fbpx

Wiadomości

[h2]Czy gepard dogoni człowieka? Raczej tak, bo gepard jest dość szybki. A czemu gepard jest szybszy od człowieka? Ano gepard biega na czterech nogach a człowiek na... jednej.[/h2] Każdy z biegaczy jest przede wszystkim człowiekiem, później ojcem, synem, mężem, pracownikiem, mieszkańcem. Rola społeczna „biegacz” dla niewielu z nas jest najważniejsza. Ale nawet, jeśli tak jest to zawsze po pierwsze człowiek. A zdrowy człowiek stoi na czterech nogach – fizyczności, intelekcie, psychice czy też emocjach i duchowości. Te cztery aspekty nawzajem się przenikają, łączą. Gorsze funkcjonowanie w sferze emocji powoduje gorsze funkcjonowanie w obszarach intelektu i fizyczności. O ile wiele uwagi przykładamy do fizycznego aspektu przygotowań, to cała reszta u wielu osób leży odłogiem. Popatrzmy jak możemy pobiec na czterech nogach. I jeszcze jedno – zakładam tu, że celem, który chcemy osiągnąć jest możliwie najlepszy wynik. Tekst ten powstaje przy okazji tworzenia prezentacji na pasta party przed Biegiem STO-nogi w Milanówku i siła rzeczy będę się odnosił tu do tego konkretnego przypadku. Start biegu 4 czerwca 20017, godzina 11.00. Popatrzmy jak wykorzystać zaniedbywane do tej pory trzy nogi. [h3]Intelekt[/h3] Mam bić w Milanówku rekord życiowy? Zaraz, prawie południe, początek czerwca? Intelekt mówi – pomyśl o innym terminie. A jeśli z jakichś powodów uznam, że chcę tam pobiec i to pobiec jak najlepiej mogę wykorzystać swoją wiedzę na kilka sposobów. [h3]Strój[/h3] Trzeba najpierw zastanowić się nad tym jak się na tę okazję ubrać. I popatrzmy – większość z nas biega w ubraniach dry fit. I jaki to ma sens w lecie? Plus to mniejsze szansa na obtarcia, minus to szybsza utrata wody. Bawełna działa jak chłodzący kompres w efekcie będziemy tracić mniej wody i organizm mniej energii wykorzysta na chłodzenie. Dalej – koszulka w spodenki czy luzem? Jeśli luzem, znowu mamy większe szanse na obtarcie, jeśli w spodenki to możemy wyglądać gorzej ( ja z cała pewnością z przodu wyraźnie będzie widać brzuch, niestety). W kwestii butów powtarzana jest opinia o sensie biegania w startówkach. Pytanie czy na przykład ja ze swoją słuszną wagą i techniką czy raczej „techniką” biegu więcej nie stracę na biegu w startówkach, czy nie lepiej pobiec w butach o dobrej amortyzacji i większym spadku. [h3]Kontrola tempa[/h3] Dalej, na co patrzeć podczas biegu na tempo na moim garminie czy innym tom tomie czy zwyczajnie na stoper? Lata temu kolejne kilometry były nawet na renomowanych biegach stawiane z pomiaru organizatora, tylko piątki były z atestu, wtedy pewny pomiar tempa był trudniejszy. Dzisiaj wszystkie kilometry na trasach atestowanych są z atestu, więc są zdecydowanie bardziej wiarygodne od dowolnego GPSa. Dlatego dla własnego bezpieczeństwa warto kierować się czasem kolejnych kilometrów. Dobrze pamiętać, na jaki czas jesteśmy gotowi, można przygotować sobie ściągawkę z czasem kolejnych kilometrów i na bieżąco kontrolować tempo. Jeśli chodzi o tempo ważnym jest gdzie się ustawimy na starcie. Jeśli za bardzo z przodu to albo nas poniesie i kończyć będziemy dosłownie na czterech, albo już po kilkuset metrach zaczniemy stanowić przeszkodę dla innych biegaczy. [h3]Logistyka[/h3] Na koniec to, co de facto robi się na samym początku, to znaczy logistyka – jak dojechać gdzie zjeść i wypić. Planując dojazd warto także wziąć pod uwagę takie detale jak dostępność po drodze toalet. Jeśli konsekwentnie nawadniamy się po drodze z całą pewnością może pojawić się potrzeba skorzystania z toalety. A tej, niestety nie ma w pociągach WKD jest za to w KM. Z racji czasu przejazdu nie ma to takiego znaczenia przy podróżowaniu samochodem. [h3]Emocje[/h3] Mihaly Igloi miał powiedzieć w pewnym dość zaawansowanym momencie swojej kariery trenerskiej, że ma zapisane około 2000 przepisów treningowych dla różnych typów biegaczy, ale kiedy zaczyna pracę z nowym zawodnikiem musi stworzyć nowy. Pytanie czy jeśli nie ma jednego dobrego przepisu na fizyczne przygotowanie do startów może istnieć jeden optymalny przepis na wykorzystanie profilu emocjonalnego. Proponuję odwrócić najczęściej wykorzystywany sposób myślenia – jest pewien optymalny model motywacji, przygotowania do startu na inny. Zastanów się, jaki jesteś, jakie są twoje zasoby, mocne strony i na nich buduj swój potencjał? W czym rzecz? [h3]Odpowiednia motywacja[/h3] Czy moja duża wrażliwość na bodźce jest zasobem czy ciężarem? Mam tu na myśli bodźce emocjonalne. To zależy od tego, w jakim celu chcę ją wykorzystywać. Jeśli chciałbym zostać patomorfologiem lub policjantem to będzie ciężarem, ale pomaga mi w pracy z ludźmi w pomaganiu im. A jak ma się ona do moich wyników sportowych? Im większa wrażliwość na bodźce tym mniejsza powinna być siła motywacji. Przy przekroczeniu optymalnego jej poziomu efektywność działań, wszelkich działań spada. Co może brzmieć absurdalnie czasem podnoszenie motywacji, czy zwyczajnie motywowanie się może dać negatywny efekt? Tu trzeba samodzielnie zbadać, jakiego rodzaju poziom motywacji jest optymalny. O ile bez trudu można znaleźć informacje o tym jak podnieść poziom motywacji, to o tym jak go obniżyć raczej niewiele się mówi, a nie jest to łatwe. Wdaje się, że przejście od motywacji „muszę” do chcę trudne nie jest. Tyle, że wiele osób nie jest świadomych, że to, co czują to nie jest chęć, czy potrzeba odniesienia sukcesu. Bo ma on uwiarygodnić czy uzasadnić wyjątkowość zawodnika. Tym, co pomoże jest przeniesienie się do tu i teraz. [h3]Skupienie na tu i teraz[/h3] Jednym z podstawowych błędów, także podczas zdawania egzaminów jest skupianie się na tym, co będzie jak zdam lub nie zdam a nie na samym rozwiązywaniu zadań, czy udzielaniu odpowiedzi. W czasie biegu jest to skupienie na tym jak biegnę, jak funkcjonują moje mięśnie, stawy, serce, płuca. Pełne wsłuchanie się we własny organizm, psycholog powiedziałby, że to bycie w pełnym kontakcie ze sobą, mnie bliższe jest określenie głębokie wsłuchanie się we własną fizyczność i emocje. [h3]Rytuały[/h3] Czy można nauczyć się takiego wsłuchiwania się w siebie? Tak, mogą temu służyć rytuały. Mało doceniamy, rzadko zauważamy rytuały, które wykorzystujemy we własnym życiu. Bardzo często, na przykład wychodząc na trening powtarzamy ten sam cykl czynności. Takie działanie, jeśli skupić się na nim spowoduje, że bezwiednie skupimy się na tym, co jest zwieńczeniem cyklu czynności – na biegu. Takim rytuałem jest kolejne wyciąganie ubrań do biegania, poprawianie wkładek w butach, zawiązywanie sznurowadeł. W momencie, kiedy w pełni skupiamy się na tych czynnościach ze świadomością celów możliwe jest odsunięcie wszelkich rozpraszających myśli, także lęków i nadmiernej motywacji. [h3]Wyrzeczenie[/h3] Swoistym rytuałem może być albo specyficzna dieta, jedzenie identycznych posiłków w ostatnich dniach przed ważnym startem, albo podjęcie innych specyficznych działań. Przez lata przed startem w maratonie, którym miał być dla mnie docelowym przez ostatnie osiem tygodni nie piłem kawy a cztery także herbaty. Tego rodzaju działanie, nazwijmy to po imieniu wyrzeczenie dawało dodatkowe poczucie nadzwyczajności przygotowań sprawiało, że miałem poczucie pełnej gotowości do startu. Wszystkie te działanie służą jednemu – utwierdzeniu się w tym, że jestem w pełni, pod każdym względem gotowy do maksymalnego wykorzystania własnych możliwości. [h3]Duchowość[/h3] Gdzie w biegu miejsce na duchowość? Jeśli popatrzyć na ekstremalny wysiłek, na moment, w którym nogi stają się miękkie i wpadając na metę myślę tylko o tym jak najszybciej uciec stąd i pozwolić swojemu żołądkowi na realizację jego ptasich aspiracji. Wróćmy do momentu, w którym nogi stają się coraz bardziej miękkie. W takich chwilach łatwo jest zwyczajnie z lekka odpuścić, zwolnić. Pozwolić uciec rywalowi lub stracić bezcenne sekundy, których zabraknie do wymarzonej życiówkę. Cytując Rydwany Ognia „Skąd czerpać siłę, żeby dobiec do końca? Z nas samych.” Ale skąd siła w nas, we mnie? Z szeroko pojętej transcendencji. Ze świadomości, że „Jestem dzieckiem wszechświata, podobnie jak gwiazdy drzewa.” To poczucie. Że możemy więcej niż nam się wydaje, że każda z naszych granic może być przesunięta. Że nawet, jeśli tu i teraz cierpimy, za chwilę, minuty, kwadranse skończy się to, że dzięki naszej wewnętrznej sile przetrwamy kryzys. Czy człowiek jest w stanie dogonić geparda? Jasne, jeśli skorzysta z wiedzy, bo gepard może biec bardzo szybko, ale po pokonaniu paruset metrów musi na dłuższą chwilę zatrzymać się. Jeśli mamy dostatecznie dużo opanowania, jeśli uwierzymy w to i będzie miał odpowiednią motywację. A także, jeśli będzie potrafił czerpać energię z różnych, często odległych źródeł. No i musi być także przygotowany fizycznie. [h3]Co jeszcze mamy z tego, że czasem startujemy w zawodach?[/h3] Najprostsza odpowiedź to – wzmacnia to regularność treningów. Biegacze, którzy startują rzadziej rezygnują z treningów, są w tym bardziej regularni i lepiej dbają o rozwój swoich sportowych możliwości. Ale to nie wszystko. Startując, szczególnie w wielkich biegach odczuwamy ogromnie poczucie wspólnoty, bycia częścią większej całości. Widzimy, że możliwe jest w tej dziedzinie przesuwamy granicę własnych możliwości i przekładamy taką świadomość na inne dziedziny życia. I odczuwamy ogromną radość – radość biegania, radość wspólnego biegania, radość przesuwania własnych granic. Człowiek dogoni geparda i przy okazji przeżyje wspaniałe chwile, nauczy się przy tym wiele o sobie. Między innymi tego, że dobre, satysfakcjonujące życie buduje się na czterech nogach – fizyczności intelekcie, emocjach i duchowości.
[caption id="attachment_49995" align="alignnone" width="1000"] fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl[/caption] [h2]Ślesin w najbliższą niedzielę 4 czerwca po raz kolejny będzie gospodarzem zawodów z cyklu Garmin Iron Triathlon – jednej z najstarszych i najbardziej popularnych imprez triathlonowych w naszym kraju. Na listach startowych widnieją nazwiska setek zawodników. Nie zabraknie również najlepszych polskich triathlonistów w tym: braci Marcina i Piotra Ławickich, Macieja Bodnara, Tomasza Marcinka, Łukasza Kalaszczyńskiego, Krzysztofa Augustyniaka, Moniki Smaruj czy Eweliny Szabelskiej.[/h2] Zawody w Ślesinie są drugą imprezą tegorocznego cyklu. Świetna lokalizacja, doskonała atmosfera i wzorowa organizacja powodują, że co roku do tej miejscowości zjeżdżają setki triathlonistów, którzy do wyboru mają jeden z dwóch dystansów: 1/4 IM (0,95 km pływania, 45 km jazdy na rowerze i 10,55 km biegu) oraz 1/8 IM (0,475–22,5–5,275 km). Garmin Iron Triathlon, to oprócz startu indywidualnego, również zawody sztafet. Na obu dystansach istnieje możliwość rywalizacji w trzyosobowych sztafetach triathlonowych, w których jedna osoba płynie, druga jedzie na rowerze, a trzecia biegnie. Imprezą, która towarzyszy triathlonowi są zawody biegowe dla dzieci – Garmin Kids. Najmłodsi mogą wystartować na jednym z trzech dystansów: 200 m (1-7 lat), 500 m (8-11 lat) i 1000 m (12-15 lat). Trasa tegorocznych zawodów przebiegać będzie tak jak w ubiegłym roku. Zawodnicy pływać będą w Jeziorze Ślesińskim oraz Mikorzyńskim. Następnie pojadą płaską i szybką trasą kolarską rozpoczynającą się od ulicy Żwirki i Wigury, a dalej przez miejscowości: Helenowo, Marianowo, Ostrowąż, Biskupie, Sarnowa Kolonia z powrotem do strefy zmian usytuowanej na ślesińskim Rynku. Trasa biegowa poprowdzona będzie ulicą Piaski, Krótką, Nowowiejską, Żwirki i Wigury, Wodną, a później malowniczą promenadą wzdłuż Jeziora Mikorzyńskiego, aż do nawrotu w Parku Miejskim. [caption id="attachment_49996" align="alignnone" width="1000"] fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl[/caption] W samym sercu zawodów – w Parku Miejskim usytuowane będą: biuro zawodów, strefa finishera, catering, atrakcje dla dzieci oraz strefa EXPO, w której można zapoznać się ofertą przygotowaną przez partnerów cyklu. Impreza w Ślesinie za każdym razem cieszy się ogromną popularnością również wśród kibiców, którzy dopingują sportowców na trasie, tworząc doskonałą atmosferę, co sprawia, że udział w tej imprezie to ogromna przyjemność, co podkreślają sami zawodnicy. Po zawodach w Ślesinie triathloniści będą mogli wziąć udział w kolejnych edycjach cyklu Garmin Iron Triathlon w zawodach w Elblągu (18 czerwca) i Stężycy (2 lipca). Finał całego tegorocznego cyklu odbędzie się 16 lipca w Płocku. Listy startowe na triathlon w Ślesinie są już wypełnione, ale cały czas trwają zapisy na zawody biegowe dla dzieci. Aby wziąć udział w imprezie należy zgłosić się przez specjalnie przygotowany formularz na oficjalnej stronie cyklu. [yop_poll id="80"]
[h2]Poprzednią wersję tych butów testowałem jakiś czas temu na łamach miesięcznika Bieganie, jego papierowej wersji. W ubiegłym roku spotkałem Monikę Coś z Nike zachwalającą kolejne wcielenie Streaków, które lada chwila miało wejść na rynek. Czy to rzeczywiście tak dobry but?[/h2] [h6]Niebieskie to najnowsze wcielenie zoom streak, czerwone to poprzednia wersja.[/h6] Lubię startówki adidasa, niestety one coraz mniej lubią mnie. Firma obcina rozmiarówkę od góry, robiąc przy okazji coraz węższe buty. Moja sympatia nie ma nic wspólnego z analizą danych, po prostu tak mam. Przychodzi jednak moment, kiedy nie jesteś w stanie takimi sympatiami zagłuszyć bólu stóp związanego z niedopasowanym obuwiem na dłuższych dystansach. Nadeszła więc pora rozwodu i poszukiwania nowego towarzysza szybszych treningów i startów. Przypomniałem sobie wtedy o leżących w szafie Nike Streak 5 i wpadłem na pomysł testu w którym mógłbym porównać kolejne ich generacje. Pierwsze wrażenie jest takie, że są to dwa zupełnie różne buty, nowemu jakby brakowało agresywności poprzednika. Być może to kwestia niuansów kolorystycznych i wykończenia, ponieważ po dokładniejszym przyjrzeniu się trudno zauważyć radykalne różnice. Z początku wydaje się znacznie ciaśniej. Na tyle, że zacząłem przykładać do siebie buty z różnych generacji chcąc sprawdzić gdzie tkwią różnice. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że „szóstki” mają nawet nieco dłuższą podeszwę przy tym samym rozmiarze. Ten but to typowy przykład innych odczuć podczas przymierzania i po kilkunastu nawet minutach użytkowania. Warto o tym pamiętać w sklepie. Czy to jest but wygodny? Po raz pierwszy pobiegłem w nich Puchar Maratonu Warszawskiego na 5 kilometrów, po czym… wsiadłem w samochód i pojechałem z córką na sportowy festyn dla dzieci. Nieco ponad dwie godziny w każdą stronę, dodatkowo na miejscu spędzając kolejne trzy godziny na nogach. Po powrocie do domu byłem oczywiście zmęczony, ale nie zauważyłem żadnych problemów ze stopami. A właściwie zauważyłem brak bólu charakterystycznego dla wielogodzinnego korzystania z butów przeznaczonych raczej do szybkich i krótkich startów. Nike pozycjonuje ten model jako sprzęt startowy na dystansach od 5 km do półmaratonu, Zgodziłbym się jednak z opiniami, że żwawy amator w okoliczach 3 godzin na maratonie bez obaw może założyć je na ten właśnie dystans. Z grona adidas adios, Mizuno Sayonara, Saucony Kinvara czy Fastwitch najbardziej skłonny byłbym na maratoński bieg zabrać Streaki. Choć tego typu sprzęt używam zwykle na specjalnych treningach, bliżej docelowych zawodów, w tym przypadku zdarza mi się zabrać Streaki na luźne wybiegania, a nawet na dłuższe, niedzielne trasy. A dla ciężkiego zawodnika nie jest to wcale takie oczywiste. Nie znaczy, że uważam ten model za but uniwersalny, który może posłużyć nam do wszystkich zadań. To nadal sprzęt wyścigowy i powinien być używany świadomie i w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Zoom Streaki najlepiej sprawdzą się na szybkich treningach rytmowych, interwałowych czy tempówkach. Jeżeli chcemy nabijać w nich luźne kilometry powinniśmy robić to na świeżych nogach. Tylko wtedy da się wykorzystać atuty związane ze świetnym czuciem podłoża, czy dynamiką biegu. Jeżeli czujemy się zmęczeni, lub brak nam świeżości warto przesiąść się na coś z większą amortyzacją. Nawet najszybsi zawodnicy nie biegają wyłącznie w wysokim tempie lub tylko w butach startowych. But ma kilka szczegółów, które bardzo przypadły mi do gustu. Podeszwa wyprofilowna jest tak, że wewnątrz wyczuwa się bardzo wyraźne wsparcie dla łuku stopy w okolicach śródstopia. Dziwne uczucie, trochę niepokojące z początku lecz świetnie sprawdzające się w praktyce. Prawdopodobnie nie każdemu będzie odpowiadać, ale dla mnie to strzał w dziesiątkę. Po mocnym treningu znacznie szybciej stopy dochodzą do siebie, a biegi w okolicach 5 km praktycznie nie pozostawiają śladu w postaci lekkiego odrętwienia, z którym spotykałem się czasem w innych modelach startowych. Podoba mi się miękki zapiętek, jest to dla mnie wygodne rozwiązanie. W adidasach (np. Adios) jest on sztywny i od jakiegoś czasu wszystkie moje Adiosy przechodziły zabieg z użyciem kombinerek i noża, zgodnie z poradą Marcina Nagórka. Miękki zapiętek znajdziemy również w innych butach (np. Saucony Kinvara) i zawsze lepiej mi się z nim biegało niż z mocno usztywnioną piętą. Cholewka wykonana jest materiału Flymesh z podwójną warstwą w okolicach śródstopia. Jest on bardzo cienki, przewiewny i nie trzyma wody, jednocześnie dobrze utrzymując stopę w bucie. Czasem możemy się spotkać z lekkimi materiałami, które wspierane są przez wtopione plastikowe wzmocnienia, szkielety itp. Przy odrobinie pecha w rozwiązaniach takich waga co prawda trzymana jest w ryzach lecz komfort przepada jak kamień w wodę. Tu zarówno komfort jak i funkcjonalność idą w parze. Ważąc solidnie ponad 80 kilogramów i mierząc prawie dwa metry naprawdę czuje się, kiedy but „nie trzyma” lub jest za miękki (np. na łukach bieżni). W tym przypadku nie ma o tym mowy. W Sieci (m.in. w sklepie internetowym Nike) natknąłem się na wiele zarzutów dotyczących trwałości tego buta, w szczególności cholewki. Być może trafiłem na wyjątkowy egzemplarz, być może przebiegłej w nich jeszcze zbyt mało (ok. 150km) żeby natknąć się na problemy. Biegacze często jednak nie zdają sobie sprawy, ze buty startowe są mniej trwałe od treningowych. Uważam, ze 400km na startówkę przy mojej wadze to bardzo dobry wynik i niewiele modeli radziło sobie przyzwoicie powyżej tej granicy. Taki urok tego segmentu, niską wagę i dynamikę zyskujemy kosztem trwałości. Żeby recenzja wyglądała lepiej, zwykle trzeba na coś ponarzekać, tym razem nie mam jednak takich powodów. Co prawda trudno napisać, że się zakochałem, albo trafiłem na but życia bo aż tak uczuciowy względem sprzętu nie jestem. Mogę jednak ze spokojnym sumieniem ten model polecić każdemu do spróbowania. „Piątki” służą mi jeszcze do treningów jakościowych, „szóstki” zostawiłem sobie na starty. To chyba najlepsze podsumowanie.
[caption id="attachment_49987" align="alignnone" width="785"] Marco Campelli for Wings for Life World Run/Red Bull Content[/caption] [h2]Na początku maja w kolejnej edycji Wings For Life World Run przebiegł dystans 88, 24 km, co pozwoliło mu zająć w wyścigu drugą lokatę. To samo miejsce, ale po 82 km zajął rok wcześniej. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim Bartosz Olszewski, znany również jako Warszawski Biegacz, opowiedział o trudnościach związanych z tegoroczną edycją, planach na przyszłość oraz łączeniu biegania z pracą na pełen etat.[/h2] Stawiasz przed sobą wiele sportowych wyzwań, ale może zaczniemy od tego ostatnio najgłośniejszego. Wings for Life World Run to pod wieloma względami wyjątkowy bieg. Tak, to bieg pod każdym względem wyjątkowy. Po pierwsze, to co każdemu rzuca się w oczy to brak mety, a fakt, że ona nas goni. Druga rzecz dotyczy tego, że rywalizujemy całym światem – w tym roku było 25 lokalizacji. Nie biegamy lokalnie tylko globalnie. Trzeba też pamiętać o tym, że to bieg charytatywny, cały dochód z niego jest przekazywany na leczenie urazów rdzenia kręgowego. To też dużo mówi o tym, jaki to bieg. Okazuje się, że bieg charytatywny, amatorski może stać się popularny i być pokazywany atrakcyjnie w telewizji. Do tego wszystkiego dochodzą również emocje. Wybór odpowiedniego miejsca do startu w tych zawodach ma przełożenie na późniejszy wynik? Tak, oczywiście. W pewnym sensie jest to loteria, bo mogą być różne warunki pogodowe, w danym miejscu może inaczej wiać. Profil trasy zawsze możemy sobie sprawdzić, jedne są bardziej płaskie, inne górzyste, jedne szybsze, drugie wolniejsze. W Mediolanie trasa jest dość płaska, nie ma tam dużych przewyższeń, ale na pewno nie jest optymalna ze względu na pogodę. W tym roku i tak nie była taka zła, ale już ostatnie 30 km biegliśmy w temperaturze ponad 20 stopni i na słońcu. Było naprawdę trudno. Gdy rok temu biegłem w Kanadzie, to była świetna trasa, jeżeli chodzi o pogodę i profil, ale niestety w tym roku już jej nie było wśród wytypowanych lokalizacji. Na pewno wybór miejsca ma znaczenie, jedne sprzyjają dłuższemu bieganiu, a inne nie. Czy miałeś przed biegiem postawiony konkretny cel, chciałeś przebiec daną liczbę kilometrów? Nie, jedyny mój cel był taki, aby wygrać lokalnie. Wybrałem Mediolan, bo chciałem zmierzyć się z zeszłorocznym zwycięzcą. Biegłem w Kanadzie, ostatecznie w całym biegu byłem drugi, a wygrał Giorgio Calcaterra. Chciałem zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Rywalizacja zawsze dodaje trochę smaczku. Dla każdego sportowca jest to coś wyjątkowego, stąd też wybór właśnie tej trasy. Podczas startu zdarzyły się momenty, że miałeś już dosyć i chciał skończyć z gorszym rezultatem? Do tej pory nigdy takich momentów nie miałem, ale rzeczywiście w Mediolanie tak było. To był bardzo trudny bieg, najcięższy fizycznie i psychicznie w moim życiu. Był taki moment, chyba na 74 km, gdy Calcaterra od 10 kilometrów kilka razy mnie atakował. Miałem dość psychicznie, ale też fizycznie, bolały mnie nogi, chciałem się poddać. Jak przyspieszył któryś raz z rzędu, to się poddałem, powiedziałem sobie, że nie dam rady, będę drugi. Calcaterra uciekł mi na kilkadziesiąt metrów, lecz później miał pecha lub ja miałem szczęście. Dopadł go kryzys, a ja się pozbierałem, dogoniłem go, zobaczyłem, że bardzo cierpi i zaatakowałem. To był decydujący moment biegu. Na trasie Wings for life rzeczywiście kilka razy miałem całkowicie dość biegania. W trakcie biegu wie się w ogóle, jak wygląda sytuacja w innych miejscach? Różnie to bywa. Najlepszą komunikację miałem w Poznaniu, gdzie już od 40 km mówili mi jak wygląda sytuacja w innych miejscach. Sytuacja była też inna, bo, wiadomo, biegłem u siebie, mogłem spokojnie porozmawiać i popytać. W Kanadzie podobną informację otrzymywałem od 70 km. Wiedziałem, który jestem na świecie, jakie są zmiany na trasie i jaką mam przewagę. W Mediolanie kompletnie nic nie wiedziałem. Nawet przez chwilę jednak nie zastanawiałem się, który jestem na świecie. Koncentrowałem się na samym starcie, biegłem bark w bark z Giorgio. Skupiałem uwagę na tym, żeby biec dalej i dać radę wygrać tę rywalizację. Trochę dyskusji wzbudziło zwycięstwo Arona Andersona ze Szwecji, który porusza się na wózku. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Trudno mi się jednoznacznie wypowiadać na ten temat. Jest to bieg charytatywny, więc to też takie symboliczne zwycięstwo Arona. Zbieramy pieniądze na walkę z urazami rdzenia kręgowego i wygrywa ktoś, kto porusza się na wózku. Również marketingowo wygląda to bardzo dobrze. Nie mam zupełnie nic przeciwko temu, aby osoby z niepełnosprawnością startowały w zawodach, podobnie jak w biegach czy maratonach. Byłbym jednak za oddzielną klasyfikacją dla wózkarzy i biegaczy, bo to są inne sporty. W ogóle nie chcę wnikać w to czy on miał lepiej, czy gorzej, tego się nie da po prostu stwierdzić. Oczywiście jednak szanuję ten wynik, wiem, w jakim biegu startowałem, nie mam do nikogo pretensji, zrobiłem co miałem zrobić i jestem zadowolony ze swojego wyniku. Nie płaczę, że wyprzedził mnie ktoś na wózku. Czym przygotowanie do Wings for Life World Run różni się od przygotowań do innych długodystansowych biegów? Tak naprawdę nie różnią się. Przygotowanie do Wingsa jest podobne do przygotowania do maratonu. Jest trochę mniej pracy nad szybkością a trochę więcej nad wytrzymałością w tempie startowym. Biegam tyle kilometrów w tygodniu, na ile mogę sobie pozwolić – czy będzie to maraton czy taki bieg, w tygodniu wybiegam 170-180 km. Mniej jest pracy nad szybkością, mniej treningów na bieżni np. 400 metrów lub kilometrówki. Natomiast dużo treningów 20-30 km w tempie docelowym. Zawsze sobie robię dwa treningi pod Wingsa, czyli w tym roku to było 40 km biegu w tempie docelowym oraz maraton, który również był biegiem pod ten start. Jakie teraz przed Tobą cele? Zastanawiasz się już nad kolejnymi większymi wyzwaniami czy po Wings jest czas na odpoczynek? Na razie odpoczywam, ale w czerwcu chciałbym zaatakować rekord życiowy na 10 km. Nogi jednak mocno dostały, jak teraz biegam, biega mi się dobrze, jednak przy szybszych biegach czuć jeszcze ból, wolę trochę poczekać i dać im odpocząć. W sierpniu chciałbym wystartować w jakimś długim biegu. Jeszcze nie wiem jakim, ale zapewne będzie to bieg ultra. Na jesieni maraton, choć jeszcze nie wybrałem konkretnego. Długofalowym celem są przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Chorwacji na 100 km. Bieganie to przyjemność, pasja, a może coś więcej? Masz poczucie, że ciągle musi mieć przed sobą jakieś nowe wyzwanie? Bieganie, tak jak powiedziałeś, to dla mnie przede wszystkim pasja. Ciężko to nazywać już typową przyjemnością. Często jest tak, że jakiś trening robię, bo wiem, że muszę, a nie dlatego, że sprawi mi wielką przyjemność. To pasja do sportu i rywalizacji, trochę to działa jak narkotyk. Ciężko byłoby mi się obejść nie tyle bez biegania, co bez sportu. Mówiłeś o tym, ile czasu tygodniowo poświęcasz na bieganie. Dalej jest to łączone z pracą? Tak, pracuję na cały etat w Polkomtelu. Muszę to jakoś łączyć, więc biegam przed i po pracy, a także nadrabiam w weekendy. To największy problem, dlatego tak jak mówiłem te treningi czasem nie są taką przyjemnością, bo nie mogę ich zrobić wtedy kiedy bym chciał. Nie mogę spokojnie zjeść śniadania, odczekać dwie godziny, a później pójść biegać, tylko muszę o wschodzie słońca zrobić rano trening przed pracą, kiedy praktycznie jeszcze śpię i szybko się wykąpać. Potem zaczynam jak każda normalnie pracująca osoba 8-godzinny etat. Jakoś sobie z tym jeszcze radzę, ale wymaga to sporo poświęceń i rezygnowania z wielu rzeczy, na które nie mogę sobie pozwolić, bo to zajmuje wiele czasu. Sam nazywasz siebie amatorem, ale po tak dobrych wynikach trudno dalej o taką klasyfikację. Nie da się tego tak jednoznacznie sklasyfikować. Gdyby ktoś przyparł mnie do muru i zapytał czy jestem amatorem czy zawodowcem, to powiedziałbym, że amatorem. Dla mnie zawodowiec to osoba, która zarabia na bieganiu, a ja zarabiam na czym innym. Bieganie to pasja i uzupełnienie. Najlepszym określeniem dla mnie byłoby chyba profesjonalny amator, bo trenuję profesjonalnie, układam trening jak zawodowcy, ale nie mam też czasu, aby całkowicie poświęcić się tylko bieganiu. Mam bardzo mało czasu na regenerację i praktycznie w ogóle nie korzystam z odnowy, bo nie mam kiedy. Ludzie bardzo często pytają mnie o masaż i podobne sprawy. Chętnie bym skorzystał, ale brakuje mi czasu. To różni mnie i podobnych sportowców od zawodowców. Mam czas na sen, odpoczynek, bezpośrednio po biegu robimy coś, co nie jest związane ze sportem, ale pozwala nam wypocząć, tak wygląda regeneracja. Skąd w ogóle pomysł, aby dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat biegania na blogu? Blog powstał w 2012 roku po moim pierwszym wygranym Maratonie w Lozannie. Chciałem wtedy napisać o nim coś więcej, o moich emocjach i przeżyciach. Na Facebooku jest tylko miejsce na krótką notkę, więc postanowiłem stworzyć bloga, by móc pisać dłuższe rzeczy. To trochę miał być też dla mnie taki pamiętnik. Okazało się, że coraz więcej ludzi zaczęło mi zadawać pytania, ja zacząłem odpowiadać. Jak pytania były rozległe, to pomyślałem, że warto im odpisać w formie postów, aby te rady gdzieś zostały. Zainteresowanie rosło i wtedy to ruszyło. Od tego czasu blog cały czas się rozrasta, czytelników jest więcej, a mi to sprawia przyjemność, więc będę to kontynuował. Zgłaszają się ludzie, którzy piszą, że dzięki blogowi zmobilizowali się najpierw do treningu, a później do cięższego biegania? Praktycznie codziennie dostaję takie wiadomości. To jest główna motywacja do tego, aby cały czas to robić. Tak jak w każdej pracy, tak z blogiem, mam takie momenty, że nic mi się nie chce i najchętniej porzuciłbym to na miesiąc. Właśnie takie wiadomości, że dzięki blogowi ktoś zmienił swoje życie, zaczął biegać, nauczył się tego, zupełnie się zmienił, schudł czy przebiegł pierwszą piątkę. Dostałem też wiadomość, że ktoś wyszedł z alkoholizmu i realizuje się w bieganiu. Takie wiadomości potrafią podbudować. Od kilku lat można zaobserwować większą modę na bieganie, ale czy ma to też przełożenie na większą świadomość dotyczącą tego jak powinno się trenować? Nie ma, myślę, że jest wręcz odwrotnie. Prawda jest taka, że bardzo mało osób potrafi świadomie trenować i biegać. Ludzie bywają też leniwi i szukają prostych, magicznych sposobów np. maraton w 5 minut. Tak naprawdę mało komu chce się przeczytać książkę na ten temat. Świadomość nie jest zbyt wielka. Na blogu mam sporo wpisów lifestylowych lub opisów, ale staram się raz w tygodniu wrzucić też post, który będzie zawierał jakąś wiedzę na temat treningu, będzie uczył. Mam nadzieję, że mi to wychodzi. Z każdym kolejnym tysiącem biegaczy jest więcej biegaczy nieświadomych, których fajnie jest zainspirować do tego, żeby dowiedzieli się więcej na temat samego biegania, bo wtedy jest to przyjemniejsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze. Czasami mam wrażenie, że największą motywacją dla osób, które idą biegać jest fakt, że będą mogli wrzucić zdjęcie na Facebooka. Coś w tym jest. Tworzą się rywalizacje ze znajomymi z pracy, z podwórka czy z sąsiadami. Sporo osób zaczyna biegać, bo jest taka moda, potem szybko z tego rezygnują po 2-3 tygodniach, bo to wiąże się z ciągłym wysiłkiem. To wynika z tego, że nie wiedzą jak zacząć. Chcą szybko biegać, wrzucać super wyniki, jednak bieganie jest takim sportem, który wymaga długofalowej pracy. To nie jest tak, że wyjdziemy i pobiegniemy od razu 10 km z super wynikiem. Tu trzeba stopniowo podchodzić do prędkości i dopiero po 3 miesiącach widać większe, satysfakcjonujące rezultaty. Przy tylu aktywnościach jest jeszcze miejsce na to, aby oderwać się od pracy i biegania? A może ten czas wolny to właśnie czas poświęcony bieganiu. Jak najbardziej jest, choć nie ma się co oszukiwać, że mam go za dużo. Z narzeczoną Kasią, która trenuje do triathlonu, trenujemy od poniedziałku do piątku. Staramy się to jednak tak zorganizować, aby pomimo pracy około 18-18:30 być w domu i mieć czas dla siebie. Wiadomo jednak, że nasze treningi są bardzo męczące i raczej nie mamy ochoty iść na spacer, wolimy poleżeć w łóżku, pooglądać seriale, poczytać książkę czy popracować nad blogiem. Jesteśmy osobami, które biegają, bo to ich pasja, ale mamy też inne zainteresowania. W weekendy staramy się oderwać od treningu i zająć się innymi rzeczami, pójść do kina czy teatru, wyjść do restauracji, spotkać się ze znajomymi. To jest coś nad czym bardzo ubolewamy – czasu dla znajomych jest bardzo mało. Im więcej treningów, tym jest go mniej. Weekend to czas na nadrabianie zaległości z tygodnia. Ograniczasz swoje wyzwania do biegania, a może myślisz też o spróbowaniu sił w innych sportach? Ograniczam do biegania. Miałem pomysł z triathlonem. Cały czas jest chęć spróbowania, ale szybko ją powstrzymuję, bo nie da się tego pogodzić. Jak chcę być dobry w bieganiu, to muszę biegać i nie mogę zaprzątać głowy innymi sportami. Mój główny kierunek to biegi ultra, MŚ na 100 km, mocne prestiżowe biegi dłuższe w granicach 100 km, na razie płaskie, a może kiedyś w górach. Za kilka lat nie mówię jednak nie. Planuję na rok, maksymalnie dwa do przodu. Myślę, że może kiedyś triathlonu spróbuję, ale na razie zdecydowanie nie. Jak zachęciłbyś do biegania kogoś, kto jest na początku drogi biegowej, do regularnego wysiłku? To bardzo trudne. Zawsze mówię, że bieganie jest sportem, który wymaga systematyczności i determinacji. Jeżeli mamy biegaczy niesystematycznych, w jednym tygodniu biegamy, w drugim nie, to nie możemy oczekiwać rezultatów. Nic na siłę. Jeżeli bieganie nam nie sprawia przyjemności, to może poszukajmy innych sportów, triathlonu, roweru, pływania czy sportów zespołowych. Nie samym bieganiem sport stoi. Każda aktywność jest dobra, warto się ruszać i nie ważne, jaką wybierzemy dyscyplinę. To nie ma większego znaczenia, ważne, żeby wyjść, robić to, co sprawia nam przyjemność. [yop_poll id="67"]
[h2]To była bardzo gorąca inauguracja sezonu triathlonowego na Pomorzu. Temperatura dochodząca do 30 stopni Celsjusza nie przestraszyła zawodników. Prawie pół tysiąca triathlonistów pojawiło się w miniony weekend 27-28 maja br. w Gniewinie, gdzie wystartowali w pierwszej z pięciu imprez cyklu Triathlon Energy 2017. Rywalizacja była na wysokim poziomie. [/h2] Zawodniczki i zawodnicy zmagali się na trzech dystansach. 1/8, 1/4 i popularnej „połówce” Ironmana. Pierwsi do wody weszli triathloniści z najdłuższego dystansu. Do przepłynięcia mieli 1,9 km, do przejechania 90 km i przebiegnięcia półmaraton, ponad 21 km. Od samego początku zabójcze tempo narzucił Paweł Miziarski, który wyszedł pierwszy z wody i już do samego końca nie oddał prowadzenia. Do mety dotarł po 4:29:34. Ostra walka trwała o pozostałe miejsca na podium, a kolejność w stawce często ulegała zmianie. Ostatecznie drugi był Michał Czapiński 4:32:43, a trzeci Michał Twarowski 4:44:50. Wśród Pań wygrała Anna Żychska 5:15:08 przed Katarzyną Kaczkowską 5:29:35 i Gabrielą Czyż 6:09:23. Warto dodać, że Ania wygrała także tytuł Hill Hero, czyli zawodniczki, która najszybciej wjechała dwukilometrowy podjazd z średnim nachyleniem 8 procent, które chwilami dochodziło nawet do 21 procent. Najszybszą sztafetą została ekipa GT Sulmin. Na dystansie o połowę krótszym rywalizacja o zwycięstwo była jeszcze większa. Na starcie Daniel Formela, Tomasz Spaleniak, Maciej Kosmala, Paweł Najmowicz, Damian Tomaszewicz czy Jakub Ruciński. To zapowiadało duże emocje. I tak też było. Pierwszy z wody wyszedł Kosmala, za nim Najmowicz. Różnice pomiędzy najlepszymi były niewielkie. Daleko z tej stawki wyszedł tylko Ruciński. Odbił to sobie na rowerze. Trasę 45 kilometrów z dwoma ciężkimi podjazdami pod wieżę przejechał najszybciej z czasem 1:08:01. I był na rowerze szybszy od drugiego w tej konkurencji Formeli o 36 sekund. Jakub zdobył tytuł Hill Hero. Ostatecznie na mecie zameldował się czwarty, wygrywając klasyfikację wiekową M3. Kategorię Open wygrał Daniel Formela z czasem 2:03:48, drugi był Paweł Najmowicz 2:07:29, a trzeci Tomasz Spaleniak 2:08:24. Wśród Pań rywalizację od początku do końca zdominowała Paulina Załucka, wygrywając z czasem 2:28:33, przed Agnieszką Kubik 2:41:23 i trzecią Hanną Janczak 2:41:57. Wśród sztafet najszybsza była ekipa Smaruj na trening. W samo południe do wody weszli zawodnicy na dystansie 1/8. Wśród nich najwięcej debiutantów, na czele z Jackiem Kurowskim, dziennikarzem TVP, który na co dzień komentuje wydarzenia sportowe. Tym razem postanowił sprawdzić, jak to wygląda od wewnątrz. Po chorobie do startów wróciła Marta Łagownik, która chwilę przed sygnałem startowym mówiła, że na trasie okaże się, czy jest już zdrowa. Na metę dobiegła trzecia wśród całej stawki. Przed nią zameldowali się tylko Igor Siódmiak, który potrzebował 1:04:14, za nim był Emil Wydarty z czasem 1:08:12. Marta wbiegła na metę 34 sekundy po Emilu. Trzeci wśród Panów był Roman Nowak 1:09:15. Stawkę Pań na podium uzupełniły: Aleksandra Sypniewska-Lewandowska 1:14:10 i Rita Biskupska 1:20:38. A jak wypadł Jacek Kurowski? Na metę wbiegał szczęśliwy przybijając piątki z kibicami. - Jestem bardzo zadowolony, że w końcu to się stało – powiedział dziennikarz. – Na trasie było ciężko. Pogoda nie pomagała, ale za to organizacja na najwyższym poziomie. Niczego nie brakowało. Świetni wolontariusze. Cieszę się, że udało mi się dojechać i wystartować. To, co warto podkreślić oprócz rywalizacji na wysokim poziomie, to także niesamowita rodzinna atmosfera. Organizatorzy Triathlon Energy, Gmina Gniewino i Hotel Mistral Sport przygotowali dużą, przestrzenną strefę zawodnika, gdzie wspólnie odpoczywać mogli zawodnicy z rodzinami. - Dawno nie byłem na tak świetnych zawodach – twierdzi Krzysztof Wiatrowski z Gdańska. - Czułem, że ten dzień jest wielkim świętem triathlonu. Wszyscy mili i chętni do pomocy, a organizatorzy rewelacyjni, gdyż od początku do końca udało im się stworzyć rodzinne zawody. Wszystkie trasy świetnie zabezpieczone i oznakowane. Rewelacyjni wolontariusze oraz cudowni kibice, którzy na trasie biegowej dawali kopa. Strefa finishera dostępna dla zawodników i rodzin to również strzał w dziesiątkę. Kolejne zawody z cyklu Triathlon Energy już 18 czerwca 2017 roku w Starogardzie Gdańskim, gdzie m.in. wystartuje 10-letnia, niepełnosprawna Paulinka z wujkiem Rafałem Butnym. Wyniki zawodów [yop_poll id="79"]
[h2]27 maja w stolicy Słowacji, Bratysławie, odbyły się Mistrzostwa Europy w Aquathlonie. Na starcie pojawili się także Polacy, z których najlepszy występ zanotował Michał Oliwa. Dwudziestolatek zdobył tytuł wicemistrza Europy w kategorii U23.[/h2] Juniorzy, młodzieżowcy oraz Elita startowali na jednakowym dystansie 1000m pływania (2 okrążenia po 500m) i 5 km biegu (5 okrążeń po 1000m). Kategorie U23 i Elita wystartowały o godzinie 17:00 i 17:45, wcześniej - 0 15:30 i 16:15 - na trasę ruszyli juniorzy. W kategorii mężczyzn niepokonany okazał się Richard Varga, mistrz świata w aquathlonie z lat 2010, 2012, 2013 i 2015, reprezentant Słowacji na igrzyskach olimpijskich w Londynie (22 miejsce) i w Rio (11 miejsce). Ku ogromnej uciesze kibiców wyszedł z wody jako pierwszy, minimalnie wyprzedzając Węgra Marka Devaya. 20 sekund za nimi na brzegu pojawił się Michał Oliwa. Minutę za Vargą z wody wyszedł Sylwester Kuster, 10-krotny Mistrz Polski w triathlonie, który zanotował trzeci czas części biegowej. Na podium, poza Richardem Vargą, stanęli Dmytro Malyar z Ukrainy i wspomniany wyżej Mark Devay, który został jednocześnie zwycięzcą kategorii U23. Na szóstym miejscu zawody ukończył Sylwester Kuster, tuż przed Michałem Oliwą, który zajął drugie miejsce w młodzieżowcach. Na 29 miejscu uplasował się Konrad Zdun, na 40. Adam Kuśka. Pełne wyniki kategorii U23 i Elity mężczyzn [h6]Fot. fanpage Michała Oliwy[/h6] Reprezentacja Polski pojawiła się także w kategorii Juniorów. Z najwyższą lokatą - na czwartym miejscu - zawody ukończył Miłosz Walkowiak ze stratą 22 sekund do zwycięskiego Węgra, Gergo Soosa. 32 miejsce zajął Michał Jarliński, 35 Szymon Dzik. Na starcie dziewcząt bardzo dobry występ zaliczyła Klaudia Petters - uplasowała się na czwartym miejscu, jednocześnie notując czwarty czas biegu w stawce. 10 miejsce zajęła Marta Sikora, 16 Roksana Słupek. Najlepszą juniorką na zawodach okazała się reprezentantka Słowacji, Kristina Jesenska. Pełne wyniki kategorii juniorów Pełne wyniki kategorii juniorek Wśród Polek startujących w Elicie najlepsza okazała się Aleksandra Sikora - zameldowała się na mecie na siódmej pozycji (5 w U23). 14 miejsce zajęła Alicja Ulatowska, 19 Joanna Skutkiewicz, 21 Małgorzata Lipowska. Zawody zwyciężyła Brytyjka Hanna Kitchen przed Romaną Gajdosovą ze Słowacji i Zsanett Bragmayer z Węgier. Pełne wyniki kategorii U23 i Elity kobiet
[h6]Fot. Michał Karbowiak[/h6] [h2]Warszawa, jak każde duże miasto kojarzona jest przede wszystkim z wysokimi budynkami, gęstą zabudową i korkami. Tymczasem w tej właśnie warszawie można wystartować w kilku bardzo ciekawych biegach terenowych, jednym z nich jest Hipodromowy cross biegowy[/h2] [h6]Fot. Michał Karbowiak[/h6] Hipodromowy cross biegowy ma krótką tradycję, pierwsza edycja została rozegrana w 2014 roku, będzie więc to dopiero 4 odsłona tego biegu, ale miłośnicy biegania na łonie natury i trailu powinni się tym biegiem zainteresować i datę 11.06.2017 wpisać do kalendarza. Bieg odbywa się w Wesołej na terenie mazowieckiego parku krajbrazowego. Zawodnicy mogą wybrać dystans 10 km, 2,5 km oraz biegi dziecięce i sztafetę, a także nordic walking. Biegi odbywają się na pętli o długości 2,5 km która obfituje w piaszczyste ścieżki, podbiegi i zbiegi oraz korzenie i jest całkiem wymagająca. Rekord trasy Artura Jabłońskiego wynosi 34:58 więc można jednak szybko pobiegać, ale można się też zgrzać, bowiem za każdym razem w czasie zawodów pogoda dopisywała aż za bardzo i panowały potężne upały. Wpisowe na chwilę obecną (czyli do 01.06) wynosi 30 zł - 10 km 20 zł - 2,5km 20 zł - nordic walking 50 zł - sztafeta (opłata za drużynę) Po 01.06 wpisowe wzrośnie do 40 zł 30 zł 30 zł 60 zł Zapisywać się przez internet można do 08.06
[h2]24 czerwca 2017 r. na Jeziorku Czerniakowskim w Warszawie odbędą się IV Beko Otwarte Mistrzostwa Warszawy w Pływaniu w Wodach Otwartych, otwierająca zmagania w Pucharze Polski Masters. Będzie to już czwarta edycja zawodów z cyklu Warsaw Open Water organizowana przez Warsaw Masters Team przy współpracy ze stołecznym WOPR-em. [/h2] Podczas zeszłorocznych Mistrzostw na starcie stanęła rekordowa liczba 250 zawodników, co stanowi niepodważalny rekord liczby startujących na zawodach pływackich w wodach otwartych. W rywalizacji wzięli udział czołowi polscy zawodnicy, jak m.in. Olimpijka Joanna Zachoszcz oraz goście z zagranicy. Najmłodszy uczestnik miał 13, najstarszy 84. Swoich sił w zawodach mogli również sprobować triathloniści, dla których przygotowane były oddzielne konkurencje. W tym roku organizatorzy planują pobić kolejny rekord frekwencji. Dla uczestników, oprócz tradycyjnych wyścigów na 3 km oraz 1,5 km (w piankach i bez), odbędzie się wyścig dla dzieci na 100 m oraz dodatkowa konkurencja „Beko Pralka Challenge”, będąca serią 4 wyścigów na dystansie 300 m, w systemie eliminacji, gdzie w każdym kolejnym etapie skraca się czas kwalifikacji. To pierwszy taki wyścig na zawodach open water w Polsce, wzorowany na zagranicznych imprezach pływackich. Zapraszamy do uczestnictwa zarówno profesjonalnych zawodników jak i amatorów, pływaków i triathlonistów. Każdy będzie miał możliwość wypróbowania swoich sił. Zapowiada się świetna zabawa oraz dużo sportowych emocji. Strona organizatora Strona wydarzenia na Facebooku [yop_poll id="78"]
[h2]Hiszpański szkoleniowiec Juan Rodriguez Biehn na stanowisku trenera-koordynatora i system obowiązkowych licencji - to wdrażane przez Polski Związek Triathlonu elementy, które mają profesjonalizować tę dyscyplinę. Celem wprowadzanych nowości są nie tylko sukcesy olimpijskie, ale również popularyzacja triathlonu amatorskiego.[/h2] Podczas konferencji prasowej, która w poniedziałek odbyła się w Warszawie, prezes PZTri Paweł Jarski wręczył Biehnowi oficjalną nominację trenerską, podkreślając doświadczenie hiszpańskiego szkoleniowca: Juan kierował ośrodkiem High Performance Center, w którym ćwiczyli najlepsi hiszpańscy zawodnicy, współtworzył także system poszukiwania talentów, pozwalający zidentyfikować takich sportowców jak zwycięzca serii MŚ 2016 Mario Mola czy brązowy medalista finału MŚ 2016 Fernando Alarza. Wierzymy, że wprowadzenie hiszpańskich rozwiązań na nasz grunt umożliwi lepsze szkolenie i dokładniejsze wyszukiwanie talentów. 49-letni Biehn, który przez wiele lat związany był z Hiszpańską Federacją Triathlonu (FETRI), piastując najwyższe szkoleniowe funkcje, zaznaczył, że praca w Polsce to wyzwanie, którego chętnie się podejmuje: Rezultatem wprowadzanych i nadzorowanych przeze mnie programów szkolenia wyczynowych triathlonistów były międzynarodowe sukcesy naszych zawodników. Jestem przekonany, że wizja szkoleniowa, z jaką rozpoczynam pracę w Polsce przyniesie podobne efekty. Wiceprezes PZTri Krzysztof Spyra zwrócił uwagę, że mimo ogromnego doświadczenia Biehna na najwyższym międzynarodowym poziomie, ustalone ze związkiem cele muszą być realne: Wiemy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Zanim celem stanie się medal olimpijski to aktualnie stawiajmy na popularyzację naszej dyscypliny i szkolenie młodzieży. To są absolutne priorytety. Koncepcja poszukiwania triathlonowych talentów to zwrot w stronę pływania, stąd duży nacisk położymy na organizację aquathlonów. Wśród kolejnych działań nastawionych na dalszą popularyzację i rozwój triathlonu w Polsce włodarze PZTri przedstawili koncepcję obowiązkowych licencji, które będą obowiązywać od 2018 roku. To wypracowana wspólnie ze środowiskiem organizatorów wszystkich największych imprez triathlonowych idea włączenia jak największej liczby pasjonatów triathlonu w oficjalne struktury sportu. Od przyszłego sezonu każdy amator chcący wystartować w ustalonych imprezach (do tej pory swój udział w systemie licencji potwierdziło 39 organizatorów) będzie musiał posiadać licencję roczną lub dzienną. Krzysztof Spyra powiedział: Dla organizatorów taki system oznacza większe bezpieczeństwo zawodów, gdyż licencje roczne wymagają regularnych badań lekarskich, a licencje dzienne oświadczenia o dobrym stanie zdrowia. Polskiemu Związkowi Triathlonu taki system pozwoli w przejrzysty - również dla ministerstwa i sponsorów - sposób obserwować zainteresowanie dyscypliną, tworząc bazę zawodników i amatorów, a także umożliwi pozyskanie dodatkowych finansów na sport młodzieżowy. Wprowadzenie spójnego systemu ma przynieść startującym wymierne korzyści, do których należy zaliczyć: włączenie zawodników w oficjalne struktury sportu - poprzez stworzenie ogólnopolskiego rankingu zawodników Age-Group, objęcie posiadaczy licencji, zarówno na czas zawodów jak i treningów, ubezpieczeniem NNW, a także włączenie ich do programu zniżek uprawniających do zakupu sprzętu sportowego oraz odżywek u partnerów Polskiego Związku Triathlonu. Spyra dodał, że na światowej arenie licencje dzienne są czymś naturalnym i, w zależności od kraju ich koszt waha się od 10 do 60 euro, zatem w Polsce będą one najtańsze (20 zł). Dystrybucja środków uzyskanych ze sprzedaży licencji ma być w transparentny sposób przekierowywana wyłącznie na szkolenie młodzieży, organizację aquathlonów i testów naborowych dla młodzieży oraz na szkolenia trenerskie. [h3]Lista imprez sezonu 2018 wchodzących w skład systemu licencyjnego:[/h3] (w nawiasie nazwa organizatora) Triathlon TTT Series (G&G Promotion Grzegorz Golonko) Tri Tour (Enduport) Elemental Triathlon Series (Labosport) Garmin Iron Triathlon (Labosport) Castle Triathlon Malbork (Labosport) Triathlon Gołdap (Labosport) Triathlon Radków (Labosport Triathlon Susz (UM I CSiR Susz) Iron Dragon Triathlon Kraków (KT "Water Kinghts" Zabierzów) Iron Dragon Cross Triathlon Kraków (KT "Water Kinghts" Zabierzów) Triathlon Energy (Energy Events) IM 70.3 Gdynia (Sport Evolution) 5150 Warsaw (Sport Evolution) XTERRA Kraków (Stowarzyszenie "Sport bez barier") Triathlon Pniewy (OSiR Pniewy) Triathlon Bydgoszcz Borówno (Towarzystwo Sportowe "Tri Sport") Triathlon Mietków (Fundacja "Pro Sport Pro Life") Triathlon Zgorzelec (Platforma Sportów Wytrzymałościowych) Triathlon Siedlce (Stowarzyszenie Leniwce) Triathlon Sława (Sport Górski) Triathlon Kozienice (Sport Górski) [yop_poll id="77"]
[caption id="attachment_49906" align="alignnone" width="781"] pixabay.com[/caption] [h2]Po tym prowokującym tytule wyjaśniam, w jaki sposób fatalnie przeprowadzane transmisje telewizyjne z zawodów biegowych kompletnie rujnują oglądalność tego sportu. Tego się po prostu nie da oglądać, nawet gdy jest się miłośnikiem biegów.[/h2] Kolejne zawody lekkoatletyczne, które oglądam w TV, pogłębiają tylko frustrację i zniechęcenie. Inna sprawa, że na żywo czasami nie jest lepiej, ale to, co z biegów robi telewizja, woła o pomstę do nieba. Lekka atletyka, a biegi w szczególności, to dyscyplina, która ma w sobie ogromny potencjał oglądalności. Mamy tu bezpośrednią, dramatyczną walkę sportową, w której liczy się taktyka, pełną zmian pozycji, przepychanek, walki ramię w ramię. Biegacze i biegaczki są na skraju swoich możliwości, co powoduje czasami dramatyczne osłabnięcia, jak na dłoni widać wysiłek oraz zmęczenie. Jest co oglądać. Tymczasem kolejne telewizyjne mityngi są... po prostu nudne. Składa się na to kilka czynników i bez ich poprawy trudno myśleć o zachęceniu widza. W większości są to drobiazgi i dziwię się, że ani stacje, ani światowe władze lekkoatletyczne nie wprowadzą kilku prostych innowacji, które kompletnie zmieniłyby obraz dyscypliny. A nawiasem mówiąc, jeśli widzowie zastanawiają się, dlaczego możemy oglądać zawody zagraniczne, a polskich praktycznie nie ma - odpowiedź jest prosta. Polskie telewizje każą sobie obecnie płacić za transmisje, również publiczna, i w Polsce żadnego organizatora na to nie stać. Diamentowa Liga czy zagraniczne maratony są sprzedawane jako atrakcyjny produkt i telewizje je pokazują, płacąc za to. To oczywisty nonsens, bo dobre polskie zawody można by opakować i sprzedać bez ponoszenia kosztów opłat licencyjnych. Przekracza to jednak wyobraźnię i możliwości polskich telewizji, w szczególności publicznej. Co widzimy po włączeniu transmisji z zawodów? Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nasilona obecność Kenijczyków. Samo w sobie nie jest to złe, ale sposób podania... Są to najczęściej kompletnie anonimowi zawodnicy. Nic o nich nie wiemy, komentatorzy nie mają pojęcia, co to za ludzi i skąd się wzięli. Sami biegacze w wywiadach nie potrafią najczęściej powiedzieć ani me, ani be. Co gorsza, firmy produkujące odzież sportową, wykonują niezrozumiałe ruchy - podczas zawodów lekkoatletycznych właściwie wszyscy zawodnicy i zawodniczki są ubrani w identyczne stroje. To kompletny strzał w kolano, bo widz otrzymuje anonimową, czarną masę, w której wszyscy wyglądają tak samo. Trudno komukolwiek kibicować, a bieg zmienia się w nudne przesuwanie czarnych punkcików. Kompletna paranoja. To jeszcze nie koniec - transmisja sama w sobie jest fatalna. Każdy bieg jest wielokrotnie przerywany, żeby pokazać inne konkurencje, odbywające się w tym samym czasie. W ten sposób odziera się rywalizację z jej podstawowej właściwości - nie da się śledzić konkretnego zawodnika i mu kibicować. Oglądając mityng lekkoatletyczny, otrzymujemy początek i koniec biegu, w którym startuje kilkanaście tak samo wyglądających czarnych punkcików. Niestety, znacznie przyjemniej jest oglądać muchy chodzące po szybie. Aby zrobić lekką korektę i poprawić strawność dania, nie trzeba wiele. Po pierwsze, wystarczy zróżnicować zawodników - zarówno doborem, jak i strojem. Często pomaga rezygnacja z zająców, bo nadaje to biegom niepowtarzalności i dodaje niepewności, dramatyzmu. I przede wszystkim - trzeba pokazać całość rywalizacji. Realizatorom telewizyjnym nie mieści się chyba w głowie, że ktoś może obejrzeć bieg trwający kilka czy kilkanaście minut. Tymczasem tak jest i na tym polega istota kibicowania. Transmisje z ulicznych maratonów czy wyścigów rowerów cieszą się większą popularnością, bo tam można od początku do końca oglądać samą rywalizację. Widzimy tych samych zawodników, jak się męczą, jak zmieniają pozycję, jak się ustawiają, przyspieszają, zwalniają. O to chodzi, a nie o pokazanie ostatniego okrążenia biegu na stadionie. A równocześnie kibice dyscyplin technicznych też mają pretensje, że skoki czy rzuty są pokazywane za mało. Rozwiązanie jest banalne - większa specjalizacja mityngów i zmniejszenie liczny konkurencji. Mityng biegowy pokazywałby biegi jeden za drugim, a w przerwach między nimi mógłby puszczać reklamy. Mityng techniczny dałby radę pokazywać kilka konkurencji technicznych jednocześnie. To, co otrzymujemy obecnie, jest kompletnie niestrawne, a wystarczyłyby drobne zmiany, żeby poprawić oglądalność. Ja sam, mimo że jestem kibicem i zawodnikiem od wielu lat, oglądam mityngi niechętnie. Za bardzo denerwuje mnie przerywanie konkurencji i ogólna niestrawność rywalizacji. Wolę przeglądać suche wyniki, które wraz z międzyczasami dają lepszy obraz sytuacji niż transmisja. Co gorsza, telewizje zamiast poprawiać ofertę, coraz bardziej ją pogarszają. Widz potrzebuje prostych informacji, których nie może znaleźć: ile zostało do końca dystansu? Jakie jest tempo? Na jaki wynik biegną zawodnicy? Jaka jest aktualna kolejność? Zapewnienie tego to kwestia banalnych zmian technicznych. Ale zamiast odpowiedzieć na tak proste pytania, stacje kombinują. Podczas transmisji tegorocznych Mistrzostw Świata Sztafet wprowadzono koszmarną nowość - widok z kamerki umieszczonej na koszulce zawodnika. Co widzimy? Nic. Trzęsący się i skaczący obraz, zasłaniany przez kolejnego biegacza. Do tego cięcia, jakie prowadzą operatorzy są koszmarne. Zastanawiam się od dawna, kto tych ludzi bierze do telewizji i skąd? W transmisjach królują szybkie cięcia i zbliżenia na twarze. Odziera to rywalizacje z podstawowej sprawy - nie możemy śledzić wyścigu. Widzimy twarze biegaczy, a nie wiemy, kto gdzie biegnie, jak się przesuwa, jak się zmienia sytuacja taktyczna. Gdyby widz chciał popatrzyć na twarze, włączyłby facebooka, ale dla operatorów transmisji to niezrozumiałe. Zbliżenia są fajne, ale PO biegu - pokazanie pracujących mięśni, odbijających się nóg, spoconych twarzy. Niestety, oglądając przeciętny mityng w TV otrzymujemy produkt niskiej jakości. Transmisja kiepska, z co gorsza, w Polsce brakuje dobrych komentatorów, którzy znaliby się na rzeczy. A właściwie na dwóch rzeczach: zarówno na spikerce, jak i samej lekkiej atletyce. Nieźle jest na Eurosporcie, gdzie zwykle działa tandem: kompetentny prowadzący i zaproszony gość, znający się na rzeczy. Razem są w stanie jako tako przekazać oglądającemu, o co chodzi, chociaż czasami brakuje im empatii i nie rozumieją, że przeciętny telewidz ma słabą znajomość konkurencji i trzeba mu pewne sprawy wytłumaczyć wyraźniej. W publicznej TVP jest dramat. Mamy tam kilku emerytów, których znajomość zawodników i realiów rywalizacji zatrzymała się mniej więcej na latach 80. XX wieku. Poza wszelką konkurencją jest Marek Jóźwik, który o biegach kompletnie nie ma pojęcia, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Podsumowując - wszelkie transmisje sportowe zawodów są słabe, a te polskie wręcz dramatycznie słabe ze względu na niekompetencję prowadzących. Z tego powodu, mimo że jestem kibicem, mimo że jestem w pożądanej przez reklamodawców grupie docelowej i mimo że chciałbym - właściwie nie oglądam transmisji z zawodów. Nie da się. Telewizje i federacje albo to zmienią, albo biegi umrą w niej śmiercią naturalną. ZOBACZ: Dlaczego wartość marketingowa polskich sportowców jest bliska zeru? [yop_poll id="69"]
Advertisment ad adsense adlogger