członkowie Stowarzyszenia Route 66 – nowo powstałej autostrady prowadzącej przez całe Stany - z Los Angeles do Chicago, którzy bardzo chcieli wypromować i rozreklamować nową drogę. Wielkie słowo „autostrada” określało szosę, która w tamtym czasie była po prostu dziurawą drogą gruntową. Prowadziła z Miasta Aniołów przez pustynię Mojave, duszne regiony Arizony i Nowego Meksyku, niszczące ścięgna drogi Teksasu, Oklahomę, Kansas i Missouri do stanu Illinois, miasta Chicago. Stamtąd zawodnicy do Nowego Jorku mieli dotrzeć już innymi, lepszymi drogami. [h3]Zawody[/h3] Zawody rozgrywano etapowo. Każdego dnia uczestnicy stawali na starcie, który był w miejscu mety z dnia poprzedniego. Na drodze każdego etapu trzeba było zaliczyć wszystkie punkty kontrolne i dotrzeć do mety przed północą. Kto nie zdążył – był dyskwalifikowany. Na mecie mierzono biegaczowi czas. Najkrótsza suma czasów wszystkich etapów wskazywała zwycięzcę zawodów. Średnio do przebiegnięcia każdego dnia było 65 kilometrów. Najkrótszy odcinek wynosił 30, a najdłuższy 120 km. Przystąpić do zawodów mogli tylko mężczyźni, ale wtedy nie pozwalano kobietom biegać nawet klasycznego maratonu, a kobieca lekkoatletyka była dopiero w powijakach. Całą rywalizację ukończyło 55 osób. Co ciekawe – dobrego miejsca nie zajął żaden z faworyzowanych przed startem zawodników. Znaczna większość doświadczonych biegaczy wycofała się z rywalizacji jeszcze przed połową. Ostatecznie nagradzane dziesięć miejsc przypadło zwykłym obywatelom, którzy początkowo niezauważani, wraz z czasem trwania wyścigu, zaczęli wychodzić z cienia. W ten sposób spełnili swoje sny o sławie i popularności i mogli oderwać się od zwyczajnego życia. [h3]Wyścig a społeczeństwo[/h3] Całe przedsięwzięcie było prawdziwym wydarzeniem. Pod względem popularności zawody te mogły konkurować z bardzo popularnymi wyścigami konnymi! Ludzie wybierali swojego faworyta, stawiali na niego pieniądze, śledzili jego zmagania i kibicowali mu. Wiele osób sporo w ten sposób zarobiło. Wyścig był komentowany w codziennej prasie i zawsze wokół zawodników kręciła się grupa dziennikarzy z lokalnych i ogólnoamerykańskich gazet. Wszędzie gdzie pojawiali się uczestnicy byli witani i przyjmowani z sympatią. Często zamykano szkoły, by dzieci mogły przypatrzeć się temu wydarzeniu. Organizowano nawet pochody i okrzykami oraz wiwatami zachęcano do walki tych, którzy przeżywali swoją własna wersję filmu o Rockym Balboa. [h3]Osobowości[/h3] W trakcie wyścigu bohaterami byli zwykli ludzie, którzy temu wydarzeniu stali się sławni w całym kraju, a w ich rodzinnych miastach urośli do rangi herosów. Ludzie, którzy mieli odwagę rzucić wszystko i przez 84 dni walczyć z samymi sobą, by osiągnąć cel. Wszyscy wierzyli, że to właśnie im się uda. [su_highlight background="#91b5d2" color="#ffffff"]Andy Payne[/su_highlight] - dwudziestoletni farmer z Oklahomy. Pochodził z indiańskiej rodziny, która na co dzień uprawiała swoje 600 akrów ziemi na górzystych terenach wioski Foyil. Zaczął biegać, bo musiał dotrzeć do szkoły, do której na własnych nogach często docierał szybciej niż jego rodzeństwo jadąc konno. Zawsze mówił, że bieganie sprawia mu przyjemność – lubił pokonywać przestrzeń na własnych nogach. W szkole startował w lokalnych zawodach, wygrywając często na dystansie jednej i półtorej mili. W wyścigu przez Amerykę Andy wziął udział, bo – jak potem mówił – czuł, że może mu się udać. Jego ojciec nie był przychylny pomysłowi, gdyż jego syn był mu potrzebny do pracy na roli. Andy'emu jednak nie uśmiechała się kariera rolnika i już wcześniej wyjechał do Los Angeles szukać szczęścia. Na wieść o wielkim wyścigu natychmiast wrócił do Oklahomy, jakimś cudem przekonał ojca by mu ofiarował 125 dolarów na opłatę wpisową i wystartował, by ostatecznie wygrać zawody i otrzymać 25000 nagrody, stając się legendą ultramaratonu. [h6]Andy Payne. Fot. Archiwum[/h6] Gdy trasa wyścigu wiodła przez stan Oklahoma, Andy był prawdziwym bohaterem. W Clearmore otrzymał na powitanie salwę z 22 broni – o jedną broń więcej niż prezydent USA. Dla dzieciaków, które zwalniały się ze szkoły, żeby go zobaczyć, był idolem. Za wygrane pieniądze spłacił kredyt rodziców, wybudował nowy dom, dokupił ziemię i opłacił swoje studia. Nigdy więcej już nie wystartował w prawdziwych zawodach biegowych. [su_highlight background="#91b5d2" color="#ffffff"]Johny Salo[/su_highlight] – żonaty, z dwójką dzieci i dobrą posadą w stoczni. W 1928 roku miał 34 lata i dawno już za sobą sny o byciu wielkim biegaczem. Miał co prawda na swoim koncie kilka biegowych sukcesów, nawet w bostońskim maratonie, ale o ultramaratonach nie miał pojęcia. Nie przeszkodziło mu to jednak stanąć na starcie morderczego wyścigu. Jako weteran pierwszej wojny światowej, miał kontakty w Armii Amerykańskiej, do której zwrócił się o pomoc, dzięki czemu szybko zdobył pieniądze, które pozwoliły mu na lepsze jedzenie niż to oferowane przez organizatora i spanie w warunkach znacznie przewyższających cuchnące, wojskowe namioty. Gdy wyścig wkroczył do stanu Illinois, Johny był już tak wybiegany, że był w stanie biec cały dystans w tempie ok. 7 – 8 minut na milę (poniżej 5 minut na km). Gdy wyścig zawitał przedostatniego dnia do miasteczka Passaic, w którym żył i pracował, lokalna policja zaoferowała mu dożywotnią posadę. Johny zajął drugie miejsce. Za zarobione 10000 dolaró kupił nowy dom w Passaic. Przyjął ofertę policji i tym samym zarobił ksywkę latającego gliny. Trzy lata po wyścigu podczas meczu baseballa dostał w głowę kijem i zmarł z odniesionych obrażeń. [su_highlight background="#91b5d2" color="#ffffff"]Mike Joyce[/su_highlight] – pracownik fabryki w Cleaveland, mający na co dzień do wyżywienia czwórkę głodnych dzieci. Podobnie jak Salo był człowiekiem doświadczającym nieprzyjemnej części bycia trzydziestolatkiem – związany przez rodzinę i pracę. Mimo to nie potrafił przestać myśleć o wielkim wyścigu. Przystąpił do zawodów dzięki poświęceniu większości rodzinnych oszczędności i z szalonym planem wygrania rywalizacji. Na początku szło mu bardzo źle, jednak z czasem zaczął się piąć w klasyfikacji. Jak tylko mieszkańcy Cleaveland dostrzegli sukces Mike'a, zaczęli wspierać finansowo jego rodzinę. Gdy wyścig przechodził przez jego rodzinne miasto ludzie wylegli na ulice i dopingowali swojego krajana, życząc mu wspięcia się aż na sam szczyt klasyfikacji. Zatrzymano nawet ruch uliczny i wszyscy serdecznie go pozdrawiali. Mike finiszował ostatecznie na czwartym miejscu zarabiając 2500 dolarów, za które podreperował nadszarpnięty budżet. [su_highlight background="#91b5d2" color="#ffffff"]Ed Grander[/su_highlight] – czarnoskóry pochodzący z Birmingham. Jego rodzina podlegała ścisłej segregacji rasowej, co czyniło z niego obywatela niższej klasy. Mając 20 lat Ed przeniósł się do Seattle, gdzie pracował jako hydraulik. Postanowił wystąpić w stanowych mistrzostwach na dystansie 10 mil, do których sumiennie się przygotowywał. Trenując zwykł nosić białe spodenki, białą koszulkę bez rękawów i zawiązany na głowie biały ręcznik. Ta ostatnia część garderoby sprawiała, że wyglądał jak Arab, przez co bardzo szybko przylgnęło do niego przezwisko „Szejk”. Zanim Ed wystąpił w Bunion Derby był trzykrotnie mistrzem stanu na dystansie 10 mil. W czasie wielkich zawodów biegł lekkim, swobodnym krokiem, ale mimo to nie mógł złapać swojego tempa. Wygrywał jeden etap, by ledwo ukończyć następny. Dodatkowo niesprzyjająco działała rasowa niechęć – biali, delikatnie mówiąc, nie odnosili się do niego z sympatią. Plotki mówią, że nawet Ku Klux Klan miał w tym swój udział. W końcu jednak Grander zdołał wziąć się w garść, zapomnieć o rzucanych na niego klątwach i karach śmierci i po prostu pobiec swoje. Wygrał najwięcej etapów w drugiej części wyścigu. Był dla czarnej części Ameryki promykiem nadziei, dowodem na to, że Murzyni mogą przeciwstawić się groźbom i pokazać swoją siłę. Był przez nich wynoszony na rękach za swoje 8. miejsce w wyścigu. [h3]Co po wyścigu?[/h3] 26 maja na metę wyścigu dotarło jedynie 55 zawodników z prawie 200 startujących. Niestety nie zabrakło wpadek organizacyjnych. Po zakończonym biegu zwycięzcy nie dostali natychmiast swoich nagród, lecz musieli na nie czekać aż tydzień. W tym czasie nie mieli zapewnionego żadnego noclegu ani wiktu – wielu z nich, z braku funduszy, musiało udać się do godnych pożałowania kwater lub po prostu na ulice Nowego Jorku... Sukces tych zawodów w dużej mierze polegał na powrocie do korzeni sportu. Wielcy gwiazdorzy biegów obrali zbyt szybkie tempo i musieli wycofać się z powodu kontuzji lub wyczerpania. Każdy Amerykanin śledzący Derby mógł nabrać przekonania, że amerykański sen o Kopciuszku jest możliwy do spełnienia – każdy mógł utożsamiać się z Andym Paynem czy Johnym Salo. Przez prawie trzy miesiące Amerykanie bardziej interesowali się poczynaniami tych kilku „zwykłych ludzi” niż krajową polityką. Charles Pyle – organizator wyścigu – chciał kontynuować przedsięwzięcie, jednak z miernym skutkiem. Co prawda w następnym roku 1929 wyścig odbył się ponownie – na tej samej trasie, ale w przeciwnym kierunku - jednak nie wzbudził już takiego zainteresowania, a jego zwycięzcy nigdy nie otrzymali obiecanych nagród. Pyle został uznany za nieuczciwego człowieka. [h3]Rozwój ultramaratonów[/h3] Bunion Derby – wyścig w poprzek kontynentu amerykańskiego nie był pierwszym ultramaratonem, jednak zdecydowanie pierwszym zorganizowany na taką skalę i z takim rozgłosem. Rozgrywane wcześniej okazjonalnie wyścigi na 100 mil były raczej lokalnymi, mało znaczącymi imprezami. Jednak dzięki temu przedsięwzięciu ultramaratony zyskały na popularności. Z resztą nie tylko one – na fali sukcesu urosły także klasyczne formy biegania. Jednym z przedsięwzięć powstałych na kanwie Bunion Derby było The Great Port Townsed to Port Angeles Bunion Derby. Wyścig na dystansie 52 mil (prawie 84km) przyciągnął w 1929 r. 22 chętnych. Większość stojących na starcie mężczyzn nie miała za sobą prawie żadnego przygotowania fizycznego. Przyszli, bo chcieli się sprawdzić. Głównie dwudziestolatkowie, pracujący fizycznie. Nie wyglądali jak ściganci – na sobie mieli luźne ubranie i tenisówki, ale w głowie silne przekonanie, że życie spędzone na uprawianiu roli czy sadzeniu drzew pozwoli im przetrwać ten długi dystans. Na starcie wszystko wydawało się proste. Było to jedno z tych wydarzeń, których nie mógł przegapić nikt w okolicy. Dwudziestu dwóch startujących było otoczonych przez tłum około tysiąca widzów. Wydarzenie było transmitowane na żywo przez lokalne radio. Burmistrzowie trzech największych miast leżących przy drodze tego ultramaratonu pojawili się by swoimi przemówieniami zagrzać biegaczy do walki. Niestety – po strzale startera dla większości stało się jasne, że płomienna mowa i tłum dopingujących nie wystarczy by pokonać tak długi dystans. 11 uczestników wycofało się po drodze, a ci co dotarli na metę mieli wykończone mięśnie i ogromne pęcherze. Zwycięzca – pracownik kamieniołomu, 32-letni John Gherke przybył na metę po 9 godzinach i 22 minutach z monstrualnymi pęcherzami. Ostatni na mecie Tony Sofie zmasakrował swoje stopy w okolicach 40-tej mili do tego stopnia, że krew wypływała z jego butów przy każdym kroku. Chciał się wycofać, ale widok pilnującego zagrody trzynogiego psa uświadomił mu, że on na dwóch nogach może przebyć to 10 mil dzielące go od linii mety. Udało się, ale dwa kolejne dni musiał spędzić w lokalnym szpitalu. Ten i kilka innych wyścigów pokazało, że ludzie chcą biegać i chcą dokonywać wielkich czynów. Ameryka zawsze była podatna na wszystko co ekstremalne, przełomowe i nowatorskie i w ten nurt bardzo dobrze wpisały się ultramaratony. Jednak nigdy później żadne ultramaratońskie przedsięwzięcie nie zebrało takiego rozgłosu i zainteresowania jak Bunion Derby w 1928 roku. [h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [su_highlight background="#91b5d2" color="#ffffff"]Route 66 (Droga 66)[/su_highlight] Słynna, transamerykańska droga, zwana Drogą Matką czy Główną Szosą Ameryki, po której wiodła zdecydowana większość trasy wyścigu Bunion Derby, powstała w ramach krajowego programu rozwoju autostrad w USA w 1926 r. Najsilniej lobbującymi na jej powstanie byli amerykańscy biznesmeni - Cyrus Avery i John Woodruff, dla których połączenie dwóch wybrzeży kontynentu jednym szlakiem komunikacyjnym było życiowym marzeniem. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że nazwa autostrada w tamtych czasach nie miała wiele wspólnego z tym, co teraz kojarzy nam się z tym słowem – droga była jedno jezdniowa, w większości gruntowa, przez górskie tereny prowadziła serpentynami. Mimo to droga ta stała się inspiracją dla wielu amerykańskich umysłów i twórców. Piosenki o tytule „Route 66” nagrali m. in. The Rolling Stones i Depeche Mode. Poświęcono jej kilka filmów i powieści. Droga miała też ogromne znaczenie w czasach exodusu amerykańskich osadników ze wschodu na zachód w okresie głodu lat 30. XX wieku. Obecnie jej fragmenty przebiegające przez stany Illinois, Arizona i Nowy Meksyk stanowią narodową drogę krajoznawczą o nazwie Historic Route 66, będącą popularną atrakcją turystyczną Stanów. Damian Gruszecki, "Wielki wyścig", Bieganie grudzień 2008
Gediminas Grinius wbiega na metę Transgrancanarii 2015. Fot. archiwum organizatora W styczniu Gediminas Grinius – Litwin mieszkający w Polsce – wygrał Wilcze Gronie w Beskidzie Żywieckim. W wakacje był pierwszy na mecie Chudego Wawrzyńca (trasa 50+). W międzyczasie zajął piąte miejsce na UTMB. W miniony weekend odniósł swój największy międzynarodowy sukces biegowy. Gran Canaria - jedna z Wysp Kanarysjkich - raczej nie kojarzy się z zaciętą rywalizacją sportową. Pocztówki z Kanarów to plaża, ocean, drinki i owoce morza. Raj dla niezbyt ruchliwych niemieckich emerytów, szansa na zarobek dla ciemnoskórych handlarzy naręcznych. Jednocześnie na wyspie odbywa się co roku jedna z najbardziej prestiżowych imprez ultra na świecie - Transgrancanaria organizowana pod banderą The North Face, byłego sponsora UTMB. W okolicach końca lutego ściągają tu ultrasi z całego świata, żeby pokonać całą wyspę z północy na południe - 125 km to najdłuższa trasa, Transgrancanaria właśnie. W sumie 8500 metrów podejść. Najwyższy punkt na trasie - Pico de las Nieves - to 1938 m n.p.m. Na pokonanie tej trasy zawodnicy mają 30 godzin. Transgrancanaria 125 km - mapa trasy z punktami odżywczymi Organizatorzy proponują jeszcze kilka dystansów, z których każdy pokrywa się z trasą Transgrancanarii (wszystkie biegi kończą się w tym samym miejscu - w Maspalomas nad brzegiem oceanu, a każda z nich zaczyna się w odpowiednim punkcie na trasie TGC). Do wyboru trasa ADVANCED - 83 km (+4700 m), MARATON - 44 km (+1365 m), STARTER - 32 km (+ 818 m) i PROMO - 17 km (+/- 470 m). Gran Canaria to z jednej strony raj dla mało energicznych staruszków i wszystkich tych, którzy marzą o dwóch tygodniach smażenia się nad oceanem. Im wyspa zaoferuje mnóstwo knajp z pysznym jedzeniem, złoty piasek na plaży i szeroki wybór może mało spektakularnych, ale wygodnych apartamentów. Z drugiej strony na Gran Canarii nie będą się nudzić też biegacze i kolarze - o ile będą się trzymać z daleka od plaż. W głębi wyspy czeka bowiem bogactwo rowerowych i biegowych tras. Duże przewyższenia, wspaniałe krajobrazy, widoczność na kilkaset metrów czy kilka kilometrów, brak cywilizacji jak okiem sięgnąć. Dla rowerzystów - równiutkie asfalty ciagnące się na kilkadziesiąt kilometrów. To wszystko powoduje, że Transgrancanaria jest imprezą nie tylko prestiżową, ale też naprawdę atrakcyjną - także dla tych, którzy o ściganiu się w czołówce nawet nie śnią. Jedynym problemem wydaje się temperatura - dla Polaków jes ona niszcząca, bo w czasie imprezy (zwykle sam początek marca) musimy się wyrwać z naszej zimy wprost do kanaryjskiego ukropu (temperatura odczuwalna powyżej 30 st., zwłaszcza na odsłoniętych terenach, których na trasie nie brakuje). Kto nie będzie miał czasu na wcześniejszą aklimatyzację - na trasie poczuje dotkliwe skutki przegrzania. Uczestnicy najdłuższej trasy startują w nocy - to czas, kiedy nie jest gorąco, a w wyższych partiach jest nawet chłodno i wietrznie. Fot. archiwum organizatora Dobrze „nam” poszło! Spektakularny sukces odniósł Gediminas Grinius, który wygrał rywalizację na najdłuższej trasie. Gediminas co prawda jest Litwinem, ale mieszkającym i często startującym w Polsce, dlatego jego sukcesy tak nas cieszą. Jeszcze do niedawna był członkiem polskiego teamu Inov-8, ale kiedy zaczął odnosić międzynarodowe sukcesy i dostrzeżono jego potencjał, upomniał się o niego brytyjski oddział firmy. Grinius pokonał 125 km w 14 godzin, 23 minuty i 37 sekund, zyskując prawie 7-minutową przewagę nad drugim zawodnikiem - Norwegiem Dirikiem Hermansenem. Warto dodać, że Litwin poprawił o 4 minuty zeszłoroczny wynik Ryana Sandesa - jednego z lepszych ultrasów na świecie, zawodnika pochodzącego z RPA. Ponad godzinę straty do Gediminasa miał w tym roku Anton Krupicka (USA), który z czasem 15:29:49 zajął 6. miejsce. Po imprezie Gediminas napisał na swoim fanpage’u: To moje największe biegowe osiągnięcie w karierze. Kto powiedział, ze na Litwie nie ma gór? Świetny wynik osiągnął nasz rodak Piotr Hercog z teamu Salomona. W zeszłym roku uplasował się na 13. miejscu, tym razem udało mu się zmieścić w pierwszej dziesiątce. Choć osiągnął czas o 11 minut gorszy od zeszłorocznego, z wynikiem 16:30:45 zajął świetne 10. miejsce. Piotr Hercog tak podsumował bieg na swoim fanpage'u: DZIĘKUJĘ wszystkim za trzymanie kciuków i miłe słowa przed startem! Naprawdę to pomaga w chwilach zwątpienia i kryzysów. Założenia spełnione w 100 % - szczególnie budowanie psychy i oswajanie się z bólem. To jest naprawdę trudny technicznie bieg. Cieszę się bardzo z załapania się do TOP 10, bo lista mocarzy była długa, a ja sam wiedziałem że nie jestem idealnie przygotowany. Trasę TGC (125 km) ukończyło w sumie 11 Polaków, w tym jedna kobieta. Do mety dobiegło łącznie 349 osób. Dobry wynik osiągnął Błażej Łyjak, który na trasie ADVANCED (83 km) z czasem 10:49:55 zajął 37. miejsce (na 445). Na trasie MARATON (44 km) pierwszy zawodnikiem z Polski była kobieta - Olga Łyjak - która z czasem 4:54:10 zajęła świetne 24. miejsce (na 683), 4. miejsce wśród kobiet i 3. miejsce w swojej kategorii. Jedynym Polakiem, któremu udało się stanąć na podium w kategorii open, był Tomasz Klisz - znany głównie z biegania po schodach. Klisz wystartował na trasie STARTER (32 km) i z czasem 2:32:27 wdarł się między Hiszpanów, zajmując 3. miejsce na 519 finiszerów. Był zresztą jedynym Polakiem, który ukończył tę trasę. Z 519 zawodników 450 pochodziło z Hiszpanii. Na trasie PROMO (17 km) też wystartowała tylko jedna Polka - Monika Jagodzińska - która zajęła 146. miejsce (na 444). Zobacz wywiad z Gediminasem Griniusem po wyścigu (ang.): https://www.youtube.com/watch?v=mvEiVn94kMA&t=10 [su_highlight background="#0f5f1a" color="#ffffff"]WYNIKI[/su_highlight] [su_highlight background="#1eb032" color="#ffffff"]TRANSGRANCANARIA – 125 KM[/su_highlight] Mężczyźni: Gediminas Grinius (Litwa) - 14:23:37 Didrik Hermansen (Norwegia) - 14:30:07 Antoine Guillon (Francja) - 14:39:35 Kobiety: Núria Picas (Hiszpania) - 16:53:27 Caroline Chaverot (Francja) - 17:16:48 Dong LI (Chiny) - 18:15:55 [su_highlight background="#1eb032" color="#ffffff"]ADVANCED – 83 KM[/su_highlight] Mężczyźni: Pau Capell Gil (Hiszpania) - 08:14:09 David Lutzardo (Hiszpania) - 08:31:34 Zaid Ait Malek (Maroko) - 08:49:25 Kobiety: Sonia Escuriola Reula (Hiszpania) - 10:39:51 Yaiza Herrera Santana (Hiszpania) - 10:42:39 Laia Diez Fontanet (Hiszpania) - 10:48:11 [su_highlight background="#1eb032" color="#ffffff"]MARATON – 44 KM[/su_highlight] Mężczyźni: David Mundina Gil (Hiszpania) - 03:42:42 Carlos GOMES DE SÁ (Portugalia) - 03:48:24 Yosu GomezH (Hiszpania) - 04:05:11 Kobiety: Marta Escudero Martínez (Hiszpania) - 04:29:49 Susanne Schultealbert (Niemcy) - 04:38:34 Sarah Eriksson (Szwecja) - 04:53:38 [su_highlight background="#1eb032" color="#ffffff"]STARTER – 32 KM[/su_highlight] Mężczyźni: Juan Jose Rodríguez (Hiszpania) - 02:27:53 Daniel Navarro Hernández (Hiszpania) - 02:28:31 Tomasz Klisz (Polska) - 02:32:27 Kobiety: Ainhoa Lendinez Garate (Hiszpania) - 03:05:58 Juila Font Gómez (Hiszpania) - 03:07:42 Kathrine Soemme (Norwegia) - 03:15:19 [su_highlight background="#1eb032" color="#ffffff"]PROMO – 17 KM[/su_highlight] Mężczyźni: Martin Alvarez Espinar (Hiszpania) - 01:06:48 Efrén Segundo Quesada (Hiszpania) - 01:08:03 Jorge RIVERO HERNÁNDEZ (Hiszpania) - 01:09:46 Kobiety: Dominique Van Mechgelen (Belgia) - 01:26:59 María Samsó Raventós (Hiszpania) - 01:28:11 Andrea Sioli (Hiszpania) - 01:30:27 Pełne wyniki Transgrancanari 2015: TUTAJ Strona organizatora: www.transgrancanaria.net Facebook: www.facebook.com/TheNorthFaceTransgrancanaria
[h6]8.03.2015. Marcin Lewandowski cieszy się ze zwycięstwa w biegu finałowym na 800 m podczas halowych mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski[/h6] [h2]Halowe Mistrzostwa Europy skończyły się dla Polaków sukcesem, ale i pewnym niedosytem. Zdobyliśmy siedem medali, w tym pięć w konkurencjach biegowych. Jedyne złoto przywozi do Polski 800-metrowiec Marcin Lewandowski.[/h2] Po raz kolejny okazało się, że najsilniejszym punktem polskich biegów jest dystans 800 metrów. Pod nieobecność broniącego tytułu Adama Kszczota mistrzem ceremonii został Marcin Lewandowski. Pechowy w poprzednich latach, tym razem bez problemu przechodził kolejne rundy. W finale zdecydowanie rozprawił się z przeciwnikami, atakując na ostatnim okrążeniu. Do mety dobiegł niezagrożony, z rękami uniesionymi do góry z radości, z czasem 46,67. [su_youtube url="http://youtu.be/LSDR0AJU7i0" width="800" height="600"] Podobnego widoku spodziewaliśmy się w biegu kobiet, szczególnie po tym, gdy okazało się, że ze startu musiała zrezygnować najszybsza w tym roku na świecie, Brytyjka Jenny Meadows. Kolejny wynik należał do Joanny Jóźwik i wydawało się, że Polka ma otwartą drogę do złota. Sport okazał się jednak przewrotny. Finał został rozegrany w wolnym tempie, a kiedy rywalki ruszyły, znajdująca się na końcu Jóźwik nie była w staie ich dogonić. Przypominało to porażkę Pawła Czapiewskiego na stadionowych mistrzostwach Europy w 2002 roku, kiedy także był zdecydowanym faworytem, ale skończył tuż poza podium. Czym innym jest bowiem mocny finisz w szybkim biegu, kiedy wszyscy słabną, a czym innym ruszenie z taktycznego tempa. W takim przypadku każdy jest groźny, a zawodnik biegnący z tyłu stoi niestety na straconej pozycji. Honoru polskich biegaczek broniła jednak Angelika Cichocka. Rok temu wicemistrzyni świata w hali na dystansie 800 metrów, tym razem zdobyła srebro na 1500. Pochodząca z Etiopii Holenderka Sifan Hassan była poza zasięgiem. W grupie biegnącej za nią były aż trzy Polki i wydawało się, że dwie z nich mogą być na podium. Ostatecznie skończyło się skromniej - Cichocka druga, Katarzyna Broniatowska czwarta. Ozdobą finałowego dnia były oba biegi sztafetowe. Na pierwszy ogień poszło 4 x 400 metrów kobiet. Polski nieco zaskakująco zdobyły brązowy medal, dzięki szybkiemu i taktycznie bardzo dobremu biegowi Justyny Święty na ostatniej zmianie. Atakująca z tyłu Czeszka wydawała się szybsza, ale kilka razy została zablokowana i na finiszu nie była w stanie wyprzedzić Polki. U panów było jeszcze lepiej - Polacy prowadzili przez cały bieg. Dopiero na ostatnich metrach Jakub Krzewina został wyprzedzony przez jednego z braci Borlee. Było ich aż trzech w zwycięskiej sztafecie belgijskiej, co jest sytuacją zupełnie niespotykaną. Braterska sztafeta pobiła halowy rekord Europy wynikiem 3.02,87. Polacy z czasem 3.02,97 byli także szybsi od poprzedniego rekordu, co oczywiście oznacza również rekord kraju. Ostatni medal, brązowy, dołożył Rafał Omelko w indywidualnym biegu na dystansie 400 metrów. Biegacz poprawił życiówkę i osiągnął czas 46,26. Na czwartym miejscu drugi z Polaków, Łukasz Krawczuk, także z życiówką - 46,31. W dłuższych biegach emocje były zmienne. Łukasz Parszczyński na 3000 metrów pobiegł pasywnie, trzymając się końca stawki, ale uzyskał niezły wynik, niewiele słabszy od jego własnego rekordu Polski - 7.50,17. Ostatecznie wystarczyło to do siódmego miejsca. Wśród kobiet Sofia Ennaoui walczyła odważniej i cały czas przeskakiwała do przodu. Wydawało się, że może włączyć się nawet do walki o medale. Skończyło się na szóstym miejscu z wynikiem 8.56,77. Męskie 1500 metrów, podobnie jak u kobiet, atakowało aż trzech Polaków. Dwóch odpadło w eliminacjach, mimo prób walki na dystansie. Doskonale spisał się za to rekordzista kraju ze stadionu, Artur Ostrowski. Wszedł do finału po bardzo dobrym biegu, z drugim wynikiem i życiówką - 3.40,24. Dzień później nadzieje Polaka na dobry występ zostały jednak brutalnie zweryfikowane. Ambitny bieg w eliminacjach sprawił, że sił nie starczyło na finał i ostatecznie Artur Ostrowski wylądował na ostatnim, dziewiątym miejscu ze słabym czasem 3.44,98. Pełne wyniki mistrzostw można obejrzeć po kliknięciu.
Fot. materiały prasowe Karolina Jarzyńska wzięła ślub ze swoim wieloletnim trenerem - Zbigniewem Nadolskim. Od tej pory będzie się posługiwać nazwiskiem Karolina Nadolska. W maju parze urodzi się córka. Karolina Nadolska pod swoim panieńskim nazwiskiem Jarzyńska jest rozpoznawalna jako jedna z najlepszych polskich biegaczek długodystansowych. Niejednokrotnie była bliska pobicia rekordu naszego kraju na dystansie maratonu, do niej należy aktualny rekord Polski na dystansie półmaratonu. Z powodu ciąży i zbliżającego się macierzyństwa zawodniczka musiała zwolnić. Jednak nie w głowie jej zupełne pożegnanie się z bieganiem! Zobaczcie, co mówi o swojej ciąży i planach. [su_note note_color="#a98ff8" text_color="#000000"] Karolina Nadolska (Jarzyńska) opowiada o ciąży: W tym roku na pewno najważniejsze będzie dla mnie zdrowie naszego dziecka, a w drugiej kolejności moje własne. Wszelkie plany sportowe w tym momencie schodzą na dalszy plan albo wręcz nie istnieją, choć oczywiście myślę o kontynuacji kariery po urodzeniu dziecka. Ciąża to dla kobiety pewnego rodzaju przystanek w życiu zawodowym, po którym często wraca się jeszcze lepszym i mocniejszym. W moim przypadku wszystko będzie zależało od naszego zdrowia. Na pewno sportowej ambicji i zacięcia mi nie brakuje, jest więc szansa, że na trasach biegowych pojawię się jeszcze pod koniec tego roku. Aktualnie ciągle biegam, jest to średnio około godzina biegu dziennie. Oczywiście intensywność daleko odbiega od tej, którą prezentowałam nawet na spokojnych wybieganiach przed ciąża, ale to nie intensywność jest dla mnie teraz najważniejsza. Cieszę się, że ciąża przebiega póki co prawidłowo i bez żadnego problemu mogę wychodzić na spokojne wybiegania, które sprawiają mi wiele radości. Oprócz tego ćwiczę na piłce medycznej i wykonuję trochę ćwiczeń na obręcz barkową z lekkim obciążeniem. Generalnie bieganie traktuję teraz jako formę dbania o swoją higienę zdrowotną. Mam nadzieję, że im dłużej będę mogła biegać w ciąży nawet na niskiej intensywności, tym łatwiej będzie mi wrócić na swój biegowy poziom po ciąży. Jeśli, tak jak podkreślałam, wszystko będzie z naszym zdrowiem w porządku, to oczywiście myślę o powrocie do biegania. Często zdarza się, że zawodniczki po urodzeniu dziecka wracają jeszcze mocniejsze i to właśnie wtedy osiągają swoje najlepsze wyniki i jeszcze poprawiają poprzednie rekordy życiowe. Wierzę, że dziecko da mi wielki zastrzyk dodatkowej energii, która pomoże mi pobić jeszcze nie jedną życiówkę.[/su_note] Rekordy życiowe Karoliny Jarzyńskiej: maraton: 2:26:31 (2014 r.) półmaraton: 1:10:36 (2011 r.) - aktualny rekord Polski 10 km: 00:32:09 (2013 r.) 10000 m: 00:31:43,51 (2013 r.) - aktualny rekord Polski 5 km: 00:15:34 (2013 r.) 5000 m: 00:15:25,52 (2013 r.) 3000 m: 00:09:02,23 (2010 r.) 1500 m: 00:04:17,38 (2009 r.) Medale Mistrzostw Polski: 5000 m - złoto - Bydgoszcz 2009 10 km - srebro - Bielsko-Biała 2012 5000 m - brąz - Biała Podlaska 2005 5000 m - brąz - Poznań 2007 5000 m - brąz - Szczecin 2008 Tekst pochodzi z działu "Elita opowiada", Bieganie marzec 2015
Advertisment ad adsense adlogger