fbpx

Wiadomości

Etiopska mistrzyni 5000 metrów, Meseret Defar, po niemal dwuletniej przerwie wystartuje znowu na bieżni - w mistrzostwach świata w Pekinie. Biegaczka miała przerwę związaną z ciążą i urodzeniem dziecka.
[h6]Fot. strona organizatora[/h6] [h2]Prawie dokładnie rok dzieli nas od występu triathlonistów na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, a już w najbliższą niedzielę, 2 sierpnia, odbędzie się najważniejsza impreza organizowana przez ITU. Na olimpijskiej trasie zmierzą się zawodnicy, których najważniejszym celem jest kwalifikacja do igrzysk.[/h2] Zawody na dystansie olimpijskim zostaną rozegrane dokładnie na tej trasie, na której w przyszłym roku odbędzie się największe na świecie sportowe święto. Gra jest warta świeczki, ponieważ zawodnicy i zawodniczki z podium automatycznie otrzymają kwalifikację na igrzyska. Podobnie jak miało to miejsce podczas Igrzysk Europejskich w Baku, w Rio start również nastąpi z plaży. Na rowerze czeka na triathlonistów osiem pętli po 5 km, a na każdej będą musieli pokonać dwa całkiem strome podjazdy. Trasa biegowa to cztery pętle po 2,5 km. Jak łatwo można się domyślić, na liście startowej nie zabraknie wielkich nazwisk. W Rio pojawi się Alistair Brownlee, obecny mistrz olimpijski, a jednocześnie jedyny zawodnik, któremu udało się wygrać zarówno "zawody testowe" przed Londynem, jak i główne wydarzenie. Zabraknie niestety jego młodszego brata, czyli zdobywcy brązowego medalu ostatnich igrzysk, Jonatana Brownlee. Poza niezwykle niebezpiecznym Brownlee na linii startu zobaczymy całą grupę Hiszpanów, kontynuujących w tym roku niezwykle dobrą passę. Javier Gomez, Mario Mola, Fernando Alarza - to pierwsza trójka w tegorocznym rankingu ITU, która także będzie walczyć w niedzielę o Rio. Zobaczymy też wysoko punktowanych Vincenta Luisa, Richarda Murraya, Richarda Vargę. Niestety w kategorii mężczyzn nie będzie żadnego Polaka. Z listą startową można zapoznać się tutaj. Wyścig odbędzie się Nasze rodaczki zobaczymy jednak w rywalizacji kobiet. Agnieszka Jerzyk i Maria Cześnik zmierzą się między innymi z Gwen Jorgensen - zawodniczką numer jeden na świecie - i jej mocnymi koleżankami Sarah True, Katie Zaferes, Lindsey Jerdonek. Do rywalizacji stają także Andrea Hewitt, Non Stanford, Emma Moffatt, Anne Haug i inne mocne triathlonistki. Pełna lista startowa tutaj. Wyścig mężczyzn odbędzie się o 12:30 czasu lokalnego, tj. o 17:30 czasu polskiego; wyścig kobiet trzy i pół godziny wcześniej. Tym razem kibice nie będą mogli oglądać relacji z przebiegu rywalizacji. Można będzie jednak śledzić wyniki  na żywo tutaj. Strona zawodów
fot. Badwater.com Od 28 do 30 lipca na pustyni w Nevadzie trwał morderczy bieg Ultramarathon Badwater. W biegu wystartowało 97 śmiałków. Zawody wygrał 27-letni Pete Kostelnick, który 135 mil w ponad 49 stopniowym upale przebiegł w 23 godziny i 27 minut i 10 sekund. Biegu nie ukończyło 17 osób, w tym Polak, Piotr Kuryło. Tylko zwycięzcy udało się pokonać trasę poniżej 24 godzin. Pete Kostelnick rok temu był w Badwater 14. Drugi na mecie Oswaldo Lopez z Meksyku zameldował się na zboczach Mount Whitney w czasie 25:28:32. Trzeci był Mick Thwaites. Australijczyk przybiegł nieco ponad godzinę po Lopezie (26:23:10). Co ciekawe Pete Kostelnick był jednym z najmłodszych zawodników w tegorocznej stawce. Najmłodsza była 22-letnia Cornell Breanna, która zajęła 74. miejsce w klasyfikacji ogólnej. W klasyfikacji kobiet była 19. Najlepszą zawodniczką tegorocznej edycji Badwater została Nikki Wynd. Australijka z czasem 27:23:27 zajęła 4. miejsce w overallu! Drugą zawodniczkę, żywą legendę tego biegu wyprzedziła o ponad 4 godziny. Mowa oczywiście o Pam Reed, byłej rekordzistce trasy, pierwszej kobiecie w historii biegu, która wygrała bieg w klasyfikacji ogólnej. Tym razem Reed dobiegła do mety w czasie 31:24:34. Choć daleko jej do osiągów sprzed lat, to wynik ten nie przynosi jej wstydu. Zważywszy, że ma już 54 lata. Trzecia była Jill Andersen (34:04:14). Piotr Kuryło: Jestem zły na siebie Z trasy na 80 kilometrze zszedł Piotr Kuryło. Polak, który obiegł dookoła ziemię w intencji pokoju, wielokrotnie ukończył Spartathlon (raz był nawet drugi), był jednym z faworytów. Przed startem zapowiadał walkę o zwycięstwo. Intensywnie przygotowywał się do biegu. Fundusze zebrał za pośrednictwem akcji crowdfundingowej na portalu Polakpotrafi.pl. Spędził kilka miesięcy w USA, gdzie dzięki uprzejmości miejscowych Polaków mógł w spokoju trenować. Niestety musiał skapitulować po 80. kilometrze. Udało nam się porozmawiać z Piotrem. W trakcie biegu na Twoim profilu Facebook pojawiła się informacja, że masz krwotok z nosa. Co się stało? Zacząłem krwawić 5 minut po starcie. Myślę, że przyczyną było podwyższone ciśnienie spowodowane przedstartowym podnieceniem no i suche jak pieprz powietrze. Na dwa dni przed startem wziąłem też aspirynę. Ona rozrzedza krew. Szybko jednak zatamowaliśmy krwotok i kontynuowałem bieg. Jak Ci się biegło potem? Na pierwszym punkcie kontrolnym byłeś 5. Według wyników dobiegłeś równo z 4. i 3. zawodnikiem Zanim pojawiły się problemy z żołądkiem czułem się bardzo dobrze. Frunąłem wręcz. Nie czułem, że biegnę. fot. Facebook/PiotrKuryło Skąd te problemy? Od za dużej ilości wapna. Wapno wziąłem, żeby powstrzymać krwotok. Udało się, ale wysiadł żołądek. Po części przyczynił się do tego też za mały poziom elektrolitów w napojach. To pogłębiło ten stan. Od kiedy wiedziałeś, że biegu nie ukończysz? Właściwie to już od 50 kilometra. Czułem, że robi się tragicznie. Nawet jeśli uzupełniłbym poziom elektrolitów, to spuchnięte od odwodnienia nogi nie zaniosłyby mnie na podium. Dalsze miejsca nie wchodziły w grę. Jesteś zły? Tak i to tylko na siebie. Sprawę już przemyślałem, nieco się uspokoiłem i wyciągnąłem wnioski. Na Spartathlonie 25 września tych błędów już nie popełnię. Podałeś informację, że Spartathlon będzie Twoim pożegnaniem z biegami ultra. To prawda? Tak. Spartathlon będzie ostatnim biegiem. Potem zajmę się organizacją treningów. W zasadzie to już od 15 sierpnia ruszam z projektem "Szkoła Sparty Piotra Kuryło". Będziemy wbiegać na Gubałówkę i inne góry. Zapraszam. https://www.youtube.com/watch?v=W7TEHs_MvfA&feature=youtu.be Pełne wyniki biegu Ultramarthon Badwater znajdziecie na stronie internetowej organizatora.
[h6]Fot. Jacek Fomicki[/h6] 1 sierpnia w podwarszawskim Międzylesiu odbędzie się IV, przedostatnia edycja biegu Pucharu Maratonu Warszawskiego. Na biegaczy czeka dystans 20 kilometrów. Puchar Maratonu Warszawskiego to cykl przygotowujący biegaczy do PZU Maratonu Warszawskiego. [su_highlight background="#7ab76e" color="#ffffff"]Podstawowe informacje:[/su_highlight] Termin: 1 sierpnia 2015 r. (sobota); start o godz. 10:00, Miejsce: Międzylesie, ulica Przedwiośnie Dystans: 20 kilometrów, Limit czasu: 3 godziny Więcej informacji: pzumaratonwarszawski.com/puchar Zapisy: rejestracja.maratonwarszawski.com Trasa: Biegacze startują z ulicy Przedwiośnie znajdującej się na tyłach Centrum Zdrowia Dziecka. Trasa biegu składa się z czterech pięciokilometrowych pętli poprowadzonych leśnymi duktami Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Pętla ma kształt kokardy, dlatego uczestnicy biegu będą mijać się na trasie. Ważne, żeby wolniejsi zawodnicy biegli prawą stroną drogi, umożliwiając wyprzedzanie szybszym biegaczom. Zapisy: Zapisów można dokonać przez internet na stronie organizatora lub w Biurze Zawodów, w dniu startu. Biuro będzie czynne od godziny 8:30 do 9:45. Biegacze, którzy zapisali się nie wcześniej niż cztery dni przed biegiem organizator prosi o przyniesienie ze sobą potwierdzenia dokonania przelewu. Opłata startowa wynosi 20 złotych. Klasyfikacja: Puchar Maratonu Warszawskiego to cykl pięciu biegów organizowanych od końca kwietnia do końca września. Biegi odbywają się na różnych dystansach. Pierwszy ma 5 kilometrów. Każdy kolejny start jest o 5 kilometrów dłuższy. Aby zostać uwzględnionym w klasyfikacji końcowej cyklu, należy wziąć udział przynajmniej w trzech biegach. Jeśli ktoś wystartował w czterech lub we wszystkich biegach Pucharu Maratonu Warszawskiego, podczas klasyfikacji brane będą pod uwagę trzy najlepsze starty. Organizatorzy prowadzą ranking 10 kategorii wiekowych. Oficjalne zakończenie cyklu odbywa się 26 września, dzień przed 37. PZU Maratonem Warszawskim. Wyniki dotychczasowych startów znajdziecie na stronie internetowej organizatora.
[h6]Najlepszy z Polaków Artur Kozłowski z brązowym medalem mistrzostw Polski w biegu na 10 km, które odbyły się w Gdańsku podczas Biegu św. Dominika w Gdańsku 2 sierpnia 2014 roku. Fot. PAP/Piotr Pędziszewski[/h6] [h2]Pierwszego sierpnia kibiców przebywających w Trójmieście czeka spora gratka: możliwość obserwowania Mistrzostw Polski Mężczyzn w Biegu na 10 km, odbywających się w ramach Biegu Św. Dominika. Start biegu o godzinie 17:30 na Długim Targu.[/h2] Nie ma w Polsce drugiej tak mocno obsadzonej imprezy. Poza Henrykiem Szostem pojawią się niemal wszyscy liczący się w ostatnich latach zawodnicy, startujący zarówno na bieżni na dystansach krótszych, takich jak 5000 metrów czy 3000 metrów z przeszkodami, jak i typowi "ulicznicy", specjalizujący się w maratonie czy półmaratonie. Razem z nimi wystartuje co najmniej kilkunastu bardzo mocnych amatorów. Rywalizacja odbywa się na pętli o długości niecałego kilometra, zawodnicy pokonują ją dziesięć razy. Widzowie stoją tuż obok, jest możliwość obserwacji najlepszych polskich biegaczy z bliska, z bezpośredniej odległości. Widać będzie każdą kroplę potu na ich twarzy. Magnesem przyciągającym biegaczy do Gdańska są bardzo wysokie jak na Polskę nagrody finansowe. Gdyby w całej rywalizacji zwyciężył Polak, bijąc przy tym rekord trasy, może zainkasować 11 tysięcy złotych. Termin biegu jest korzystny. Co prawda pogoda bywa okrutna, a możliwy upał potęgują rozgrzane ściany kamienic, ale mistrzostwa nie kolidują z żadnym maratonem, półmaratonem ani inną imprezą docelową. Jedynie ci, którzy przygotowują się do mistrzostw świata w Pekinie, mogą mieć dylemat, czy pojawić się w Gdańsku. Z tego powodu na liście nie zobaczymy przeszkodowca Krystiana Zalewskiego. Najmocniejszy na papierze wydaje się w tym roku Marcin Chabowski. Zawodnik całe życie jest związany z Trójmiastem, biega więc u siebie. W przeszłości wygrywał zarówno cały bieg, jak i same mistrzostwa Polski - ostatnio w 2013. Zna trasę, lubi ją, a w pełni formy był zwykle poza zasięgiem polskich rywali. Jedyną niewiadomą jest, jak wypadnie po kontuzji, która wyeliminowała go z wiosennego maratonu. Wśród rywali mamy prawdziwe bogactwo nazwisk, całe who is who polskich biegów. Być może z Marcinem Chabowskim walkę nawiąże tegoroczny mistrz Polski na 10 000 metrów, czyli na dychę na bieżni - Marek Skorupa. W tym sezonie biegacz z Goleniowa ma najlepszy w kraju wynik na 5000 metrów, a podczas mistrzostw Polski w Krakowie wywalczył brązowy medal w debiucie na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. Mistrzem na 10 km na ulicy rok temu był - pod nieobecność Marcina Chabowskiego - Artur Kozłowski, który także jest na tegorocznej liście startowej. To jednak nie koniec zgłoszeń specjalistów od dychy. W 2011 i 2013 mistrzem Polski na 10 000 metrów na bieżni był Tomasz Szymkowiak, wcześniej olimpijczyk w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. On także pokaże się w Gdańsku. Podobnie jak Arkadiusz Gardzielewski - tegoroczny mistrz Polski w przełajach, a w 2012 na dystansie półmaratonu. Rok temu był trzeci wśród Polaków w Biegu Św. Dominika. Kolejnym mocnym biegaczem będzie Adam Nowicki - w zeszłym roku mistrz Polski w półmaratonie oraz wicemistrz na 10 000 metrów. Galerię medalistów zamknie Radosław Kłeczek, wicemistrz Polski na 10 km na tej samej trasie w 2013 oraz mistrz Polski na 5000 metrów w 2010 i 2012. Z innych znanych zawodników zobaczymy prawdopodobnie Artura Kerna, najszybszego obecnie amatora w Polsce oraz znanego maratończyka, Mariusza Giżyńskiego. Na liście startowej jest obecnie 43 biegaczy, do obejrzenia po kliknięciu w link.
Kolejne zawody Diamentowej Ligi odbędą się w czwartek w Sztokholmie. Transmisja o 20:00 w Polsacie Sport. To ostatni mityng DL przed mistrzostwami świata w Pekinie.
Twórcy gry Kingrunner: Filip, Marcin, Tomek i Mikołaj. Fot. Filip Bojko Mikołaj i Marcin odpalili Kingrunnera - nowy portal biegowy, który ma szansę być wioską (miastem?) dla biegowej społeczności, a nie tylko miejscem dla dociekliwych czytelników. Oprócz tego stworzyli od podstaw zupełnie nową grę planszową, w której można wygrać maraton! KINGRUNNER to dziecko Mikołaja Kowalskiego-Barysznikowa i Marcina Rosłonia. Wszystko kręci się wokół odpalonego właśnie serwisu internetowego dla biegaczy, ale panowie mają mnóstwo pomysłów na to, jak poszerzyć swoją działalność. We współpracy ze specjalistą od gier planszowych oraz z grafikiem stworzyli biegową grę karciano-planszową. Aby wszyscy mogli w nią zagrać, potrzebne są pieniądze na jej produkcję. Dlatego został uruchomiony projekt w serwisie Polak.Potrafi.pl, dzięki któremu twórcy zbierają fundusze. Ale o tym za chwilę! [su_highlight background="#1270a3" color="#ffffff"]Twórcy Kingrunnera[/su_highlight] Od lewej: Marcin Rosłoń i Mikołaj Kowalski-Barysznikow. Fot. Marcin Rosłoń [su_spacer size="10"] Mikołaj Kowalski-Barysznikow: Po kilku latach pracy w korporacji, a następnie nieudanej próbie z własnym biznesem w sektorze nieruchomości, od jakiegoś czasu pracuje w restauracji serdecznego kumpla biegacza. Co zabawne, jego obecny szef był przy „narodzinach” Kingrunnera. W czerwcu ubiegłego roku wybrali się we trzech (Mikołaj, Marcin i właśnie Robert) na zakopiański Bieg Marduły. I to właśnie tam, gdzieś na podejściu pod Kasprowy Wierch, w głowie Mikołaja zaczął kiełkować pomysł stworzenia prostej aplikacji do oceniania biegów. Na metę dobiegł ogarnięty totalnym entuzjazmem. Nie dość, że udało mu się pokonać 25 ciężkich kilometrów po Tatrach w niezłym czasie, to jeszcze wiedział, że zaraz złoży chłopakom propozycję nie do odrzucenia – „Robimy to razem?!”. Następne kilka godzin spędził na tłumaczeniu im, jak sobie wyobraża tę „aplikację”. Jego kompani kupili pomysł od razu. No i od tej pory są w jednej drużynie. Mikołaj z Rosołem jako wspólnicy, a Ultra Rob jako dobry duch Kingrunnera! Marcin Rosłoń: Jest dziennikarzem sportowym w nc+, komentuje mecze piłki nożnej i prowadzi w Canal+ program biegowy „O co biega?”. Ma za sobą piłkarską wyczynową przeszłość, na koncie kilkanaście maratonów, złamaną „trójkę”, sporo biegów ultra i nadal mu mało. Na propozycję Mikołaja przystał od razu. Przyjaźnią się i podobnie patrzą na biegowy świat. Działa bezbłędnie. Są ultramaratończykami. Potrafią biec długo i z mozołem do celu. To na pewno pomaga im w tworzeniu portalu. Zbyt szybko się nie zniechęcają. Na szczęście też dość sprawnie radzą sobie ze słomianym zapałem. Uzupełniają się, przekazują sobie niewidzialną korbę i dzięki różnym temperamentom, gdy ktoś za mocno nią zakręci, drugi zwalnia. Mają dogadać się w 5 minut. To ich zasada. [su_highlight background="#1270a3" color="#ffffff"]KINGRUNNER.com - Facebook dla biegaczy?[/su_highlight] [su_spacer size="10"] Mamy w Polsce dość sporo prężnie działających portali biegowych. Czym Kingrunner ma się od nich różnić? Co to będzie za miejsce i dla kogo? Mikołaj Kowalski-Barysznikow: W założeniu od samego początku myślimy o Kingrunnerze bardziej jako o społeczności niż o portalu. Społeczności organizatorów biegów, biegaczy, profesjonalistów rynku biegowego, jednym słowem ludzi, którzy żyją bieganiem lub żyją z biegania. Przy czym Kingrunner to nie jest przedsięwzięcie biznesowe (przynajmniej na razie), a raczej ujście naszej wielkiej pasji do biegania. Od kiedy pamiętam, bardzo często rozmawialiśmy o tym, jak to by było super stworzyć własny, prosty serwis. No i w końcu się udało. Co prawda jesteśmy jeszcze daleko, jeśli chodzi o wdrożenie wszystkich zaplanowanych funkcji, ale mimo to frajda jest wielka! Na inne portale patrzymy z szacunkiem i pokorą. Znamy swoje miejsce i na pewno nie zamierzamy z nikim rywalizować. Natomiast wierzymy, że kiedy uruchomimy planowane funkcjonalności, wypełnimy niszę, która według nas wciąż istnieje w biegowym wirtualu. Na koniec dodam tylko, że od samego początku naszym założeniem, a może bardziej marzeniem, jest wyjście z Kingrunnerem w świat. Stąd angielskojęzyczna nazwa i szczegółowo przemyślana struktura serwisu umożliwiająca szybkie, automatyczne tłumaczenie większości treści na inne języki. Stworzyliśmy Kingrunnera dla takich samych pasjonatów biegania i biegów jak my, dla których nie jest problemem pokonać setki kilometrów, żeby przebiec kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów, a potem całymi tygodniami to przeżywać (śmiech). Obecnie Kingrunner został odpalony w wersji demo. Jakie jeszcze funkcjonalności i zmiany planujecie wdrożyć? Mikołaj Kowalski-Barysznikow: Postanowiliśmy ruszyć z niezbędnym minimum, czyli modułem biegów i biegaczy. Na tę chwilę podstawową funkcjonalnością jest możliwość budowania przez biegacza swojej historii biegów. Nasi użytkownicy mogą zapisywać przebiegnięte, planowane i polecane biegi, a także je oceniać. Ale nie w taki sposób, że „daję biegowi dwóję, bo tak i już!”, tylko na naszą ocenę składają się 32 szczegółowo przemyślane i usystematyzowane kategorie – od atrakcyjności trasy, przez cenę pakietu startowego, po biegi towarzyszące. Dzięki temu nasza ocena będzie naprawdę rzetelna i będzie przemawiała nie tylko do wyobraźni ludzi, którzy chcieliby w ocenionym biegu wystartować w przyszłości, ale i jego organizatorów. Obecnie dopracowujemy planowane połączenia między modułem biegów a profilem biegacza, przede wszystkim mam tu na myśli przystępne rozwiązania dotyczące oferowania i szukania transportu, noclegu i pakietu startowego na dany bieg. I tu dochodzimy do kolejnego wielkiego wyzwania – komunikacji między użytkownikami Kingrunnera. Marzy nam się, żeby w przyszłości choć w części przypominała ona rozwiązania znane z Facebooka. No dobra, za bardzo odpływam, lećmy dalej! (śmiech) Dużo bliższe realizacji są natomiast moduły, nad którymi już teraz intensywnie pracujemy, czyli sekcja specjalistów rynku, dzięki której skupimy w jednym miejscu profesjonalistów ze świata biegów: trenerów, fizjoterapeutów, dietetyków, ortopedów, kardiologów etc., którzy będą mogli założyć na Kingrunnerze bezpłatne profile wizytówki, zapewniając sobie promocję a nam – biegaczom – dużo łatwiejszy dostęp do swojej wiedzy i usług. Jednocześnie wdrażamy też sekcje: giełdy sprzętu biegowego i diet biegowych, gdzie każdy będzie mógł pochwalić się ulubionymi przepisami i wystawić na sprzedaż niepotrzebne ubrania, buty czy akcesoria biegowe. Ostatnią rzeczą, którą planujemy jeszcze w tym roku, jest mój osobisty konik – sekcja „Biegaj i Zwiedzaj”, dzięki której w łatwy sposób będziemy mogli szukać wycieczek biegowych i/lub oferować je (płatne lub darmowe) w dowolnym miejscu na świecie. Jak widać, nasze pomysły w większości nie są rewolucyjne, ale widzimy szansę w tym, żeby zgromadzić je w jednym miejscu. Chcielibyśmy, żeby to był taki biegowy „one-stop-shop”! [su_spacer size="10"] Jedna z produkcji Kingrunnera - film "Rzeźniczki": https://www.youtube.com/watch?v=qBTEN8WGuV8&feature=youtu.be [su_spacer size="30"] [su_highlight background="#1270a3" color="#ffffff"]Gra biegowa. Wygraj maraton![/su_highlight] Stworzyliście grę karciano-planszową Kingrunner. Właściwie po co? Marcin Rosłoń:  Gra jest odwzorowaniem przeżyć podczas maratonu. Pilnowaliśmy, żeby mechanika gry i jej zasady nie wycięły z instrukcji i kart gry czegoś, co przeżyliśmy z Mikołajem, biegając swoje maratony. To było niełatwe zadanie, żeby połączyć zgrabnie dwa światy: biegaczy i graczy. Na pewno jest zbiór wspólny tych dwóch społeczności, ale grę dedykujemy i polecamy wszystkim. Kingrunner – Wygraj maraton! to integracja, biegowa edukacja, sportowa i czysta rywalizacja. Bo podczas gry, tak jak w maratonie, walczymy tylko ze sobą i własnymi słabościami, a nie z innymi graczami. Fakt, ścigamy się do mety, ale nie można nikomu podstawić nogi, podrzucić świni, bo każdy jest odpowiedzialny za swoje wybory. Wierzymy, że nasza gra będzie przyjemnością dla ludzi wielu pokoleń i profesji, tych, którzy marzą o starcie w maratonie, którzy mają ich na koncie bez liku oraz takich, którzy z różnych powodów maratonu nigdy nie przebiegną. To pewna namiastka emocji związanych z dystansem królewskim. Rozgrywka jest szybka, trwa od 30 do 40 minut. Ma łączyć ludzi z różnych bajek. Zarażać bieganiem, ale pokazywać również złożoność przygotowań do maratonu. Wierzymy, że przy jednym stole mogą usiąść dziadek z wnukiem, biegacz z graczem, same dziewczyny, zaprawieni w bojach maratończycy, osoby niepełnosprawne. Wspieramy Fundację Darka Strychalskiego „Zwycięzca”, z każdego sprzedanego egzemplarza Fundacja Darka otrzyma od nas wsparcie na swoją statutową działalność, na pomoc niepełnosprawnym podopiecznym. Kumplujemy się z Darkiem, wspieraliśmy jego powrót na Badwater i inne szalone, dalekobieżne przedsięwzięcia. Szata graficzna gry jest bardzo ładna, oparta na uniwersalnych ikonach, z drewnianymi pionkami i słowniczkiem biegacza (we wnętrzu pudełka). Znajdzie się tam wyjaśnienie trudniejszych terminów biegowych i metod treningowych: fartlek, interwały, BNP, podbiegi. Gra jest uniwersalna, na każdą okazję, dla każdego i na każdą kieszeń. Na czym polega rozgrywka? Mikołaj Kowalski-Barysznikow: Gra, tak jak maraton, polega na dobiegnięciu do mety. Ale żeby to się udało, najpierw trzeba rozsądnie trenować, czyli odpowiednio dobierać karty w fazie treningu. Jeśli będziemy pracować nad samą szybkością, możemy być pewni, że na trasie zabraknie nam sił i zderzymy się z maratońską ścianą. Za to jeśli postawimy na zbyt zachowawcze metody treningowe, ryzykujemy, że jedyne, co zobaczymy na trasie, to… plecy naszych rywali. Jednocześnie nie możemy zapomnieć też o psychice, która – tak jak w rzeczywistości – może nas pogrążyć lub wydobyć z najgorszej opresji. Ale uwaga! – nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się na każdą ewentualność. Nawet najbardziej zrównoważony trening nam nie pomoże, jeśli trafimy na upalny dzień lub, co gorsza, przyplącze się nam na trasie kontuzja – trzeba być nieustannie czujnym! Jak będzie można zdobyć swój egzemplarz gry? Mikołaj Kowalski-Barysznikow: Najprościej można to zrobić, „wykupując” sobie egzemplarz gry na stronie naszego projektu crowdfundingowego na portalu PolakPotrafi.pl, na którym zbieramy fundusze na wydanie Kingrunnera. Gra zostanie wyprodukowana, jeśli uzbieramy przynajmniej dziesięć tysięcy złotych (taka kwota pozwoli nam wydać 500 egzemplarzy). Jak to się uda, będziemy ją dystrybuować na wszelkie możliwe sposoby – na pewno poprzez nasz portal kingrunner.com, ale zapewne będziemy się z nią pojawiać także na expo większych biegów. Oczywiście spróbujemy też zainteresować Kingrunnerem dystrybutorów. Ale szczerze mówiąc, najbardziej liczymy na pocztę pantoflową i społeczność biegową! Powiedzcie parę słów o tworzeniu gry – kto nad nią pracował, jak przebiegał proces tworzenia, co Was po drodze zaskoczyło, co było wyzwaniem? Marcin Rosłoń: Byliśmy z przyjaciółmi i dziećmi na początku stycznia u Mikołaja w agroturystyce. Krótkie zimowisko w Beskidzie Niskim. Codziennie wyruszaliśmy na poranne bieganie po miękkim śniegu. Gdy wracaliśmy z jednego z treningów połoniną do domu, znajoma pstryknęła nam z okna fotkę. Wyszła śmiesznie. Mikołaj leciał w czerwonej kurtce, Paweł w żółtej, ja w niebieskiej. Przy śniadaniu ktoś rzucił tytuł do zdjęcia: „Teletubisie”, a ktoś inny: „Pionki”. A ja od razu złapałem za kartkę i przez dwa następne dni między jazdą na sankach a pierogami w schronisku dopisywałem pomysły stworzenia gry planszowej. To było idealne sprzężenie, ponieważ o świcie wypuszczaliśmy się na bieganie, a wieczorem zasiadaliśmy do stołu, by grać w planszówki. Pionki! To zdjęcie zapoczątkowało prace nad grą. Fot. archiwum Mój pomysł zawierał wszystkie elementy biegowe, jednak brakowało mu mechaniki gry. Rzut kostką odpadał w przedbiegach. Zależało nam od początku na stworzeniu gry, która będzie prosta, ale nie prostacka. W założeniu miała być ładną wizytówką naszego powstającego portalu. Od stycznia minęło ponad pół roku i gra przechodzi ostatnie testy. Zamiast wielkiej planszówki będzie skromna, ale efektowna i emocjonująca gra karciano-planszowa o kompaktowych rozmiarach. Idealna na prezent, w podróż, do pakietu startowego. W nadaniu jej grywalnej formy nieodzowne było wsparcie Filipa Miłuńskiego, autora i projektanta gier planszowych (Mali Powstańcy, Liberator, CV). Filipa polecił nam jego przyjaciel, a nasz portalowy grafik Tomek Wiaderny. Wszyscy jesteśmy biegaczami, no i kumplami, bo na takich zasadach współpracujemy. Połączył nas Kingrunner. Ta gra jest jak bieganie: łączy ludzi. https://www.youtube.com/watch?v=1uuyAW8gc2o [su_spacer size="10"] [su_highlight background="#1270a3" color="#ffffff"]Wesprzyj projekt![/su_highlight] Aby uruchomić produkcję Kingrunnera - biegowej gry planszowej, potrzebnych jest 10 000 zł. Wpłacić można kwotę od 10 zł do... nieskończoności. Wpłat można dokonywać na stronie projektu w serwisie PolakPotrafi.pl. Każdemu wpłacającemu przysługuje nagroda - w zależności od wysokości wpłaty. Do zdobycia m.in. egzemplarz gry, biegowe rękawki HALFWORN z limitowanej edycji, koszulki techniczne ASICS z logo Kingrunnera czy indywidualny trening z Darkiem Strychalskim lub Marcinem Rosłoniem. Zbiórka funduszy potrwa do 27 sierpnia tego roku. www.polakpotrafi.pl/projekt/kingrunner [su_spacer size="30"]
fot. Mariusz Adamczuk 25 lipca w Gdyni prawie setka biegaczy wystartowała w pierwszej edycji Trójmiejskiego Ultra Track'u, czyli biegu ultra nad morzem. Wygrał Roman Elwart, który trasę 65 kilometrów pokonał w 5 godzin 37 minut i 44 sekundy Trasa biegu liczyła około 65 kilometrów i miała 1400 metrów przewyższeń. Zawodnicy startowali o 6 rano z Gdyni. Meta znajdowała się w Gdańsku. Większość trasy wiodła przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Dystans TUT z punktu widzenia ultra nie jest wymagający. O to nam chodziło. Chcemy zachęcić jak najwięcej biegaczy, żeby posmakowali ultra. Trasa o długości około 65 kilometrów nadaje się do tego w sam raz - mówił w wywiadzie dla magazynbieganie.pl Kamil Leśniak, jeden z organizatorów biegu. Miało być kameralnie, rodzinnie i tak, żeby z trasą poradzili sobie też początkujący biegacze. I tak było. Wyniki sportowe pokazują jednak, że w TUT wystartowało kilku naprawdę mocnych zawodników, dla których bieg ultra to nie pierwszyzna. Zawody wygrał reprezentant LKS-Puck, Roman Elwart. Jego czas to 5:37:44. Oprócz niego jeszcze dwóch zawodników zeszło poniżej 6 godzin. Krystian Kędziorski dobiegł do mety w 5 godzin 57 minut i 28 sekund. Trzeci był Damian Falandysz, któremu pokonanie trasy zajęło 5 godzin 59 minut i 7 sekund. Wśród pań najlepsza była Dominika Stelmach z teamu Entre.pl (6:19:25). W klasyfikacji generalnej była siódma. Druga zawodniczka dobiegła do mety prawie godzinę po zwyciężczyni. Kamili Wawiernia dotarcie do mety zajęło 7 godzin 6 minut i 18 sekund. Trzecią kobietą tego dnia była Małgorzata Szydłowska z Gdańska (7:24:40). fot. Mariusz Adamczuk Organizatorzy zapowiedzieli już kolejną edycję zawodów, która odbędzie się zimą. Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej organizatora. Pełne wyniki Trójmiejskiego Ultra Track'u
[h6]Fot. Ryka[/h6] [h2]Kobiety i mężczyźni różnią się od siebie. To fakt niepodważalny. Wiedzą o tym producenci sprzętu biegowego i w swojej ofercie mają zazwyczaj linię odzieży dedykowaną płci pięknej. Jednak buty zaprojektowane specjalnie dla pań to rzadkość. Ryka to bodaj pierwsza marka, która projektuje buty do biegania wyłącznie dla kobiet.[/h2] Mogłoby się wydawać, że stworzenie takiej marki, choć szczytne, mija się jednak z celem. Przecież to mężczyźni stanowią większość uprawiających amatorsko sport, w tym bieganie. Istnieje jednak firma Ryka, która specjalizuje się w butach do biegania dla pań. Choć istnieje od 25 lat, to jest słabo znana nawet fanatykom tego sportu. Dodam, że to amerykańska marka. Specjaliści z Ryki podkreślają, że projektowanie butów dla kobiet wcale nie ogranicza się do zmniejszania męskich modelów. [h6]Fot. Ryka[/h6] Przy pracach projektowych brane są pod uwagę różnice w kształcie stopy, pracy mięśni.Ich buty są projektowane z uwzględnieniem różnic w kształcie stopy, pracy mięśni. Buty mają uwzględniać choćby Q-angle czyli kąt pomiędzy kolanem a biodrem który różni się o około 5 do 7 stopni w stosunku do mężczyzn. Oczywiście oprócz butów w ofercie znajduje się bardzo szeroka oferta ubrań sportowych dla kobiet, w sumie około 150 propozycji odzieżowych. Drogie panie, jest w czym wybierać. Niszowi producenci, żeby utrzymać się na rynku, zazwyczaj liczą sobie za swoje produkty jak za zboże. W końcu muszą wysoką marżą nadrobić nieduży obrót. W przypadku Ryki ceny są zaskakująco niskie. Para butów kosztuje około 50-60 dolarów. To znaczy, że tańsze modele można kupić już za równowartość 200 złotych. W porównaniu do gigantów biegowego rynku to naprawdę niedużo. [h6]Fot. Ryka[/h6]
[h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Kilka dni przed końcem terminu zgłoszeń do mistrzostw świata w Pekinie skład reprezentacji Polski jest wciąż niepewny. Wydawałoby się, że po tym, gdy światowa federacja ogłosiła zasady kwalifikacji do mistrzostw świata, wszystko powinno być jasne. Tak jednak nie jest i nawet czołowi polscy zawodnicy nie mogą być pewni startu. Wszystko przez karkołomne zasady kwalifikacji ogłoszone przez PZLA.[/h2] Zgłoszeń należy dokonywać do końca lipca i zasady na świecie są jasne: należy uzyskać minimum, które dla uproszczenia zostało jedno w każdej konkurencji. Gdyby nie udało się wypełnić w ten sposób listy startowej, IAAF zaprosi kolejnych zawodników z listy wyników, którzy nie wykonali minimum, ale są następni w kolejności. Niestety, dla polskich działaczy tak proste działania są nie do zaakceptowania. PZLA ogłosił własne minima i własne zasady, bezprecedensowe w skali świata. Otóż minimum należy uzyskać... dwa razy. Raz nie wystarczy, więc można sobie wyobrazić sytuację, gdy zawodnik bije rekord świata, ale nie ma drugiego mocnego wyniku i nie jedzie na mistrzostwa. Albo inaczej: pojedzie, jeśli PZLA na to pozwoli. Wygląda więc na to, że całe zasady sprowadzają się do tego, że na mistrzostwa świata jak zwykle pojadą ci, którzy mają najlepsze dojścia do działaczy. Być może o to chodzi: aby nominować tych, którzy mają być nominowani i nie dopuścić do reprezentacji osób niewygodnych. W tej chwili zgodnie z zasadami ogłoszonymi przez PZLA kwalifikacji nie ma cała grupa czołowych zawodników, poczynając od Artura Kuciapskiego na 800 metrów, kończąc na Arturze Nodze na płotkach. Angelika Cichocka zdobyła ostatnio drugie minimum na 800 metrów, ale ma tylko jedno na 1500 metrów. Jeszcze w Krakowie, podczas mistrzostw Polski, zawodnicy z raz uzyskanym minimum nie mieli pojęcia, czy na mistrzostwa świata pojadą. Przekonamy się o tym wkrótce, ale znowu trudno oprzeć się myśli, że cała ta szopka została wymyślona po to, aby uzasadnić istnienie w sporcie całych rzesz bezproduktywnych działaczy. Wymyślają oni kolejne dziwne zasady, a zawodnicy muszą uganiać się po całym świecie, szukając wyników, a potem ich potwierdzenia. Jeśli ktoś ma zamiar na mistrzostwach świata startować w dwóch konkurencjach biegowych, ma poważny problem, bo czterokrotnie musi uzyskać wyśrubowane minimum. Co gorsza, o ile IAAF pozwala na uzyskanie wyniku niemal przez cały rok, tak PZLA wyznacza własne, wąskie okienko. Dlaczego nasze zasady kwalifikacji nie mogą być tak proste jak w USA? Tam do reprezentacji awansuje pierwsza trójka z mistrzostw kraju, pod warunkiem uzyskania minimum. Jeśli go nie mają, otwartą drogę mają ci z kolejnych miejsc, posiadający minimum. Skład reprezentacji kraju jest jasny dla każdego i powszechnie znany długo przed mistrzostwami. Najwyraźniej jednak jest to system zbyt prosty na polskie realia.
Advertisment ad adsense adlogger