fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. Garmin[/h6] [h2]Garmin wprowadził do sprzedaży swój pierwszy zegarek z pomiarem tętna z nadgarstka – model Forerunner 225 – na potrzeby trwającego dwa tygodnie testu stałem się biegaczem o dwóch… tętnach.[/h2] 225-tka to zegarek biegowy, będący ulepszoną wersją 220-tki. Posiada GPS, interfejs z kolorową grafiką, akcelerometr, funkcje monitorowania aktywności (licznik kroków, kalorii, dystansu), funkcje monitorowania snu i podstawowe funkcje treningowe. Jest wodoodporny, a litowo-jonowa bateria wytrzymuje 7-8 godzin treningu z włączonym GPS-em i pomiarem tętna. 225-tkę wyposażono dodatkowo w czujnik do pomiaru tętna z nadgarstka, więc nie potrzebujemy paska zapinanego na klatce piersiowej i to właśnie na tej funkcjonalności skupimy się poniżej. [h3]Technologia[/h3] Garmin korzysta z czujnika optycznego na licencji Mio i jest to dobra wiadomość, ponieważ nie jest to coś nowego, co wymaga wielu poprawek i kolejnych lat testów. Czujnik optyczny w zegarkach Mio Alpha był wykorzystywany już 3 lata temu i funkcjonuje w zegarkach marki Tom Tom i adidas. Sensor wysyła światło poprzez skórę i na podstawie odczytu światła odbitego „widzi” przepływ krwi, a na jego podstawie ocenia aktualne tętno. Już na wstępie wprowadza to pewne ograniczenie – nie mierzymy rzeczywistych uderzeń serca, jak to jest w przypadku elektrod umieszczonych na klatce piersiowej tylko swego rodzaju pochodną. W zależności od zastosowanego firmware’u i filtru odszumiającego pomiar będzie mniej lub bardziej dokładny. W przypadku Garmina wokół czujnika dodatkowo umieszczono specjalną blokadę mającą chronić przed docieraniem do niego światła z zewnątrz, które mogłoby powodować przekłamania w odczycie. [h6]Fot. Garmin[/h6] [h3]Czy to działa?[/h3] Nie jest to urządzenie idiotoodporne. Jeśli po prostu założysz ten zegarek jak każdy inny i pobiegniesz, to nie spodziewaj się poprawnych danych. Za luźno zapięty pasek albo zegarek umieszczony na kościach nadgarstka będą powodować, że do czujnika będzie docierało dodatkowe światło, np. gdy lekko wygniesz rękę i kości się poruszą, a przez to rejestrowane tętno poleci „w kosmos”. Przy pierwszych próbach zdarzało mi się przed rozpoczęciem treningu widzieć tętno rzędu 120, gdy w rzeczywistości oscylowało ono w okolicy 60. Ale… da się te problemy okiełznać. Przesuwamy zegarek trochę wyżej w stronę łokcia, tak żeby trzymał się na bardziej „mięsistym” odcinku ręki, zapinamy dość mocno – nie trzeba robić tego tak, żeby przestała dopływać krew do palców – i wszystko gra. [h6]Porównanie wykresów dla Polara M400 z paskiem HR na klatce piersiowej i Garmin FR225 z czujnikiem tętna w nadgarstku – na wykresie są 3 odcinki po 400 metrów biegane szybko – już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest nie tak. Garmin był zapięty na moim kościstym nadgarstku w złym miejscu. Przy szybszym tempie i dynamiczniejszych ruchach ręki, za sprawą ruchu kości nadgarstka do czujnika dostawało się światło, a pomiary straciły kontakt z rzeczywistością.[/h6] [h6]Porównanie wykresów dla odcinków ok. 1 km na tętnie ok. 170, potem bieg spokojny i na koniec 4 rytmy. Dobrze zapięty zegarek i od razu wszystko wygląda lepiej, choć nie idealnie. Przez ¾ treningu tętno pokazywane na obu zegarkach różniło się maksymalnie o 1-2 uderzenia, a przez większość tego czasu było idealne w punkt. Rozjazd pojawił się dopiero przy rytmach. Myślę, że jest to kwestia minimalnego opóźnienia pomiaru z przepływu krwi w stosunku do pomiaru z elektrod. Na bardzo krótkim odcinku Garmin ledwo zdążył załapać przyspieszenie, a ono już się kończyło.[/h6] Dwa tygodnie to nie jest idealny okres testowy do wyciągania jednoznacznych wniosków, ale spokojnie mogę powiedzieć, że przy dobrze zapiętym zegarku śledzenie tętna jest na bardzo dobrym poziomie. W przypadku biegów spokojnych czy dłuższych odcinków w jednostajnym tempie, nawet mocniejszym, wskazania zegarków (Polar M400 i Garmin FR225) były praktycznie identyczne – a nawet jeśli się różniły np. o 1-2 uderzenia, to trudno jednoznacznie określić, które tętno było tym prawdziwym. Średnie tętno z treningu, na przykład tego pokazanego na wykresach to 146 dla Garmina i 147 dla Polara. Małe nieścisłości pojawiają się w przypadku bardzo krótkich odcinków i zrywów tempa, co widać po rytmach. Garmin rejestrował maksymalne tętno równe 173, a Polar 179 – bardziej jestem w stanie uwierzyć w to drugie wskazanie, tym bardziej patrząc na regularność na wykresie z Polara. Niemniej jednak wskazania na tak krótkich odcinkach nie są aż tak superistotne, zdecydowanie ważniejsze są pomiary na odcinkach długich, które były poprawne. [h6]Fot. Garmin[/h6] Tętno może być wyświetlane na ekranie pokazującym również w jakiej aktualnie strefie tętna się znajdujemy. Podział stref można ustawić na przykład w oparciu o ręcznie wpisane HRmax. [h3]Zalety i ograniczenia[/h3] Czujnik optyczny działa na tyle dobrze, że spokojnie można 225-tkę polecić osobom, które nie przepadają lub z różnych przyczyn nie mogą korzystać z paska na klatce piersiowej, albo po prostu mają ochotę się go pozbyć. Jednak wskazania na pewno nie są idealne, co niektórych może drażnić. Problem mogą mieć bardzo drobne panie, bo zegarek może nie leżeć na małej, kościstej rączce idealnie, z resztą na razie zegarek nie posiada wersji typowo żeńskiej. Dla mnie problemem byłoby użytkowanie tego modelu zimą – lubię mieć rękawy naciągane na kciuk i zegarek zapięty na zewnątrz – tutaj nawet ze zwykłym rękawem kontrola tego, co dzieje się na wyświetlaczu będzie uciążliwa, bo zegarek musi być wyżej na ręce, a założony na wierzch nie będzie spełniał swojej funkcji, chyba, że będziemy mierzyć tętno po prostu z paska, co w tym modelu również jest możliwe, ale… chyba nie po to kupujemy taki zegarek. Dodatkowo w modelu w takiej cenie dziwi brak dodatkowej funkcji kolarstwo – można wprawdzie przestawić wyświetlanie danych z min/km na km/h, ale wszystko i tak do Garmin Connect będzie się importować jako „bieganie”, łącznie z rekordami. Dla kogoś, kto uprawia tylko bieganie, może nie będzie to wada, ale jednak brakuje uniwersalności. Dzięki 225-tce pobiłem moje rekordy „biegowe” na większości dystansów, nie mówiąc o osiągniętych rekordach świata. Dane z treningu możemy obejrzeć albo na komputerze, albo poprzez aplikację na smartfonie (Android/iOS) łączącą się z zegarkiem poprzez Bluetooth Smart. Zegarek nie wyświetla jednak informacji z telefonu, typu powiadomienia o nieodebranych połączeniach czy przychodzące smsy, co w nowych modelach jest coraz częstszą opcją. [h3]Co jest fajne?[/h3] To, że pomiar tętna z nadgarstka w tym modelu działa bardzo przyzwoicie, i że bez noszenia paska na klatce piersiowej możemy obserwować swoje tętno w trakcie całego dnia, czy monitorować sen. Pozwala to nabrać większej świadomości na temat własnego organizmu, łatwiej kontrolować naszą dyspozycję danego dnia, chociażby na podstawie tętna spoczynkowego.
[h6]Ezekiel Omullo, nieznany talent z Kenii. Fot. Archiwum Maratonu Warszawskiego[/h6] [h2]Tegoroczny Maraton Warszawski za nami. Dzięki przeprowadzonej transmisji internetowej rywalizację najlepszych można było oglądać od początku do końca. Na mecie zameldowało się 6506 osób.[/h2] Zwycięzcą biegu męskiego został kompletnie nieznany wcześniej Kenijczyk - Ezekiel Omullo. Do tej pory nie startował poza Kenią, nie miał żadnego możliwego do zweryfikowania wyniku, a jako życiówkę podawał czas 2:16:15. Został dołączony do grupy swoich rodaków właściwie na doczepkę. Cały czas trzymał się czołówki, mimo szybkiego tempa, ale przez 35 kilometrów nie wychylał się, tylko biegł za prowadzącym. W końcu zostało ich tylko dwóch: Omullo i obrońca tytułu, Victor Kipchirchir. Po 35 kilometrach Omullo niespodziewanie zaatakował i łatwo oderwał się od Victora. Na metę wpadł z nową, fantastyczną życiówką - 2:09:19. Tam szalał z radości i nie zdradzał oznak zmęczenia: truchtał, machał do kibiców, przybijał "piątki'. U kobiet rywalizacja wyglądała zupełnie inaczej. Ruth Wanjiru jako jedyna od początku utrzymywała się za "zającem" prowadzącym na tempo poniżej 2:30. Na mecie uzyskała czas 2:29:39, co oznacza, że zaledwie 7 sekund zabrakło do rekordu trasy. Zaraz za metą pod Kenijką ugięły się nogi i została przetransportowana do karetki. Długo trwało, zanim doszła do siebie, z trudem była w stanie wyjść na dekorację ponad godzinę później. Można narzekać na to, że w Warszawie nie ma znanych zawodników, ale wyniki okazały się być na bardzo przyzwoitym poziomie. Co więcej, organizator ma szczęście do nazwisk. Wielu z nieznanych biegaczy, którzy zaczynają międzynarodowe bieganie w Warszawie, robi potem dużą karierę. Przykładem jest Mare Dibaba, tegoroczna mistrzyni świata w maratonie, która w 2008 wygrała w Warszawie półmaraton. Kto wie, czy podobnie nie będzie w przypadku tegorocznych zwycięzców maratonu. Na trzecim miejscu uplasowała się pierwsza Polka - Izabela Trzaskalska z nowym rekordem życiowym - 2:35:33. Piąta, kolejna biegaczka z Polski, debiutantka Anna Szyszka - 2:37:47. U mężczyzn było znacznie słabiej. Pierwszym Polakiem, na dziewiątym miejscu, był Dariusz Nożyński ze słabym czasem 2:25:13. Większość polskich biegaczy wyczynowych jest zatrudniona w wojsku i obligatoryjnie startują w imprezach wojskowych. W tym roku już za kilka dni zaczynają się one w Korei. Transmisja internetowa z zawodów pozwalała śledzić łatwo całą rywalizację. Obecność kilku kamer, podawane międzyczasy i niemal zupełny brak przerw reklamowych sprawiały, że bieg był przyjemniejszy w oglądaniu niż większość telewizyjnych transmisji z zawodów. Pod tym względem Maraton Warszawski wyznacza nowe standardy organizacyjne.
[h6]Fot. pixabay.com[/h6] [h2]Jesień to czas refleksji. Nic dziwnego, że tak wiele miejsca poświęcamy przemyśleniom dotyczącym treningu. Chciałbym i ja dorzucić swoje trzy grosze, dzieląc się z Wami swoimi obserwacjami. Ambicje i możliwości to tango, w którym obydwaj partnerzy chcą prowadzić. „Zawody nie poszły mi najlepiej, ale gdzieś tam jest jeszcze maraton, na którym odbije sobie wszystkie niepowodzenia tego roku”. Takie lub podobne stwierdzenie słyszę ostatnio dość często. Czy to dobry pomysł na uratowanie sezonu?[/h2] Wbrew pozorom może to być całkiem dobry sposób, jeżeli tylko spróbujemy wyjść z pudełka z napisem „rutyna”. Zacznijmy jednak od tego, że niepowodzenia trzeba zaakceptować. Jest to niezwykle istotna, choć trudna umiejętność, bez której trudno nam będzie pozbyć się demonów przeszłości i ruszyć naprzód. Błąd nie jest tragedią, natomiast nieumiejętność wyciągania wniosków jest już dużym problemem. W większości gier zawodnik, który postanawia się „odkuć” po porażce, kończy z zupełnie pustymi rękami lub na samym dole rankingów. Jeżeli więc decydujemy się na jeszcze jeden start, podejdźmy do niego niestandardowo, nie ograniczając się do zwyczajowej ścieżki myślenia. Jakościowy trening we wtorek i czwartek? A dlaczego akurat w te dni? Dlaczego w ogóle w regularnych odstępach? Przecież magia dzieje się pomiędzy treningami, pozwólmy jej więc stać się znów czymś specjalnym. To dobry czas na całkowicie inny plan przygotowań. Jeżeli jesteśmy zwolennikami dużego kilometrażu, spróbujmy HIIT (High Intensity Interval Training), krótkich zadań o wysokiej, interwałowej intensywności. Biegałeś dotąd z zegarkiem - teraz zostaw go w domu. Naucz się słuchać swojego ciała, ta umiejętność przyda się w przyszłym roku. Z pozoru takie podejście jest obarczone wysokim ryzykiem kolejnej porażki, dopełniającej rozczarowania sezonem. Przecież do ostatniego startu nie pozostaje wiele czasu - to nie moment na eksperymenty. W rzeczywistości jest to jednak sytuacja, w której możemy tylko wygrać. Odmienne metody pozwalają na zdjęcie presji wyniku, umożliwiając znacznie luźniejsze podejście do zawodów. Jest to coś, czego często brakuje nam w przypadku startów A. Stres sam w sobie jest często przyczyną niepowodzeń nawet bardzo dobrze przygotowanych zawodników. Stres i bieganie na rekord - to również psychologiczne ruchome piaski. Trójkąt bermudzki, który swoją magnetyczną siłą przyciąga życie rodzinne, pracę, znajomych, zasysając ich w nieznane, ukryte miejsce. Może ten ostatni start będzie dobrym sprawdzianem nowej metody oceny, poczucia dobrze wykonanej pracy. Zadowolenie z samego siebie, zarówno w udanych startach, jak i tych, które dostarczyły po drodze problemów będzie witało nas przez całą zimę rano w lustrze, dając pozytywny napęd na kolejny rok. A jeżeli nie jesteś w tym roku szczególnie z siebie zadowolony, wciąż nie może być mowy o porażce. Nieudany start potrafi być również przewagą nad rywalami. Ty już wiesz, co nie działa. Z arsenału twoich metod właśnie wypadły słabe punkty, nie boisz się podejmować nowych wyzwań, trening zbliżył się do ideału pozbawionego błędów. To właśnie takie sytuacje pchają nas do przodu w poszukiwaniu nowego i lepszego. Alistair Brownlee w Wielkim Finale ITU WTS w Edmonton uciekł swoim konkurentom na rowerze. Peleton był przekonany, że odrobi stratę przed biegiem, tak jak to zwykle bywa. Rutyna uśpiła grupę na tyle, że kiedy zorientowali się, że strata jest zbyt duża, było już za późno. Brownlee zdecydował się na taki krok, ponieważ czuł się słabo biegowo. Wyszedł poza ramy typowego działania i wygrał. A nawet gdyby mu się nie udało, to właśnie o jego próbie mówiłoby się najwięcej, a na mecie mógłby śmiało powiedzieć „zrobiłem, co w mojej mocy". Warto próbować... Artykuł pochodzi z magazynu "Triathlon", będącego częścią miesięcznika "Bieganie", październik 2014
[h6]Marcin Lewandowski na mistrzostwach świata w lekkoatletyce w Pekinie 2015.  Fot. Cameron Spencer/ Getty Images[/h6] [h2]Ostatnie sukcesy Adama Kszczota rodzą pytanie: jak potoczy się dalej kariera Marcina Lewandowskiego? Czy mamy szansę na dwa polskie medale biegu na 800 metrów podczas przyszłorocznych igrzysk olimpijskich?[/h2] Tegorocznym srebrnym medalem mistrzostw świata oraz serią wygranych prestiżowych mityngów Adam Kszczot wzbudził zainteresowanie ogólnopolskich mediów oraz wdarł się do świadomości przeciętnego kibica. Nieco w cieniu stoi Marcin Lewandowski, zawodnik, który jeszcze przed Adamem wdarł się do czołówki światowej, do tej pory nie osiągnął jednak tak spektakularnego sukcesu. Marcin Lewandowski to biegacz, który jest fenomenem, jeśli chodzi o utrzymanie się na szczycie formy. W ostatnich ośmiu sezonach łamał granicę 1:45 w biegu na 800 metrów, będącą przepustką do biegania na najwyższym poziomie i w najważniejszych światowych zawodach. Pod tym względem Marcin jest niemal bezkonkurencyjny, bo jedynym, który może się z nim równać, jest rekordzista świata, David Rudisha, który łamał barierę 1:45 przez ostatnich dziewięć sezonów (i barierę 1:44 przez ostatnich osiem). Podobną serią nie może poszczycić się ani wicemistrz świata sprzed dwóch lat, Amerykanin Nick Symmonds, ani wicemistrz olimpijski Nigel Amos, ani poprzedni mistrz świata, Etiopczyk Mohammed Aman. Adam Kszczot zaliczył do tej pory serię tylko pięciu sezonów poniżej 1:45. Ba, nawet legendarny Brytyjczyk Sebastian Coe, wybrany niedawno na prezydenta IAAF, nie zbliżył się do takiej serii, nękany w czasie kariery sportowej kontuzjami i chorobami. Co więcej, Marcin Lewandowski był także w trzech finałach mistrzostw świata z rzędu, co nie udało się nikomu w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nawet Davidowi Rudishy. W tym roku poprawił życiówkę na dystansie 800 metrów, co wskazywałoby, że z formą Polaka wszystko jest w porządku. A jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że czegoś tu brakuje. Marcin zdobywał medale mistrzostw Europy, dwukrotnie był czwarty w mistrzostwach świata, ale brakuje mu jakiegokolwiek medalu największych światowych imprez. Co więcej, trend wydaje się negatywny. W ostatnich trzech latach w docelowych imprezach wypadał prawie zawsze poniżej oczekiwań. W 2012 nie awansował do finału igrzysk olimpijskich, w 2013 był w finale mistrzostw świata, w 2014 przyszło bardzo rozczarowujące piąte miejsce mistrzostw Europy, w tym roku brak awansu do finału mistrzostw świata. Za udany pod kątem imprez docelowych można więc uznać jedynie rok 2013, wszystkie inne kończyły się ostatnio wyraźnie poniżej oczekiwań. W przyszłym roku Polak kończy 29 lat, a w tym wieku zdobywanie medali mistrzostw świata staje się coraz trudniejsze. Z drugiej strony, David Rudisha jest tylko rok młodszy, a Adam Kszczot - dwa lata. Prawdziwym problemem Marcina Lewandowskiego wydaje się być niedostatek szybkości i - co jeszcze ważniejsze - brak umiejętności raptownego przyspieszenia. Albo inaczej: Marcin posiada tę umiejętność na wysokim poziomie, ale najwięksi rywale są tu mocniejsi, wręcz wybitni. Adam Kszczot potrafi raptownym szarpnięciem na dystansie 50 metrów przesunąć się z ostatniego na pierwsze miejsce stawki. Marcin rozpędza się dużo wolniej, zawsze był zawodnikiem w mniejszym stopniu szybkościowym, bardziej wytrzymałościowym. Doskonale sprawdza się w biegach, kiedy ktoś nadaje mocne tempo, a on może biec z tyłu, równo, na ostatniej prostej "zbierając" słabnących rywali. Podobnie wyglądała siła Pawła Czapiewskiego, który w taktycznych, wolnych biegach był kompletnie zagubiony. Niestety, ściganie się z rywalami, którzy na 400 metrów są w stanie pobiec 45 sekund, jest piekielnie trudne. Trudno Marcinowi zarzucić coś pod kątem taktyki - podczas ostatnich mistrzostw świata był tam, gdzie powinien być - z przodu stawki, mając otwartą drogę do mocnego finiszu. Brakowało jednak albo szybkości, albo wytrzymałości. Chodzi raczej o to pierwsze, bo mistrzostwa były rozegrane w wolnym tempie, ostatnie 200 metrów było najszybsze ze wszystkich. W świetle takich mocnych i słabych stron naturalne wydawałoby się dla Marcina przejście na dystans 1500 metrów. Tam przydałaby się jego wytrzymałość, a szybkość miałby wyższą niż większość rywali. Trener Tomasz Lewandowski od lat powtarza, że Marcin potencjalnie mógłby ścigać się na 1500 metrów z najlepszymi. Droga od deklaracji do jej spełnienia jest jednak trudna. Do tej pory Marcin nigdy nie zaliczył wybitnego biegu na 1500 metrów, a jego życiówka jest o siedem sekund słabsza niż taka, która pozwalałaby na walkę o medale mistrzostw świata. Co więcej, podobnie jak 800 metrów, 1500 przeżywa ostatnio rozkwit i jest na najwyższym poziomie w historii, więc potencjalne medale są tak samo trudne do zdobycia. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się błędem, że po nieudanych igrzyskach w 2012 Marcin nie eksperymentował śmielej z dystansem 1500 metrów. Przejście z 800 na 1500 nie jest proste, ani pod względem fizycznym, ani psychicznym. Taktyka biegu jest tu zupełnie inna i nauczenie się dystansu jest trudne i czasochłonne. Rok przed igrzyskami olimpijskimi na eksperymenty jest już raczej za późno i możemy obstawiać z dużą pewnością, że w 2016 Marcin będzie nadal celował w 800 metrów. Cała nadzieja albo w tym, że Marcin stanie się zrywniejszy, albo że półfinał i ewentualny finał igrzysk zostanie rozegrany w równym, mocnym tempie. Jest jeszcze jedna możliwość, rewolucyjna i nawet dla mnie nieco wątpliwa: potencjalna zmiana trenera. Marcin i Tomasz Lewandowscy to jedność i zgodny team, który jest ewenementem w światowym sporcie. Marcin zawdzięcza trenerowi wszystkie sukcesy i to, że nie został wypalony treningiem w młodym wieku. Ze swojego pokolenia przetrwał właściwie tylko on z grupy utalentowanych biegaczy, reszta została wykończona przez mniej ostrożnych szkoleniowców. Spójrzmy jednak na Adama Kszczota - u poprzedniego trenera, Stanisława Jaszczaka, wcale nie był wolniejszy. Ba, to z tamtych czasów pochodzi jego życiówka. Ale dopiero pod opieką Zbigniewa Króla zyskał cechy, które pozwoliły na wygrywanie z najlepszymi: umiejętność raptownego przyspieszenia, zdolność do wytrzymania trzech mocnych biegów z rzędu, diabelną pewność siebie oraz mistrzostwo taktyczne. Obecnie Adam jest kompletnym zawodnikiem, który w biegu zawsze wie, co robić i ma przekonanie o tym, że jest lepszy, szybszy od rywali. Śmiałemu sprzyja też szczęście: przecież w finale mistrzostw świata niewiele zabrakło, aby Polak został zablokowany na pierwszym torze i dobiegł na dalszej pozycji. Tej przebojowości, błysku, pewności siebie, szalonej odwagi brakuje Marcinowi. Trening z Tomaszem Lewandowskim jest dla niego z jednej strony pewnością wysokiej, równej formy, bez kontuzji i problemów. Ale z drugiej strony - kto wie, co się dzieje głęboko w podświadomości? Może taka zmiana uruchomiłaby dodatkowe rezerwy i wytrąciła Marcina z błogiego poczucia spokoju? Może byłby to drobiazg, który pozwoliłby na przełamanie się w biegu? Wydaje się, że w tej chwili Marcin jest zawodnikiem zbyt statycznym, mającym za mało atutów, aby wygrywać z najlepszymi. To może być nawet kwestia nie tyle formy, co podejścia psychicznego. Któż to wie? Zmiany bywają dla sportowców pozytywnym bodźcem, chociaż niosą w sobie ogromne ryzyko. Czasami warto zaryzykować, szczególnie wtedy, gdy jest się na szczycie lub niemal na szczycie. Zmienić trenera, z którym odniosło się wszystkie sukcesy? Wydaje się to szalonym ruchem. Ale z drugiej strony - czasami bywa tak, że największe sukcesy odnoszą ryzykanci. Nie ci porządni, poukładani, których lubimy i którzy robią wszystko dobrze oraz przewidywalnie, ale szalone charaktery w rodzaju Mike Tysona czy Bode Millera. W bieganiu takim przykładem jest Kenijczyk Asbel Kiprop. Ten sam, który na koniec sezonu wyprzedził Marcina w biegu na milę, a wcześniej otarł się o rekord świata na dystansie 1500 metrów. Kiprop u siebie w Kenii rozbija się po mieście z bronią, szlaja po barach i bije ochroniarzy, a jeśli nie ma pod ręką ochroniarza, wyżywa się na aktualnej partnerce. Jako młody zawodnik romansował, z kim popadnie i uciekał z obozów treningowych. Jego biegowa taktyka to wieczny chaos i Kenijczyk często sam nie wie, co robi w biegu i dlaczego. Efekt tego braku profesjonalizmu: tytuł mistrza olimpijskiego, mistrza świata, możliwe, że już wkrótce rekord świata. A może jest tak, że w przypadku Marcina Lewandowskiego jest sporo pecha: startuje w największym rozkwicie 800 metrów i rywale są zawsze o włos szybsi, mocniejsi? Już dzisiaj widać, że Polak jest jednym z najwybitniejszych biegaczy w historii tego dystansu. Istnieje jednak ryzyko, że może nigdy nie zdobyć wymarzonego medalu igrzysk lub mistrzostw świata. W takim razie pozostaje mu biegać swoje, bez stresu i psychicznego obciążenia, że musi cokolwiek komukolwiek udowadniać. A nam, kibicom, zostaje wspieranie go i docenianie sukcesów, nawet jeśli kończy się czwartym czy piątym, a nie medalowym miejscem.
[h6]Podium Mistrzostw Świata. Fot. uci.ch[/h6] [h2]Co prawda rower szosowy mało przypomina triathlonowe czasówki, a zmagania w Richmond odbywały się bez "rozgrzewki" pływackiej i bez uwieńczenia w postaci biegu, jednak możemy się założyć, że większa część czytelników z uwagą śledziła wczorajsze wydarzenia na kolarskich mistrzostwach świata w Richmond. Tradycji stało się zadość i obecny mistrz świata nie obronił tytułu.[/h2] Nasz wspaniały kolarz, Michał Kwiatkowski, musi zdjąć tęczową koszulkę mistrza świata i przekazać ją swojemu rówieśnikowi, Peterowi Saganowi. Próba ucieczki, którą "Kwiato" podjął wraz z niewielką grupą zawodników na około 30 km do mety, niestety nie zakończyła się powodzeniem, za to kosztowała uciekających sporo sił. Do ostatnich kilometrów przed metą peleton jechał razem. Jednak na ostatnich dwóch kilometrach, podczas podjazdu po bruku, z peletonu wyrwał się Peter Sagan, 25-letni Słowak, i wściekle ruszył w stronę mety. Jego akcja była tym bardziej interesująca, że jest to prawdopodobnie największy pechowiec mijającego sezonu - pomimo wielkich starań i niesłabnącej determinacji ciągle stawał na drugim miejscu podium - w Tour de France 2015 aż pięć razy! – To jest nawet zabawne - mówił po etapie drużynowej jazdy na czas podczas Vuelta a Espana, w której... też zajął drugie miejsce. - Aż nie do uwierzenia! Chyba w końcu stanę na pierwszym albo trzecim miejscu, a nie ciągle na drugim i drugim, co nie? Za nieco mniej śmieszną sytuację tę uznawał Oleg Tinkow, jego pracodawca, i rozważał nawet obniżenie Saganowi wysokości kontraktu. Wczoraj jednak Słowak przełamał "klątwę" i przejął tytuł najlepszego kolarza na świecie. https://www.youtube.com/watch?v=zoCvceSbTn0 Co wiemy o Saganie oprócz tego, że mówi w podobnym języku do naszego, a na swoim koncie zawodniczym ma pokaźną liczbę sukcesów, w tym wygraną w Tour de Pologne (2011 rok), Giro de Sardegna (2011 rok), Tour of California (2015 rok) i po kilka etapów Tour de France i Vuelta a Espana? Przede wszystkim to, że jest zawodnikiem niezwykle ekstrawertycznym. Można się spodziewać, że fani kolarstwa "w roku Sagana" nie będą się z nim nudzić. Słowakowi zdarza się przekraczać linię mety na tylnym kole roweru albo wszczynać małe awanturki na trasie wyścigu. Niektórzy kolarze zarzucają mu, że zdarza mu się zachowywać nieprofesjonalnie bądź lekceważąco w stosunku do innych zawodników. Jedno jest pewne - Sagan, nazywany też Swaganem (od to swag - lansować się), świetnie się bawi, wykonując swoją pracę. https://www.youtube.com/watch?v=I6NDoC5AzoE Wicemistrzem świata został Michael Matthews z Australii, a na najniższym stopniu podium stanął Litwin, Ramunas Navardauskas. Michał Kwiatkowski zajął 8. lokatę. W drużynie Polaków jechali także Tomasz Marczyński (39. miejsce), Michał Gołaś (54. miejsce), Maciej Paterski (59. miejsce), Rafał Majka (74. miejsce) i Maciej Bodnar (nie ukończył). Pełne wyniki wyścigu mężczyzn można zobaczyć tutaj.
Monika Stefanowicz w półmaratonie w Luxemburgu uzyskała wynik 1:12:20, zajmując drugie miejsce. Rekord życiowy Polki wynosi 1:12:14 i został uzyskany w tym roku w Paderborn w Niemczech.
Yared Shegumo zajął 8 miejsce w maratonie w Berlinie z czasem 2:10:47. Jego rekord życiowy to 2:10:34, uzyskane w 2013 roku w Warszawie.
Katarzyna Kowalska zajęła 12 miejsce w maratonie w Berlinie z czasem 2:29:41, bijąc rekord życiowy i wypełniając minimum na Igrzyska Olimpijskie w 2016.
Zwycięzcą 37. PZU Maratonu Warszawskiego został Ezekiel Omullo z Kenii, który dystans 42 km 195 m pokonał w 2:09:19. Najszybszą kobietą na mecie była jego rodaczka Ruth Wanjiru, z czasem 2:29:39.  Do mety dotarło ponad 6500 osób. Na podium stanęli także: Kenijczyk Victor Kipchirchir z czasem 2:10:45 oraz jego rodak Johnstone K. Mayio, który pokonał trasę maratonu w 2:10:58. Druga wśród kobiet była Lilia Fiskowicz z Mołdawii z czasem 2:35:12, trzecia Polka – Izabela Trzaskalska z czasem 2:35:33. W pierwszej dziesiątce maratońskiej stawki wbiegło również dwóch Polaków: Dariusz Nożyński z czasem 02:25:13 oraz Bartosz Olszewski z czasem 2:25:55. Zarówno pierwszy mężczyzna, jak i pierwsza kobieta osiągnęli drugie wyniki w historii trasy Maratonu Warszawskiego. Prezentujemy wyniki pierwszych dziesiątek w klasyfikacji generalnej mężczyzn i kobiet. [h3]KLASYFIKACJA GENERALNA MĘŻCZYZN:[/h3] Ezekiel Omullo (Kenia) – 02:09:19, Victor Kipchirchir (Kenia) – 02:10:45 Johnstone K. Mayio (Kenia) – 02:10:58 Abebe Negash Duki (Etiopia) – 02:14:10 Benson Oloisunga (Kenia) – 02:14:41 Kipchumba Stephen Rutto (Kenia) – 02:15:58 Abraraw Misganaw (Etiopia) – 02:19:53 Lahcen Mokraji (Maroko) – 02:23:12 Dariusz Nożyński (Polska) – 02:25:13 Bartosz Olszewski (Polska) – 02:25:55 [h3]KLASYFIKACJA GENERALNA KOBIET:[/h3] Ruth Wanjiru (Kenia) -02:29:39 Lilia Fiskowicz (Mołdawia) – 02:35:12 Izabela Trzaskalska (Polska) – 02:35:33 Abebe Ayelu Hordofa (Etiopia) – 02:36:02 Anna Szyszka (Polska) – 02:37:47 Tola Worknesh Bira (Etiopia) – 02:41:08 Jepkurui Gladys Biwott (Kenia) – 02:42:30 Dalia Delewska (Polska) – 02:55:27 Katarzyna Gorlo (Polska) – 02:59:19 Elina Junnila (Finlandia) – 03:05:18 Wszystkim serdecznie gratulujemy! Transmisję można zobaczyć na stronie: livestream.com  
[h6]Maraton w Londynie jest największym na świecie wydarzeniem zbierającym pieniądze na cele charytatywne. Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]- O co ludzie pytają, jeśli mówisz, że biegniesz maraton? Zwykle o życiówki. W Anglii teraz zapytają cię jaką organizację dobroczynną wspierasz - śmieje się Alan Maloney, który był gościem na konferencji 37. PZU Maratonu Warszawskiego. Zapytaliśmy go o fenomen biegania charytatywnego.[/h2] Po tegorocznym maratonie w Londynie Virgin Money Giving - jedna z platform on-line programu charytatywnego, będącego częścią imprezy ogłosiła, że w ramach kampanii na maratonie londyńskim zarejestrowali 566 000 datków. A to tylko jedna z platform. Jest jeszcze Just Giving, druga duża platforma w UK, która chwali się podobną liczbą, co łącznie daje ponad milion pojedynczych wpłat! Kwoty są powalające. Maraton Londyński został wpisany do Księgi Rekordów Guinessa jako największe na świecie wydarzenie zbierające pieniądze na cele dobroczynne, a Brytyjczycy oszaleli na punkcie biegania charytatywnego. W 2007 roku aż 78% uczestników zbierało pieniądze, a od czasu gdy powstał maraton londyński, czyli od 1981 roku zebrano przy okazji tego wydarzenia ponad 770 mln funtów. Szaleństwo do nie dotyczy jednak tylko Wielkiej Brytanii. [h3]Model nowozelandzki[/h3] - Nowa Zelandia pozostaje jakieś 10-15 lat w tyle, jeśli chodzi o zbiórkę pieniędzy podczas wydarzeń - twierdzi Alan Maloney. W 2012 roku w maratonie w Auckland w akcji charytatywnej około 75 biegaczy zbierało 75 000 dolarów na rzecz jednej fundacji, która była partnerem imprezy. W 2013 roku The Realbuzz Group, w której pracuje Alan, zajęło się ich programem charytatywnym, wprowadzając sporo elementów skopiowanych z Londynu. Doradzali jak przebudować stronę internetową wydarzenia by program dobroczynny był z nią zintegrowany, wprowadzili platformę, która zautomazywowała i znacznie ułatwiła zbiórkę pieniędzy, wprowadzili również gwarantowane pakiety startowe dla tych, którzy włączą się do akcji charytatywnej. W rezultacie zebrano fenomenalną kwotę 500 000 dolarów, a w akcji uczestniczyło więcej partnerów charytatywnych. W 2014 poszli jeszcze dalej. - To było coś więcej niż tylko rozdawanie pakietów fundacjom. Pojawiły się również dodatkowe korzyści dla biegaczy. Np. jeśli zdobędziesz 300 dolarów na wspierany przez ciebie cel charytatywny, dostajesz specjalny medal. Wskutek tego wszystkiego, po trzech latach w akcji uczestniczyło już 1200 osób, które zgromadziły ponad milion dolarów na cele dobroczynne – opowiada. - To nie wydarzyło się w ciągu jednego dnia. To proces, któremu trzeba dać się rozbujać. Do takich liczb dochodzi się małymi krokami – dodaje. [h3]Pierwiastek samolubności[/h3] Na czym polega fenomen takich programów charytatywnych? Co kusi ludzi żeby włączyć się do akcji charytatywnej? Czystej chęci zrobienia czegoś dobrego, wspierania inicjatyw, na których zależy ludziom którzy się w takie akcje włączają, dopomaga się namacalnymi korzyściami dla uczestników. - Gwarantuję, że nie każdy, kto biegnie charytatywnie w maratonie londyńskim jest aniołem czy świętym. Czasami to tylko po to by znaleźć się na liście - śmieje się Alan. W bardzo prestiżowych imprezach, w których miejsca znikają bardzo szybko, albo obowiązuje losowanie, do którego można nie mieć szczęścia, program charytatywny staje się jedyną opcją załapania się na start. Kolejnym bonusem są darmowe pakiety startowe. Takim przykładem jest Tough Mudder - półmaraton przeszkodowy. Pakiet na tę imprezę w Londynie kosztuje około 140-150 funtów. Jednak uczestnik, który rejestruje się na bieg w ramach akcji charytatywnej dostaje go za darmo i ma jeszcze możliwość wybrania sobie tury startowej. [h3]Duże liczby[/h3] Niezależnie od tego, co napędza tych charytatywnych biegaczy, sumy jakie zbierają są powalające. - W 2015, w samym tylko maratonie londyńskim zebrano ponad 54 mln funtów na cele charytatywne. Tylko w tym jednym roku! - mówi Alan. Partnerstwo maratonu londyńskiego z The Realbuzz Group zaczęło się w 12 lat temu. - W tamtym czasie ludzie zaczęli myśleć o zbiórkach pieniędzy podczas wydarzeń. My tylko uczyniliśmy to kwestowanie bardziej widocznym i znaczącym, poprzez różne funkcjonalności mocno zrośnięte ze stroną internetową maratonu londyńskiego - twierdzi. Od tego 2003 roku w Wielkiej Brytanii zmieniło się bardzo wiele. - O co ludzie pytają, jeśli mówisz, że biegniesz maraton? Zwykle o życiówki. W Anglii teraz zapytają cię jaką organizację charytatywną wspierasz. A jeśli nie biegniesz charytatywnie, patrzą na ciebie jakby chcieli powiedzieć: "Jak śmiesz"? - śmieje się. - Naprawdę głęboko wierzę, że to nie jest fenomen brytyjski, to nie może działać tylko w UK. Trzeba tylko zacząć od małych kroczków – mówi Alan. The Realbuzz Group współpracuje z 93 imprezami na całym świecie. Wśród największych graczy są na przykład maraton w Berlinie, Paryżu czy Pradze. Wielkie sumy pojawiają się nie tylko w kontekście maratonu londyńskiego czy w ogóle biegów ulicznych. Po tym jak w 2015 roku Alan z ekipą wdrożyli program charytatywny dla Tough Muddera, uczestnicy imprezy zgromadzili 1,5 mln funtów dla 50 organizacji. Przeznaczono dla nich 3000 pakietów startowych, a za każdy z nich wpływało średnio 550 funtów. [h3]Motor promocji[/h3] Alan przekonuje też, że akcja charytatywna zwraca się każdemu. Korzystają na niej nie tylko organizacje i uczestnicy, z kolei sama impreza dostaje bardzo dużą promocję. I ze strony organizacji i uczestników, którzy by zebrać pieniądze, muszą promować swój start np. w mediach społecznościowych. Udział w akcji jednej osoby odbija się szerokim echem na jej profilu na Facebooku, jak określono, informacja o biegu charytatywnym jednej osoby dociera średnio do kolejnych pięciuset. - Dobry program charytatywny imprezy promuje się sam. Biegacze mówią o swoim starcie i wsparciu swoim rodzinom, przyjaciołom. Zaproszą swoich znajomych, przyjaciół i rodziny żeby pokibicowali im na trasie - mówi Alan. - Jeśli masz 3000 osób zbierające pieniądze na cele charytatywne w swojej imprezie, a te osoby przyprowadzą choćby 3-4 osoby, możesz sobie wyobrazić, że szybko uzbiera się spora grupa. Nagle możesz mieć dodatkowe 9000 ludzi na ulicy przy trasie swojego biegu. To skutkuje większym zainteresowaniem mediów, sposorów, bo mogą dotrzeć do większej liczby ludzi. Kolejnym dużym atutem takiej akcji charytatywnej powiązanej z biegiem jest to, że otwierasz się na inny typ odbiorców. Odchodzisz od mitu, że to bieg tylko dla elitarnego grona, otwierając go na zwykłych ludzi - opowiada Alan. - Program charytatywny sprawia, że to wydarzenie staje się bardziej osiągalne, a jednocześnie czyni je zdecydowanie bardziej kultowym i popularnym – dodaje. [h3]Charytatywnie i po polsku[/h3] Przykładem programu charytatywnego z naszego rodzimego podwórka jest 37. PZU Maraton Warszawski. Przyłączenie się do akcji "Biegam dobrze" było opcją przy rejestracji. Ta opcja sprawiała, że jeśli na swoim koncie zbierzemy minimum 300 zł na rzecz jednej z 4 organizacji charytatywnych, dostajemy pakiet za darmo. Za nasz start 100 zł płaci organizacja, którą wspieramy, jednak 200 zł trafia na ich konto. A im więcej zbierzemy, tym większa korzyść dla nich. Marek Tronina przytacza liczby - w akcji wzięło udział ponad 550 osób. 350 zebrało minimalną kwotę i na tym poprzestało. Pozostali, a więc 200 osób zebrało więcej. Wyszło tego łącznie ponad 165 000 złotych. A w Warszawie to dopiero początek. W przyszłym roku akcja będzie otwarta również dla obcokrajowców. Alan Maloney pracuje dla The Realbuzz Group, firmy zajmującej się między innymi wprowadzaniem programów charytatywnych na wydarzenia, optymalizacją ich działań charytatywnych, wspieraniem współpracy imprez z organizacjami charytatywnymi.
Advertisment ad adsense adlogger