fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_50446" align="alignnone" width="600"] fot: A. Mikulska[/caption] [h2]Mistrzyni świata w biegu 24-godzinnym dziś rano wywalczyła pierwsze miejsce wśród kobiet w biegu z Aten do Sparty, jednocześnie bijąc kobiecy rekord trasy. Oklaski należą się tym bardziej, że Patrycja Bereznowska w tym biegu była debiutantką. [/h2] 246 km mieli do pokonania wszyscy uczestnicy Spartathlonu. Patrycja przez większość trasy była w czołówce, niezagrożona przez inne rywalki. Na metę wbiegła z rekordowym czasem po 24 godzinach, 47 minutach i 7 sekundach (poprzedni rekord należał do dwukrotnej zwyciężczyni Spartathlonu, Amerykanki Katalin Nagy i wynosił 25:07:12). Jednak to nie koniec dobrych wieści. Otóż na trzecim miejscu wśród kobiet uplasowała się Aleksandra Niwińska (26:27:52)! Drugie miejsce zajęła Węgierka Zsuzsanna Maras (25:42:33). W ogólnej klasyfikacji Patrycja Bereznowska była szósta. Piąte miejsce zajął wicemistrz świata w biegu 24-godzinnym, Sebastian Białobrzeski (24:29:29), siódme - rekordzista Polski w biegu 48-godzinnym, Łukasz Sagan (24:50:09). Pierwszy na mecie był Litwin Aleksandr Sorokin, który dobiegł z rewelacyjnym czasem 22:03:22. Zachęcamy do obejrzenia fotoreportażu, którego autorem jest Aneta Mikulska.
[caption id="attachment_41532" align="alignnone" width="1163"] Przed startem w maratonie berlińskim w 2017 r. Eliud Kipchoge zdradził szczegóły swoich przygotowań w okresie bezpośredniego przygotowania startowego. For. Getty Images.[/caption] [h2]Eliud Kipchoge to bez wątpienia największa gwiazda biegów ulicznych ostatnich lat. Przed swoim tegorocznym startem w Berlinie Kenijczyk podzielił się z szeroką publicznością szczegółowym planem bezpośredniego przygotowania startowego. Dzięki temu mamy niepowtarzalną okazję przyjrzeć się, jak trenuje najlepszy maratończyk świata.[/h2] Trening zawodników biegowej elity na ogół owiany jest tajemnicą. Trenerzy jak i sami biegacze rzadko dzielą się szczegółowymi informacjami, a pytani o realizowane jednostki najczęściej sięgają po ogólniki, nie zdradzając szczegółów, tak jakby posiadali jakąś tajemną wiedzę, którą nie chcą się dzielić. Dlatego dokładny 6-tygodniowy wycinek z bezpośredniego przygotowania startowego do maratonu w Berlinie najlepszego maratończyka na świecie Eliuda Kipchoge to perełka, która wzbudziła ogromne zainteresowanie w biegowym świecie. W końcu nie codziennie mamy okazję tak szczegółowo zagłębić się w trening absolutnych mistrzów. Zanim przejdziemy do analizy jednostek wykonanych przez Kipchoge, należy poczynić kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, jest to ostatnie 6 tygodni z szerszego planu, który miał przygotować Kenijczyka do pobicia rekordu świata w maratonie. Nie znamy szczegółów jego wcześniejszych przygotowań, mamy do czynienia wyłącznie z wycinkiem z bezpośredniego przygotowania startowego. Po drugie, trening jest wykonywany w Kenii na dużej wysokości i często po naturalnych ścieżkach, czasami w trudnym terenie, co na pewno w jakimś stopniu przekłada się na tempa poszczególnych jednostek. Po trzecie, Kipchoge to od lat najlepszy maratończyk świata, aktualny Mistrz Olimpijski, autor trzeciego w historii najlepszego wyniku na królewskim dystansie (2:03:05) i najszybciej w historii pokonanych 42,195 km (2:00:25 - na torze Monza) mający na koncie wiele lat doświadczenia i setki tysięcy przebiegniętych kilometrów. Analizując jego trening ani na chwilę nie należy zapominać o tym, z kim mamy do czynienia. [h3]Trening Eliuda Kipchoge[/h3] Szczegółowa rozpiska pełnych 6 tygodni przed starem Kipchoge w Berlinie dostępna jest w serwisie sweatelite.co: 6 tygodni treningu Eliuda Kipchoge przed startem w maratonie w Berlinie - szczegółowy plan treningowy Już na pierwszy rzut oka widać, że trening Kipchoge w ramach BPS jest oparty o 7-dniowe mikrocykle. Układ tygodniowy jest następujący: Poniedziałek - 2 biegi: dłuższy (21 km) poranny w tempie umiarkowanym, krótszy (10-11 km) popołudniowy w tempie spokojnym Wtorek - trening na stadionie: odcinki biegu (400-1200 m w tempie maratońskim lub nieco szybszym niż maratońskie) Środa - 2 biegi: dłuższy (18 km) poranny w tempie spokojnym do umiarkowanego, krótszy (10-11 km) popołudniowy w tempie spokojnym Czwartek - dług bieg (30 lub 40 km) w tempie o kilkanaście do kilkudziesięciu sekund na kilometr wolniejszym niż tempo maratońskie Piątek - 2 biegi: dłuższy (16-18 km) poranny w tempie spokojnym do umiarkowanego, krótszy (10-11 km) popołudniowy w tempie spokojnym Sobota - zabawa biegowa (fartlek) z odcinkami szybkiego biegu (w tempie okołomaratońskim) trwającymi od 1 do 3 minut (z jednym wyjątkiem - 10-minutowe odcinki w sobotę 12 sierpnia) z przerwami 1 minuta trucht (za wyjątkiem 12 sierpnia - 2 minuty trucht) Niedziela - bieg w tempie spokojnym do umiarkowanego na dystansie ok. 20-22 km Tym, co jest bardzo charakterystyczne w powyższym planie jest specyficzność treningu. Nie powinno to dziwić, bowiem zaprezentowano tygodnie w ramach bezpośredniego przygotowania startowego, gdzie trening specyficzny odgrywa najważniejszą rolę. Dlatego to właśnie na tych jednostkach skupimy się w pierwszej kolejności. W planie Kipchoge przejawia się to w dwojaki sposób: specyficzny trening pod kątem objętości oraz specyficzny trening pod kątem tempa biegu. [h3]Objętość[/h3] Jeśli chodzi o objętość treningu, to ogólna objętość w okresie BPS utrzymuje się cały czas w przedziale 175-195 km tygodniowo i jest dość stała - nie ma tygodni z wyraźnym odpuszczeniem i zmniejszeniem kilometrażu. Najciekawsze wydają się specyficzne treningi pod kątem objętości, czyli jednostki wykonywane w czwartki. Jeszcze na 1,5 tygodnia przed startem w maratonie Kipchoge wykonał bieg określony mianem "tempa" na dystansie 40 kilometrów w 2 godziny i 15 minut. Tak długi trening w 6-tygodniowym okresie BPS pojawia się aż 3-krotnie w odstępach dwutygodniowych. Co drugi tydzień Mistrz Olimpijski biegał w czwartki "trzydziestki". Średnie tempo wszystkich czwartkowych treningów jest mniej więcej podobne i waha się w okolicach 3:20/km - czasami nieco szybciej, czasami nieco wolniej w zależności od terenu. Z punktu widzenia zawodnika z wynikiem 2:03 w maratonie nie jest to tempo szczególnie wymagające, choć także nie można określić go mianem spacerowego. Trzeba również podkreślić, że pierwsze 2-3 kilometry są pokonywane wolno, czasami nawet wolniej niż 5 min/km i dopiero później następuje przyspieszenie. Dlatego średnie tempo właściwego fragmentu treningu zbliża się raczej do 3:15/km niż 3:20. Warto także nadmienić, że czwartkowe jednostki wykonywane są rano (ok. 6:15) i Kipchoge nie spożywa przed nimi żadnego posiłku. [caption id="attachment_49503" align="alignnone" width="1024"] Na niektórych treningach Eliud Kipchoge potrafi momentami truchtać w tempie 5 min/km i wolniejszym. Fot: CC BY 2.0 Flickr.com/Michiel Jelijs[/caption] Z pozoru tak długie biegi w ostatnich tygodniach przed maratonem mogą wydawać się mocno eksploatujące organizm, ale trzeba pamiętać, że Kipchoge jest po prostu gotowy na tego typu środki. Wykonuje je na zróżnicowanych trasach, w tym trasach crossowych, fragmentami nawet mocno błotnistych, nie jest to tzw. "wydeptywanie asfaltu". Jednocześnie biegając w określonym, żwawym tempie, żadna, nawet 40-kilometrowa jednostka nie przekroczyła czasu trwania 2,5 godziny. Mimo tego trzeba zwrócić uwagę, że najdłuższe treningi pod kątem czasowym trwają dłużej niż bieg maratoński w wykonaniu Kenijczyka. I na tym własnie polega ich specyfika - przygotowują one organizm zawodnika do długotrwałego, jednostajnego wysiłku zarówno pod kątem energetycznym, tlenowym jak i mięśniowym, nie wspominając o psychice, zapewniając solidne wsparcie wytrzymałościowe. Tak długie treningi są rzadko spotykane w tzw. "zachodnich" szkołach maratońskich, a jeśli już to częstotliwość ich wykonywania jest znacznie mniejsza. [h3]Jakość[/h3] Treningi "jakościowe" w planie Kipchoge wypadają we wtorki i soboty i, co ciekawe, mają formę fartleku lub interwałów. Wtorek to wizyta na stadionie, ale nie jest to stadion, z jakimi mamy do czynienia na co dzień w zachodnim świecie. Nie ma tam tartanu, żużlu ani wyznaczonych torów. W Eldoret biegacze biegają po niezbyt równej, naturalnej nawierzchni. Trening właściwy jest poprzedzony krótką rozgrzewką (10-15 minut truchtu). Same jednostki są wykonywane w tempie okołomaratońskim lub nieco szybszym. Jeśli zawodnik biega dłuższe odcinki (1 km, 1200 m, 2 km), wtedy tempo utrzymuje się w okolicach 2:50-2:55/km (docelowe tempo maratońskie, by pobić rekord świata to 2:54/km). W przypadku krótszych odcinków (400 m, 800 m) Kipchoge biega nieco szybciej (2:35-2:50/km). Przerwy pomiędzy powtórzeniami to najczęściej 90 sekund. Łączna objętość szybkiego biegania waha się w okolicach 10-15 km w zależności od intensywności treningu. Na koniec następuje 10-15 truchtu w formie schłodzenia. Kolejny z "jakościowych" treningów wykonywany jest w sobotę i ma formę fartleku. W przypadku jednostek zaprezentowanych w 6-tygodniowym wycinku z planu Kipchoge pojawiają się odcinki szybkiego biegu trwające 1, 2, 3 lub 10 minut z przerwami 1 minuta truchtu dla krótszych odcinków i 2 minuty w przypadku 10-minutowych powtórzeń. Wedle założeń tempo jest podobne do tego z wtorkowych treningów, ale ponieważ sobotnie biegi wykonywane są na zróżnicowanych trasach, wyrażenie odcinek z "intensywnością" okołomaratońską (lub nawet półmaratońską, biorąc pod uwagę wysokość n.p.m. i zróżnicowany teren) lepiej oddaje ten rodzaj wysiłku niż "tempo" okołomaratońskie. Podobnie jak we wtorek, trening właściwy poprzedzony jest krótką (10 minutową) rozgrzewką, na koniec biegacz wykonuje 15 minut truchtu w formie schłodzenia. Do jednostek jakościowych można byłoby z pewnością zaliczyć również czwartkowe treningi, ale te zakwalifikowane zostały już jako specyficzne środki mające na celu budować wytrzymałość potrzebną w maratonie. Wtorkowe i sobotnie biegi ukierunkowane są na prace na określonych intensywnościach i tempach, które mają zapewnić Kipchoge zapas szybkości oraz przyzwyczaić organizm do specyficznego tempa maratońskiego. Warto zauważyć, że praktycznie wszystkie jednostki szybkie mają charakter lekko narastający (początkowe powtórzenia są nieco wolniejsze, ostatnie najszybsze). [h3]Pozostałe dni[/h3] Pozostałe dni to już nie treningi specyficzne, a ogólne oraz regeneracyjne. W poniedziałki, środy, piątki i niedziele Kipchoge biega w spokojnym lub umiarkowanym tempie. W poniedziałki, środy i piątki trenuje rano i popołudniu, a łączna objętość danego dnia to ok. 26-32 km. Poranna jednostka trwa ok. 70-75 minut, a tempo określane jest mianem spokojnego lub umiarkowanego. Spokojne to okolice 4 min/km i wolniej, umiarkowane potrafi sięgać nawet 3:20/km. Popołudniowy trening każdego z tych dni to już typowy bieg regeneracyjny w tempie spokojnym. Z punktu widzenia amatora może się to wydawać niewiarygodne, ale dla biegacza z wynikiem 2:03 w maratonie 10 km w 40 minut to właściwie spacerek. W niedziele Kipchoge biega tylko raz i jest to trening na dystansie ok. 20-23 km w tempie od spokojnego do umiarkowanego. Wszystkie te dni są formą regeneracji oraz pełnią funkcję ogólnego treningu, który można określić jako chleb powszedni w planie niemal każdego zawodnika. [h3]Podsumowanie treningu Kipchoge[/h3] Oczywiście na podstawie fragmentu treningu nie da się ocenić całości planu, jaki Kipchoge realizuje, ale tak duży wycinek, jak 6 ostatnich tygodni przygotowań do próby bicia rekordu świata w maratonie pozwala na pewne przemyślenia i podsumowania. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na stałość treningu Kenijczyka. Dni treningowe w tygodniu są niezmienne, obciążenia również. W przeciągu tych 6 tygodni nie ma ani jednego, kiedy Kipchoge wyraźnie schodzi z objętości czy intensywności, nie ma kilku dni odpoczynku z rzędu. Dopiero w tygodniu startowym widać lekkie odpuszczenie, choć częściowo wynika ono z konieczności podróży do Berlina. Nie wiemy, niestety, jak wyglądały treningi w czwartek, piątek i sobotę tuż przed startem. Jeśli chodzi o rozkład poszczególnych dni, można zaryzykować stwierdzenie, że z treningowego punktu widzenia najistotniejszy jest wtorek. Dlaczego? Otóż przed treningiem wtorkowym Kipchoge ma 2 dni spokojnych biegów, podczas gdy przed pozostałe akcenty są poprzedzone tylko 1 dniem "regeneracyjnym". Oczywiście nie umniejsza to roli treningu czwartkowego czy sobotniego, ale faktem jest, że 2 dni spokojne wypadają właśnie przed wtorkiem. Być może chodzi o to, żeby przy wykonywaniu odcinków w szybkim tempie utrzymywać luz i wykonywać je swobodnie, a być może  jest to efekt przyjęcia 7-dniowego mikrocyklu treningowego. Gdyby wydłużyć mikrocykl do 8 dni, wtedy można byłoby dołożyć jeszcze 1 spokojny dzień przed inną jednostką specyficzną (np. biegiem na 30 lub 40 km). W takim przypadku jednak dni treningowe w ramach tygodnia byłyby ruchome. Ciekawostką w porównaniu np. do amerykańskiej szkoły biegowej jest brak jednostek określanych w USA jako "Tempo Run", czyli wysiłków ciągłych, trwających od 20 do 40 minut w tempie wyścigu trwającego ok. godzinę (w tym przypadku mniej więcej półmaratońskim). Jeżeli Kipchoge biega w tempie swojego półmaratonu to na interwałach lub fartlekach. Czwartkowy trening określany w analizowanym planie jako "Tempo Run" nie ma wiele wspólnego z klasycznym amerykańskim biegiem tempowym - jest za długi i zbyt wolny. Nie wiadomo, czy w treningu Kenijczyka owo klasyczne "Tempo Run" nie występuje w ogóle czy po prostu nie stosuje tej jednostki w okresie bezpośredniego przygotowania startowego. W zaprezentowanym 6-tygodniowym wycinku z jego planu takiego środka po prostu nie ma. O ile w BPS-ie nie ma klasycznego tempa, o tyle jest dość dużo biegania na prędkościach okołostartowych. Nawet treningi, kiedy Kipchoge stosuje szybsze tempa mają dość dużą łączną objętość (np. 5x2 km w 5:45-5:50 + 1 km w 2:50, 18x3 minuty szybko 1 minuta spokojnie). Jest to uzasadnione okresem treningowym - bezpośrednie przygotowanie startowe to ten moment, kiedy w kluczowych treningach ważne jest odwzorowywanie specyfiki wyścigu, do jakiego się przygotowujemy. Zapewne na poprzednich etapach treningu nie brakuje jeszcze szybszych i krótszych odcinków, jako ogólne wsparcie szybkościowe, ale w ostatnich tygodniach przed maratonem bieganie zbyt szybko nie ma sensu. Stąd więcej fragmentów pokonywanych w okolicach tempa 2:50-2:55/km niż poniżej 2:45/km. [h3]Wnioski dla przeciętnego amatora[/h3] Jaka lekcja płynie z analizy treningu Eliuda Kipchoge? Najważniejsza rzecz do zapamiętania jest taka, że nie istnieje coś takiego jak magiczne środki treningowe, które uczynią z zawodnika mistrza. Już sam fakt, że Kenijczyk podzielił się swoim planem z szeroką publicznością świadczy o tym, że nie ma tam żadnej tajemnej wiedzy niedostępnej innym trenerom czy zawodnikom. Patrząc na treningi wykonywane przez Kipchoge trudno wskazać pojedynczą jednostkę, która przyprawiałaby o zawrót głowy. Owszem, niektóre z nich jak 40 km w 2:15 na 10 dni przed maratonem czy 13x1 km w średnim tempie 2:50 mogą brzmieć imponująco, ale pamiętając, że mówimy o najlepszym maratończyku świata, nie jest to przysłowiowe odkrycie Ameryki. Czy przeciętny amator może próbować skopiować plan Kipchoge, dostosować prędkości czy długości jednostek do swoich możliwości i zaaplikować sobie 6 tygodni treningu Kenijczyka? Może, tyle że to wcale nie gwarantuje sukcesu. Trzeba pamiętać, że Kipchoge ma za sobą lata kariery i systematycznego biegania i nie pojawił się w tym miejscu znikąd. Tym, co bardziej powinno zwrócić uwagę amatorów interesujących się treningiem jest różnorodność stosowanych bodźców, jaką można włączyć do swojego planu. Oznacza to, że pożądany efekt treningowy możemy osiągnąć przy zastosowaniu wielu różnych środków. Jeśli chcemy pracować nad wynikiem w maratonie to 20 km w tempie maratońskim nie jest jedynym treningiem, jaki może nas przybliżyć do osiągnięcia celu. Być może rozbicie tej jednostki na krótsze odcinki biegane z minimalnie wyższą prędkością (np. na kształt fartleków Kipchoge) przyniesie nam więcej korzyści. Amatorzy często zamykają się w obrębie pojedynczej szkoły treningowej, która danemu celowi przypisuje jeden środek i jest on powtarzany nieustannie. Np., jeśli chcesz poprawić swój VO2Max, wykonuj interwały z intensywnością 95%-100% VO2Max trwające od 3 do 5 min, itp., itd. Jest wiele innych możliwości poprawienia poszczególnych parametrów, a przede wszystkim swoich wyników. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy tydzień po tygodniu przychodzi Wam wykonać dokładnie taki sam trening. Zauważyliście, że w przypadku 6 tygodni treningu Kipchoge żadna z kluczowych jednostek (wtorki i soboty) nie powtarza się dwukrotnie? Z planu Mistrza Olimpijskiego w maratonie płynie jeszcze jedna ważna lekcja. Nawet w okresie treningu specyficznego pod królewski dystans stosuje niemal wszystkie prędkości - najszybsze odnotowane odcinki są pokonywane w tempie 2:15/km, najwolniejsze fragmenty nawet w 6:00/km! Ta różnorodność i korzystanie z pełnego spektrum intensywności w procesie treningowym jest tym, czego najczęściej brakuje w bieganiu amatorów. Wykonywanie codziennie podobnych biegów z podobną intensywnością, objętością na tych samych trasach z czasem staje się nie tylko nudne, ale też przynosi coraz mniejsze korzyści. Dlatego nie bójmy się we własnych planach sięgać po wszelkie dostępne nam tempa. W tym obszarze próba naśladowania Kipchoge może być ciekawą odmianą dotychczasowych treningów.
[h2]Od kilku lat w Polsce pojawia się coraz więcej "górali". Jak wiele z tych osób specjalizuje się tylko i wyłącznie w szlifowaniu formy pod biegi górskie? Ilu z nich odkopało korzenie poprzednich nawyków sportowych, by zasiać na nowo ziarno trudnego sportu i zebrać plony w postaci... piekielnie przyjemnego zmęczenia?[[/h2] W roku 1985 odbył się jeden z pierwszych oficjalnych biegów górskich w Polsce, rozegrany w rejonie Babiej Góry. Bieg był elementem imprezy na zakończenie sezonu, a udział w nim wzięli taternicy,himalaiści i alpiniści. Dopiero w kolejnych edycjach tych zawodów swój udział zaznaczali typowi biegacze. Wtedy nie było ich jeszcze wielu - jeśli w ogóle byli jacyś zawodnicy świadomie trenujący pod wyścigi górskie. Od tej daty minęło wiele lat, a przez ten czas biegi górskie przeżyły prawdziwą ewolucję. Nikt nie spodziewał się takiego rozwoju tej dyscypliny. Zainteresowanie biegami górskimi wzrasta nadal, co roku pojawiają się nowe postacie - sportowcy sprawdzający swoje siły w klasycznych alpejskich bądź anglosaskich stylach, połówkach, maratonach oraz w biegach ultra. Starzy "wyjadacze" nadal regularnie startują. Jak wiele z tych osób specjalizuje się tylko i wyłącznie w szlifowaniu formy pod biegi górskie? Ilu z nich odkopało korzenie poprzednich nawyków sportowych, by zasiać na nowo ziarno trudnego sportu i zebrać plony w postaci... piekielnie przyjemnego zmęczenia? Ostatnimi czasy nastąpiło wyraźne zainteresowanie biegami górskimi w naszym kraju. Falowo na zawody górskie napływają biegacze z całej polski, zapychając limity na listach startowych tuż po rozpoczęciu możliwości zgłoszeń. Ten "boom" wiąże się miedzy innymi ze wzrostem poziomu sportowego, na co dowodem są wyniki osiągane przez zawodników - i to często tych z najnowszej fali uderzeniowej. Zawody są coraz to bardziej atrakcyjne, widowiskowe, są coraz lepiej organizowane oraz reklamowane. Dużą część biegaczy górskich tworzą emigranci sportowi, którzy przybyli w góry i rozpoczęli regularne ściganie się na zawodach. Przybyli posiadając bagaż doświadczeń z innych sportów. Góry pozwoliły im na rozwinięcie i wykorzystanie nabytych wcześniej umiejętności. "Od najmłodszych lat byłam posiadaczką roweru. Pod koniec studiów zaczęłam chodzić po górach, później troszkę się wspinałam. I tak po prostu ciągle coś robiłam, ale nigdy nic konkretnie." - opowiada Natalia Tomasiak. "Nie uprawiałam żadnej dyscypliny sportowej profesjonalnie. Po prostu w 2014 roku zaczęłam biegać i wciągnęły mnie biegi górskie. Nie jest oczywiście tak, że też wstałam „od biurka”, a bieganie zaczęło przychodzić z łatwością. Od dziecka byłam aktywna. Miałam epizody gry w koszykówkę, 3 lata jako dziecko trenowałam taekwondo, w między czasie nauczyłam się grać w tenisa itp. Ale każda dyscyplina była traktowana jako rekreacja. Od dziecka jeździłam na nartach i snowboardzie." Wybiegania górskie bywają stałym punktem w niejednym planie treningowym. Ta część zawodników, która "liznęła" chociaż trochę tematu biegania po górach chociażby podczas okresów przygotowawczych pod dane dyscypliny sportowe, zaczęła coraz częściej w nie wracać. Dwa, trzy razy w sezonie taki wyścig po górach miał, i ma nadal wzmacniać, pobudzać i pomagać w budowaniu siły biegowej oraz wydolności. Są to zwykle starty w stylu alpejskim - w tym mniej inwazyjnym, mniej niebezpiecznym. Część społeczności biegów górskich tworzą zawodnicy regularnie startujący na płaskich terenach lub ci którzy uprawiają odmienne dyscypliny sportowe. Takim przykładem może być Kamil Jastrzębski, który traktuje udział w zawodach górskich jako element ważnego planu układanego pod biegi uliczne. Doskonale radzi sobie w górach jak i na ulicy. Aktualnie w klasycznych stylach górskich również bardzo dobrze prezentuje się Krzysztof Bodurka oraz Bartłomiej Przedwojewski. Oboje rozwijają się szybko i podnoszą poziom rywalizacji o kolejne stopnie wyżej - oboje wywodzą się z biegów płaskich. "Po pierwsze kocham góry. Od małego dzięki rodzicom miałem możliwość bywać tam dość często. Kiedy zacząłem biegać, od razu pomyślałem o bieganiu w górach. Jednak nie czułem się na siłach bym mógł temu sprostać. Zadowoliłem się przełajami oraz stadionem." - wspomina Krzysztof Bodurka, którego teraz interesują tylko starty w biegach górskich. Na dystansach maratońskich aż do ultra, najlepiej radzą sobie osoby spędzające życie "na sportowo" od lat. Świetnym przykładem oraz wzorem pracy jest Robert Faron. Rozpoczął przygodę ze sportem, a dokładnie z biegami narciarskimi jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Następnie zajął się uprawianiem sportu narodowego czyli piłki nożnej, lecz w wieku lat 35 wrócił do narciarstwa. Aktualnie mając 43 lata czynnie startuje w biegach narciarskich zimą, a praktycznie cały rok ściga się w biegach górskich, gdzie w 2014 roku wygrywa Ligę Biegów Górskich a ostatnio między innymi bieg Ultra Granią Tatr. "Pierwszymi moimi krokami sportowymi - oprócz oczywiście biegania na nogach - było narciarstwo biegowe traktowane zabawowo, uprawiane przeze mnie od wczesnych lat szkolnych. Były to głównie marszobiegi w urozmaiconym terenie. Z upływem lat nabywałem właściwej techniki biegowej i ruchy stawały się bardziej ekonomiczne energetycznie. Praca niemal całej postury ciała wzmacniała harmonijnie mięśnie budując podwaliny pod przyszłe sporty życia. Również poprzez przygotowanie do sezonu zimowego w czasie letnim moje treningi były ukierunkowane już pod biegi górskie , wówczas jeszcze nieznane. Wszelkie "imitacje chodzone, biegane i skakane" z kijami miały znaczenie w późniejszych rywalizacjach. Natomiast jazda na nartorolkach utrzymuje sylwetkę biegacza w równowadze dynamicznej i przyczynia się do polepszania stabilizacji postawy ciała w ruchu." - opowiada fenomenalny i wszechstronny 43-latek . "Jestem przekonany, że rozpoczęcie rywalizacji zawodniczej w moim przypadku, które nastąpiło stosunkowo późno, było łatwiejsze dzięki wypracowaniu wydolności i sprawnej umiejętności pokonywania terenów górskich." - kontynuuje Robert. Umiejętność posługiwania się kijami wyrobiona i ukształtowana poprzez narciarstwo potrafi być dodatkową "bronią" podczas zawodów zwłaszcza SkyRunningowych, w których kije służą jako dodatkowe dwie nogi a ich używanie nie jest zabronione. "Wywodzę się z biegów narciarskich, choć ten sport zacząłem trenować stosunkowo późno, bo w wieku 16 lat. Wcześniej uprawiałem narciarstwo alpejskie i sporo chodziłem z rodzicami po górach. Myślę, że to jeden z czynników, który sprawił, że zaraziłem się bieganiem i wspinaniem." - tak wspomina swoje początki Marcin Rzeszótko. (...) stwierdziłem, że biegi górskie, wspinanie i skialpinizm to coś, co chcę robić i w co warto się zaangażować. Myślę, że na Podhalu, na które dotarłem z Bielska-Białej, te 3 dyscypliny w jakiś sposób się łączą. Na pewno każda z nich sprawia mi dużo radości, satysfakcji, daje możliwość odreagowania i łączy się z szeroko pojętą działalnością górską (TOPR, przewodnictwo, Klub Wysokogórski). Poza tym, czując przesyt jednym, robię drugie i tak w kółko." Narciarstwo klasyczne jest dyscypliną zbliżoną do biegów górskich szczególnie motoryką oraz wysiłkiem. Dlatego też Magdalena Kozierska - która wywodzi się z narciarstwa klasycznego - również doskonale radzi sobie na zawodach w biegach górskich, prezentując bardzo wysoki poziom. Podobnych przykładów jest wiele. Najwięcej "powera" do podbiegania posiadają zawodnicy którzy wywodzą się z kolarstwa. Regularne pedałowanie buduje siłę biegową. Znany już od kilku sezonów w górach, "fake runner" Piotrek Biernawski jest idealnym przykładem, jak dobra praca z rowerem w przeszłości wyrobiła jego zdolność dynamicznego pokonywania stromizn. Jego kolega teamowy z którym sięgnęli w tym roku po zwycięstwo w Rzeźniku - Piotrek Huzior, oraz inny, bardzo mocny zawodnik Dominik Grządziel (w górach od 2017 roku) - również dużo czasu spędzili na dwóch kółkach. Oczywiście wyżej wymienione osoby dalej trenują stosując kolarstwo jako element budowania formy pod biegi górskie. Są też zaskakujące wzory dające niezłe podwaliny do uprawiania biegów górskich, takie jak na przykład łyżwiarstwo. "Przez 8 lat trenowałam łyżwiarstwo figurowe. Szkoła sportowa i wiele godzin treningu w okresie dziecięcym zdecydowanie pomagają mi w bieganiu po górach. Przede wszystkim nie mam problemów z koordynacją, choć mistrzynią zbiegów nie jestem." - tak opisuje swoje poprzednie doświadczenia sportowe Dominika Stelmach. Zapytana dlaczego trafiła w góry, odpowiada : "Ścigam się między innymi w górach. A dlaczego? Bo kocham góry, bo lubię ten rodzaj wysiłku i to zmęczenie, które możliwe jest tylko na trailowej trasie. Większe predyspozycje mam do płaskich biegów, ale… w górach odżywam. Każdy, choćby krótki pobyt w górach to dla mnie plus 10 punktów energii. Góry nie przeszkadzają mi biegać coraz szybciej po szosie." Łyżwiarstwo figurowe również trenowała Magdalena Święcka z Gdańska - reprezentantka kraju w biegach górskich na mistrzostwach świata. Jak widać, nawet uprawianie tak odmiennego sportu może być doskonałym fundamentem do wyrobienia zdolności biegania po górach. Rajdy przygodowe wzmacniają wytrzymałość, stabilizują psychikę oraz budują ogólne umiejętności radzenia sobie z trudnościami. Krzysztof Dołęgowski - pierwszy zawodnik który ukończył bieg ultra 6x Babia w limicie czasowym, duet Magda Łączak z Pawłem Dybkiem znani od dawna nie tylko w naszym kraju, czy Piotr Hercog - Pro zawodnik górski zajmujący się przy okazji "linami" - mają doświadczenia z rajdów przygodowych, lecz w ich krwi płynie miłość do górskich wyścigów. Dominika Bolechowska trenująca sztuki walki potrafi w ciągu jednego dnia wystartować w biegach górskich, by tego samego dnia jeszcze zdążyć na zawody karate. Dyrektor Ligi Biegów Górskich - Dominik Ząbczyński - człowiek żyjący tym sportem, rozpoczynał przygodę z bieganiem od sztuk walki. Podobnie ma się historia z Dominikiem Kobryniem, który hobbystycznie uprawia Muay Thai, jest również jednym z najlepszych na świecie w spinaniu po głazach (bouldering). Mieszkając za granicą naszego kraju regularnie wraca w polskie góry by się testować na przeróżnych trasach - biegając. Jest wiele dyscyplin sportowych zbliżonych ruchowo czy wysiłkowo do typowych biegów górskich, ale to biegi górskie łączą w sobie wszystkie elementy dużej ilości sportów w jednym. Wszystkie wymienione w tym artykule przykłady oraz posatci, są kroplą w morzu biegów górskich. Zawodników amatorów są tysiące - i większość z nich uprawiała, bądź uprawia nadal inne dyscypliny sportowe. "Arena biegów górskich, Kadra ITRA, Skyrunning, WMRA to tak naprawdę „sportowa emerytura” i nie chcę tu nikogo urazić. Startujący zawodnicy, nie bójmy się tego powiedzieć, to w 99,9% amatorzy. Robią to dla przyjemności, a zdecydowana większość z nich pracuje zawodowo jako np. wuefista, strażak, przedstawiciel handlowy, sprzedawca itd. Choć ww. federacje są coraz lepiej dofinansowane, przez co działają prężniej, to w Polsce czołówka zawodników wywodzi się m.in.: kolarstwa, lekkoatletyki, kajakarstwa, biegów narciarskich itd. " - stwierdza Marcin Rzeszótko. Cieszy fakt, że coraz więcej osób przechodzi na zawodowstwo, rezygnując ze swojej pracy. Podziękowania należą się samym zaangażowanym, ale i firmom tworzącym drużyny sportowe. Dyscypliny nieolimpijskie zaczynają być zauważalne, popularne, a nawet masowe. Pojawiają się pieniądze na marketing, co jest korzyścią nie tylko dla dystrybutorów i zawodników, ale i amatorów, chcących biegać w takich samych butach czy ciuchach jak ich idol spotykany na tych samych zawodach. Niewiele osób trenowało stricte biegi górskie. Młodsze pokolenie, które trenuje ściśle pod biegi górskie lub skialpinizm (tak jak ma to miejsce w niektórych krajach), na pewno podniesie dotychczasowy poziom tej dyscypliny. Podsumowaniem tego artykułu niech będzie wypowiedź Natalii Tomasiak, która świetnie obrazuje przyjemność płynącą z uprawiania biegów górskich, łącząc wszystko w całość. "Po prostu to lubię, sprawia mi to dużą przyjemność. Zawsze swoje wyjazdy na zawody łącze też z podróżowaniem, staram sie odwiedzać nowe miejsca i wybierać ciekawe, nie znane mi imprezy. Przy okazji poznaję bardzo dużo nowych ludzi. To wszystko jest fajne i ciekawe. Nie wyobrażam sobie tylko biegać. Po prostu bym się tym znudziła, osobiście lubię różnorodność, wiec wplatam w trening tez pływanie, rower zimą, sporo ski-tourów. Stawiam przede wszystkim na dobra zabawę, a nie tylko na trening biegowy. Zdaję sobie w pełni sprawę, że jestem amatorem, nigdy nie dorównam osobom ze sportową przeszłością więc się po prostu tym bawię ".
[h2]Jeśli morsowanie to dla Ciebie szczyt obcowania z zimnym środowiskiem – poznaj gościa „Kropki nad M”. To Piotr Biankowski, pływak ekstremalny.[/h2] Odcinek z cyklu „zwyczajni ludzie robią niezwyczajne rzeczy”. ;) Mieliśmy rozmawiać o zawodach swimrunowych jednak nie sposób przejść obojętnie obok tego co Piotr robi najlepiej – pływania. Jak widać z tego wpisu (lub jak widać/słychać w podcaście) nie jest to takie zwykłe pływanie. Poniżej znajdziesz trochę dodatkowych materiałów o wyczynach Piotra, a jak już je obejrzysz, to zapraszam do wysłuchania lub obejrzenia naszej rozmowy. :) [h2]Wideo relacja z Ice Mile[/h2] ICE MILE Piotr Biankowski from provideos.pl on Vimeo. [h2]Podcast w wersji wideo:[/h2] W tym odcinku usłyszysz: Kim jest Piotr Biankowski? Co dla Piotra jest ważniejsze: triathlon czy pływanie ekstremalne w zimnych wodach? Jak wygląda przeszłość sportowa Piotra? Jakim najlepszym czasem w pływaniu może pochwalić się Piotr? Jak wyglądają przygotowania do pływania w zimnych wodach? Jak to jest pływać bez dodatkowych zabezpieczeń (np. pianki) w tak zimnej wodzie? Skąd u Piotra pomysł na start w zawodach swimrun? Jaka jest geneza zawodów swimrun? Ile imprez swimrun jest w Polsce? Jak wyglądają zawody swimrun? Czy trudno pływa się w butach? Czy bieganie w piance sprawia trudność? Gdzie umieszcza się numery startowe podczas zawodów? Czy pływanie w płetwach jest dozwolone? W jaki sposób wygląda start w parach? Jakie wyposażenie powinniśmy mieć podczas startu w zawodach swimrun? Czym różni się pianka swimrunowa od triathlonowej? Jakie rodzaje tłuszczu są w naszym organizmie? Czy warto jest morsować? Jakie są plany startowe Piotra w najbliższym czasie? Wszystkie odcinki Kropki nad M znajdziesz na stronie ironfactory.pl
[h2]Po Maratonie Warszawskim przez media przetoczyła się fala zainteresowania i oburzenia w związku z problemami kenijskiej biegaczki Recho Kosgei. Organizatorom biegu zarzucono, że pomoc dla zawodniczki nadeszła zbyt późno.[/h2] Recho Kosgei jeszcze kilometr przed metą biegła na prowadzeniu maratonu w Warszawie z bezpieczną, 3-minutową przewagą nad drugą zawodniczką. Widać jednak było, że słabnie i coraz bardziej zwalnia. Kilkaset metrów przed metą kryzys stał się tak silny, że biegaczka upadła i nie była w stanie się podnieść. Przez kilka minut próbowała wstać z jezdni, a gdy stało się jasne, że nie będzie to możliwe, została jej udzielona pomoc i na metę Kenijka dotarła karetką. Szybko doszła do siebie i jej zdrowiu oraz życiu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Ponieważ nagranie z biegu wyglądało dramatycznie, przez media przetoczyła się fala dyskusji i krytyki. Oprócz zwyczajowych argumentów o szkodliwości maratonów i dewastującym wpływie asfaltu na kolana pojawiły się głosy o kiepskim zabezpieczeniu medycznym trasy, obelgi pod adresem operatora kamery, a nawet... zarzuty rasizmu. W kenijskich mediach i w dyskusjach pod nimi sugerowano, że Rechoi Kosgei leżała na asfalcie, ponieważ organizatorzy biegu są rasistami i nie pomogli jej ze względu na kolor skóry. W krytyce tradycyjnie przodują osoby nie mające pojęcia o bieganiu, a o maratonach i organizacji biegów w szczególności. Zajmijmy się szybko najważniejszymi zagadnieniami, ignorując - przepraszamy czytelników - kwestie domniemanego rasizmu, globalnego ocieplenia oraz problemów ekonomicznych Trzeciego Świata. Maraton jest biegiem, który wymaga wytrzymałości, wytrwałości, jest próbą charakteru oraz pozwala biegaczowi poznać skrajne możliwości organizmu. Właściwie można to powiedzieć o biegu na każdym dystansie, podobnie jak o wyścigach rowerowych, pływaniu czy innych sportach, gdzie zawodnik zmaga się nie tylko z rywalami, ale także z zegarem. Dotyczy to biegaczy amatorów, ale przede wszystkim wyczynowców. Zasłabnięcia podczas biegów i treningów się zdarzają, podobnie jak wymioty, skurcze czy ból głowy. Część z nich bywa śmiertelna, na szczęście nieliczne. Są to przypadki bardzo charakterystyczne. Najbardziej rozpowszechnionym śmiertelnym zagrożeniem dla zdrowego sportowca jest tzw nagła śmierć sercowa. Wynika najczęściej albo z wrodzonej wady, albo z gwałtownego uderzenia okolic serca, np w futbolu amerykańskim. Cechą charakterystyczną jest natychmiastowa utrata świadomości biegacza. W ten sposób w USA zmarł przed laty maratończyk Ryan Shay, a w Etiopii narzeczona rekordzisty świata, Kenenisy Bekele - 18-letnia Alem Techale. W Warszawie Recho Kosgei pozostawała przytomna i świadoma. Żadne objawy nie wskazywały na zagrożenie życia. Wręcz przeciwnie, objawy były charakterystyczne i dobrze znane uczestnikom biegów. To typowa tzw maratońska ściana, gwałtowny kryzys wynikający z odwodnienia i spalenia zapasów glikogenu w mięśniach. Bolesny, ale niegroźny. Cierpiący biegacze, spacerujący, siedzący i upadający są do pewnego stopnia stałym obrazkiem na zawodach. To koszt biegu na maksymalny do osiągnięcia wynik. W zawodach na bieżni zdarza się, że za metą na ziemię padają niemal wszyscy zawodnicy i zawodniczki. Aby to zobaczyć, wystarczy przejść się na jeden z setek odbywających się w Polsce mityngów lekkoatletycznych. I uwaga - obecni na biegu sędziowie, kibice oraz obsługa zabezpieczająca jest tego świadoma. To ludzie, którzy w życiu widzieli wiele biegów, wiele kryzysów i nie potrzebują pouczeń z ust przypadkowych widzów. Pomoc biegaczce pozostającej na trasie oznacza natychmiastową dyskwalifikację. Przepisy stanowią z grubsza o tym, że należy samemu, bez pomocy z zewnątrz pokonać trasę od punktu A do punktu B. W jaki sposób zawodnik czy zawodniczka to osiągnie, nie ma większego znaczenia. W wielu długodystansowych biegach na finiszu pojawiają się dramatyczne obrazy. Gdy zabraknie sił, biegacze przed metą pełzną, idą na kolanach, czołgają się, a nawet turlają. Dopóki nie zażyczą sobie pomocy, nikt nie ma prawa udzielać jej na siłę, bo oznacza to utratę zajętego miejsca oraz premii finansowej. I dokładnie taka sytuacja miała miejsce w Warszawie. Obsługa techniczna stała z boku, obserwowała sytuację i czekała, czy konieczne będzie udzielenie pomocy. Dopóki Kenijka próbowała się przemieszczać, była przytomna i nie wzywała pomocy, nikt nie ma prawa ściągać jej z trasy. Tym bardziej, że pokonała prawie 42 kilometry, była doświadczoną biegaczką, a do mety zostało kilkaset metrów. Zastanówmy się jeszcze nad technicznym aspektem pomocy. Trasa maratonu ma 42 kilometry, a na świecie są rozgrywane biegi na wielokrotnie dłuższych dystansach. Jest fizyczną niemożliwością, aby co metr ustawić ratownika medycznego na wypadek, gdyby komuś coś się stało. Przepisy stanowią o tym, jak gęsta powinna być sieć karetek i ratowników i te wymogi na każdej poważnej imprezie są spełniane. Pomoc zwykle nadchodzi szybko, ale fizyczną niemożliwością jest, żeby działo się to natychmiast. Komentujący kompletnie nie znają realiów sportowych również w innych elementach. Oczekują, że operator kamery widząc upadającą zawodniczkę, rzuci sprzęt i pobiegnie pomagać jej wstać. Na dużych biegach transmisja jest zwykle zapewniana przez sprzęt ustawiony na samochodzie, a operator jest czasami wręcz "zabudowany" kamerami, bateriami i nadajnikami. Fizycznie nie ma możliwości wyjścia z kabiny. Jedyne, co może teoretycznie zrobić, to zadzwonić po pomoc. Od tego jest jednak obsługa na trasie. Tak właśnie stało się w Warszawie - obsługa zadzwoniła po karetkę, która kilka minut później była na miejscu. Trudno wyobrazić sobie, co jeszcze można by zrobić. Przytomnej biegaczki się nie reanimuje, a pomoc w powstaniu z ziemi skutkuje dyskwalifikacją. W sytuacji takiej jak w Warszawie pozostaje więc stanie z boku, oczekiwanie na karetkę i ewentualnie pytanie zawodniczki, czy nie jest konieczna pomoc. To właśnie działo się na trasie w przypadku Kosgei. Trudno oczekiwać, że wyprzedzająca Kenijkę rywalka zatrzyma się i będzie pomagać. W jaki sposób miałaby to zrobić - nieść ją do mety przez kilkaset metórw? Ona nie przyjechała po to do Warszawy i trudno sobie wyobrazić, w czym miałaby pomóc w momencie, gdy nic więcej nie mogli zrobić stojący z boku kibice i obsługa. Ba, biegnąca na drugim, a potem pierwszym miejscu Etiopka sama przeżywała kryzys i można sobie łatwo wyobrazić, że może nawet nie zauważyła Kenijki leżącej z boku. Zdarzają się w sporcie przypadki pomocy przez rywali, ale ma to miejsce zwykle tuż przed samą metą i najczęściej nie dotyczy zwycięzców. To piękny obrazek, ale nie mający praktycznego znaczenia w momencie, gdy bieg odbywa się w obecności innych ludzi. Trochę niejasne są też przepisy - teoretycznie każda udzielona pomoc skutkuje dyskwalifikacją, ale zdarza się, że odstępuje się od tego. W transmisji mówiłem o tym, że biegnący może pomóc i nie grozi to dyskwalifikacją, ale sytuacja nie jest tak prosta. Pomoc w powstaniu z ziemi pewnie nie spotkałaby się z reakcją sędziów, ale już zaniesienie biegaczki na metę - owszem. Reakcje osób przewrażliwionych są zwykle przesadzone w każdej kwestii. Bieganie maratonów statystycznie jest dużo bezpieczniejsze niż siedzenie przed telewizorem. Zdarzają się tragiczne przypadki, gdy ktoś umiera na trasie, ale ma to miejsce także w domu, w kościele, w mieście. Ze względu na obecność ratowników i karetek nie ma w momencie rozgrywania biegu bezpieczniejszego miejsca w Polsce niż trasa. Jeśli gdzieś zasłabnąć - to bezpieczniej na trasie maratonu niż w domu. Pomoc nadejdzie zdecydowanie szybciej. Część krytyków chciałaby zabronienia rozgrywania biegów, bo ludzie umierają. Ale uwaga - ludzie umierają za kierownicą, na zakupach, a także we śnie. Kierując się tą logiką, należałoby zabronić spania. Ba, jeszcze gorzej - należałoby zabronić żyć, bo grozi to śmiercią. Ryzyko jest stuprocentowe. W Warszawie Recho Kosgei zaryzykowała mocnym tempem, doznała kryzysu i ostatecznie nie była w stanie dotrzeć do mety. Jej życiu nawet przez moment nie groziło niebezpieczeństwo. Organizatorzy biegu wykonywali swoją pracę i robili to dobrze. Wszystkiego nikt nigdy nie jest w stanie przewidzieć ani kontrolować. Krytykowanie w internecie jest łatwe, ale żeby to robić, warto najpierw chociaż w minimalnym stopniu zapoznać się z tematem. Nie ma chyba biegacza, który byłby obojętny na cierpienie Kenijki, ale równocześnie im większe doświadczenie, tym zwykle spokojniej patrzy się na takie przypadki. Jakiekolwiek niebezpieczeństwo było znikome, a dramaty tego typu są po prostu elementem sportu.
[h2]Od wielu lat istnieje podział na buty do biegania dla supinatorów, pronatorów i osób ze stopą neutralną. Czy to ma rzeczywiście sens? Zdania były podzielone. Ostatnio Laurent Malisoux zaprezentował jednak badania, które pokazują, że kontrola pronacji daje pozytywne rezultaty.[/h2] Pan Laurent Malisoux jest związany z Laboratorium Badań Medycyny Sportowej w Luksemburgskim Instytucie Zdrowia, jednym z najważniejszych ośrodków badawczych. Laurent Malisoux specjalizuje się w badaniu obuwia, kontuzji biegaczy oraz wpływu obuwia na kontuzje. Podczas tegorocznego Australasian Podiatry Conference 2017 zaprezentował rezultaty swoich najnowszych badań, które także ukazały się w British Journal of Sports Medicine. Badania dotyczyły właśnie roli butów ze wsparciem (podeszwa o podwójnej gęstości czy łukiem wspierającym stopę) oraz ich wpływu na kontuzje. W eksperymencie wzięło udział 372 rekreacyjnych biegaczy, a badanie trwało pół roku. Uczestników eksperymentu podzielono na 5 grup, w zależności od rodzaju stopy (mocno supinująca, supinująca, neutralna, pronująca, mocno pronująca) i każdy biegacz otrzymał buty ze wsparciem. Wyniki badania wykazały, że: Uczestnicy, którzy nosili buty ze wsparciem, byli mniej narażeni na kontuzje. Kiedy badacze rozpatrywali każdy typ stopy oddzielnie, tylko ci biegacze, którzy mieli pronację, wykazali mniejszą skłonność do urazów w butach ze wsparciem.    Ogólnie rzecz biorąc, niezależnie od rodzaju buta, biegacze z pronacją byli bardziej narażeni na urazy Biegacze ze stopą pronującą byli bardziej narażeni na kontuzję podczas noszenia standardowych butów do biegania w porównaniu do butów ze wsparciem. Co ciekawe, okazało się także, że osoby które nie są pronatorami, a nosiły buty dla pronatorów nie stały się bardziej narażone na kontuzje. Takie wyniki badań może nie są do końca zaskakujące, bowiem kiedyś były już przeprowadzane zbliżone próby. Jednak nie do końca były one wiarygodne dla środowisk naukowych. Pan Knapik wraz ze swoim zespołem przeprowadził swoje badania, ale był one oparte tylko na grupie żołnierzy.
[caption id="attachment_51803" align="alignnone" width="1000"] fot: adidas[/caption] [h2]W czerwcu biegaczka zdecydowała, że całkowicie poświęci się bieganiu i zrezygnowała z pracy. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim Dominika Stelmach opowiedziała m.in. o powodach tej decyzji, związanych z nią obawach i planach na przyszłość.[/h2] Trzy miesiące temu podjęła Pani bardzo ważną decyzję – rzucenie pracy i przejście na „zawodowstwo”. Skąd ta decyzja i dlaczego akurat wtedy? Decyzja została podjęta w ostatnim momencie, kiedy ma to jeszcze jakiekolwiek szanse powodzenia. Stwierdziłam, że będę kiedyś żałować, jeśli nie spróbuję, a nie mam już 20 lat, aby się z tym wstrzymywać. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że do pracy zawsze mogę wrócić, bo mam dość duże doświadczenie. W Warszawie nie ma też teraz problemu z jej znalezieniem. W związku z tym cofnięcie tej decyzji nie byłoby wielką trudnością. Czuję dużą, sportową potrzebę sprawdzenia siebie. Jak trudno było pogodzić trenowanie z pracą? Coraz trudniej. Gdy biegałam jeszcze po 70 kilometrów w tygodniu, nie było to wielkim problemem. Jednak gdy zaczęłam biegać po 120 i trenować coraz bardziej poważnie, było już trudniej. Dwójka dzieci, jedno w przedszkolu, drugie w szkole, praca od 9 do 17, czyli w najgorszych godzinach, bo pozostawało bieganie rano albo bardzo późno wieczorem. Ostatnie pół roku dużo mnie kosztowało. Dałam radę, ale nie wiem czy byłabym w stanie się jeszcze poprawiać sportowo w kolejnym roku przy tak dużym obciążeniu. Czy praca mogła sprawić, że wcześniej nie udało się wyzwolić rezerw? Czy poświęcenie się wyłącznie bieganiu i treningowi ma pozwolić na pokonanie kolejnych czasowych granic? Tak, taki jest cel, do tego zmierzam. To jest sport, więc niczego nie możemy być tu pewni. Wiem jednak, że mogę znacznie więcej. To, że mam 35 lat nie powinno być czymś, co mnie ogranicza. Nie trenuję od 15 roku życia. Biegam od 13 lat, w tym czasie miałam też dwie przerwy macierzyńskie i jedną spowodowaną kontuzją. Pierwsze lata biegania były tak naprawdę zupełnie amatorskim truchtaniem. Wydaje mi się, że dużo jeszcze przede mną i chcę spróbować. Jakie są największe plusy przejścia na „zawodowstwo”, a jakie największe obawy? Aktualnie największym plusem jest to, że mam więcej czasu dla dzieci. Wadą jest niepewność finansowa, a także niepewność czy ten plan się powiedzie. To dodatkowy stres. Pracując, mając zapewniony byt, nie musiałam myśleć o sponsorach, o zarabianiu na bieganiu pieniędzy. Mogłam startować kiedy i gdzie chciałam. Teraz muszę myśleć także o tym, aby z tego zajęcia żyć. [caption id="attachment_51805" align="alignnone" width="800"] fot: adidas[/caption] Więcej czasu na bieganie, ale chyba też więcej czasu na odpoczynek. Tak, choć ja nie jestem osobą, która odpoczywa zupełnie biernie, ale mam wreszcie czas, aby trochę zająć się sobą, także jeśli chodzi o sferę regeneracji. Co zmieniło się przez te trzy miesiące? Jakim zmianom ulega trening? Na razie wiele się jeszcze nie zmieniło, choć to pierwsze wakacje, które spędziłam trenując przez dwa miesiące, będąc właściwie cały czas poza Warszawą. Dużo z tego czasu spędziłam z dziećmi, więc nie był też to tak do końca obóz treningowy. Opieka nad dziećmi i jednoczesny trening to prawie jak praca na trzy etaty. W wakacje zwiększyliśmy obciążenia, zaczęłam trenować dwa razy dziennie. Na razie to tyle. Przed nami szybki sezon startowy, który jeszcze nie pokaże nam wiele. Liczę, że na wiosnę uda się zaprezentować efekty tej decyzji. Dzieci chętnie przyglądają się Pani startom w bieganiu? I tak i nie. Z jednej strony jest to czas, w którym dla nich mamy nie ma. Starszy syn zaczyna już coś rozumieć, a młodszy jeszcze nie do końca wie, o co chodzi. Dla niego mama zawsze wygrywa. Nie rozumie jeszcze rywalizacji i całego ducha sportowego. Ma jednak dopiero 4 lata i ma jeszcze czas, aby to pojąć. Gdyby w przyszłości dzieci chciały biegać, to byłaby Pani za czy raczej odradzała, bo to trudna droga? Jeżeli będą chciały biegać, to nie będę im tego odradzać, ale nie będę im też odradzać żadnej innej rzeczy, którą chciałyby w przyszłości robić. Gdy znajdą pasję i coś, co będzie im sprawiać przyjemność, to będę ich w tym wspierać. Nie zamierzam też w żaden sposób na nie naciskać. Bardzo chcę, aby były sprawne i trenowały różne sporty, ale tego czy zostaną w przyszłości sportowcami, nie wiem. Próbuje Pani swoich sił na różnych dystansach. Skąd pomysł, aby je różnicować? Widzę, że to przynosi mojej głowie bardzo dużo dobrego. W momencie, gdy nie skupiam się na jednym dystansie, bardzo różnicuję to, gdzie startuję, po prostu mniej się denerwuję. Przy okazji jeszcze góry, które bardzo kocham i dodają mi dużo energii, są odskocznią. Śmieję się, że mój sezon startowy trwa cały rok, ale tak naprawdę większość z tych startów jest dla przyjemności. Nie z potrzeby rywalizacji, ale choćby z chęci udania się w góry lub „pobawienia się” w ultra. [caption id="attachment_51806" align="alignnone" width="1000"] fot: Julita Chudko[/caption] Są dystanse, biegi, których jeszcze Pani nie spróbowała, ale zamierza podjąć wyzwanie w najbliższym czasie? Bardzo chciałabym pobiec 3000 metrów z przeszkodami na bieżni. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale taki jest plan na wiosnę, aby się z tym zmierzyć. To będzie bardzo późny debiut. Chciałabym też ogólnie pobiegać więcej na bieżni. Co do bardzo długich dystansów, na razie myślę, że na 100 kilometrach skończę. Cały czas czeka mnie tu rozwijanie prędkości, a nie chcę pójść na łatwiznę. Będę też walczyć o szybki maraton. Wings for Life World Run organizowany raz do roku zapewnia Pani sporo rozgłosu. Na co dzień trudniej jednak chyba przyciągnąć uwagę kibiców. Trudniej, bo u nas medialnie to wciąż bardzo niszowa dyscyplina. Moim zdaniem wynika to z tego, że u nas nie ma żadnego cyklu, Grand Prix czy pucharów, czegoś, co jest choćby w sportach zimowych, biegach narciarskich lub skokach. Kibice w takich wypadkach mogą przez dłuższy czas śledzić swoich ulubieńców i im kibicować. Tutaj każdy maraton to głównie czarnoskórzy zawodnicy, dla większości anonimowi. Bardzo dobrzy, biali zawodnicy, często startują tylko raz czy dwa razy do roku, po drodze lecząc kontuzję, na co dzień nie dostarczając emocji widzom. To powoduje, że temu bieganiu wciąż jest bardzo trudno się przebić. Ja staram się być wśród ludzi, startować we wszystkich konkurencjach, często, bo to też jakaś droga, aby być sportowcem rozpoznawalnym, którego ludzie znają i chcą śledzić. Skąd pomysł na to, aby doświadczeniami z biegania dzielić się na blogu? Zawsze chciałam, ale nigdy nie miałam czasu, aby to robić. Chcę odkryć karty, nie mam nic do ukrycia. Chcę pokazać coś więcej z biegania, ciekawego i inspirującego, takiego, co może pomóc ludziom zrozumieć, że ograniczenia są tylko w naszej głowie. Marzy mi się, że kiedyś polscy biegacze długodystansowi będą zdobywali medale olimpijskie, a coraz więcej dzieciaków będzie biegać. Wiem, że w dzisiejszych czasach to bardzo trudne. Jeżeli uda mu się zainspirować chociaż kilka osób, pokazać im, że jest na to czas, tylko trzeba chcieć, to fantastycznie. Młodzi, początkujący biegacze zgłaszają się po rady? Bardzo dużo osób się zgłasza. Staram się odpowiadać, chociaż nie zawsze mogę. Często wprost piszę, że nie jestem ekspertem, np. gdy ktoś pyta mnie o dietę lub podobne rzeczy, w których nie czuję, że to do mnie powinni się zgłaszać. Mam swoje doświadczenia, mogę powiedzieć, co o danej rzeczy myślę, ale są specjaliści z innych dziedzin, którzy na pewno mają w tej kwestii więcej do powiedzenia. Czasem młodzi biegacze piszą do mnie z pytaniami, które mnie zadziwiają, bo mi wydają się oczywiste. Niewiedza ludzi jest wciąż bardzo duża. Z tego chyba wynika też fakt, iż wiele osób wciąż boi się biegania. Kiedyś spróbowało, ale nie było fajnie, to nie będzie więcej próbować. Trzeba pokazywać, że to nie jest tak straszne i bardzo szybko przychodzi moment, z którym czujemy się z bieganiem fantastycznie. Wybrała już Pani miejsce, w którym pobiegnie Wings for Life World Run? Jeszcze nie wiem, gdzie pobiegnę w tych zawodach. Muszę się zdecydować czy będę tam walczyć o kolejny rekord. Jeżeli tak, miejsce będę wybierać pod kątem warunków klimatycznych. Jeżeli nie, to wybiorę się na podbój kolejnego kontynentu. Na liście mam już trzy: Australię, Europę i Amerykę Południową. Nie wykluczam ponownego startu w Chile, bo zakochałam się w tym kraju.
[caption id="attachment_51790" align="alignnone" width="1024"] Błażej Brzeziński wbiega na metę 39. PZU Maratonu Warszawskiego. Fot: www.sportografia.pl/www.aktywer.pl[/caption] [h2]39. PZU Maraton Warszawski zapisze się w historii przede wszystkim jako wielki sukces polskiego biegacza. Błażej Brzeziński w pięknym stylu pokonał koalicję Kenijczyków i wygrał bieg, ustanawiając nowy rekord życiowy. Wśród kobiet podium wywalczyła Ewa Jagielska.[/h2] 39. edycja Maratonu Warszawskiego zapowiadała się pasjonująco. W stawce elity znajdowało się 3 polskich zawodników: Arkadiusz Gardzielewski, Mariusz Giżyński i Błażej Brzeziński. Chociaż tradycyjnie w Warszawie pojawili się również biegacze z Kenii i Etiopii, kibice liczyli, że nasi reprezentanci będą walczyć o najwyższe miejsca, a może nawet pokuszą się o podium. Jednak przed biegiem mało kto spodziewał się, że będziemy mieli do czynienia z tak emocjonującym spektaklem. Dzień przywitał biegaczy deszczową pogodą. Na szczęście podczas rozgrywania maratonu przestało padać, a temperatura w okolicach 14 stopni Celsjusza i niewielki wiatr stworzyły dość dobre warunki do szybkiego biegania.  Również trasa, pomimo nieco wolniejszej końcówki (kilka podbiegów), była dla zawodników sprzyjająca. Punktualnie o godz. 9:00 ponad 5,5 tysiąca biegaczy zgromadzonych na Placu Trzech Krzyży wyruszyło na trasę 39. PZU Maratonu Warszawskiego. [h3]Rywalizacja mężczyzn[/h3] Od początku bieg był prowadzony w tempie ok. 3:05/km, a w czołowej grupie znalazło się 10 zawodników w tym aż 5 z Polski. Oprócz wspomnianej wcześniej trójki naszych reprezentantów z przodu biegli również Michał Kaczmarek i Adam Nowicki, pełniąc role pacemakerów. Przez pierwszą częśc dystansu żaden z zawodników nie kwapił się do ataku. W okolicach 20. kilometra z grupki odpadł jeden z Etiopczyków, a od półmetka czołówka zaczęła wyraźnie topnieć. Niestety, wśród tych, którzy tracili dystans znaleźli się Arkadiusz Gardzielewski oraz Mariusz Giżyński. Z liderami zabrał się natomiast Błażej Brzeziński, dając sygnał, że tego dnia czuje się naprawdę mocny. Obrazem jednego Polaka otoczonego przez 4 Kenijczyków towarzyszył nam przez kolejne kilometry. Brzeziński biegł pewnie, a przede wszystkim bardzo rozsądnie taktycznie, cały czas chowając się za rywalami i nie biorąc na siebie ciężaru prowadzenia. Nieustannie równe tempo dyktowali zawodnicy z Afryki, prowadząc bieg na wynik w okolicach 2:11 na mecie. Kilkadziesiąt sekund za liderami podążał Mariusz Giżyński, zaś przeżywający trudniejszy moment Arkadiusz Gardzielewski został jeszcze bardziej z tyłu, ale nie zamierzał się poddać i kontynuował bieg. W okolicach 30. kilometra czołówka stopniała do 4 zawodników - dystans zaczął tracić Paul Kangogo. Zniecierpliwieni Kenijczycy raz po raz spoglądali na Błażeja Brzezińskiego jakby nie dowierzając, że Polak wciąż utrzymuje się tuż za nimi. Jednak, kiedy z trasy zszedł Japhet Kosgei, biegnący w charakterze pacemakera, pozostali dwaj Kenijczycy przyspieszyli i zaczęli uciekać Błażejowi. Ich przewaga rosła z minuty na minutę. Kiedy prowadzący Justus Kiprotich i Silas Kipnegetich (biegnący również w roli pacemakera, ale postanowił rywalizować do mety) mijali 35. kilometr wydawało się, że kwestię zwycięstwa rozstrzygną między sobą, a biegnący 13 sekund za nimi Błażej Brzeziński będzie walczył o utrzymanie miejsca na podium. Ten ostatni nie zamierzał jednak pełnić roli statysty na kolejnych kilometrach. W pewnym momencie przewaga liderów przestała rosnąć, aż w końcu tempa nie wytrzymał Silas Kipnegetich. Słabnący Kenijczyk szybko został dogoniony i wyprzedzony przez Brzezińskiego. [h6]Pogoń Brzezińskiego za liderem Justusem Kiprotichem.[/h6] Widać było, że wyprzedzając rywala nasz reprezentant złapał drugi oddech i dostrzegł, że otwiera się przed nim szansa na walkę o końcowe zwycięstwo. Przez kolejne minuty Polak mozolnie niwelował stratę do prowadzącego Justusa Kiproticha, aż w końcu tuż przed 40. kilometrem obaj zawodnicy zrównali się. W tym momencie rozpoczęła się pasjonująca rozgrywka taktyczna. Żaden z zawodników nie chciał być tym, który będzie dyktował tempo. Brzeziński sprytnie ustawił się za rywalem i nawet, kiedy ten zaczął zbiegać lekko na bok, kilkukrotnie sugerując Polakowi objęcie prowadzenia, nasz reprezentant podążał za nim jak cień i ani myślał dać się "wypchnąć" na czoło. Maratońskie szachy toczyły się przez ok. kilometr. Wtedy na podbiegu zaatakował Brzeziński, wykorzystując moment nieuwagi rywala i błyskawicznie zaczął zyskiwać przewagę. Atak był tak zdecydowany, że Kenijczyk nie zdążył odpowiedzieć, a przewaga Polaka rosła z każdym krokiem. To, co jeszcze przed biegiem wydawało się marzeniem nie do ziszczenia, stawało się faktem - na kilometr przed metą samotnym liderem 39. PZU Maratonu Warszawskiego był Polak - Błażej Brzeziński! Pełen determinacji, ani razu nie oglądając się za siebie parł do mety w fantastycznym stylu. I to on odniósł zwycięstwo, zatrzymując zegar na wyniku 2:11:27! Tym rezultatem poprawił rekord życiowy o 40 sekund i zapisał się w historii jako pierwszy od 10 lat pochodzący z Polski zwycięzca Maratonu Warszawskiego. (W 2013 r. bieg wygrał reprezentujący Polskę, ale pochodzący z Etiopii - Yared Shegumo). Oprócz Błażeja Brzezińskiego w pierwszej dziesiątce najszybszych maratończyków zameldowali się jeszcze 3 inny Polacy. Jako 5. linię mety minął Arkadiusz Gardzielewski (2:15:16), doganiając i wyprzedzając w okolicach 37.-38. kilometra Mariusza Giżyńskiego. Popularny Giża ukończył bieg na 6. pozycji z czasem 2:16:52, a 7. miejsce wywalczył Dariusz Nożyński z wynikiem 2:25:09. [h3]Rywalizacja kobiet[/h3] Biegu kobiet podczas 39. PZU Maratonu Warszawskiego zapowiadał się na wyrównany pojedynek zawodniczek, których rekordy życiowe oscylują w okolicach 2,5 godziny. W tym gronie znajdowały się 3 Kenijki i 2 Etiopki. Jeśli chodzi o reprezentantki Polski, to liczyliśmy na dobry występ Ewy Jagielskiej, której rekord życiowy w maratonie nie był tak imponujący, ale trzeba pamiętać, że został osiągnięty zanim Ewa zaczęła zdobywać medale Mistrzostw Polski. A tych już w bieżącym roku ma sporo, bo wywalczyła je na wszystkich ulicznych dystansach (5 km, 10 km, półmaraton) za wyjątkiem maratonu właśnie (nie startowała w Mistrzostwach Polski w Dębnie). Biegaczki od samego początku mogły skupić się wyłącznie na podążaniu za pacemakerem, w rolę którego wcielił się Paweł Ochal - zwycięzca Maratonu Warszawskiego z 2007 r. Oprócz niego razem z czołówką kobiet biegł Słowak - Marek Hladik. Wedle założeń rywalizacja pań była ukierunkowana na próbę pobicia rekordu trasy wynoszącego 2:29:32. Już po kilku kilometrach okazało się jasne, że w ewentualnej walce o taki wynik będą liczyły się 3 zawodniczki: Kenijka Recho Kosgei oraz Etiopki Bekelu Beji Geletu i Etalemahu Habtewold. Pozostałe rywalki nie były w stanie wytrzymać tempa dyktowanego przez pacemakera. W okolicach półmetka Paweł Ochal i 3 zawodniczki dogonili biegnącego w jednej z drużyn rywalizujących w ramach Sztafety Maratońskiej aktualnego wicemistrza Polski w maratonie Przemysława Dąbrowskiego. W zasadzie to Przemek zaczekał na czołówkę kobiet i przez kolejne kilometry razem z Pawłem Ochalem dyktował tempo. O ile na półmetku (1:13:47) wynik lepszy od rekordu trasy wydawał się realny, o tyle z każdym kolejnym kilometrem tempo liderek nieco spadało. Za ich plecami w swoim rytmie podążały Kenijka Beatrice Jelagat Cherop, a kilka minut za nią jako pierwsza Polka Ewa Jagielska. Rozwój sytuacji w biegu żeńskim nabrał dynamiki pomiędzy 25. a 30. kilometrem. Wtedy Etalemahu Habtewold zaczęła słabnąć i za pacemakerem utrzymały się już tylko Kenijka Recho Kosgei oraz Etiopka Bekelu Beji Geletu. Zaraz po 30. kilometrze ta druga również zdecydowanie zwolniła i Kenijka samotnie zmierzała po zwycięstwo. Jej przewaga rosła wyraźnie - na 35. kilometrze wyniosła minutę i 47 sekund, a kiedy Kosgei minęła flagę ze znacznikiem 40. kilometra, kolejna rywalka była aż 3 minuty za nią. Wydawało się, że bieg kobiet został już rozstrzygnięty. Wtedy jednak maraton pokazał jak bardzo potrafi być nieprzewidywalny i że do momentu, kiedy biegacze czy biegaczki nie przekroczą linii mety niczego nie można być pewnym na 100%. Kosgei samotnie zmierzała do mety (pacemaker Paweł Ochal zakończył swoją pracę) i wydawało się, że jest w na tyle komfortowej sytuacji, że mogłaby po prostu spokojnie dotruchtać i cieszyć się ze zwycięstwa. Jednak Kenijka co chwilę z niepokojem oglądała się za siebie i było widać, że na ostatnich kilometrach przeżywa ogromny kryzys i coraz bardziej zwalnia. Wciąż jednak jej przewaga wydawała się bezpieczna. Aż w końcu na kilkaset metrów do mety, kiedy zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki dokładnie po 2,5 godziny od startu sprawy przybrały dramatyczny obrót. Organizm Kosgei odmówił współpracy. Nogi biegaczki dosłownie załamały się pod nią i Kenijka osunęła się na asfalt. Przez kilkadziesiąt sekund próbowała się podnieść, ale każda próba kończyła się niepowodzeniem. Tymczasem z tyłu zbliżała się Etiopka. Liderka, widząc rozwój sytuacji jeszcze kilka razy spróbowała się poderwać, ale nie miała już sił by wstać. Nie udało się to nawet przy pomocy zawodnika, który zatrzymał się, próbując udzielić jej wsparcia. W tym samym czasie prowadzenie objęła Bekelu Geletu. Kiedy stało się jasne, że Kenijka o własnych siłach nie będzie w stanie dotrzeć do mety i cały jej dotychczasowy wysiłek poszedł na marne, do akcji wkroczyły służby medyczne, zabierając zawodniczkę na metę. [h6]Dramat Kenijki Recho Kosgei na niespełna kilometr przed metą.[/h6] Tymczasem Etiopka chociaż również piekielnie zmęczona, dobiegła do mety i niespodziewanie to ona wygrała rywalizację pań w 39. PZU Maratonie Warszawskim z rezultatem 2:35:09. Za jej plecami wciąż toczyła się walka o podium. Recho Kosgei przestała się liczyć w rywalizacji, tym samym na 4. lokatę awansowała najlepsza Polka Ewa Jagielska. O ile sprawa 2. miejsca była już rozstrzygnięta (Kenijka Beatrice Jelagat Cherop przekroczyła linię mety minutę i 4 sekundy po zwyciężczyni), o tyle szanse na 3. pozycję wciąż miała Jagielska. Znajdująca się z przodu Etalemahu Habtewold również zmagała się z maratońską ścianą, a biegnąca od początku w rozsądnym tempie Polka pomiędzy 35. a 40. kilometrem zmniejszyła stratę do niej o 4,5 minuty. Wciąż jednak zapas Etiopki na 40. kilometrze wynosił 38 sekund. Po długim oczekiwaniu na ostatniej prostej w końcu wyłoniła się kolejna zawodniczka i była nią właśnie Ewa Jagielska! Polka wyprzedziła rywalkę i na ostatnim kilometrze zapewniła sobie miejscu na podium. Po wyczynie Błażeja Brzezińskiego zgromadzeni na mecie kibice mieli drugi powód do fetowania. Podobnie jak wśród mężczyzn, w rywalizacji kobiet dobrze spisały się kolejne Polki. Dalia Delewska z czasem 2:51:45 dobiegła na 7. miejscu, a na 9. pozycji uplasowała się Agnieszka Kowalczyk (2:55:24). [caption id="attachment_51792" align="alignnone" width="1024"] Dyrektor Fundacji Maraton Warszawski Marek Tronina gratuluje najlepszej Polce 39. PZU Maratonu Warszawskiego - Ewie Jagielskiej. Fot: www.sportografia.pl/www.aktywer.pl[/caption] [h3]Podsumowanie maratonu[/h3] 39. PZU Maraton Warszawski zostanie w pamięci biegaczy i kibiców na długo, głównie za sprawą fantastycznego biegu Błażeja Brzezińskiego oraz dramatycznych wydarzeń wśród kobiet z udziałem Recho Kosgei. W przypadku tryumfu Polaka sprawy miały o tyle niespodziewany obrót, że w ostatnich sezonach borykał się z kontuzjami i nie był w stanie złamać bariery 2:15. Co prawda pochodzącego z Bydgoszczy zawodnika wymieniano w szerokim gronie faworytów, ale raczej mało kto spodziewał się, że odegra pierwszoplanową rolę. Jednak na trasie pokazał nie tylko doskonałą formę fizyczną, ale również charakter i wolę walki, która pozwoliła przezwyciężyć kryzys i dogonić Kenijczyków. Brzeziński odniósł w pełni zasłużone zwycięstwo, otwierając sobie drogę do reprezentacji na Mistrzostwa Europy w Berlinie w 2018 r. Trzecie miejsce Ewy Jagielskiej również należy rozpatrywać w kategorii dużego sukcesu. Co prawda Ewa w tym roku imponuje formą i wywalczyła m.in. srebrny medal Mistrzostw Polski na 10 km oraz zdobyła tytuł Mistrzyni na 5 km i w półmaratonie, ale przed startem mało kto spodziewał się, że Polka stanie na podium. Rywalki z Afryki mogły pochwalić się bowiem nie tylko znacznie lepszymi rekordami życiowymi, ale także nieporównywalnie większym doświadczeniem na królewskim dystansie. Dość powiedzieć, że dla Jagielskiej był to dopiero 2. w życiu start w maratonie. Mimo tego to on zastosowała mądrą taktykę, rozsądnie rozkładając siły, dzięki czemu na końcowych kilometrach mogła przesuwać się coraz wyżej w klasyfikacji. Wynik 2:41:51 to nowy rekord życiowy zawodniczki LKS Ostrowianki poprawiony aż o ponad 12 minut w porównaniu do wyniku z 2015 r. [h3]Sztafeta maratońska i Bieg na Piątkę[/h3] Oprócz maratonu, w którym do mety dotarło 5457 osób, rozegrano równolegle 2 inne konkurencje. Towarzyszący Bieg na Piątkę już na stałe wpisał się w krajobraz warszawskiej imprezy. W rywalizacji mężczyzn najszybszy okazał się Kamil Jastrzębski (14:29), a kolejne miejsca na podium wywalczyli Piotr Łobodziński (14:50) i Łukasz Oskierko (14:57). Wśród kobiet z nową życiówką - 16:28 - tryumfowała Angelika Mach, na 2. pozycji bieg ukończyła Olga Kalendarova-Ochal (16:37), a 3. lokatę zajęła Dominika Stelmach (17:06). Bieg na Piątkę ukończyło 2810 osób. Na tej samej trasie, co maratończycy rywalizowały natomiast 3-osobowe drużyny w ramach Sztafety Maratońskiej. Zwycięstwo w tej klasyfikacji odniósł zespół Decathlon 1 z wynikiem 2:29:39. Na podium znaleźli się również zawodnicy Accelerating Poland (2:36:54) i WPRunning (2:42:47). Dystans maratonu pokonały ostatecznie 173 sztafety. Link do strony z wynikami biegów rozgrywanych w ramach 39.PZU Maratonu Warszawskiego Zapraszamy również do obejrzenia transmisji z 39. PZU Maratonu Warszawskiego: [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=V32YDHcg3KA" width="800" height="600"]https://www.youtube.com/watch?v=nJ_wVxLMZwc[/su_youtube]
[h2]Realizujesz ambitne plany treningowe, zapisujesz się na zawody i postanawiasz zawojować świat, a tymczasem każdego dnia po pracy po prostu padasz ze zmęczenia? Jeśli robiłeś niedawno badania krwi i masz wzorowe wyniki a mimo to zmęczenie nie pozwala ci na osiągnięcie celów wszystko wskazuje na to, że problem może tkwić w twoim stylu życia. Zobacz co możesz zrobić żeby znacznie poprawić swoje samopoczucie.[/h2] [h3]Sen[/h3] Pierwsze i podstawowe pytanie brzmi - czy się wysypiasz? Dorosły człowiek potrzebuje od 6 do 8 godzin snu na dobę, przy czym większość osób zdecydowanie lepiej będzie się czuła jeśli prześpi około 8 godzin. To szczególnie ważne jeśli uprawiasz sport. Podczas snu organizm się regeneruje i choćbyś nie wiem jak bardzo chciał przedłużyć dobę ciała nie da się oszukać. Tylko wyspany organizm będzie w stanie sprostać ambitnym planom, dlatego nie żałuj czasu na sen. To najlepszy środek dodający energii. [h3]Dieta[/h3] Mówi się, że „jesteś tym co jesz” i jest w tym zadziwiająco dużo prawdy. Jeśli zapychasz się wszystkim co popadnie i na każdy spadek energii reagujesz rzucając się na coś słodkiego nie dziw się, że nie masz siły. Podobnie jeśli ograniczasz drastycznie kalorie i chodzisz zwyczajnie głodny. Żeby czuć się dobrze, mieć siłę, aby sprostać treningom i wszystkim codziennym obowiązkom trzeba odżywiać swój organizm. Służy temu urozmaicona, zbilansowana dieta zawierająca wszystkie niezbędne substancje odżywcze. Powinny się w niej znaleźć, w odpowiednich proporcjach węglowodany, białko i tłuszcze. Warto zwrócić uwagę aby pożywienie, które ląduje na talerzu było jak najmniej przetworzone. Wybieraj zboża pełnoziarniste, chude mięso, dobrej jakości oliwy i świeże warzywa. Słodycze zamień na owoce, zrezygnuj ze słodzonych napojów na rzecz zielonej herbaty. Nie przesadzaj też z ilością kawy i ogranicz alkohol, bowiem te używki sprzyjają uczuciu zmęczenia powodując odwodnienie organizmu. Pij każdego dnia wodę mineralną. [h3]Odpowiedni trening[/h3] Regularne treningi sprzyjają dobremu samopoczuciu, większej energii i ogólnej kondycji fizycznej. Muszą być one jednak dopasowane do twojego aktualnego stanu wytrenowania i zróżnicowane jeśli chodzi o intensywność. Jeśli będziesz codziennie ćwiczyć bardzo ciężko grozi ci przetrenowanie i spadek formy. Dlatego przeplataj trudniejsze jednostki treningowe dniami odpoczynku . Lekkie bieganie lub inna lekka aktywność są wtedy jak najbardziej wskazane. Chodzi jednak o to, żeby zachować umiar i nie zamęczać się do przesady. Pamiętaj, że lepiej być lekko niedotrenowanym niż przetrenowanym. [h3]Regeneracja[/h3] Ważnym elementem treningu każdego biegacza jest regeneracja. Jednocześnie jest to również najczęściej pomijana forma dbania o kondycję startową. Często szkoda nam czasu na masaż, saunę czy rolowanie zmęczonych mięśni specjalnym rollerem. Łatwo także rezygnujemy z rozciągania uważając je niekiedy za zbędne. Pędzimy z pracy na trening, z treningu do domu do innych obowiązków, a zmęczenie w mięśniach się kumuluje. Nic dziwnego, że po pewnym czasie nie masz siły wykonać treningu, czasy interwałów są gorsze, a bywają dni kiedy sfrustrowany odpuszczasz sobie trening w ogóle. Zaplanuj regenerację w swoim cotygodniowym planie treningowym. Zobaczysz, że z czasem przyniesie ona efekty w postaci lepszego samopoczucia na co dzień i lepszych wyników na zawodach. [h3]Motywacja[/h3] Słyszałeś kiedyś takie stwierdzenie, że „maraton biega się głową”? To samo dotyczy wszystkich trudniejszych wyzwań. Prawda jest taka, że spora część naszego kiepskiego samopoczucia i braku energii to… dzieło głowy. Jeśli się wysypiasz, zdrowo odżywiasz i prowadzisz raczej higieniczny tryb życia, a mimo to nadal każdego dnia wracasz z pracy strasznie zmęczony to być może potrzebujesz zmiany… myślenia. Zmotywuj się na nowo do działania, przekonaj własną głowę, że masz mnóstwo energii, a być może zaobserwujesz, że faktycznie tak się stanie. Nie ma nic gorszego niż wmawianie sobie, że nie mamy siły. Przecież to działa niezwykle demotywująco podczas biegu, prawda? W codziennym życiu jest podobnie. Pozytywna afirmacja potrafi zdziałać cuda.
Mistrz olimpijski, Kenijczyk Eliud Kipchoge (2:03:32) oraz jego rodaczka Gladys Cherono (2:20:23) zwyciężyli w maratonie w Berlinie, należącym do serii World Marathon Majors.
Advertisment ad adsense adlogger