fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_46863" align="alignnone" width="771"] pixabay.com[/caption] [h2]Porady dla odchudzających się, zwykle królują w rankingach odsłon artykułów na różnych portalach, co potwierdza popularność biegania jako sposobu walki z niechcianymi kilogramami. Jednak co z tymi, którzy wcale nie zamierzają się odchudzać, a mimo wszystko aktywność fizyczna powoduje spadki wagi? Wbrew pozorom to również problem, dlatego dziś kilka rad dla tej grupy biegaczy.[/h2] [h3]1. Wykorzystaj to dobrze[/h3] Osobom, których dieta opiera się na restrykcjach kalorycznych, o wiele trudniej jest ją zbilansować pod kątem wartości odżywczych. Należysz do grona szczęśliwców, którzy nie muszą się tym tak mocno martwić. Owszem, akurat Tobie „grzeszki” żywieniowe prawdopodobnie nie wyjdą bo(cz)kiem, jednak to nie powód by przestać troszczyć się o swoją dietę. Wykorzystaj ten niewątpliwy atut jak najlepiej, aby zapewnić organizmowi jak najwięcej składników odżywczych. Przetworzone jedzenie, słone przekąski i słodycze to może i sposób na zwiększenie kaloryczności diety, jednak nie sposób na zdrowe przybieranie na wadze/utrzymywanie masy ciała. Przyjemności od czasu do czasu – jak najbardziej tak. Przejście na „śmieciowy” tryb żywienia – zdecydowanie nie. [h3]2. Kontroluj liczbę spożywanych kalorii[/h3] Jeśli nie chcesz chudnąć, a podejmowana aktywność fizyczna przynosi właśnie taki efekt i nie wiesz za bardzo co z tym zrobić – trzeba przyjrzeć się temu co spożywasz i w jakich ilościach. Być może ilość przyjmowanego przez Ciebie jedzenia nie jest adekwatna do zwiększonych potrzeb organizmu. Najprościej mówiąc: spalasz (utrzymywaniem funkcji życiowych, codzienną aktywnością i uprawianiem sportu) więcej niż zjadasz. Prowadzenie dzienniczka żywieniowego może być czasem problematyczne, jednak prześledzenie chociażby tygodniowego jadłospisu pozwoli określić przybliżoną kaloryczność diety. Dostępne obecnie aplikacje na telefony (np. MyFinessPal) czy strony internetowe (ilewazy.pl, cronometer.com) pozwalają szybko policzyć dzienny jadłospis. Ważne jest przy tym ustalenie ile kalorii powinna zawierać Twoja dieta, by móc porównać ze sobą te wartości. Pomóc w tym może tekst publikowany na Naszej stronie https://www.magazynbieganie.pl/jak-obliczyc-ile-potrzebujemy-kalorii/ Iluzji dużej ilości spożywanych kalorii ulegają czasem osoby prowadzące bardzo zdrową dietę, której filarem są warzywa. Rzecz jasna nie ma w tym nic złego (wręcz przeciwnie), jednak są one niskoenergetycznymi produktami. Miska sałatki z pomidorem, ogórkiem i papryką bez żadnych dodatków może mieć sporą objętość i przynosić uczucie sytości, za to nie dostarczy zbyt dużo kalorii. [h3]3. Triki żywieniowe – mała objętość, duża gęstość kaloryczna[/h3] Zwiększenie ilości spożywanych kalorii w ciągu całego dnia u osoby aktywnej fizycznie czasem nie jest proste. Wrażliwy układ pokarmowy może buntować się przeciwko zwiększonym porcjom, a to nie będzie ułatwiało realizowania jednostek treningowych. Postaw na skoncentrowane źródła energii. Owsianka na mleku z malinami składająca się z 50g płatków owsianych, połowy szklanki malin i 1 szklanki mleka 1,5% to ok. 330kcal. Dodając garść orzechów włoskich podbijamy tę wartość do blisko 530kcal. Zdecydowanie robi to różnicę, a przy tym nie zwiększa porcji posiłku do monstrualnych rozmiarów. Lista wartościowych „podbijaczy” kaloryczności: - owoce suszone niesiarkowane (np. morele, śliwki, daktyle, figi) - masło orzechowe o jak największej zawartości procentowej orzechów –takie masła ma w swojej ofercie firma Primavika czy sklep internetowy kfd. Nie musi to być tradycyjne masło z orzeszków ziemnych, obecnie równie popularne są masła z nerkowców, migdałów. Równie dobrze można zrobić je w domu – wystarczą orzechy, blender o dużej mocy i trochę cierpliwości. - pestki dyni, sezam, siemię lniane - avocado - oleje roślinne, np. rydzowy, lniany – dodawane do sałatek i potraw na zimno - pasty do pieczywa – na bazie roślin strączkowych, suszonych pomidorów, avocado, jajek W tej roli świetnie sprawdzają się również wszelkiego rodzaju musy i koktajle z dodatkiem kaszy jaglanej. [h3]4. Różnorodność[/h3] Czasem mała kaloryczność diety bierze się z braku apetytu. Monotonny sposób żywienia nie zachęca do jedzenia. Różnorodność wcale nie musi być związana z czasochłonnością. Owsianka nie musi być nudna, jeśli tylko będziemy zmieniać jej dodatki (różne owoce, nasiona, musy) czy postać (gotowana na wodzie/mleku, zapiekana w piekarniku, z lodówki). Podobnie z klasycznymi kanapkami – mogą występować w formie tostów, sandwichów, bruschetty, z różnymi rodzajami serów, warzyw, past (z fasoli czerwonej, jajek, avocado, ryb, twarogów), jak i wersji na słodko z masłem orzechowym i bananami, czy domową nutellą na bazie avocado, bananów, daktyli. Praktycznie każde danie przy odrobinie inwencji można urozmaicić. Nawet jej brak nie jest przeszkodą – stron kulinarnych oraz blogów mamy mnóstwo. [h3]5. Wzbogacanie potraw[/h3] Czasem pociąga to za sobą wzrost objętości, więc lepiej zastosować tę radę w posiłkach sporo poprzedzających trening lub tych już po jego odbyciu. Wracając do wywołanej już wcześniej sałatki z pomidorem, ogórkiem i papryką – wystarczy dodać oliwę z oliwek, ser, mięso czy w przypadku wegan rośliny strączkowe, tofu, grzanki, nasiona, aby znacząco zwiększyć energetyczność dania. Czysty krem z pomidorów może wystąpić jako pomidorówka z ryżem a pierś z kurczaka w sezamie pieczona w piekarniku to alternatywa dla tej smażonej na suchym teflonie/gotowanej na parze. [h3]6. Przekąska przed treningiem i po nim[/h3] Jeśli tylko nie masz problemu z jedzeniem przed treningiem, na 15-20 min. przed nim możesz spożyć małą przekąskę. Owoce suszone, wafle ryżowe z dżemem, kawałek banana – zawsze są to dodatkowe źródła energii, a na treningu zostaną dobrze wykorzystane. Natomiast posiłek w tzw. „okienku węglowodanowym”, kiedy synteza wykorzystanego glikogenu mięśniowego zachodzi najszybciej, pozwoli na efektywniejsze przebieganie odbudowywanie rezerw. Nie musisz „oszczędzać” na kaloriach, zatem tuż po treningu możesz spożyć np. koktajl jaglany z bananem, a po 1,5-2 h zjeść pełnowartościowy posiłek zawierający węglowodany złożone, białko jak i dodatek tłuszczów.
[h6]Fot. Krzysztof Dołęgowski[/h6] [h2]Zima, piękny puszysty śnieg, biało, mroźno, jednym słowem: pięknie. Niestety w ostatnich latach zazwyczaj jest deszczowo, pochmurno i mokro. Niestety mokro jest także w butach, co nie jest przyjemne.[/h2] O ile latem można bez problemu odpuścić sobie jeden dzień biegania gdy akurat pada, albo poczekać aż znikną kałuże, tak jesienią i zimą można by czekać aż do wiosny. Dlatego warto zabezpieczyć się innymi sposobami, a jest ich kilka. [h6]Ft. Berghaus[/h6] [h3]Wodoodporne buty[/h3] Zwykle buty wykonane są zazwyczaj w dużej części z siatki, która zapewnia znakomitą wentylację, ale cieknie przez nią jak przez sito. Dlatego każdą kroplę wody od razu odczujemy na stopie. Buty wodoodporne posiadają specjalną membranę (najczęściej Gore-Tex), która ma ochronić przed wodą i jednocześnie pozwala w pewnym stopniu na odprowadzanie wilgoci. Rozwiązanie w teorii idealne, ale ma też  "plusy ujemne". Owszem, membrana zapewnia wodoodporność, ale tak jak wszystko ma swoje granice i prędzej czy później wodę przepuści. Cudów nie ma, choć w czasie zwykłych treningów, a nie wielogodzinnych wyryp, powinny zapewnić względną suchość. Dlaczego względną? Ano dlatego, że membrana owszem, pozwala odprowadzić pot na zewnątrz, ale robi to bardzo mało sprawnie. Jak jest deszczowo i wilgotno, zdolność ta niemal zanika. A z kolei jeśli but nie jest przewiewny, stopa zaczyna się pocić. Buty nawet jeśli nie puszczą wody, to i tak mogą stać się mokre, gdy woda dostanie się od góry (choćby ścieknie z mokrych spodni). Jedyne, co może nas uratować w takiej sytuacji, to stuptuty, które powinny być obowiązkowym wyposażeniem do butów wodoodpornych. [h6]Fot. Icebug[/h6] [h3]Buty water repellent[/h3] Jest to forma butów pośrednia pomiędzy klasycznymi, a wodoodpornymi i łączą pewne cechy obydwu. Buty water repellent nie są w pełni wodoodporne, nie posiadają membrany, lecz bardzo gęsto tkany materiał (nieco zbliżony do tego w plecakach górskich), który jest zaimpregnowany. Przez jakiś czas stawiają dobrze opór wodzie, można wejść w kałuże i nie puszczą (efekt ten mija oczywiście przy dłuższym pobycie w mokrych warunkach), ale buty w dalszym ciągu ochronią przed schlapaniem, deszczem i mniejszym błotem. Bez porównania słabiej odprowadzają pot od zwyczajnych butów, ale lepiej niż buty membranowe. Używanie stuptutów jest tak samo zasadne jak przy butach z Gore. [h6]Fot. Salomon[/h6] [h3]Buty ze stuptutem[/h3] Producenci dostrzegli, że but, mimo że z membraną, może zostać zalany od góry. Dlatego stworzyli modele ze zintegrowanym ochraniaczem, który temu zapobiega. Jest to bardzo fajne rozwiązanie, ale trzeba pamiętać, że nie w każdym modelu ten kołnierz jest wodoodporny, w niektórych chroni tylko przed piaskiem, a w niektórych może być tylko częściowo odporny na wodę. [h6]Fot. Sealskinz[/h6] [h3]Skarpety wodoodporne[/h3] Nie jest to rozwiązanie szczególnie popularne, ale zdobywa coraz więcej zwolenników. Dzięki nim każde buty mogą stać się wodoodporne, nawet najlżejsze startówki, przez które widać stopę. Jest to duża wygoda, bo możemy używać dowolnych butów mając suchą stopę. Suchą, ale odczucie czasami bywa inne. Gdy skarpeta nasiąknie wodą, może się wydawać, że puszcza wodę, bowiem pojawia się lekki chłodek, ale w rzeczywistości jest sucho. Do skarpet trzeba się przyzwyczaić, gdyż są one znacznie sztywniejsze i nie tak dobrze dopasowane jak normalne (stopa może w nich lekko jeździć). Są też grubsze od normalnych, a więc jeśli buty są mocno dopasowane, może dla nich po prostu zabraknąć miejsca. Cena też jest spora, około 150-200 zł za skarpety to naprawdę dużo. Nie należy też używać takich skarpet z butami posiadającymi membranę, wtedy oddychalność kompletnie zanika.
[h6]Mateusz Chajęcki współpracuje m.in. z mistrzem Polski w biegach górskich Marcinem Świercem.[/h6] [h2]Kiedy miał 14 lat z powodu bólu kręgosłupa trafił na rehabilitację i... postanowił zostać fizjoterapeutą. Teraz Mateusz Chajęcki sam pomaga innym w zmaganiach z kontuzjami i przeciążeniami. W wywiadzie z portalem magazynbieganie.pl fizjoterapeuta radzi, co każdy biegacz powinien zrobić w okresie roztrenowania.[/h2] [h4]Dla większości biegaczy amatorów sezon ma się już ku końcowi. Co amator powinien zrobić po zakończeniu startów?[/h4] Po okresie startowym przychodzi czas roztrenowania. Jest to czas miedzy innymi podsumowania startów obecnego sezonu oraz zaplanowania kolejnych w nadchodzącym. To również pretekst do odpoczynku od biegania dla naszego ciała. Dlatego warto porobić różne inne ćwiczenia fizyczne jak pływanie, rower, basen, które spowodują, że nasze "biegowe" mięśnie odpoczną. [h4]Czy każdy biegacz, nawet trenujący 2-3 razy w tygodniu powinien zrobić sobie posezonowy "zdrowotny przegląd"?[/h4] Każdy biegacz, niezależnie czy to amator czy profesjonalista, powinien przejść roztrenowanie po okresie startowym. Jedyną różnicą jest tylko długość trwania i zależy ona od wielu czynników, takich jak: ogólne zmęczenie, kontuzje, termin pierwszego startu w nowym sezonie, itp. W tym okresie warto przeprowadzić "przegląd" jak w samochodzie. Często można przegapić pierwsze objawy kontuzji w postaci niepokojących skurczy, długo utrzymujących się bóli mięśni, czasem natomiast może się ona rozwijać całkiem bezobjawowo i dopiero podczas specjalnych testów, badań doświadczony fizjoterapeuta może znaleźć problem. [h4]Czyli nawet, jeśli nic mi nie dolega, nie mam kontuzji ani nie czuję się zmęczony, powinienem po sezonie odwiedzić fizjoterapeutę? A jak wygląda ta kwestia u osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z bieganiem?[/h4] Tak jak wspominałem, zdarza się tak, że początki kontuzji mogą przebiegać bez objawowo. Co tak naprawdę może być początkiem kontuzji? Nieprawidłowy dobór obciążeń treningowych, wadliwa technika biegu, brak rozciągania i rolowania mięśni, nakładające się mikrourazy. Niestety, największym problemem dzisiejszych czasów jest rodzaj wykonywanej pracy - długotrwały stres i pozycja siedząca mają kluczowy wpływ na to, jak będzie się zachowywać sylwetka biegacza. Dlatego warto zadbać o swoje ciało już od samego początku. Wielokrotnie słyszałem stwierdzenia pacjentów, że "bieganie nie jest dla nich", a tu po prostu ważna jest dbałość o swoje ciało. Warto pójść do fizjoterapeuty, który oceni w jakim stanie są stawy i mięśnie. [h4]Jakie dolegliwości są najczęściej spotykane u amatorów? Czy można im zapobiegać np. za pomocą jakichś specjalnych ćwiczeń?[/h4] Najczęstszym schorzeniem jakie występuje u biegaczy amatorów to shin splints. Zazwyczaj objawia się bólem z przodu goleni. Spowodowane jest to zwiększonym obciążeniem mięśni w obrębie łydek podczas biegania, w konsekwencji mięśnie się zbijają, co bardzo upośledza ich pracę. Rozwiązanie problemu jest proste, wystarczy rozluźnić, poprzez rolowanie i rozciąganie, zbite i spięte mięśnie a następnie wzmocnić je ćwiczeniami. Nie są one szczególnie trudne i wymagające, gdyż na początek wystarczy zwykłe stanie na palcach, na jednej nodze, wypady, "pistolety". Dodatkowo można używać różnego rodzaju przyrządy, takie jak: berety, BOSU, deskorolkę do wypadów, gumy i inne. Inne kontuzje, które często występują u biegaczy to: problemy z pasmem biodrowo-piszczelowym (ITBS), zapalenie rozcięgna podeszwowego, problemy mięśni pośladkowych, bóle kręgosłupa. [h4]Czy istnieje uniwersalny zestaw ćwiczeń, który zaleciłbyś każdemu biegaczowi jako formę profilaktyki?[/h4] Nie da się sporządzić uniwersalnego zestawu ćwiczeń, który będzie dobry dla każdego biegacza, gdyż każdy ma inną siłę mięśniową, obciążenia treningowe, poziom czucia głębokiego (propriocepcja), rodzaj biegów (trail, asfalt), itd. Można natomiast podać uniwersalny zbiór zasad i zaleceń, które powinien wykonywać każdy biegacz. Każdy trening powinien składać się z rozgrzewki, treningu właściwego i rozciągania na końcu. Mniej więcej co drugi dzień powinno się rolować. Należy zadbać o odpowiednią ilość snu, średnio 8 godzin. Minimum raz w tygodniu wykonywać ćwiczenia stabilizacyjne (popularne core stability). Nawet jeśli nic się nie dzieje, raz w miesiącu pojawiać się na kontrole u fizjoterapeuty. Ćwiczyć w sprzęcie prawidłowo dobranym. Pamiętać o dniu bez treningu. Warto też raz w tygodniu znaleźć czas na basen, który dodatkowo rozluźni mięśnie. [h4]Współpracujesz z wieloma biegaczami, również z polskiej czołówki. Czy trudniej jest pracować z amatorami czy zawodowcami?[/h4] Długo zastanawiałem się z kim trudniej przebiega współpraca, czy z amatorami, czy z zawodowcami. Mam wrażenie, że każdy biegacz przechodzi kolejne etapy współpracy z fizjoterapeutą. Każdy, kto zaczyna biegać uważa, że wystarczy otworzyć drzwi i pójść biegać, zapominając o całej reszcie jak prawidłowe obuwie, rozciąganie. Wtedy niestety, często przytrafia się kontuzja i pojawia się pierwsze spotkanie z fizjoterapeutą. Tacy pacjenci słuchają się i wykonują wszystkie polecenia zgodnie z zaleceniem. Po czym... znikają tak samo szybko jak pojawiła się kontuzja, zapominając z czasem o wszystkich zaleceniach. Przychodzą po dłuższym czasie z kolejną kontuzją, której często nie da się już wyleczyć pięcioma wizytami. Wtedy dopiero uświadamiają sobie jak ważne są regularne wizyty i kontrola dobrego fizjoterapeuty oraz, co najważniejsze, ciężka praca i walka o własne zdrowie. [h4]Jesteś nie tylko fizjoterapeutą, ale sam również biegasz - jak dbasz o własne zdrowie?[/h4] Przyznam się szczerze, że szewc bez butów chodzi. Chęć pomocy moim pacjentom, a co za tym idzie ilość wykonywanej pracy, często nie pozwala mi trenować tyle, ile bym chciał. Moje treningi są bardzo nieregularne, ale żeby być autorytetem dla moich podopiecznych staram się pokazywać wszystkie ćwiczenia, których od nich wymagam. Tak samo jest z rolowaniem, które bardzo często jest źle wykonywane, dlatego staram się razem z moimi pacjentami wykonywać je w tym samym czasie. Staram się, mimo wszystko jednak, wykonywać minimum ćwiczeń i zabiegów do utrzymania mego ciała w zdrowiu. [h4]Biegasz po prostu dla przyjemności czy masz jakieś wynikowe ambicje?[/h4] Każdy z biegaczy biega dla przyjemności, a chyba największą przyjemność daje pobicie życiówki. Mam ambitne cele, które chciałbym spełnić, jednakże obecnie odchodzą one trochę na bok. Odkąd urodził mi się syn biegam tylko z nim i ciężko jest biec tym samym tempem z wózkiem, który cały czas trzeba kierować, co bez niego. Obecnym moim celem jest zaszczepienie w moim synu miłości do biegania i do sportu, a ja będę miał jeszcze czas na realizacje swoich celów. [h4]A czy sam masz jakąś przeszłość kontuzyjną?[/h4] Moja przeszłość kontuzyjna ciągnie się za mną do tej pory. Jestem wysoki (mam 195 cm. wzrostu), jako nastolatek bardzo szybko urosłem. Mój kręgosłup nie nadążył za "moim ciałem", a ja wcale mu w tym nie pomagałem. Byłem bardzo aktywnym dzieckiem, dużo pomagałem mojemu tacie, a co za tym idzie, dużo podnosiłem ciężkich rzeczy, nie znając zasad jak oszczędzać kręgosłup. Tym sposobem w wieku 14 lat z bólem pleców, trafiłem jako pacjent do kliniki rehabilitacyjnej i od tamtej pory wiedziałem, że chce zostać fizjoterapeutą. Problemy z młodości do tej pory za mną chodzą, co jakiś czas przypominają mi o tym, żebym poćwiczył stabilizację kręgosłupa. Odpukać w niemalowane, do tej pory udaje mi się unikać innych, poważniejszych kontuzji. [su_note note_color="#f9f6df" text_color="#896136"] Mateusz Chajęcki  Ukończył Warszawską Akademię Wychowania Fizycznego na kierunku fizjoterapia. Od młodych lat interesował się rehabilitacją, najpierw jako pacjent, a teraz terapeuta. Odbywał praktyki w wielu placówkach specjalizujących się w zakresie rehabilitacji. W początku swojej kariery współpracował z drużynami koszykarskimi Polonia 2011 oraz AZS Politechnika Warszawska. Dzięki nim rozwinęła się jego pasja do współpracy ze sportowcami. Przełomowym krokiem w karierze Mateusza Chajęckiego było otwarcie gabinetu Fizmed w 2013 roku, w którym pracuje do dzisiaj. Opieką fizjoterapeutyczną objął: Bieg Serca 2014; Marriott Everest Run 2015 i 2016; Runmageddon Rekrut Warszawa 2015; Półmaraton Warszawski 2016. Opiekuje się m.in.: Marcinem Świercem, Kasią Bigos, Pawłem Szynalem, Andrzejem Radzikowskim.[/su_note]
[h2]Tanie koła z Chin to od lat jeden z najgorętszych tematów internetowych forów. Niestety bardzo rzadko mamy szansę dowiedzieć się o tym sprzęcie czegoś więcej poza przeczytaniem subiektywnych opinii użytkowników. Postaramy się nadrobić część tych zaległości.[/h2] Będzie to możliwe dzięki testom przeprowadzonym na względnie tanich wersjach kół aero w tunelu aerodynamicznym GST w Imenstaad. Wybrano modele o wysokości stożka zbliżonej do 80 mm, która wypadała najlepiej w poprzednich porównaniach. Ceny kształtowały się w przedziale od 875 do 1399 Euro, co stanowi 35-60% referencyjnych w tym segmencie Zippów 808. Koła zamontowane były na rowerze Canyon Speedmax z manekinem, co miało stworzyć warunki maksymalnie zbliżone do realnej jazdy. Prędkość testową wyznaczono na 45 km/godz., a kąty natarcia wahały się od -20 do +20 stopni. Pobrano 72 próbki dla każdego zestawu kół, wyciągając średnią ważoną rozkładem statystycznym występujących na szosie warunków. Trzeba więc przyznać, że test przeprowadzony był bardzo solidnie. Możemy jedynie żałować, że na zaproszenie do porównania nie odpowiedział bardzo popularny w naszym kraju Planet X. [h3]Rezultaty[/h3] Wyniki są naprawdę zaskakujące. Jestem przyzwyczajony do wyraźnej dominacji 808-ek nad rywalami w testach. Tym razem, dzięki wykorzystaniu aerodynamicznych odkryć Zippa w dziedzinie konstrukcji obręczy ta dysproporcja praktycznie… znika. Jak bowiem określić 0,5 W różnicy w przypadku modelu Lambda Racing CC-88 za 845 Euro lub Aerycs C88 SLC? „Najgorsze” w tym zestawieniu Gunsha 80 Aero traciły do 808-ek 5W. Jeszcze większe wrażenie robi fakt, że porównujemy je do wersji Firecrest, która była przełomem w walce z oporami powietrza. W konfrontacji z poprzednikami nasi bohaterowie poradziliby sobie jeszcze lepiej. Topowe koła zachowują się nieco lepiej w skrajnych warunkach, ale i tu nie jest to wartość istotna. W każdym razie będzie to bardzo trudne do wychwycenia przez triathlonistów. Różnice jak widać są zaskakująco małe. Kiedy za podobne efekty możemy zapłacić prawie 1/3 ceny to jest to argument, który trudno zlekceważyć. Oszczędności pozwolą na zakup miernika mocy lub kilka tygodni jazdy po najpiękniejszych trasach w Europie. Nie kupimy tej magicznej przyjemności posiadania sprzętu topowych marek, lecz nie każdemu z nas ta magia jest potrzebna. [h3]Aero dla każdego?[/h3] Można więc powiedzieć, że bariera wejścia do świata najbardziej efektywnego sprzętu dla triathlonistów poszukujących kilku minut oszczędności znacznie się obniżyła. Przez wiele lat mieliśmy wybór pomiędzy realnymi efektami za ciężkie pieniądze i tanich alternatyw działających głównie na wyobraźnię. Oczywiście część z nas może powiedzieć, że porównanie robiono przy prędkości 45 kilometrów na godzinę, trudnej do utrzymania w przypadku rywalizacji amatorów. Badacze zwracają jednak uwagę, że korzyści liczone czasem są jeszcze większe u wolniejszych zawodników. Nie jest to zgodne z pokutującą opinią, że aby zyskać na aerodynamicznym ekwipunku trzeba mieć mocną „nogę”, ale nasze rezultaty z ubiegłorocznego testu przeprowadzonego na kolarskim torze w Pruszkowie były w pełni zgodne z wnioskami z Imenstaad. Specyfika triathlonowych tras, długich odcinków o stabilnej prędkości pozwala na dodatkowe korzyści z tak wysokiego profilu obręczy. To nie koniec dobrych wiadomości. W przypadku lekkich kół do jazdy w górach utrzymanie parametrów sztywności konstrukcji stawia najwyższe wymagania wobec zastosowanych materiałów. Przy kołach aero o wysokim stożku zapas tego parametru jest tak duży, że pozwala na łagodniejsze podejście w tej kwestii. Nie jeździmy również po krętych trasach w grupie, zmieniając co chwila prędkość i kierunek jazdy. Oznacza to, że tak naprawdę większość korzyści wyciągniemy nawet z kół ze średniej półki. W sporcie pełnym drogich technologii, jakim jest triathlon taka wiadomość brzmi wręcz nieprawdopodobnie. [h3]Na zakupy[/h3] Kupno kół z Niemiec czy Anglii to prosta sprawa, wystarczy karta kredytowa. Kiedy chcemy samodzielnie sprowadzić taki sprzęt z chińskich aukcji będzie to nie tyle trudniejsze, co obarczone większym ryzykiem. Zestawy podobne do opisywanych w artykule znajdziemy w granicach 450-500 dolarów i w większości przypadków możliwe będzie złożenie ich na komponentach klasy średniej, nie budzących większych zastrzeżeń jakościowych. Musimy jednak liczyć się z naliczeniem przez urząd celny dodatkowych opłat - cła antydumpingowego w przypadku gotowych kół, podatku VAT, kosztów odprawy celnej. Cena wzrasta dwukrotnie, czyniąc zakup niewartym zachodu. Jeszcze większy problem mamy, kiedy musimy skorzystać z naprawy gwarancyjnej. Producent zwykle nie robi problemów dbając o opinię na portalu, jednak logistyka takiej operacji jest bardzo długotrwała i kosztowna. Kupując ten sam produkt w Europie płacimy podobną cenę jak w przypadku chińskiego importu, któremu nie udało się uniknąć odprawy celnej. Zyskujemy jednak 2 lata spokoju dzięki łatwiejszej do wyegzekwowania ochronie gwarancyjnej. Jeszcze prostsza sytuacja ma miejsce w przypadku zakupu w kraju. W omawianym teście brały udział przede wszystkim marki niemieckie, składające koła z chińskich podzespołów. Jak się okazuje finalny produkt jest bardzo wysokiej jakości. Nic nie stoi na przeszkodzie aby tej samej sztuki dokonali nasi przedsiębiorcy, tym bardziej, że przepisy celne są znacznie łagodniejsze dla elementów służących do dalszej obróbki na terenie Unii Europejskiej, co pozwala na konkurowanie ceną. W zapleceniu dobrych kół nie ma wielkiej magii. Magia i niezwykle wysokie koszty tkwią w badaniach prowadzących do powstania nowych pomysłów i właśnie dlatego pionierzy w tej dziedzinie tak wysoko cenią efekty swojej pracy. Kiedy jednak mamy już gotowe elementy, złożenie ich w całość jest tylko kwestią solidnego rzemiosła. Często nawet właśnie ci mali producenci potrafią zawstydzić gigantów dbałością o precyzję wykonania. Technologia oparta na włóknach węglowych bardzo się rozpowszechniła przez ostatnie lata. Prędzej czy później będziemy świadkami rewolucji cenowej w tym segmencie, być może właśnie się ona zaczyna. Artykuł pochodzi z magazynu "Triathlon" będącego częścią miesięcznika "Bieganie", styczeń-luty 2016
[h6]Fot. materiały organizatora[/h6] [h2]Najstarszy triathlon w Polsce - Susz Triathlon - na swoją przyszłoroczną, dwudziestą szóstą edycję, ponownie zmienia głównego organizatora. Gmina rozwiązała współpracę z UKS TRI SUSZ i w 2017 roku impreza zostanie zorganizowana wyłącznie przez gminę Susz.[/h2] Suski triathlon rozgrywa się już od 1991 roku. Przez wielu zawodników Susz, niewielka gmina w województwie warmińsko-mazurskim, jest uznawana za triathlonową stolicę Polski. To tu w pierwszych edycjach imprezy startowali ludzie, którzy również obecnie są blisko związani z tą dyscypliną - między innymi Piotr Netter, Andrzej Skorykow, Stanisław Zajfert, Jarosław Mamcarz, Bogdan Kord. Ciekawostką jest, że pierwszą edycję zawodów organizował TKKF wraz z SdRP - Socjaldemokracją Rzeczpospolitej Polskiej na czele z Aleksandrem Kwaśniewskim. Rok później dołączyło się miasto. Triathlon w Suszu rósł w siłę w zawrotnym tempie. W 1998 roku rozegrano tam Puchar Europy ITU, a budżet zawodów wynosił aż 600 tysięcy złotych. Na przestrzeni lat Susz Triathlon kilkukrotnie zmieniał organizatora. Od 2009 roku imprezę przygotowywał zespół Sport Evolution, przez pierwsze trzy lata wraz z TKKF. Połączenie finansowania z miasta i budżetu sponsorskiego i innowacyjność działań zespołu z Warszawy sprawiły, że zawody stały się jeszcze bardziej popularne. To właśnie w Suszu narodził się Herbalife Triathlon, rozegrany pod tą nazwą po raz pierwszy w 2012 roku. Potężny sponsor imprezy i wprowadzenie formuły ambasadorskiej zapoczątkowały ekspresowy wzrost popularności triathlonu w Polsce. Gdy zawody pod flagą Herbalife przeprowadziły się do Gdyni, suski triathlon przeszedł pod wodzę UKS TRS Susz. Lokalna drużyna miłośników triathlonu organizująca zawody od 2013 roku zbierała same pozytywne opinie. Do 2016 roku włącznie wszystko działało bez zarzutu. W zeszłym roku w Suszu zostały zorganizowane Mistrzostwa Polski Elity w sprincie, ocenione później bardzo wysoko przez zawodników. Rozegrano także pierwsze w Polsce sztafety mieszane na dystansie supersprinterskim oraz popularną charytatywną rywalizację znaną jako Rowerkowe Mistrzostwa Świata. W czerwcu do Susza przyjeżdżały setki triathlonistów z całego kraju, którzy dwa dni później wyjeżdżali stamtąd z silnym postanowieniem powrotu w kolejnym roku. Wielu z nich jednak zmieniło zdanie pod wpływem ostatnich wydarzeń. Na fanpage'u suskiego klubu czytamy: Uczniowski Klub Sportowy ,,TRS” Susz niniejszym oświadcza, że wielokrotnie podejmował próbę nawiązania współpracy z Gminą Susz w kontekście przyszłorocznej edycji Susz Triathlon. Przedstawione nam warunki przez Gminę stawiają nas w roli jednego z wykonawców/ kooperantów imprezy, który za ściśle określone zadania ma otrzymać wynagrodzenie. My ludzie, którzy ten triathlon budowaliśmy przez minione ćwierć wieku nie godzimy się na to. Nie godzimy się również na to, w jakim świetle próbuje nas postawić magistrat. Pismo Pana Burmistrza nie odzwierciedla wielowątkowości i prawdziwości całej sytuacji, która sprokurowana została przez włodarzy. Dla dobra zawodów powstrzymujemy się od kolejnych internetowych dyskusji. Żałujemy, że forma bezpośredniej debaty i otwartej rozmowy z naszym klubem jest o wiele trudniejsza niż sklecenie kilku zdań w ramach odpowiedzi. W 2017 roku UKS TRS Susz nie będzie zaangażowany w organizację Susz Triathlon. Podejmiemy się nowych wyzwań, o czym niebawem na naszym fan Pagu. Życzymy wszystkim miłych treningów i nieustająco rosnącej motywacji. UKS TRS SUSZ Co było powodem złożenia wypowiedzenia dotychczasowym organizatorom imprezy przez gminę Susz - do końca nie wiadomo. Decyzja władz Susza wywołała ogromne poruszenie wśród triathlonistów, zwłaszcza tych, którzy pamiętają edycje sprzed kilku lat. Wielu zapowiada swego rodzaju bojkot imprezy i wycofanie swojej chęci udziału w przyszłorocznej edycji zawodów. "Wrócę, kiedy Wy wrócicie", "No cóż, w przyszłym roku nie pojawię się w Suszu", "No to 2017 bez Susza - smutno" - takie i inne komentarze można przeczytać na związanych z imprezą stronach na Facebooku. Wielu zawodników uważa, że bez udziału zespołu UKS TRI Susz zawody stracą nie tylko perfekcyjnie dopracowaną organizację, lecz także niepowtarzalną atmosferę. Wyrazem solidarności z dotychczasowym organizatorem jest dla nich brak udziału w przyszłorocznych zawodach. Jak zapewnia Paweł Młynarczyk z UKS TRS Susz, pomimo zaistniałej sytuacji ani on, ani reszta ekipy klubu nie zamierza odwrócić się plecami do rozgrywanych w ich mieście zawodów. Choć decyzja gminy jest dla niego zaskakująca, także w tej sytuacji stara się znaleźć jakieś pozytywne strony: - No cóż, tym razem będziemy mieć okazję przyjrzeć się rywalizacji na spokojnie. Może zorganizujemy jakąś strefę kibica? Zapisy na przyszłoroczną edycję już trwają. Szczegóły na stronie organizatora oraz na fanpage'u imprezy na Facebooku. Zawody odbędą się w ostatni weekend czerwca 2017 roku.
IAAF oficjalnie zatwierdził nowy rekord świata na dystansie 3000 metrów z przeszkodami kobiet. Reprezentująca Bahrain, a pochodząca z Kenii Ruth Jebet uzyskała 27 sierpnia w Paryżu czas 8:52,78.
Ugandyjczyk Timothy Toroitich i Irlandka Fionualla McCormack zwyciężyli w crossie IAAF w Alcobendas na przedmieściach Madrytu w Hiszpanii. Zwycięzca uzyskał na trasie liczącej 10060 metrów czas 30:52, a zwyciężczyni 28:18 na 8060 metrów.
[caption id="attachment_46816" align="alignnone" width="778"] pixabay.com[/caption] [h2]Rozgłos, jaki zyskały afery dopingowe, sprawia, że przeciętny człowiek wyobraża sobie, że gdyby wziął jakiś środek dopingujący, biegałby dużo szybciej niż zwykle. Tymczasem to nie działa tak prosto.[/h2] Doping w sporcie nie działa jak magiczny napój: napiję się i nagle jestem dużo lepszy niż dotychczas. Najbliżej tego działania znajduje się doping krwi - czyli np przetaczanie krwi albo wstrzykiwanie sobie EPO - substancji o nazwie erytropoetyna. Ich użycie powoduje, że układzie krążenia znajduje się fizycznie więcej czerwonych krwinek. W przypadku przetaczania krwi od razu, po podaniu EPO - po pewnym czasie. Im mamy więcej krwinek, tym teoretycznie można przyswoić więcej tlenu. A im więcej tlenu, tym lepsza wytrzymałość i dłużej można utrzymać wysoką prędkość biegu. [h3]Teoria a praktyka[/h3] Sama krew to jednak nie wszystko. Żeby pobiec szybko, trzeba mieć na wysokim poziomie wszystkie struktury w organizmie. Odpowiednio silne mięśnie, żeby być w stanie odbić się z odpowiednią mocą od gruntu i skutecznie lądować. Pojemne płuca i mocne mięśnie oddechowe, żeby cały czas dostarczać tlen do oskrzeli, skąd przenika do krwi. Odpowiednio wykształconą sieć naczyń krwionośnych, a także enzymy w komórkach nakierowane na szybkie dostarczanie energii w odpowiedni sposób. Układ nerwowy sprawnie sterujący mięśniami. I wiele, wiele innych czynników. Jeśli przetoczymy krew słabemu biegaczowi, nadal pozostanie słaby. Zawsze jest się na tyle silnym, na ile silny jest najsłabszy punkt danego zawodnika czy zawodniczki. Inne środki dopingujące działają jeszcze bardziej subtelnie. Sterydy i hormony najczęściej pozwalają na trening mocniejszy niż do tej pory. Wzmacniają stopniowo mięśnie i przyspieszają regenerację. Ale trenować trzeba. Ba, po niektórych anabolikach należy trenować kilka razy mocniej niż do tej pory. W przeciwnym przypadku osobę dopingującą się zalewa wściekła energia, roznosi agresja. Teoretycznie pobudzające w samym dniu startu są stymulanty, ale tutaj także pobudzenie nic nie da, jeśli człowiek nie dysponuje silnikiem pozwalającym na szybki bieg. Może przesuną się pewne bariery psychiczne, ale to jest możliwe także i bez dopingu. [h3]Swoje trzeba wybiegać[/h3] Nie ma środków, które powodują, że wolny biegacz przyjmuje je dzień przed startami i nagle zyskuje fantastyczną formę. Jedyne, co można uzyskać, to zdolność do treningu mocniejszego niż do tej pory. Swoje trzeba jednak zrobić, formę tak czy inaczej wypracować w morderczej pracy. Niektórzy trenerzy uważają wręcz, że doping działa przede wszystkim, a może i wyłącznie jak placebo. Gdy człowiek wierzy, że coś mu pomaga, uważa, że jest zdolny do wykonania dużo cięższej pracy, po prostu to robi. Normalnie czułby się zmęczony, przetrenowany, a gdy niesie go świadomość, że istnieje dodatkowe wspomaganie, dodatkowe źródło energii, czuje się niepokonany. Podobnie do pewnego stopnia działa muzyka (która, notabene, w wyczynowym sporcie na zawodach jest zabroniona, jeśli chodzi o indywidualne użycie odtwarzacza i słuchawek), ale także silna wiara, w tym religijna. Albo sugestia czy wręcz hipnoza. Nie należy się więc łudzić, że istnieje środek, który bezboleśnie i szybko zrobi z nas herosów. To jest możliwe tylko w filmach. Żeby wygrywać, nawet przy użyciu dopingu,, nadal trzeba pracować i mieć talent.
[h2]Większość z nas dzieli się na ranne ptaszki i nocnych marków. Choć zazwyczaj dopasowujemy plan treningów do pozostałych obowiązków w ciągu dnia, to czy zastanawialiśmy się kiedyś, jaka pora dnia jest najbardziej efektywna pod kątem postępu treningowego?[/h2] Jeśli należycie do osób, które na poranny trening wywlekają się jak za karę, a popołudniowe wykonują z wielką werwą, to nie martwcie się - nie jesteście sami. Wiele jest kwestią przyzwyczajenia i rytmu dobowego, który kształtuje się na podstawie naszego codziennego trybu życia. Jednak, jak pokazują badania, duży wpływ na naszą zdolność wysiłkową ma po prostu fizjologia naszych organizmów. Już w latach 80. naukowcy stwierdzili, że coś jest na rzeczy. Claire Baxter i T.Reilly z Wielkiej Brytanii analizowali wyniki czternastu pływaków, ścigających się na dystansach 100 i 400m przez kilkanaście dni z rzędu. Zawodnicy byli badani w godzinach 6:30, 9:00, 13:30, 17:00 i 22:00. Okazało się, że na krótszym dystansie pływacy radzili sobie nieco lepiej o 22:00 niż o 6:30. W 2005 roku inni angielscy badacze odkryli, że sportowcy, którzy polegają na specyficznych, technicznych umiejętnościach - na przykład tenisiści i gimnastycy - lepiej występują rano niż po południu i wieczorem. Jednak dla zawodników sportów siłowych i wytrzymałościowych najlepszą porą jest wczesny wieczór i prawdopodobnie ma to związek z temperaturą ciała, która lekko waha się w ciągu dnia.
[h6]fot. Venga Sport[/h6] [h2]Po sezonie startowym, w trakcie roztrenowania i snucia planów na przyszły rok złapałam na rozmowę Sylwestra Kustera, wielokrotnego Mistrza Polski Elity. W tym roku wzbogacił kolekcję o złoty medal dystansu olimpijskiego oraz srebrne w sprincie i w duathlonie, przetarł także szlak za granicą Polski i Europy. O założeniach na kolejne sezony, priorytetach i swojej perspektywie na sprawy okołotreningowe opowiada Czytelnikom portalu.[/h2] [h3]Opowiedz Czytelnikom trochę o zakończonym sezonie. Co uważasz za swoje największe sukcesy?[/h3] Jestem zadowolony, bo udało mi się zdobyć mój dziesiąty tytuł Mistrza Polski Elity, zacząłem też nawiązywać walkę za granicą - na ostatnim Pucharze Świata w Korei byłem 22. To dość dobre miejsce jak na początek walki w zawodach tej rangi, gdyż zwykle jest to powolnym, stopniowym procesem. Równo pływałem w tym roku, przeważnie wychodziłem z wody w pierwszej grupie, więc cieszy mnie to, że praca nad pływaniem zaczyna powoli oddawać. Jest też druga strona medalu - ten rok obfitował w mnóstwo przeszkód, a sporo z nich wzięło się z mojej winy - doprowadziłem do anemii czy innych dolegliwości. Myślę że jest to wynikiem zaniedbań nad którymi muszę popracować. Bardzo ciężko jest pogodzić pracę z treningiem wyczynowca na poziomie międzynarodowym. Za granicą zawodnicy trenują po 30-35 godzin tygodniowo. Ja też próbowałem robić tak choćby w zeszłym roku, jednak przy takim treningu wszystko musi być bardzo dopracowane i regularne - jedzenie, ćwiczenia sprawnościowe, odnowa. To wymaga ogromnej dyscypliny, ogromnego zaangażowania i ciągłej kontroli. Jeśli o tym zapomnisz, to tak ciężki trening cię po prostu zniszczy. Czasami lepiej jest trenować mniej i zachować dobre zdrowie, jednak na poziomie światowym to już tak nie działa. [h3]Zdobyłeś kolejne medale Mistrzostw Polski - złoto na dystansie olimpijskim i srebro na sprincie, a także tytuł wicemistrza Polski w duathlonie. Który z tych wyścigów był dla Ciebie najtrudniejszy i dlaczego?[/h3] Myślę że duathlon. Byłem wtedy w ciężkim treningu do Pucharów Świata i organizm lekko się buntował. Poza tym Daniel Formela, zwycięzca tych zawodów, jest bardzo mocnym duathlonistą! Konkretnie zabolało, kiedy wyskoczył mi zza pleców, żeby odjechać. Spodziewałem się tego, ale nie w połowie dystansu, bo we dwóch uciekaliśmy kilkuosobowej grupie. Daniel czuł się bardzo mocny i stwierdził, że sam da radę, a ja jedynie mogłem powiedzieć: no nieeeee, dlaczego tak wcześnie?! [h3]Twoja kolekcja medali to teraz...?[/h3] Nigdy nie policzyłem swoich wszystkich medali, ale jest ich naprawdę sporo, od tych z kategorii młodzieżowych, juniorskich, duathlonów i aquathlonów... Pozwolę sobie podliczyć najważniejsze, złote medale w triathlonie w kategorii Elity - jest ich już 10. Bardzo chciałem dobić do dziesiątki i cieszę się że to się udało. Chciałem mieć po złotym medalu z każdego dystansu ITU, od supersprintu do długiego, bo nikt przede mną tego nie zrobił; też mi się to udało. To pokazuje, że jestem wszechstronny i umiem przygotować formę pod każdy dystans. Są jeszcze srebrne i brązowe medale, a jeden jest dla mnie szczególnie ważny, bo zdobyty dzięki "epickiemu pojedynkowi", jak to określiło wielu trenerów - wraz z Markiem Jaskółką połamaliśmy wtedy 31 minut na biegu i do tej pory jest to pod tym względem najszybszy triathlonowy wyścig w historii Polski. Co prawda rower był wolny, a warunki naprawdę dobre - 21 stopni i tak dalej - ale umówmy się, kto z polskich triathlonistów biegał tyle choćby "na sucho" bez pływania i roweru? Dodam tylko, że rok później w rewanżu wygrałem z Markiem - pobiegłem wtedy w okolicach 31:10. Do tej pory słyszę od trenerów i kibiców, że ten wyścig i nasz bieg wyglądał niesamowicie. Mijaliśmy ludzi jakby stali w miejscu. Obaj idealnie trafiliśmy z formą i chociaż byłem drugi, to jest to jeden z moich najlepszych wyścigów. Zresztą Marek to żywa legenda tego sportu i stoczyć taki pojedynek to było coś niesamowitego.   [h3]Czy czujesz się spełnionym zawodnikiem? A jeśli nie, to czego Ci brakuje?[/h3] Spełniałem się wiele razy. Zaczynałem uczyć się pływać w wieku 17 lat i marzyłem by zostać zawodowym sportowcem, chociaż ciągle słyszałem że to niemożliwe, że jestem za stary, że nie nauczę się już pływać na takim poziomie jak zawodowcy, bo oni trenują od 4 roku życia... Potem marzyłem, żeby zdobyć chociaż jeden medal Mistrzostw Polski Elity. Stało się to moim celem dopiero wtedy, gdy pewien dobrze znany trener ze Śląska powiedział przy całym klubie, że nigdy nie będę miał żadnego medalu MP Elity i że jestem "kelnerem". Powiedziałem wtedy głośno, że zobaczymy, i wyszedłem z sali. Po kilku latach wróciłem do tematu... z workiem pełnym medali Mistrzostw Polski. Sporo osób ma mnie za awanturniczego, buntowniczego sportowca. Ludzie ciągle próbowali mi wmawiać, że jestem słaby i nie dam rady, a ja wstawałem i odpowiadałem "czas pokaże". Słyszałem że jestem za stary i że nic mi się nie uda, bo nie mam pieniędzy  i warunków do treningu. Dla mnie sprawa była jasna - nie masz warunków, to musisz je sobie stworzyć, a pieniądze zarobić. Różni ludzie, którzy sami nic w sporcie nie osiągnęli, próbowali nadać ton mojemu życiu i kształtować mój światopogląd. Jednak z racji tego, że żadne to dla mnie autorytety, w dość zawadiacki sposób z nimi rozmawiałem... Dlatego jestem "tym niepokornym". Zawsze powtarzam ludziom, że jeśli stajesz na starcie z zawodnikami którzy trenują dłużej niż ty, maja lepszy sprzęt, lepsze warunki treningu, to teoretycznie jesteś skazany na porażkę, ALE... pozostaje ci jeszcze "głupia" pewność siebie, rozumiana przez wielu jako zarozumiałość albo brak pokory. Tylko to może dodać ci werwy, żeby stanąć z nimi na starcie i wygrać. Oczywiście mimo całego natłoku wszechwiedzących mądrali, znajdują się też ludzie którzy są prawdziwymi perełkami; którzy dodają otuchy i wobec których zawsze staram się być nad wymiar lojalny. Miałem możliwość poznać takich ludzi i będę zawsze o nich pamiętał. [h3]Czy wciąż łączysz trening triathlonowy z pracą w charakterze trenera? Jak organizujesz sobie dzień i tydzień, żeby to ze sobą pogodzić?[/h3] Tak, prowadzę Triathlon X Team. Zawsze lubiłem trening nie tylko jako samo trenowanie, ale i zagadnienia związane z tym procesem. Zajmuję się tym już kawałek czasu, bo już w 2007 trenowałem i pomagałem w treningach innym zawodnikom. Przez pierwsze dwa lata prowadziłem cały klub i nie brałem za to żadnych pieniędzy, chociaż miałem już wtedy medale MP i kilka lat doświadczenia w sporcie. Uważałem jednak, że dzięki tej pracy zdobywam wiedzę odnośnie prowadzenia innych, a jednocześnie na tym etapie mogę popełniać zbyt wiele błędów. Sam fakt, że zawodnicy mi ufają, był dobrym wynagrodzeniem. Myślę że ludzie często nie zdają sobie sprawy, czym się różni trener od trenera. Moim zdaniem dobry trener to taki, który najlepiej wyłuska Twój potencjał, a do tego naprawdę potrzebne jest wieloletnie doświadczenie. Przygotować kogoś tak, żeby ukończył dany dystans można na wiele sposobów, ale osiągnięcie maksimum potencjału jest możliwe tylko dzięki indywidualnemu podejściu. Trener powinien mieć rozległą wiedzę, znać wiele metod treningu i wiedzieć którą zastosować dla jakiego zawodnika. Trzeba też pamiętać, że metody się zmieniają, nauka idzie do przodu - zwłaszcza w triathlonie - więc albo się dostosujesz, albo zostajesz z tyłu. Jeśli chodzi o godzenie treningu z pracą, to wymaga to ogromnej dyscypliny i samoorganizacji. Wypracowuję to od lat, chociaż - jak każdy - miewam załamania i czasami żywię się słodyczami zamiast zdrowym jedzeniem i takie tam...  [h3]Czy robisz roztrenowanie po sezonie? Jeśli tak, jak ono wygląda, ile trwa, jak potem wracasz do pełnego treningu?[/h3] Jestem zdania, że im starszy zawodnik, tym roztrenowanie powinno być dłuższe. Ciężki trening wywołuje coraz większe zniszczenia w organizmie i trzeba dać mu więcej czasu na dojście do siebie po sezonie. Przez trzy, maksymalnie cztery tygodnie nie robię nic związanego ze sportem. Potem wracam bardzo spokojnie - pierwszy miesiąc to rozruchy, sporo sprawności, gimnastyki oraz technika w basenie. Jeśli po miesiącu czuję się dobrze, zaczynam robić bardziej wymagające rzeczy i zwiększam stopniowo objętość. [h3]Co chciałbyś osiągnąć w przyszłym sezonie? Czy zaplanowałeś już docelową imprezę na 2017 rok?[/h3] Plany planami, a życie weryfikuje po swojemu. W tym roku jako docelowy start planowałem Mistrzostwa Europy, a kontuzja sprawiła, że nawet tam nie pojechałem. Na przyszły rok mam pewien zarys po rozmowie ze sponsorami. Jeśli nic się nie zmieni, forma będzie zrobiona tak jak trzeba, to będę startował na Pucharach Świata, no i tradycyjnie na Mistrzostwach Polski. Mistrzostwa Europy też biorę pod uwagę, jednak jeśli PZTri nie będzie szkolić zawodników, a da wysokie normy, które w mojej opinii będą wykluczać się z innymi startami, to nie będę zaprzątał sobie tym startem głowy. W dużej mierze uzależniam sezon od źródła finansowania - jeśli sponsorzy zechcą, żebym gdzieś startował, sfinansują mi przynajmniej w części wyjazdy i przygotowania, a moi trenerzy - Dariusz Jurkowski i Mariusz Waliczek - zatwierdzą te starty, to jadę się ścigać. [h3]Czy zamierzasz walczyć o kwalifikację na igrzyska w Tokio?[/h3] To trudne pytanie. Jest plan na to, żebym podjął się takiej walki, zwłaszcza że stopniowo coraz więcej ludzi zaczyna we mnie wierzyć. Są takie szanse, jednak nie chciałbym rzucać stwierdzeń, że na pewno pojadę - a tym bardziej że będę walczył o medal. Wiem dobrze, z czym wiąże się rywalizacja na tym poziomie i nie jestem w stanie zdecydowanie zadeklarować, że starczy mi na to zdrowia i pieniędzy. Na pewno zrobię co w mojej mocy, jeśli będę miał wsparcie sponsorów, jednak na ten moment składanie deklaracji byłoby niepoważne i niedojrzałe.
Advertisment ad adsense adlogger