fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_22730" align="alignnone" width="852"] Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP[/caption] [h2]Mo Farah, najlepszy długodystansowiec ostatnich dziesięciu lat, kończy karierę na bieżni i bierze się za maratony. Odtąd ma być nazywany pełnym imieniem - Mohamed, co ma symbolicznie zamknąć epokę "Mo", związaną ze startami na stadionie.[/h2] Rok 2017 zamknie się jako trudny dla światowej lekkiej atletyki. Z biegania stadionowego rezygnuje dwóch największych mistrzów - Usain Bolt w sprincie i Mo Farah w biegach długich. Do tego mamy bezkrólewie na 800 metrów, gdzie kontuzjowany jest rekordzista świata, Kenijczyk David Rudisha. Jedynym pocieszeniem, szczególnie dla brytyjskich kibiców, jest fakt, że Farah nadal będzie startował, do tego częściej w Wielkiej Brytanii, próbując podbić biegi uliczne w takim samym stopniu jak stadion. Mo Farah, a w pełnym brzmieniu sir Mohamed Muktar Jama Farah, zdobył na stadionie sześć tytułów mistrza świata na 5000 i 10 000 metrów, do tego cztery złote medale olimpijskie na tych samych dystansach. Dodatkowo wywalczył dwa srebrne medale mistrzostw świata, które uważa za porażki. Pierwsza zdarzyła się na początku wielkiej kariery, w 2011 roku w koreańskim Daegu. Farah przegrał na finiszu wyścig na 10 000 metrów z Etiopczykiem Ibrahimem Jeilanem. Dwa lata później ściganie na ostatniej prostej powtórzyło się podczas mistrzostw w Moskwie, ale tym razem lepszy był Brytyjczyk. Jeilan został mistrzem i wicemistrzem świata na 10 000 metrów i po dwóch sezonach znikł w odmętach historii. Farah ściga się nadal. W tym roku Mo Farah zaplanował piękne zwieńczenie kariery - dwa złote medale podczas mistrzostw świata w Londynie, honorowe okrążenia wśród 60 tysięcy fanów, całusy, autografy, wizyty w zakładach pracy i jeszcze większe rozepchanie swej pozycji marketingowej na rodzimym, brytyjskim rynku, gdzie już teraz jest gwiazdą. Rywale niestety zepsuli te plany, mimo że organizatorzy zaplanowali układ konkurencji tak, aby Farah miał pełen komfort startu. Bieg na 10 000 metrów rozegrano pierwszego dnia, 5000 metrów na samym końcu, zostawiając Brytyjczykowi tydzień na odpoczynek. Dyszka okazała się jednak piekielnie mocna, a Farah zwyciężając w czasie 26:49,51, otarł się o rekord mistrzostw, należący do samego rekordzisty świata, Etiopczyka Kenenisy Bekele (rekord mistrzostw to 26:46,31). Rywale nie dali rady rzucić Mo na kolana, ale już tego pierwszego dnia było pewne, że regeneracja po tak mocnym wyścigu będzie trudna. Eliminacje piątki Farah przebrnął na luzie, ale w finale było ciężko. Bieg okazał się przerażająco wolny, dzięki czemu na finiszu wszyscy faworyci byli gotowi do sprintu i nie dali Farahowi rozegrać biegu po swojemu, z prowadzeniem na ostatnich 600 metrach. Najpierw zaatakował Etiopczyk Yomif Kejelcha, a Farah ruszył za nim. Atak był jednak tak mocny, że na ostatnie okrążenie Brytyjczyk nie dał rady wejść na prowadzeniu, jak to zwykł czynić. Kejelcha nie dociągnął do mety tym tempem, usztywnił się na finiszu i zajął dopiero czwarte miejsce, ale uniemożliwił zwycięstwo Farahowi. Drapieżny atak Kejelchy skontrował tylko rodak, Muktar Edris, a Farah wbiegając na ostatnie okrążenie, był dopiero na trzeciej pozycji i tracił dystans. Dobiegł tak do ostatnich 100 metrów, tam rzucił na szalę resztkę energii i wyprzedził Kejelchę, ale nie dał rady dogonić Edrisa. Z tyłu bardzo agresywnie finiszował jeszcze Amerykanin Paul Chelimo, który omal nie przegonił Faraha. Na mecie Brytyjczyk padł na tartan i zalał się łzami. Wymarzone pożegnanie się nie udało, zamiast dwóch złotych medali był złoty i srebrny. Mimo to Farah jest najbardziej utytułowanym biegaczem biegów długich na stadionie w historii. Jedyny zarzut, jaki mu się stawia od strony sportowej, dotyczy braku szybkich biegów. Mo zebrał cały worek medali, ale nie ma na koncie żadnego rekordu świata, poza nic nie znaczącym wynikiem w biegu na dwie mile. Ba, do rekordów się nawet nie zbliżył. Powody zakończenia kariery na bieżni są dość oczywiste i sierpniowe mistrzostwa świata pokazały je wyraźnie. Farah ma już 34 lata i nie może w nieskończoność utrzymać dyspozycji szybkościowej. Jego sukcesy opierają się na rozsądnej taktyce, a potem agresywnym finiszu. Zwycięstwa, które odnosił, nie były zdecydowane - urywał się rywalom na metr, dwa, kilka, wygrywając o ułamki sekund. Nawet przy perfekcyjnym rozegraniu jest pewne, że w końcu pojawi się ktoś młodszy, szybszy. Zaletą Brytyjczyka była zabójcza prędkość - jest przecież rekordzistą Europy na 1500 metrów - ale z roku na rok jest mu ją ciężej utrzymać. W przyszłym roku nie ma mistrzostw świata ani Igrzysk, następna duża impreza ma miejsce dopiero w w 2019, kiedy Farah będzie miał 36 lat. Szansa, że do tego czasu utrzyma formę sprinterską, jest minimalna. W tle pojawia się jak zwykle aspekt życiowy. Mo Farah ma żonę i czwórkę dzieci, a tryb życia wyczynowego sportowca wymaga od niego ciągłych wyjazdów. Chciałby więcej czasu spędzać w domu i mają mu to umożliwić starty w maratonach. Podstawową formę można utrzymać, trenując u siebie, wyjazdy będą konieczne tylko w ostatnich tygodniach przed startami. A samych biegów będzie mniej, część z nich to pewnie ustawki, gdzie organizatorzy nie zaproszą zbyt mocnych rywali. Taki był pożegnalny start Faraha w Wielkiej Brytanii, zaraz po mistrzostwach świata. Zwycięstwo na 3000 metrów w Birmingham było zdecydowane, ale odniesione w warunkach mocno zubożonej konkurencji. Podobnie zresztą zapowiada się wrześniowy bieg Brytyjczyka w półmaratonie Great North Run, gdzie ma odnieść czwarte zwycięstwo z rzędu. Brak mocnych rywali dla Faraha to cecha charakterystyczna tego biegu. Gdy kilka lat temu organizatorzy zaprosili Kenenisę Bekelę, który wydawał się być w kryzysie i bez formy, ów spłatał brzydki figiel i zwyciężył uwielbianego Mo. Z drugiej strony, ostatni start w ogóle na bieżni, który odbył się na 5000 metrów w Zurychu, Farah wygrał, rewanżując się Edrisowi. [h3]Tam gdzie złoto, jest i doping?[/h3] Spora część stadionowej kariery Brytyjczyka odbywała się w warunkach ostrzału prasy i oskarżeń o doping. Nigdy nie znaleziono przekonującego argumentu, ale część oskarżeń jest zastanawiająca. Zaczęło się od samego faktu, że Farah zaczął zwyciężać późno. Jeszcze w roku 2010, w wieku 27 lat, był tylko lokalną, brytyjską gwiazdą, odnoszącą sukcesy w mistrzostwach Europy, ale nie na świecie. W mistrzostwach świata w 2009 był dopiero 7. w biegu na 5000 metrów, a w 2010 został zmiażdżony przez afrykańskich kolegów w przełajowych mistrzostwach świata - dobiegł do mety dopiero na 20. miejscu. Zaczął jednak współpracę ze słynnym przed laty maratończykiem, Amerykaninem Alberto Salazarem, w ramach Oregon Project, ufundowanego przez firmę sportową Nike. Niespodziewanie z drugoligowego gracza stał się dominatorem, co w tak zaawansowanym wieku praktycznie się nie zdarza. Salazar tłumaczy to treningiem siłowym i bardziej profesjonalnym podejściem, ale sam od kilku lat jest pod ostrzałem prasy. Zarzuca mu się działanie w "szarej strefie" - z wykorzystaniem praktyk, które nie są zabronione w sporcie, ale wydają się mocno nieetyczne. Należy do nich wykorzystywanie zezwoleń lekarskich, stosowanie hormonów tarczycy, próby podnoszenia poziomu testosteronu końskimi dawkami witamin czy wstrzykiwanie do mięśni substancji w rodzaju l-karnityny. [caption id="attachment_23538" align="alignnone" width="816"] Alberto Salazar Mo Farah Galen Rupp Getty Images[/caption] Wobec grupy Salazara od kilku lat toczy się śledztwo, jest możliwe, że zarzuty się nie potwierdzą, ale Farah w ostatnich sezonach coraz wyraźniej dystansuje się od trenera. Obecnie już oficjalnie zakończył z nim współpracę. Trudno powiedzieć, na ile są to prawdziwe słowa, na ile podpowiedzi marketingowców z Nike, którzy wykreowali markę" Mo". Pewna marketingowa płytkość czy też nieszczerość Faraha była widoczna od dawna. Choćby samo skrócenie imienia - ze źle kojarzącego się Mohameda na Mo - to nic innego jak próba wmówienia odbiorcy, że Farah wcale nie jest z pochodzenia pół-Somalijczykiem i muzułmaninem. Od czego Farah obecnie sam się dystansuje, mówiąc, że przestaje być "Mo", a zaczyna Mohamedem i będzie startował pod pełnym imieniem. Kiedy złapano Brytyjczyka na współpracy z trenerem Jamą Adenem - mocno kontrowersyjnym i obecnie też oskarżanym o doping - stwierdził, że właściwie go nie zna i spotkali się przypadkiem. W cyfrowym świecie nic jednak nie ginie i szybko wyciągnięto, że we własnej autobiografii Farah pisze o Adenie jako o przyjacielu, poza tym fotografowali się razem na obiadach i treningach, a sam Mo jeździł do niego specjalnie na treningi do hiszpańskiego Sabadell. Trochę słabo brzmi wypieranie się najpierw jednego, potem drugiego trenera, podobnie jak kolegi z bieżni, z którym chodził na wspólne obiady. Po złapaniu go na dopingu Farah stwierdził, że właściwie to go nie zna. Podobnie było z partnerem treningowym w Kenii, nagranym na kupowaniu EPO - Mo stwierdził, że tylko przypadkiem zatrudniał człowieka jako swojego prywatnego "zająca". Trudno oprzeć się wrażeniu, że dystansowanie i wypieranie to próby marketingowego wybielania wizerunku. Możni sponsorzy nie mogli pozwolić, że marka "Mo" kojarzyła się z czymkolwiek nagannym, więc wszelkie negatywne zjawiska, które zostają nagłośnione, są natychmiast wycinane i odsuwane od zawodnika. Brzmi to jednak mało wiarygodnie, skoro zastrzyki Salazara i trening z nim nie przeszkadzały Farahowi latami, a gdy zostały nagłośnione w prasie, nagle okazało się, że on nic nie wie, nikogo nie zna i - można rzec - tylko przypadkiem znalazł się w okolicy. Nigdy nie złapano Faraha ani na dopingu, ani nawet na jakimkolwiek nagannym postępowaniu, ale pojawiały się wokół niego zastanawiające okoliczności. Poza powyższymi - także dwa przypadki uniknięcia testów antydopingowych w latach 2010 i 2011. Być może to tylko nadgorliwość prasy, a może - jak mówią niektórzy - tam, gdzie się dymi, jest i ogień? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Poza tym wszystkim Farah jest po prostu znakomitym biegaczem, umiejącym do maksimum wykorzystać własne atuty. Okazał się niesłychanie uniwersalny, równocześnie dzierżąc tytuły rekordzisty Europy i na 1500 metrów, i w półmaratonie - połączenie, jakiego przed nim nie dokonał nikt. Trudno jednak powiedzieć, czy to oznacza sukcesy maratońskie. Farah ma za sobą już jedno podejście do maratonu, dość nieudane. W 2014 pobiegł maraton w Londynie, a jego otoczenie rozpuszczało pogłoski, że ma zamiar rozprawić się z barierą dwóch godzin. Skończyło się na zimnym prysznicu, zaledwie 8. miejscu i czasie 2:08:21. Farah skasował ogromne pieniądze za start, mówiło się nawet o milionie funtów, a nie był w stanie nawet poprawić wieloletniego rekordu Wielkiej Brytanii Steve'a Jonesa - amatora z lat osiemdziesiątych XX wieku, który nie tylko nie miał własnego działu marketingu ani trenera od przygotowania siłowego, ale godził treningi z pracą jako mechanik silników lotniczych. Odejście od bieżni jest więc nieco wymuszone, a Mo próbował zejść ze sceny na szczycie. Nie do końca się to udało, a czas pokaże, czy bieganie maratonów będzie sukcesem sportowym czy tylko intratną emeryturą i odcinaniem kuponów od sławy. Niewątpliwie Mo Fraha jest jednym z najlepszych długodystansowców w historii, niektórzy uważają wręcz, że najlepszym. W maratonach Brytyjczyk spotka się jednak z rywalami, którzy osiągnęli o wiele więcej od niego, mają doświadczenie i sukcesy na ulicy, a do tego ich życiówki z bieżni są wyraźnie lepsze od jego. To przede wszystkim Kenijczyk Eliud Kipchoge oraz rekordzista świata na 5000 i 10 000 metrów, Etiopczyk Kenenisa Bekele. Może się jednak okazać, że nawet młodzi, nieznani zawodnicy pobiją mistrza na ulicy - wszak w niedawnych mistrzostwach świata w półmaratonie Farah był dopiero trzeci. Jedno jest pewne - to koniec pewnej epoki na bieżni. Odchodzi Mo, zwyciężający na finiszu, nadchodzi Mohamed Farah, biegacz uliczny.
Francuz Pierre-Ambroise Bosse, mistrz świata na 800 metrów, został pobity przez trzech nieznanych sprawców. Doznał poważnego urazu twarzy i w związku z tym zakończył sezon startowy. Bosse nie poinformował o innych szczegółach wydarzenia.
[caption id="attachment_46153" align="alignnone" width="950"] flickr.com/Ulf Bodin lic: CC BY-NC-SA 2.0[/caption] [h2]Chyba nikt tak nie cieszy się na nadejście jesieni jak biegacz. Szczególnie biegacz z ambicjami. Wrzesień, październik i listopad to idealna pora na wybieganie życiówki na każdym dystansie.[/h2] Wiosna jest piękna, ale jej problem polega na tym, że przychodzi po zimie. Ostatnie były łagodne, bez większego śniegu i mrozu, ale nie zawsze tak jest. Teoretycznie można wtedy zrealizować trening objętości i siły, ale na formę wpływają również inne czynniki. Mało kto pozostaje zdrowy przez całą zimę. W marcu i kwietniu przez kraj przewalają się kolejne epidemie grypy, grypy żołądkowej, anginy i Bóg wie, czego jeszcze. Zbyt często choroba wypada albo w okresie największego natężenia treningu do wiosennego startu, albo tuż przed nim. Wystarczy odrobina pecha i całe przygotowania biorą w łeb. Dodatkowo czyha na nas raptowna zmiana temperatury, która po przygotowaniach w zimie, wiosną potrafi zepsuć najważniejszy start. W czasie takiego Półmaratonu Warszawskiego zdarzały się upały, ale i kilkanaście stopni mrozu. Nie da się tego przewidzieć. Alergicy zaczynają kaszleć, kichać i cierpieć. A jeśli zimą sypnie śnieg i przymarznie lód, biegacze wiosną często mają zaległości szybkościowe i techniczne, po bieganiu w kiepskich warunkach. Lato także jest piękne, ale... gorące. Biegacze często nie doceniają, jak destrukcyjny wpływ na wynik ma wysoka temperatura. Nie na wszystkich, ale są tacy, którzy już przy +15 stopniach zaczynają biegać i czuć się słabo. Jeśli trafi się +30 lub więcej, uzyskanie życiówki jest praktycznie niemożliwe. Jeśli już - to nie dla ścigaczy. Ten, kto jest wytrenowany w okolice maksimum swoich możliwości i celuje w mocny wynik, nie ma wiele rezerwy wydolnościowej. Biegnie na wysokim tętnie i wysokim procencie maksymalnego pochłaniania tlenu. W upale ilość dostępnej krwi zaczyna się zmniejszać. Duża część, zamiast do mięśni, trafia pod skórę, żeby brać udział w chłodzeniu ciała i uzyskanie maksymalnej wydolności jest niemożliwe. W upale dobrze biegnie tylko ten, który jest dość słabo wytrenowany i biegnie daleko od swoich granic wydolnościowych. To efekt podobny do treningu wysokogórskiego. Dlatego planowanie uzyskania rekordu życiowego latem to rosyjska ruletka. Jest szansa na przeżycie, jeśli trafi się wyjątkowo korzystny dzień, ale równie prawdopodobna jest kompletna katastrofa. I wreszcie nadchodzi jesień. Biegacz ma za sobą sześć miesięcy dobrego treningu, realizowanego zwykle w odpowiednich warunkach pogodowych, na idealnej nawierzchni. Czy biega rano, czy wieczorem, jest jasno, stabilnie, można biec szybko. Kończy się sezon alergiczny, nie nadszedł jeszcze sezon listopadowych infekcji. Zawodnik jest zrelaksowany po wakacjach i naładowany witaminą D, syntezowaną pod wpływem słońca. Przyzwyczaił się do upału, co spowodowało wzrost ilości krwi krążącej w ciele. Gdy jesienią temperatura zaczyna spadać, nasza wydolność rośnie. Jesień to żniwa dla biegaczy, idealna pora na bicie życiówek. Czy jest to diabelnie szybkie 5 kilometrów, czy długi i ciężki maraton, nie ma znaczenia. Im chłodniej, tym biega się lepiej. Czas najlepszych biegów przychodzi w październiku, nawet listopadzie. Nawet jeśli poprawiłeś życiówkę wiosną, to jesienią można ją wyśrubować jeszcze bardziej. Do tego mamy sprzyjający kalendarz startów. Dwa największe maratony w Polsce - w Warszawie i Poznaniu, odbywają się jesienią. Podobnie jak Berlin, Frankfurt, Chicago i Nowy Jork. A 11 listopada to dzień największego zagęszczenia biegów w całym kraju. Dlatego kto jak kto, ale biegacz nie ma prawa narzekać na koniec lata. Cieszmy się, bo właśnie zaczyna się prawdziwy biegowy sezon. Artykuł pochodzi z magazynu BIEGANIE wrzesień 2016
[caption id="attachment_51348" align="alignnone" width="604"] Maraton Warszawski[/caption] [h2]Jeszcze tylko przez jeden dzień można skorzystać z najniższej opłaty startowej na 39. PZU Maraton Warszawski. Maratoński weekend, który obywa się 23-24 września to święto biegania podczas, którego nie może Was zabraknąć.[/h2] Dla uczestników 39. PZU Maratonu Warszawskiego i imprez towarzyszących przygotowano liczne atrakcje. Organizatorzy zachęcają wszystkich do rozpoczęcia przygody z bieganiem i wystartowania w biegu na pięć kilometrów, który podobnie jak i maraton odbędzie się w ostatnią niedzielę września. W dniu Wielkiego Biegu wszyscy, którzy ukończą królewski dystans i Bieg na Piątkę otrzymają charakterystyczny medal z symbolem warszawskiej Syrenki. Trasa maratonu prowadzi przez siedem dzielnic i dwa mosty: Świętokrzyski i Gdański. Będzie to świetna okazja, żeby zwiedzić biegowo najciekawsze miejsca stolicy: od Śródmieścia, przez Mokotów, Ursynów i Wilanów, aż po Pragę Północ, Żoliborz i Bielany. W tym roku uczestnicy maratonu po raz kolejny zakończą zmagania w Parku Fontann. Maratończycy będą mogli poczuć emocje związane z tym niesamowitym miejscem, a organizatorzy dołożą wszelki starań, aby atmosfera podkreślała doniosłość tego finiszu. Przypominamy wysokość opłat startowych: Do 31 sierpnia opłata startowa wynosi 100 zł, opłata z pamiątkową koszulką bawełnianą 119 zł, pakiet z koszulką techniczną adidas 149 zł, natomiast pakiet z dwoma koszulkami 168 zł. Do 20 września – opłata startowa wynosi 150 zł, opłata z pamiątkową koszulką bawełnianą 169 zł, pakiet z koszulką techniczną adidas 199 zł, natomiast pakiet z dwoma koszulkami 218 zł. Od 21 września – opłata startowa wynosi 200 zł, opłata z pamiątkową koszulką bawełnianą 219 zł, pakiet z koszulką techniczną adidas 249 zł, natomiast pakiet z dwoma koszulkami 268 zł. Bądźcie z nami w ten wyjątkowy weekend! Zapisy: www.rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/ Więcej informacji: www.pzumaratonwarszawski.com
[h2]19 sierpnia b.r. w Zakopanem odbył się jeden z najbardziej wymagających biegów ultra w Polsce. W ramach Flexistav Biegu Granią Tatr uczestnicy mieli do pokonania 71 km. Na punkcie startowym stawiło się łącznie 349 zawodników, ale tylko 272 z nich zdołało ukończyć zawody w wymaganym czasie. Wśród kobiet bezkonkurencyjna okazała się Magdalena Łączak z Salomon Suunto Team, a wśród mężczyzn najlepszy okazał się Robert Faron z Salco Garmin Team.[/h2] Zawodnicy wystartowali z Siwej Polany o 4 nad ranem, a niespełna 10 godzin później witaliśmy pierwszych wyczynowców na mecie. Robert Faron ukończył bieg w 9 godzin i 36 minut. Drugi na mecie Marcin Rzeszótko - zawodnik KW Zakopane – osiągnął czas słabszy o zaledwie 45 sekund! Na trzecim stopniu podium uplasował się zwycięzca I edycji - Przemysław Sobczyk z HOKA-YURTABAR.pl. Wśród kobiet najlepsza okazała się Magdalena Łączak, która ukończyła bieg z czasem 10 godzin i 53 minuty, tym samym wyprzedzając swoje rywalki o blisko 1,5 godziny! Kolejne na mecie zameldowały się: Anna Arseniuk z T.S. Opatrunki Toruń oraz Iwona Kik - reprezentantka Wosik Tervel Team. Nie wszyscy zawodnicy zostali sklasyfikowani na mecie. Z powodu drobnych kontuzji oraz przekroczenia limitu czasowego w tabeli końcowej zabrakło aż 77 biegaczy. Początkowo warunki pogodowe sprzyjały uczestnikom biegu, z czasem jednak deszcz i silny wiatr dały się we znaki. To przełożyło się na finalną ilość ultramaratończyków na mecie. Podczas tak wymagających zawodów każdy czynnik, również poza warunkami pogodowymi, ma ogromne znaczenie. Odpowiednie przygotowanie kondycyjne, odporność psychiczna, ubiór czy wreszcie buty to tylko najważniejsze z nich. Wyniki zawodów pokazują, iż najlepsi w kraju ultramaratończycy coraz częściej sięgają po obuwie francusko - amerykańskiej marki Hoka One One. Swoją popularność zawdzięczają one nietypowej budowie, związanej z zastosowaniem grubej i wysokiej podeszwy, co przekłada się na maksymalny stopień ich amortyzacji. W tegorocznej edycji zawodów dwoje z trójki zawodników z męskiego podium zaufało obuwiu Hoki, konkretnie trailowemu modelowi Speedgoat. O ile Przemysław Sobczyk wybrał zaprawioną w bojach, starszą wersję buta, o tyle Robert Faron postawił na właśnie wchodzącą do sklepów wersję 2.0, udoskonaloną w stosunku do swojego pierwowzoru. [h3]Czym zatem charakteryzuje się model Speedgat 2, w którym zwyciężył Robert Faron?[/h3] Ultralekki, bo ważący zaledwie 278 g but (rozmiar 42 2/3) cechuje się świetną dynamiką i wytrzymałością. Zaprojektowany został myślą o najbardziej wymagających, górskich biegach. Doskonałą amortyzację i odporność na wstrząsy zapewnia gruba warstwa pianki Eva. Mimo iż Speedgoat 2 na pierwszy rzut oka wygląda ciężko i nieco topornie, przy bliższym kontakcie sporo zyskuje. Warto zaznaczyć, iż zmianie w stosunku do wcześniejszej wersji uległa cholewka - poszerzona w kluczowych miejscach, lepiej oddychająca i z dodatkowo wzmocnioną siateczką. Pełną przyczepność do podłoża gwarantuje podeszwa Vibram® MegaGrip, z zaledwie 5 mm dropem. Speedgoat 2 sprawia ponadto świetne wrażenie estetyczne, co możliwe jest dzięki zastosowaniu bogatej palety, przyciągających wzrok kolorów. Reasumując,  niniejszy model stanowi najwyższa półkę buta trailowego. Czołówka zawodników na mecie Biegu Granią Tatr jest tego najlepszym potwierdzeniem.
[h2]Castle Triathlon Malbork im. Bartosza Kubickiego odbędzie się już w najbliższy weekend (2-3 września). Do udziału w szesnastej edycji zawodów triathlonowych w Malborku zgłosiła się rekordowa liczba ponad 1200 zawodników i zawodniczek. Będą mieli do wyboru trzy dystanse: 1/4 IM (0,95 km pływania – 45 km jazdy na rowerze – 10,55 km biegu), IM (3,8 km – 180 km – 42,2 km) oraz 1/2 IM (1,9 km – 90 km – 21,1 km), na którym odbędą się Mistrzostwa Polski! [/h2] Najciekawiej zapowiada się prestiżowa rywalizacja na dystansie średnim (1/2 IM), w której weźmie udział elita polskich triathlonistów. Swój udział w niedzielnych zawodach potwierdzili między innymi: Łukasz Kalaszczyński, Kacper Adam, Marcin Ławicki, Mikołaj Luft, Mateusz Kaźmierczak czy Tomasz Szala, a wśród pań: Paulina Kotfica, Olga Kowalska, Joanna Sołtysiak i Hanna Kaźmierczak. Dla większości z nich będzie to najważniejszy start w sezonie, dzięki czemu kibice będą mieli niepowtarzalną okazję śledzenia sportowych zmagań na najwyższym poziomie! Na wszystkich dystansach Castle Triathlon Malbork 2017 będzie można wystartować w trzyosobowej sztafecie triathlonowej, w której jedna osoba płynie, druga jedzie na rowerze, a trzecia biegnie. W tym roku w programie imprezy po raz pierwszy znalazły się zawody Malbork Kids, podczas których najmłodsi wezmą udział w biegach na trzech dystansach: 200 m (1-7 lat), 500 m (8-11 lat) oraz 1000 m (12-15 lat). Biuro zawodów, strefa zmian i EXPO zlokalizowane będą na parkingu przy ul. Wałowej. Triathloniści pływać będą w rzece Nogat, która przepływa u stóp Zamku Krzyżackiego. Płaska i niezwykle szybka trasa kolarska wytyczona zostanie na pętli 45 km przez ulicę Solskiego i Główną, w stronę Lisewa Malborskiego przez miejscowości: Kościeleczki – Tralewo – Lichnowy – Dąbrowa. Trasa biegowa poprowadzona zostanie przez Most imienia Świętego Wojciecha, ul. Parkową, w pobliżu murów Zamku, a następnie wzdłuż rzeki Nogat Bulwarem im. Macieja Kilarskiego. Marcin Florek, organizator zawodów z Labosport Polska powiedział: Triathlon Malbork to impreza z 16-letnią tradycją i niepowtarzalnym klimatem. Trzy dystanse do wyboru oraz atrakcyjność tras sprawiają, że z roku na rok chcących wystartować w Malborku jest coraz więcej. Możliwość śledzenia rywalizacji o tytuł Mistrza Polski na dystansie średnim to także nie lada gratka dla amatorów sportowej rywalizacji na najwyższym poziomie. Na zawody Castle Triathlon Malbork 2017 można się zapisać do 31.08.2017 r. do godz. 23:59. Wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy dostępny na oficjalnej stronie internetowej zawodów. Szczegółowe informacje znajdują się również na profilu imprezy.
[h2]Asics Noosa nawiązuje nazwą do modelu przeznaczonego do triathlonu, ale tak naprawdę to zupełna nowość, która z modelem Tri Noosa nie ma zbyt wiele wspólnego.[/h2] Nowe noos'y trudno rozpatrywać jako następce modelu tri noosa. Modeli Tri był modelem startowym czy startowo-treningowym w niezwykle oryginalnej kolorystyce. Noosa FF to model bardziej treningowy, fakt, że buty są lekkie ale to jednak dalej treningówki. Zrezygnowano całkowicie z pstrokatej kolorystyki, a jakby tego było mało to ciężko się nawet zorientować, że to w ogóle asics, słynne logo które jest na boku niemal każdego buta tutaj nie występuje, ale jeśli chodzi o estetykę to Noosa FF wydoroślał i jest nieco bardziej stonowany. Buty są przewiewne i to bardzo, wierzchnia część wykonana jest z siateczki która z łatwością przepuszcza podmuchy wiatru, więc na upały są jak znalazł. Komfort termiczny to ich zdecydowana zaleta. Jest to równoznaczne z dobrym odprowadzaniem wilgoci, ale w przypadku deszczu lub kałuży woda równie szybko dostaje się do środka buta. Coś za coś, jeśli oczekujemy, że buty będą dzielnie spisywały się w czasie upałów to nie można oczekiwać, że będą stanowiły barierę dla wody, i asicsy nie są tu wyjątkiem. Przez siateczką nie wpadają jednak drobne kamyczki czy piach, dlatego można biegać po lesie czy łatwiejszym terenie, ale wtedy siatkowa cholewka może ulec szybkiemu zużyciu szczeglnie na zgięciach. Tego modelu buta nie polecam właścicielkom szerszych stóp. Asics robi buty dość dobrze dopasowane do stopy i tutaj jest tak samo, jak na model treningowy są raczej z tych ciasno spasowanych, dlatego osoby z szerszą stopą mogą odczuć pewien dyskomfort. W moim przypadku dobre dopasowanie do stopy, zapewniało mimo wszystko wysoki komfort podczas biegu, ale też pewność kroku i stabilność za sprawą dobrego trzymania stopy. Wielkim plusem jest to, że świetnie trzymają całą piętę, dzięki czemu noga nie lata w bucie. Cholewka dobrze się dopasowuje do stopy, ale zapiętek już nie do końca, bowiem jest po prostu bardzo twardy, może nie każdy model tego Japońskiego producenta musi mieć ten element wykonany z granitu. Raz zawiązane sznurówki dobrze się trzymają, jak większość butów sportowych mają dodatkową parę dziurek, gdyby okazało się, że noga „lata” w bucie, można ją dodatkowo ustabilizować, ale raczej mało prawdopodobne aby ktoś skorzystał z tego rozwiązania. Z tyłu cholewek są języki, dzięki którym łatwiej wciągnąć buty. Do tego cholewka nie ma żadnych szwów i jest miękka co w przypadku startu w zawodach i biegania bez skarpet daje komfort. Oczywiście, to kwestia bardzo indywidualna, dlatego lepiej, żeby start w zawodach nie był pierwszym w życiu biegiem bez skarpet. Za amortyzację w tym modelu odpowiada pianka FlyteFoam – oryginalna technologia ASICS. Użycie jej w podeszwie pozytywnie rzutuje na wagę buta, który cały wykonany jest z lekkich materiałów. Amortyzację subiektywnie mogę określić jako umiarkowaną np. w porównaniu do boostów adidasa, ale sztywność wydaje się już większa, taka typowa dla starej szkoły asicsa. Nie poleciłabym ich osobie, która dopiero zaczyna przygodę z bieganiem. Mimo, że drop, czyli różnica w wysokości podeszwy między piętą, a palcami wynosi 10 mm (czyli jak w większości butów do biegania z przyzwoicie podpartą stopą) i buty nie są specjalnie dynamiczne to co dziwne okazało się, że sprzyjają w podjęciu próby biegania „ze śródstopia”, choć bardziej elastyczna podeszwa zapewne by to ten proces przyśpieszała, ale tak czy siak w przypadku Asicsa jest to zaskoczenia. Z każdym treningiem bardziej się do nich przekonywałam, i początkowa twardość czy sztywność nie stanowiły już problemu, była to kwestia właśnie przyzwyczajenia do poprzednich butów, a nie słabość asicsów. Tam gdzie zaleca producent, czyli na asfalcie i utwardzonych ścieżkach sprawdzają się świetnie, bardzo przyzwoicie i sprawnie radzą sobie również na mokrej nawierzchni. Asicsy Noosa FF to wygodne buty treningowe, które charakteryzują się niską masą jak na ten typ obuwia, ale nie koniecznie wiąże się to z wysoką dynamiką  
[caption id="attachment_51331" align="alignnone" width="840"] fot.Piotr Naskrent/Maratomania.pl[/caption] [h2]W terminie 16-17 września w Radkowie odbędzie się druga edycja biegów górskich Garmin Ultra Race. Na listach startowych znajduje się już ponad 1000 osób, a tych którzy chcą pobiec przez Góry Stołowe z każdym dniem przybywa, dlatego przypominamy, że to już ostatnie dni niższej opłaty startowej![/h2] Zawodnicy, którzy wystartują w Garmin Ultra Race będą mieli do wyboru jeden z trzech dystansów: 9 km, 24 km lub 53 km. Najbardziej emocjonująco zapowiada się bieg na najdłuższym dystansie, który odbędzie się pierwszego dnia imprezy (16 września). Na tym dystansie zawodnicy przebiegną między innymi w okolicach Błędnych Skał i schroniska Pasterka. Bieg na 53 km jest biegiem kwalifikacyjnym do słynnej imprezy Ultra Trail du Mont Blanc – biegu wokół masywu Mont Blanc. Biegacze, którzy ukończą zawody w przewidzianym limicie czasu wynoszącym 10 godzin, otrzymają 3 punkty kwalifikacyjne do UTMB. Dodatkowo na tym dystansie odbędą się Mistrzostwa Blogerów i Dziennikarzy. Drugiego dnia (17 września) zawodnicy rywalizować będą na dystansach: 9 km i 24 km. Garmin Ultra Race to nie tylko zmagania dorosłych. Ta impreza to swoisty festiwal biegowy w Górach Stołowych, ponieważ w zawodach biegowych będą mogli wystartować również najmłodsi. Podczas Garmin Ultra Kids dzieci zmagać się będą w biegach na trzech dystansach: 200 m (1-7 lat), 500 m (8-11 lat) oraz 1000 m (12-17 lat). Marcin Florek, organizator zawodów z firmy Labosport Polska, powiedział: Zawody Garmin Ultra Race w Radkowie odbędą się w tym roku po raz drugi. Wybór lokalizacji nie był przypadkowy. Radków to przepiękna miejscowość położona w Kotlinie Kłodzkiej u podnóża Gór Stołowych, dzięki czemu zawodnicy będą mieli okazję podziwiać fantastyczne widoki. Start i meta zawodów zlokalizowane będą nad przepięknie położonym Zalewem w Radkowie. Dodatkowo mnogość dystansów sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wszystkich, którzy chcą się zmierzyć z Górami Stołowymi zachęcamy do zapisów, ponieważ od 6 września wzrosną opłaty startowe na wszystkich dystansach Garmin Ultra Race. Do 5 września na dystansie 53 km obowiązuje opłata w wysokości 160 zł, która wzrośnie do 180 zł. Na dystansie 24 km zmieni się ze 130 zł na 150 zł, a na najkrótszym dystansie – 9 km, wpisowe wynosi 100 zł, a zmieni się na 120 zł. Aby wziąć udział w zawodach wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy znajdujący się na stronie. Szczegółowe informacje znajdują się również na profilu zawodów na Facebooku.
[caption id="attachment_51325" align="alignnone" width="715"] fot: Jan Nyka[/caption] [h2]Na początku sierpnia zajął dziewiąte miejsce na mistrzostwach świata w długodystansowym biegu górskim, ale wciąż nie zwalnia tempa. Marcin Świerc na początku września planuje start w CCC w Chamonix. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedział o obu tych imprezach, początkach w biegach górskich ultra oraz byciu trenerem dla samego siebie.[/h2] Minęło już trochę czasu od startu, ale jak skomentuje Pan swój wynik w Mistrzostwach Świata w długodystansowym biegu górskim, gdzie udało się wywalczyć dziewiąte miejsce. Bardzo pozytywnie oceniam zawody. Ciekawe technicznie, trasa trochę pode mnie. W zeszłym roku byłem siódmy, teraz dziewiąty, dalej jestem w pierwszej „10” na świecie, więc jestem bardzo zadowolony. Czy mogło być lepiej? Zawsze może być lepiej, ale trzeba się też cieszyć z tego, co udało się wypracować. Teraz jestem już w Chamonix, gdzie mam kolejny start w sezonie w CCC. Mistrzostwa świata były dla mnie trochę takim przetarciem, sprawdzianem po obozie, ponieważ cały lipiec spędziłem na treningach w Alpach. Konkurencji z Polski uciekł Pan mocno. Wynik drużynowy mógł być lepszy? Myślę, że mieliśmy szansę na lepszą lokatę drużynowo. Wszyscy mieli świadomość, że pojechała naprawdę mocna ekipa. Niestety nie udało się, mam nadzieję że za rok będzie to nasz cel drużynowy by stanąć na podium. Zabrakło trochę szczęścia może też doświadczenia. Szkoda, bo była ogromna szansa, której nie udało się wykorzystać. Młodsi zawodnicy w kadrze chętnie słuchają Pana rad? Nie wiem, to się chyba dopiero okaże w przyszłym roku. Świat poszedł bardzo do przodu i nam ucieka. W zeszłym roku Bartosz Gorczyca z czasem o 15 minut gorszym ode mnie zajął 18. miejsce. W tym roku strata Marcina Rzeszótko była podobna, a zajął dopiero 34. miejsce. Jeżeli chodzi o konkurencję, to mamy co gonić. Wierzę, że do przyszłorocznych MŚ w Karpaczu zbierze się mocna drużyna. Na swojej ziemi naszym celem powinna być walka o jak najwyższe miejsca. Te zawody powinny każdego zmobilizować, młodsi zawodnicy powinni wyciągnąć wnioski i będziemy mogli powalczyć o medal w drużynie. Indywidualnie będzie bardzo trudno. Tu trzeba być zawodowcem – a w naszym kraju nie ma zawodowców. Startuje Pan w biegach górskich od około 10 lat. Co sprawiło, że zdecydował się Pan akurat na pójście w tę stronę, dodatkowo w biegach ultra? Chciałem więcej czasu spędzić w górach. A tak poważnie, to przede wszystkim predyspozycje. Nigdy nie byłem sprinterem czy superszybkim biegaczem. Zawsze byłem wytrzymałościowcem, który na każdych krótkich zawodach chętnie robiłby ten sam dystans jeszcze kilka razy. Obecnie najlepiej się realizuje na dystansach od 40 do 80 km. Jak wyglądała w Polsce popularność, wśród zawodników, biegów górskich, gdy zaczynał Pan starty? Od tego czasu coś uległo w naszym kraju zmianie? Organizacyjnie na pewno się poprawia. Jest coraz więcej teamów, firm, które angażują się w promocję, sponsorów oraz zawodników zrzeszonych w drużynach. Pogarsza się natomiast poziom. Zawodnicy czasem chcą błyszczeć, są blogerzy czy pseudoblogerzy. Sportowców w Polsce jest wielu, ale często startują po słabych zawodach, gdzie nie ma konkurencji. Rywalizacja z najlepszymi to świetny sposób, aby uczyć się od nich i ich gonić. Dobrze, żeby nie rozmieniać się na drobne i dobrze układać kalendarz startowy. Trudno jechać na Mistrzostwa Świata po przebiegniętych dwóch „setkach”. Są też biegacze bardzo mocni, którzy jednak unikają rywalizacji na ważnych imprezach. Cieszyłbym się bardzo z poprawy poziomu sportowego. Średniaków mamy naprawdę dobrych, ale dobrze byłoby, gdyby udało im się wybić. Poza tym nie masz szkolenia najlepszych przez związek. Każdy trenuje sam. Brakuje tu wspólnej wizji na kadrę, która może walczyć o medale. Ale od tego jest związek… [caption id="attachment_51322" align="alignnone" width="782"] fot: Jan Nyka[/caption] Tegoroczne starty, także ten wrześniowy, podporządkowane są celowi rozłożonemu na 2 lata. To nadal aktualne założenia i dlaczego akurat ten bieg? Właśnie jestem w Chamonix i patrzę na reklamę, na której bieg porównany jest do piłkarskiego Mundialu. Ten bieg to jak Igrzyska Olimpijskie dla lekkoatlety. Takie znaczenie UTMB Mont Blanc ma dla ultrasów. Rozłożyłem to na dwa lata, bo sam bieg wciąż mnie przeraża. To inny dystans, przygotowania. Trochę się obawiam tego startu. Wiem, co muszę zrobić i stąd te obawy. To wymaga ogromu pracy i mnóstwa czasu, pełnego zaangażowania, samozaparcia. Chcę być dobrze przygotowany, aby móc walczyć o top!!! Czym trening do biegów w górach różni się od treningu do normalnego biegania? Czym dodatkowo różni się, jeśli wziąć pod uwagę, iż mowa o bieganiu ultra? Do każdego biegania trzeba podejść rozsądnie i z głową. Przygotowując się do górskich, trzeba poznać ich specyfikę. Główną rolę robią przewyższenia. Trzeba na pewno wytrenować podbiegi i zbiegi. Bardzo ważny jest trening mentalny, bo biega się głównie głową. Każdego ultrasa boli, każdy ma kryzys. Bieganie w terenie jest spokojniejsze dla głowy. Biegałem kiedyś „asfalty” – to była ciągła gonitwa za sekundami, urywanie poszczególnych kilometrów. To było czasem deprymujące. Granice były przesunięte i trudno było o więcej. W górach ciągle mogę je przekraczać. Wciąż nie osiągnąłem swoich możliwości końcowych. Nadal mogę wyznaczać nowe cele, a dodatkowo przebywa się w pięknym terenie. Przygotowanie do startów odbywa się głównie w górach czy trening prowadzony jest też na innych terenach? Ja mieszkam na płaskim terenie, na Śląsku. Głównie trenuje właśnie w takich warunkach. Jeżeli chce się jednak walczyć o wyższe cele, to trzeba tez przeznaczyć czas na góry. Dlatego jestem tutaj dwa tygodnie wcześniej. W lipcu spędziłem tu cztery tygodnie. Staram się zaadoptować do przewyższeń. Średnia wysokość w biegu to 1800 metrów. Mieszkam 200 metrów nad poziomem morza, więc jest to ogromna różnica. Prowadzę zawodników, którzy mieszkają w stolicy czy innych miejscach bez większych górek a osiągają bardzo dobre rezultaty. Każdy teren ma jakąś górkę, tylko trzeba umieć ją wykorzystać. Bieganie łączy Pan z pracą? Takie „zajęcie” na dwa etaty jest w ogóle możliwe, bo samo bieganie musi pochłaniać mnóstwo czasu? [caption id="attachment_51323" align="alignnone" width="760"] fot: Jan Nyka[/caption] Ogromnie, zwłaszcza ultra. Trening trwa kilka godzin, a później są jeszcze obowiązki zawodowe i życie codzienne. Bieganie to praca 24 na dobę. Na co dzień zajmuję się prowadzeniem zawodników, na szczęście jest to praca, którą mogę wykonywać zdalnie. Na wysokim poziomie to łączenie jest trudne, ale jeśli się chce to można bardzo wiele. Trzeba być panem własnego losu i dobrym organizatorem. W życiu są gorsze przeciwności niż te. Biegacz, trener, fizjoterapeuta – udaje się Panu łączy te zajęcia czy obecnie skupia się Pan na bieganiu? Obecnie skupiam się na bieganiu i trenowaniu. Szkoła fizjoterapii, którą ukończyłem pomogła mi zdobyć wiedzę. Dzięki temu lepiej znam własne ciało oraz potrafię pomóc swoim zawodnikom. Jestem trenerem sam dla siebie, co jest bardzo trudne, bo muszę sam ze sobą dyskutować. Czasem zdarza się, że mam „lenia” ale wtedy próbuje się zmotywować i iść do przodu. Co zadecydowało o tym, że sam jest Pan dla siebie trenerem? Brak trenerów w Polsce. Nie było nikogo lepszego, kto mógłby pomóc. Miałem kiedyś z trenera, Czesława Lanchem. Studia, które rozpocząłem nie pozwalały na wyjazdy na treningi. Gdy zacząłem biegać w górach, sam postanowiłem zdobyć doświadczenie i w przyszłości je wykorzystać. Efekt treningowy przyszedł i od kilku lat reprezentuję wysoki poziom. Jako trener nie mam sobie nic do zarzucenia. Jest to bardzo trudne, bo trzeba mieć ogromną samodyscyplinę, samozaparcie i odporność na ból, aby zmusić samego siebie do takiego reżimu treningowego. Czasem sam siebie zaskakuje, ale to dobrze, bo trener musi zaskoczyć zawodnika. Jeśli ktoś chce zamienić bieganie np. w maratonach, na bieganie górskie, co może sprawić mu największą trudność i najbardziej go zaskoczyć? Uszkodzenia mięśni. Pierwsze wyjście w góry może być trudne, bo zawodnik, który nie jest przyzwyczajony do takiego ruchu, będzie cierpiał. Wygrywałem już w górach z zawodnikami, którzy maratony biegają w czasie około 2:07. To wymaga treningu, obycia, wybiegania kilometrów. Zawodnik może czerpać z tego radość, bo nie samym ściganiem człowiek żyje. Sama możliwość przebiegnięcia takich zawodów jest czymś wyjątkowym. Amatorzy mogą zacząć od startów w górach czy lepiej, aby za takie bieganie brały się osoby, które mają już jakieś doświadczenie w biegach? To sprawa indywidualna. Biegi prostsze, alpejskie czy nawet marszobiegi to bardzo fajna sprawa, więc polecam spróbować. Jeśli ktoś chce biegać, niech spróbuje jakiegokolwiek biegania. To profilaktyka przed chorobami cywilizacyjnymi. Niech wsiądzie na rower, gra w tenisa, to obojętne, jeśli zacznie się ruszać, to już jest zwycięzcą, ma więcej endorfin i frajdy. Jakiś czas temu głośna była dyskusja o kibicach, gdy jeden z lekkoatletów zwrócił uwagę na to, iż kibice bardziej żyją piłką niż ich występami, choć mają więcej sukcesów. Decydując się na starty w biegach górskich ultra, nikt chyba nie kieruje się wskaźnikami popularności, bo raczej nie jest to najpopularniejszy w Polsce sport. Oczywiście to sport bardzo niszowy. Nasza grupa biegaczy jest bardzo mała. Czasami to nawet boli, że w tak małym środowisku zdarzają się wojenki. Samo bieganie można pokazać o wiele lepiej. Na Mistrzostwach Świata, to była ich 35. edycja tego biegu, było mnóstwo kibiców. Przy takiej pogodzie, jaka tam była to aż nie do pomyślenia. Dzieci, rodziny, dzwonki – zagranicą to wygląda całkiem inaczej. Możemy się od nich wiele uczyć. Relacja telewizyjna była prowadzona na głównym włoskim kanale telewizyjnym, bo na wielu punktach odżywczych były kamery. Na CCC również z każdego punktu będzie prowadzona relacja. Takie biegi mają przez kilka dni swoją telewizję, całość pokazywana jest w internecie. Następcy na pewno będą mieli w Polsce już lepiej, ale ktoś musi zacząć, ktoś musi być prekursorem. W tym roku był też chyba pierwszy Pana start poza Europą, w Chinach. Skąd pomysł, aby wystartować akurat tam? Odczuwa Pan potrzebę poszukiwania ciągle nowych wyzwań? Bieg w Chinach był raczej przygodą życia. To był wyjazd dla mojej narzeczonej na urodziny. To był jeden z powodów. W zawodach startowali mocni „górale” np. międzynarodowy team Salomona. Chciałem zobaczyć imprezę. Połączyłem zwiedzanie ze startem na Murze Chińskim. To była bardziej przygoda niż wyzwanie sportowe. Góry, świetny krajobraz, powietrze, można pozwiedzać różne miejsca na świecie. Żyć nie umierać. Może to się wydawać wieczną przygodą, ale do tego dochodzi chyba niesamowity wysiłek, jaki trzeba pokonać. Podczas biegu jest w ogóle czas na to, aby zastanowić się nad tym, w jak świetnym miejscu się człowiek znajduje? Nie jest tak, że ma się na oczach klapki i skupia się tylko na biegu. W Chinach to było na pewno wielkie przeżycie. To zupełnie inna kultura. Biegliśmy wioską, gdzie było widać biedę, pola ryżowe. Pewnie byłem tam pierwszy i ostatni raz w życiu. Cały tydzień czerpaliśmy z tego pobytu. Staraliśmy się zobaczyć wszystkie największe atrakcje Pekinu. Wszystko robiło ogromne wrażenie. Mur Chiński – jeden z cudów świata – coś wspaniałego. Mieliśmy też okazję być na rekonesansie. Na pewno nie jest tak, że nic nie widziałem, bo wybrałem się tam, aby tylko pobiec. Powiedziałbym, że to był taki wakacyjny wyjazd. [caption id="attachment_51326" align="alignnone" width="742"] fot: Jan Nyka[/caption] Gdyby chciał Pan zachęcić młode osoby do biegów górskich ultra, to na jakie plusy zwróciłby Pan uwagę, a przed czym ostrzegł? Ostrzegałbym przed samym ultra. Bardzo późno wystartowałem w swoim pierwszym ultra i wciąż się go boję. To wyzwanie dla organizmu, do którego trzeba być przygotowanym. Przydaje się kilka lat doświadczeń w krótszych biegach. Stopniowo można przechodzić do ultra. Trzeba też umieć się tym bawić. Nie może to być ciągła „napinka” i gonitwa za dodatkowymi kilometrami. Czasami ilość treningu przeważa nad jego jakością. Przez to wielu z nich jest wyczerpanych lub nie potrafią wydobyć swojego potencjału. W Polsce mamy świetną szkołę ultra. Widać to po „asfaltowcach” – Andrzej Radzikowski, Sebastian Białobrzeski, mistrzyni świata Patrycja Bereznowska. Mam nadzieję, że góry dociągną do nich sukcesami. Sam nie mógłbym się kręcić po pętlach 2-km i tak przez 24 godziny. Wolę biegać od punktu A do punktu B. Moja rada – trzeba spróbować. Trzeba tego skosztować. Ultra ma czasem słodki, ale często gorzki smak. Biegacz ultra ma czas na odpoczynek czy to zawód, który wykonuje się 24 na dobę, 7 dni w tygodniu przez cały rok? Musi być odpoczynek. Inaczej bym zwariował. Wrzesień jest dla mnie końcowym miesiącem. W październiku planuję odpocząć. Od listopada biorę się do przygotowania do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Na początku roku są w Hiszpanii, a później w Karpaczu. To sportowy cel na przyszły rok. Miesiąc odpoczynku od biegania jest potrzebny. Będzie to czas na inne aktywności – basen, rower, szosa, MTB i pewnie coś jeszcze. Wyłączę telefon na tydzień i może ucieknę nad morze. Reset jest potrzebny, bo nie da się żyć w takim reżimie non stop. Trzeba trochę zatęsknić i wrócić ze zdwojoną siłą do pracy. Przez ten czas jest jakieś osiągnięcie, z którego jest Pan szczególnie dumny? Mam nadzieję, że będę, chociażby po CCC. Chyba z tego, że od kilku lat będąc trenerem sam dla siebie wciąż jestem na topie. Nie sztuką jest zabłysnąć na dwóch-trzech zawodach czy w jednym sezonie. Sztuką jest wytrzymać to przez kilka lat. Mistrzostwa Świata dały mi któryś raz z kolei klasę mistrzowską międzynarodową. W Polsce w tamtym roku miałem ją wśród panów tylko ja, a wśród kobiet Ania Celińska. To, że jestem zauważalny w czołówce światowej i zaliczany do elity to też dla mnie sukces. Ale najważniejsze to być dobrym człowiekiem!!!
Etiopczyk Fikadu Debele (2:17:27) i Peruwianka Gladys Tejeda (2:36:15) zwyciężyli w maratonie w Mexico City. Bieg odbywa się na wysokości 2250 metrów nad poziomem morza, stąd relatywnie słabe czasy.
Advertisment ad adsense adlogger