fbpx

Wiadomości

Wayde van Niekerk, rekordzista świata w biegu na 400 metrów, doznał kontuzji kolana, która wykluczy go z treningu na 6-9 miesięcy. Biegacz z RPA zerwał więzadło krzyżowe przednie oraz uszkodził łąkotkę podczas towarzyskiej gry w rugby.
Mo Farah zakończył współpracę z amerykańskim trenerem Alberto Salzarem, twórcą największych sukcesów Brytyjczyka. Salazar był oskarżany o stosowanie nielegalnego wspomagania swoich podopiecznych, ale żadne zarzuty nie zostały udowodnione. Mo Farah stwierdził, że rozstanie wynika z jego przeprowadzki z USA do Londynu.
[caption id="attachment_52219" align="alignnone" width="1000"] istock.com[/caption] [h2]Boli mnie to, że dziewczyny korzystają z pomocy facetów na zawodach, w których nie ma klasyfikacji drużynowych. A jeszcze bardziej boli mnie rozdwojenie jaźni: coś, co jest w regulaminach wyraźnie zabronione, jest jednocześnie powszechnie akceptowane. Dziewczyny biegają, korzystając z nieregulaminowej pomocy, na podium wchodzą same. To nie jest ok.[/h2] Nie mówimy tu o zawodach, w których jakieś formy „współpracy” są dopuszczalne i / lub konieczne, czyli o żadnych startach zespołowych, wyścigach kolarskich czy wrotkarskich. Odnoszę tu się do górskich biegów ultra oraz długodystansowych biegów na orientację, w które ostatnimi czasy bardziej wsiąkłam. Wsiąkłam i oczy mi się otwierały coraz szerzej i szerzej ze zdziwienia. [h3]Jak się pomaga dziewczynom?[/h3] Start na 100+ km, kilkuset zawodników. Przed 50.kilometrem dobijam do dwóch zawodniczek. Zanim ostatecznie zostawię je za plecami, obserwuję ich towarzystwo, ewidentnie nieprzypadkowe. Widać było wyraźni, kto tu dla kogo jest, czyj to wyścig. Jeszcze większe zdziwienie, żeby nie powiedzieć szok i niedowierzanie, kiedy podczas startu w pucharowej „pięćdziesiątce” na orientację zobaczyłam zawodniczkę z męską obstawą… Nawet nie miała mapy w ręce. Żadna z wyżej wymienionych dziewczyn nie miała skrupułów, żeby odebrać później nagrodę na podium. W kategorii kobiety solo. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko temu, aby umawiać się na wspólny start podczas zawodów nie-drużynowych. Zwłaszcza wtedy gdy zaczynamy, gdy mamy przed sobą pierwszą nockę w trasie, gdy dopiero uczymy się nawigować. Zawodów, gdzie startuje się w 2 lub 4 osoby jest tak niewiele, że nie da się odkładać szlifowania umiejętności pod okiem bardziej doświadczonych wyłącznie w takich warunkach. Wspólny start może być świetnym sprawdzianem czy treningiem przed docelowym startem jako zespół, wreszcie – może być po prostu miłą przygodą. Niedopuszczalne dla mnie jest, żeby startując niesamodzielnie - wychodzić sama na podium. Z czasem dotarło do mnie, że taka „formuła” uczestnictwa kobiet w ultra, a także na długodystansowych zawodach na orientację, jest standardem. Z góry, od pierwszych nazwisk, na sam dół listy wyników. Łatwiej byłoby wymienić te kobiety, które przestrzegają zasad ścigania się solo, niż regularnie startujące z supportem. Jak dziewczyna, która – co widziałam nie raz - nawet nie niosła na swoich plecach wyposażenia obowiązkowego. Miała od tego tragarza. Jest osobą znaną i lubianą, czy nie powinna świecić przykładem dla innych? W tym momencie sama się pocieszam, że nie widziałam na własne oczy takich „grubych” akcji jak użycie holu, podwożenie, obsługa poza punktami… a nie, ups, widziałam. Samochód z otwartym bagażnikiem, mobilne 2 w 1: punkt odżywczy z przepakiem. Byłoby ok, gdyby nie fakt, że samochód daleko od oficjalnego punktu. Kolega opowiadał mi, jak gdyby nigdy nic - to nie było zwierzanie się z wstydliwej tajemnicy - o tym jak towarzyszył koleżance na trasie Ultramaratonu przez ponad... 40 kilometrów do mety. Była na podium, a różnice między pierwszymi dziewczynami na mecie tego dnia – niewielkie. Naprawdę, nie widzisz w tym nic dziwnego? Sięgnijmy do najlepszych, top of the top górskich biegów. Przypomnę tu słynny „wyczyn” Izabeli Zatorskiej w biegu na Elbrus w 2016 roku. Można mówić o absolutnie fenomenalnym wyniku, ale co zapamiętamy to – delikatnie ujmując - niesmak po informacji o użyciu hola biegowego. Rzekomo do asekuracji – kto dał się nabrać na te tłumaczenia? Jeżeli było zbyt niebezpiecznie, trzeba było zostać w bazie. Wstyd tym większy, że Zatorska wyjechała na te zawody za publiczne pieniądze, nasze pieniądze (ze zrzutki na portalu zbiórkowym). Wybierz dowolne zawody ultra, na których jest kilkukrotny pomiar międzyczasów. Wyszukaj na liście wyników kobiety i porównaj sąsiadujące międzyczasy mężczyzn. Albo start na orientację z zastosowaniem elektronicznego / smsowego potwierdzania PK. Jak to jest, że różnice są mikroskopijne, sekundowe, od pierwszego punktu aż do mety, i wszyscy mają to gdzieś? Zaryzykuję stwierdzenie, że większość dziewczyn nie startuje solo. Najczęściej pod opieką innych zawodników, bo na ultra czy bno „klasyczne” zającowanie znane z maratonów ulicznych, czyli za pomocą osoby bez numeru, byłoby zbyt skomplikowane do wykonania. A może zbyt łatwe do wykrycia? A tak, to kto mi udowodni, że my nie biegniemy w tym samym tempie przez sto kilometrów zupełnie przypadkiem? [h3]A co na to regulamin?[/h3] Regulaminy zamykają te zasady dopuszczalnej pomocy w jednym – dwóch prostych zdaniach, nie odnosząc się do płci. Standardem jest zakaz zającowania, udzielania pomocy między punktami przez osoby trzecie (na niektórych zawodach – również na punktach nie ma możliwości skorzystania z prywatnego przepaku czy odżywek), użycia innych sił do przemieszczania się niż własne nogi. Wygrywa ten i ta, którzy pierwsi dotrą do mety. Nie drużyna. Mi też się zdarza mieć z tym problem. Podczas ostatniego sezonu szybkich zawodów na orientację biegałam razem z bratem. Okazało się na koniec, że jestem najwyżej w klasyfikacji. Na nic tłumaczenia, że to ze względu na obecność na wszystkich etapach, a wspólne starty nie mogły mi pomóc w wyniku, ponieważ brat miał zawsze późniejsze minuty startowe, a jeszcze traciliśmy czas na kłótnie o wybór wariantu. Uciekłam z bazy przed wręczeniem dyplomów. Start w ultra kilka tygodni temu, początkowe kilometry, kilkakrotnie mijam się z jednym zawodnikiem… może 8, 10 razy. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, widząc nas na kolejnych kilometrach blisko siebie, że biegniemy razem. No i jeszcze poprosiłam go o odrobinę wody, kiedy okazało się że mój bukłak już wysuszyło, a do punktu daleko. Nie wiem, czy nie przekroczyłam granicy dozwolonej pomocy. Jednoznaczności brak. Nie chodzi o intencje, czy to zaplanowałam, czy wcześniej się umawialiśmy. Chodzi o fakty. Najlepszym przykładem tego, że każda sytuacja może być różnie interpretowana z różnych punktów widzenia, jest jedyne DNQ na ostatnim ŁUT (Łemkowyna Ultra-Trail). Kinga przed PK w Iwoniczu zeszła z trasy, została zwieziona do punktu. Tam zaopiekowała się nią ekipa wolontariuszy. Pomimo informacji, że przyjechała a nie dotarła na własnych nogach, po odpoczynku i uzdrawiającym masażu została wypuszczona aby wrócić na trasę, wręcz była zachęcana do kontynuowania wyścigu. I to przez kogo – ludzi stojących tam w imieniu organizatorów. Tak, cudownie że zagrzewali do walki, ale czy nie powinni być strażnikami zasad? Czy nie było ich obowiązkiem przynajmniej poinformować Kingę, jakimi konsekwencjami grozi powrót na trasę z numerem startowym? Wróciła do miejsca, w którym zeszła. Wysiadając z auta natknęła się na zawodników, którzy nie przemilczeli sytuacji. Nawiasem mówiąc, o formie reagowania na przypadki łamania regulaminu też można by podyskutować i napisać kolejne kilka stron. Ostatecznie skończyło się DNQ… w Iwoniczu. Moim zdaniem najbardziej nie fair zachowali się ludzie na punkcie oraz kierowca. To nie było w porządku ani wobec Kingi, ani wobec innych zawodniczek. [h3]Dlaczego tak się dzieje?[/h3] Skoro to takie zwyczajne, że dziewczyny na trasie są niesamodzielne, to może zastanówmy się dlaczego? Obiektywnie rzecz biorąc nie ma przecież powodów, aby dziewczyny traktować jak niepełnosprawne, które same sobie nie poradzą. Zwłaszcza w biegach ultra, gdzie psychiczna odporność i wytrzymałość, cechy typowe dla statystycznej kobiety (tak, pojadę tu schematami) są istotną składową wyniku. Dziewczyny nie potrafią nawigować? Argumenty sprzed dwustu lat nie mają dzisiaj racji bytu. Kobiety potrafią być dyrektorami, korzystać z prawa głosu w wyborach, prowadzić samochód, to i nawigację ogarną. Różnice w wynikach które widzimy w tabelach nie są dowodem na to, że dziewczyna na zawodach nie poradzi sobie bez faceta (tu mogłabym się zacząć rozpisywać, skąd realnie te różnice się biorą, ale to nie ten czas i miejsce). Jednocześnie mogę wymienić wiele powodów, dla których dziewczyny mogą preferować długie biegi w towarzystwie faceta. Bo dzikie zwierzęta, bo boję się sama po nocy, bo przecież trzeba mieć z kim pogadać;))) Facet uratuje jak będzie awaria albo jak się zgubię… Nie dyskredytuję tych argumentów. Ale jeżeli nie jesteś gotowa na samodzielny start, to jakim prawem pchasz się na jednoosobowe miejsce na podium? Powodów tego, że tak wyglądają ultradystanse w wykonaniu kobiet, doszukuję się w nauce. Socjobiologia wiele tu wyjaśnia. Przypomnij sobie – jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobietom nie wolno było brać udziału w maratonie, ba! uważano to za szkodliwe dla ich zdrowia. Sport = świat prawdziwych mężczyzn. I choć byśmy byli nie wiem jak przekonani do feministycznych argumentów, parytetów i równości płci czy nawet bezpłciowości, to za długo świat wyglądał tak jak wyglądał, żebyśmy się takich rzeczy pozbyli w ciągu jednego, dwóch pokoleń. Nie wygramy logiką z naszymi hormonami i tym, jak ukształtowała nas ewolucja. Pamiętaj – to dzięki temu, że facet latał z maczugą za mamutem, a kobieta czekała na niego w jaskini z młodymi szyjąc czy dziubiąc ziarno - my jesteśmy tutaj teraz. Nie tylko w skali makro, ale również jako jednostki, Ty i ja. Takie podziały i takie cechy jak to, kto się kim opiekuje, zapewniły nam przetrwanie gatunku – my po prostu mamy to w genach. [caption id="attachment_52112" align="aligncenter" width="604"] istock.com[/caption] Dobierając się do tematu z drugiej strony, może warto również spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie – po co dziewczyny to robią? Pierwsza, pozornie oczywista odpowiedź – dla nagród. Zaglądając w informacje o biegach i zdjęcia z dekoracji szybko się zorientujesz, jak słaby to argument. Na palcach jednej ręki można policzyć zawody ultra, w których są nagrody pieniężne. Nagrody rzeczowe zdarzają się częściej, ale jakoś trudno mi uwierzyć… chyba jednak łowcy, czy w tym przypadku łowczynie nagród zapisują się na krótsze dystanse, gdzie dużo łatwiej coś zdobyć. Dla mających wątpliwości polecam szybkie zadanie matematyczne: przeliczcie wartość nagrody za wygraną (powiedzmy bon na zakupu do sklepu biegowego, jakiś gadżet…) przez liczbę kilometrów lub godzin na trasie, czyli zużycie sprzętu. No nie ma opcji, żeby to się komuś opłacało. O biegach na orientację nawet nie wspominam – nagrody w tej branży są zwykle bardzo symboliczne, nierzadko ograniczone do przysłowiowego uścisku dłoni prezesa. Albo dyrektora szkoły, w której jest baza zawodów. No to może dla fejmu. Nie ma to jak pochwalić się foteczką z podium na fejsie, wrzucić takie tam z pucharem na insta. Gratulacje sypią się jak śnieg w marcu. Miłe, ulotne, nikomu niepotrzebne. Zawsze będzie ktoś szybszy, ładniejszy, lepszy. Czy sama sobie możesz powiedzieć że jesteś dumna, że zrobiłaś te zawody? Ten wynik? Tylko nie zapomnij dodać, że to nie jest Twój wynik. To tak jak z tymi co nie zmieścili się w limicie czasu, a nazywają się finiszerami. Są zawody, gdzie można nawet po zdobyciu mety w takich okolicznościach trafić na podium. A może faceci chętnie pomagają dziewczynom, bo dzięki temu mogą się dowartościować? Zostań bohaterem jej wyścigu. Nie znajduję odpowiedzi, po co. [h3]Realne korzyści[/h3] I tu zaczynamy powoli dochodzić do wniosku, że to całe supportowanie na trasie to jakaś lipa, bez celu i przyczyny, a ja próbuję zrobić wielkie halo z niczego. Otóż nie, drodzy państwo. Obecność towarzysza na trasie zmienia bardzo wiele. Podkreślę jeszcze raz – nie mówię o zawodach, które zrobimy między śniadaniem a obiadem. Gdy czas w drodze wynosi co najmniej kilkanaście godzin – z naszymi mózgami zaczynają dziać się przedziwne rzeczy. Jeszcze ciekawiej jest, gdy zaliczamy nockę (przy czym start na godzinę przed świtem nie da nam jeszcze takiego efektu). Nie wdając się w szczegóły, zmiany metaboliczne i hormonalne są ogromne. Wariuje odporność, reaktywność na warunki otoczenia, trawienie (o tym można pisać legendy…), no i last but not least – myślenie. Nie ma fizjologicznie możliwości, aby utrzymać koncentrację przez 20 czy więcej godzin. W skrajnym przypadku organizm człowieka który jest sam w lesie, w środku nocy, zaczyna funkcjonować jak w sytuacji zagrożenia życia. Naprawdę trudno jest kontrolować tempo, pamiętać o regularnym nawadnianiu i odżywianiu, o prawidłowym odczycie odległości z mapy i wyznaczaniu azymutu nie wspominając, gdy przy ścieżce widzisz błękitnego tyranozaura który ma wzdęcia po tym, jak zeżarł taśmy wyznaczające trasę. Co gorsza, ten widok wydaje ci się zupełnie naturalny! To wszystko wygląda zdecydowanie inaczej, gdy w tym ciemnym lesie nie będziesz sam(a). Co dwie głowy to nie jedna, banalne. Człowiek jest gatunkiem społecznym, w okolicznościach nieznanej, niesprzyjającej przyrody wspólnota obniża napięcie. Nie znalazłam na ten temat badań, mogę napisać to co wywnioskowałam z rozmów z zawodnikami, własnego doświadczenia i wiedzy o tym, jak działa ludzkie ciało: w towarzystwie ryzyko wszelkich plag ultra jest istotnie ograniczone. Dwóm osobom łatwiej ogarnąć kryzysy, będące chlebem (chyba żelem…) powszednim ultra. A umiejętność radzenia sobie z kryzysami, zjazdami, odpływaniem i sennością to nie tylko kwestia wyniku, ale przede wszystkim – być albo nie być na mecie. [h3]Co na to organizatorzy?[/h3] Rozmawiałam z kilkoma organizatorami. Sami mężczyźni, nawiasem mówiąc. Żaden z nich nie zaprzeczył: opisane przeze mnie sytuacje nie są fair play, nawet jeżeli odrobinę wymykają się poza literalne zakazy regulaminowe (w niektórych przypadkach regulaminy nie były w tym zakresie dopracowane). Świetnie, czyli co do zasad i idei – zgadzamy się. Idąc krok dalej – próbowałam zagadać również o konsekwencjach. Czy takie działania powinny być karane? Jak udowodnić faktyczny przebieg zdarzeń? Jeżeli kary czasowe, to jakie? A może dyskwalifikacja? Nietrudno zauważyć, że w regulaminach niezmiernie rzadko znajdują się konkretne zapisy dotyczące nakładania kar. Organizatorzy bardzo niechętnie stosują kary czy wyciągają konsekwencje wobec zawodników i zawodniczek, a jeżeli już – to za braki w wyposażeniu obowiązkowym. Nie mówi się o takich sprawach za dużo, zbyt głośno. Zatorska dostała pół godziny kary, co jedynie zmieniło jej miejsce w klasyfikacji open o 2 pozycje. Po wpisaniu w Google „Zatorska Elbus” wśród wyników wyświetlanych na pierwszej stronie jest tylko jeden artykuł, w którym jest mowa o holu. W nieoficjalnych rozmowach: „powinna być dyskwalifikacja”. No cóż, najwyraźniej się na sprawach wizerunkowych nie znam. Zresztą, ze składaniem oficjalnych protestów też różnie bywa. Po pierwsze, komu by się chciało – naprawdę, każdy ma sryliard ważniejszych spraw na głowie pomiędzy sto dwudziestym kilometrem a metą, żeby jeszcze wyciągnąć telefon i nagrać, jak dziewczyna biegnie z innym zawodnikiem. Po drugie, nikt nie chce być kapusiem. Po trzecie, co mnie to obchodzi, która z nich jest na podium. Dopóki nie dotyczy to Twojej dziewczyny. [h3]Co możemy z tym zrobić?[/h3] Dobra, była kupa narzekania, to teraz kilka pomysłów, jak można by to zmienić. Od razu zastrzegam, że nie proponuję bardziej restrykcyjnych zapisów w regulaminach i ostrzejszego stosowania kar – nie od dzisiaj wiadomo, że nie są to skuteczne środki zapobiegające przestępstwom. Propozycja pierwsza, nie mojego autorstwa. Znieść odrębne klasyfikacje kobiet i mężczyzn, nagradzać tylko najszybszych w open bez względu na płeć. Pomysł warty rozważenia tym bardziej, że w ultra i bno nie stosuje się m.in. kategorii wiekowych, a wśród najlepszych wyników są obecne panie, co pewnie będzie się zdarzało coraz częściej. Propozycja druga, raczej do zastosowania w orientacji niż na ultra, gdzie mogłaby być uznana za dyskryminację. Chodzi o (nieco) inną trasę dla kobiet. Znam tylko jedne zawody, na których to działa: Gezno. Hmm, trudne to do realizacji gdy wiemy, że jednak niejednej dziewczynie bardziej zależy na starcie w towarzystwie niż na podium, a bez możliwości startu „pod opieką” – być może zrezygnowałaby w ogóle z udziału. Propozycja trzecia, dobra w teorii, ale absurdalna w praktyce. Rozstawienie sędziów na trasie i / lub sędziowskie oko na pierwszych zawodników. Podobnie jak się to dzieje na oficjalnych zawodach chodziarskich, maratonach czy mistrzostwach NW. Nie dość że awykonalne, to nie wykluczy to i tak nadal wątpliwości, czy ktoś biegnie razem przypadkiem czy w celu pomocy zawodniczce. Propozycja czwarta, co do której jestem najbardziej przekonana. Kiedy startowałam na Mistrzostwach Europy we wrotkarstwie długodystansowym mastersów, nie tylko każda płeć, ale i każda kategoria wiekowa (!) miała osobną godzinę startu, ponadto każdy zawodnik miał naklejony numer w kolorze kategorii w trzech miejscach i obowiązywał zakaz podłączania się w tzw. pociąg zawodników z innym kolorem. Zresztą zobaczcie, że (chyba prawie) wszystkie starty na olimpiadzie czy mistrzostwach świata są osobne dla facetów i osobne dla kobiet. Na ultra czy długodystansowej orientacji mogłoby to oznaczać po prostu inną godzinę startu. Nie wydaje mi się to trudne do wdrożenia, duże zawody i tak trwają cały weekend, albo nawet i dłużej. A co z tymi dziewczynami, które chcą pierwszy raz spróbować ultra lub biegu z mapą pod męską opieką? Żaden problem, startują później razem z chłopakami, automatycznie pozbawiając się nagradzanego miejsca. Propozycja piąta, nieco przewrotna. Skoro organizatorzy nie potrafią wyegzekwować przestrzegania regulaminowych zapisów o zakazie supportowania na trasie, to może po prostu trzeba z tych zakazów zrezygnować i wykreślić z regulaminów? Zającowanie, wsparcie na całej trasie – legalne. Nie podoba mi się to, ale jaki jest sens wpisywania do regulaminu zakazów pozwalając, aby pozostały martwymi zapisami? Inne propozycje? [h3]A co ja z tym zrobię?[/h3] Komu ja już nie opowiadałam, jak mnie to wkurza, takie nieprzestrzeganie sportowych zasad fair play. Tak samo jak wkurza mnie wyrzucanie śmieci na trasę. Nie ma we mnie zgody na to, że takie zachowania są w naszej ultra społeczności akceptowane. Tak po prostu jest, wszystkie dziewczyny tak robią, o co ci chodzi? „zawsze” i „wszyscy” – to mnie nie przekonuje ani trochę. Sami, same robimy sobie sporą szkodę, dewaluujemy sportową wartość tak osiągnięcia mety, jak i wyniku. No i dziewczyny, przy tym co robicie proszę nie miauczeć, że nie traktują nas sprawiedliwie w kwestii nagród, które zazwyczaj są niższe niż dla facetów, albo nie ma ich wcale (to oczywiście wynika też z masy innych okoliczności, wiem wiem). Nie mam jednak ochoty być donosicielką, na której widok mówią „o nie to znowu ona lezie składać protesty”. Nikogo za rękę nie złapałam. Nie będę robić scen, nie podając ręki koleżance z podium. Nie wymieniam z nazwiska i nie oznaczam koleżanek, których postępowanie mi się nie podoba. Lepiej jest promować szanowanie tych zasad, doceniać i mówić jak najwięcej o takich zawodniczkach jak Ula Zimny, która jest dla mnie wzorem. Nagłaśniać i nagradzać fair play, jak to miało miejsce w przypadku Agi Bratek na ostatnim DFBG. Na koniec apel do dziewczyn, które wcześniej nie startowały same – gorąco namawiam i zachęcam do próby samotnego pokonania trasy. Gwarantuję, że odkryjecie, jakich niesamowitych aspektów, doznań się pozbawiałyście! Obiecuję, że dużo dowiecie się same o sobie. A satysfakcja na mecie będzie smakowała słodko jak nigdy dotąd. Wpis pierwotnie został opublikowany na profilu facebookowym autorki. 
[h6]Pojedynek Arne Gabiusa i Henryka Szosta podczas 36. Mainova Frankfurt Marathonu dostarczył kibicom wiele emocji. Fot: www.frankfurt-marathon.com/en/press[/h6] [h2]Henryk Szost zajął 7. miejsce w 36. Mainova Frankfurt Marathon. Polak zameldował się na mecie z czasem 2:10:09, uzyskując najlepszy w tym roku wynik maratoński wśród naszych reprezentantów. Zwycięzcą biegu został Etiopczyk Shura Kitata Tola (2:05:50).[/h2] Tegoroczna edycja Mainova Frankfurt Marathon została zdominowana przez reprezentantów Etiopii. Obok zwycięzcy na podium stanęli Kelkile Gezahegn (2:06:56) oraz Getu Fekele (2:07:46). Ten ostatni był autorem ataku, który po 30. kilometrze przesądził o sukcesie Etiopczyków. Decydując się na mocne szarpnięcie tempa Fekele zgubił 2 Kenijczyków, którzy mogli liczyć się w walce o najwyższe miejsca - Martina Kipruguta Kosgey oraz ubiegłorocznego zwycięzcę Marka Korira. Później sam stał się ofiarą swojej taktyki, gdyż po kilku kilometrach nie był w stanie utrzymać się za młodszymi kolegami. Niedługo potem osłabł także Gezahegn, dzięki czemu Shura Kitata mógł spokojnie podążać do mety walcząc jedynie z zegarkiem. 21-latek ustanowił nowy rekord życiowy oraz odniósł największy sukces w karierze, po raz pierwszy wygrywając maraton z serii IAAF Gold Label. Etiopczyk może cały sezon uznać za niezwykle udany: wiosną okazał się najlepszy w Rzymie, urywając 1 minutę i 23 sekundy ze swojego rekordu życiowego, jesienią tryumfuje we Frankfurcie, jeszcze wyraźniej poprawiając życiówkę (1 minuta i 40 sekund). Za plecami Etiopczyków i Kenijczyka (jako 4. rywalizację ukończył Martin Kiprugut - 2:09:39) toczyła się pasjonująca walka o miano najlepszego Europejczyka pomiędzy Dewi Griffiths'em, Arne Gabiusem i Henrykiem Szostem. Każdy z tych zawodników miał doskonałą motywację do walki o wynik - Griffiths debiutował na królewskim dystansie i chciał zamknąć niezwykle udany sezon mocnym akcentem, Arne Gabius biegł po tytuł Mistrza Niemiec w maratonie i podjął próbę pobicia rekordu kraju, zaś dla Henryka Szosta otwierała się doskonała szansa do walki o tytuł najszybszego polskiego maratończyka 2017 roku. Wspomniana trójka biegła razem przez niemal 30 kilometrów. Wtedy do przodu uciekł nieco Walijczyk, a chwilę później Gabius zaczął tracić dystans do Szosta. Stawka rozciągała się coraz bardziej - Griffiths uciekał Polakowi, a ten powiększał przewagę nad Niemcem. Kiedy wydawało się, że wszystko zostało już rozstrzygnięte, reprezentant gospodarzy odzyskał rezon, a kłopoty zaczęły dopadać Szosta. Na jego twarzy coraz wyraźniej malowało się cierpienie. Chociaż Gabius nie przyspieszył, Polak stopniowo tracił dystans. Kłopoty miał również Griffiths, wyraźnie zwalniając na ostatnich kilometrach, ale jego przewaga na rywalami była wystarczająca, by to on przekroczył linię mety jako pierwszy Europejczyk, zajmując 5. miejsce w klasyfikacji generalnej z czasem 2:09:49 - doskonałym jak na maratoński debiut. 10 sekund później dobiegł Gabius, a po kolejnych 10 sekundach na mecie zameldował się Henryk Szost. Czas 2:10:09 to najlepszy wynik Polaka w maratonie w 2017 roku, tym samym Szost odebrał palmę pierwszeństwa zwycięzcy tegorocznego Maratonu Warszawskiego - Błażejowi Brzezińskiemu. Na 14. pozycji bieg ukończył Yared Shegumo. Wicemistrz Europy w maratonie ruszył razem z Arturem Kozłowskim i biegnącym w roli "prywatnego pacemakera" Szymonem Kulką na wynik w okolicach 2 godzin i 10 minut. Po 10 kilometrach z powodu problemów z mięśniem dwugłowym z rywalizacji wycofał się Kozłowski. Natomiast Shegumo już po 20 kilometrach zaczął zwalniać i z każdym kilometrem tracił szanse na poprawę swojego wyniku z wiosennego maratonu w Dusseldorfie (2:12:32). Ostatecznie linię mety przekroczył w czasie 2:15:24. Wśród kobiet od początku ton rywalizacji nadawała Kenijka Vivian Jepkemoi Cheruiyot, ruszając w tempie na rekord trasy i wynik w okolicach 2 godzin i 20 minut. Mocny początek, potęgowany przez silny wiatr, zaczął dawać się we znaki na drugiej połowie dystansu i liderka wyraźnie zwolniła. Jej przewaga nad resztą stawki była jednak na tyle duża, że na metę wpadła z przewagą niemal minuty nad kolejną zawodniczką. Tym samym mistrzyni olimpijska w biegu na 5000 m odniosła pierwsze w karierze zwycięstwo w maratonie i poprawiła rekord życiowy (2:23:35). Na kolejnych pozycjach uplasowały się Etiopki - Yebrgual Megese (2:24:30) i Meskerem Assefa (2:24:38). Jako 5. rywalizację ukończyła Sara Hall z nowym rekordem życiowym - 2:27:21. Była jedną z nielicznych zawodniczek, którym udało się pokonać cały dystans w niemal idealnie równym tempie (12-sekundowy positive split). Najlepsza Polka - Angelika Mach - po wyraźniej walce ze ścianą na drugiej części dystansu dobiegła jako 19. z wynikiem 2:46:23. Wyniki 36. Mainova Frankfurt Maraton
[h2]Double runs, czyli robienie dwóch treningów biegowych tego samego dnia. Niektórzy trenerzy/zawodnicy traktują je jako standard w swoim treningu, inni uważają je za stratę czasu i nabijanie niepotrzebnych jednostek treningowych. Kto ma rację?[/h2] Większość moich zawodników wie, że jestem fanem tego typu treningu. Tak, oczywiście w konkretnym okresie treningowym i tak, zależy to od konkretnej osoby jak często i ile konkretnie na te treningi poświęcić czasu. Jednak uważam, że szczególnie w treningu triathlonowym, stosowanie tej metody może być czasami i ekonomicznie czasowo i efektywne. Bardzo duża część zawodowych biegaczy trenuje dwa razy dziennie, często rozbijając to na trening jakościowy i trening spokojny (np. regeneracyjny po treningu jakościowy albo przed jako rozruch rano). Robią to również dla dodania objętości. [h3]Double runs dla triathlonisty amatora?[/h3] Według mnie główną zaletą podwójnych biegów jest mniejsze obciążenie organizmu. Mówię tu zarówno o łatwiejszym przyswojeniu kilometrażu przez mięśnie i stawy jak i przyswojenie mentalne. Często początkującym biegaczom jest dużo łatwiej zrobić rano 5km i popołudniu 7km, niż 12 km za jednym razem. Poza tym, przyzwyczajamy organizm do dodatkowej jednostki treningowej, która mimo, że jest na początku krótka, po jakimś czasie może się przekształcić w niezły jakościowy trening. Jest to metoda którą poleciłbym podczas wychodzenia z kontuzji, głównie, jeśli są to kontuzje wynikające z syndromu „za dużo, za szybko”.  Jeśli jesteśmy w okresie rozbudowy i wchodzimy w trening po ZREHABILITOWANEJ kontuzji, to zanim zaczniemy poważniej zwiększać kilometraże pojedynczych wybiegań, polecałbym dodać drugi, krótki bieg. Jeśli wszystko jest okej, jedziemy dalej z progresem. Jeśli coś nie jest okej, to mamy czerwoną flagę i może jest to znak, że chcemy za wcześnie rozbudowywać dany kilometraż. [h3]Dodatkowe atuty biegania dwa razy dziennie:[/h3] - Bieganie na obniżonych zapasach glikogenu. Przygotowując się pod dłuższy dystans triathlonu (70.3 albo IM), powinniśmy być przyzwyczajeni do pracy „na oparach”. Oczywiście, w idealnym świecie gdzie na zawodach idealnie trafimy z odżywianiem i nawadnianiem i nie przesadzimy w żadnym momencie z tempem, nie będziemy musieli lecieć na rezerwach...To się natomiast rzadko zdarza. - W treningu typowo triathlonowym, to co również lubię robić, to zastąpienie „pierwszego” biegu rowerem. Dobrze wiem, że jako nie-biegacz, nie byłbym w stanie pocisnąć 2 x 20km jednego dnia. Zniszczyłoby mnie to na kilka następnych dni. Jeśli jednak zamienimy pierwszy bieg na 3h jazdę na rowerze – nawet 20 kilometrowy bieg kilka godzin później nas tak nie uszkodzi, a ciągle będziemy „korzystali” z treningu biegowego na zmęczonych nogach. - Możemy zrobić większy dzienny kilometraż. U większości „standardowych” amatorów, 20-kilometrowy bieg to już jest długie wybieganie. Szansa, że takich treningów będzie więcej niż jeden w tygodniu jest znikoma, zarówno ze względów zdrowotnych jak i czasowych. Co innego jeśli ta sama osoba jeden dzień w tygodniu poświęci na długi bieg (przykładowe 20km), a w drugi dzień podzieli podobny dystans na dwa treningi (np 5km i 15km albo 2 x 10km). Zwiększona objętość treningowa (w tym przypadku bodziec treningowy) zostanie zachowana, ale jej rozłożenie pozwoli na lepszą regenerację organizmu i w efekcie bardziej efektywny trening. [h3]Co z minusami takiego typu treningu?[/h3] Jest jakieś minimum, poniżej którego dzielenie danego treningu biegowego na dwa przestaje mieć sens. Jeśli mamy zawodnika, który chce podzielić 30 minut biegu na 2 x 15 minut, to polecałbym zrobić jednak całe 30 minut, ale jako marszobieg. Po prostu przy zejściu do bardzo małej objętości treningowej, nie damy organizmowi wystarczającego bodźca treningowego. Jak to jest u Was z bieganiem dwa razy dziennie?
Henryk Szost zajął 7. miejsce w maratonie we Frankfurcie, z czasem 2:10:09, najlepszym w tym roku z polskich zawodników. 13. miejsce zajął Yared Shegumo - 2:15:24. Zwyciężył Etiopczyk Shura Kitata Tola - 2:05:50. Wśród kobiet najszybsza była Kenijka Vivian Cheruiyot - 2:23:35.
[caption id="attachment_51530" align="alignnone" width="604"] By Luzifiga - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=57702534[/caption] [h2]Kenijka Joyciline Jepkosgei w ciągu kilku miesięcy z nieznanej zawodniczki stała się sześciokrotną rekordzistką świata w biegach ulicznych. W październiku w Walencji po raz kolejny została najszybszą półmaratonką w historii, osiągając czas 1:04:51. Czy można wierzyć tym wynikom?[/h2] O Kenijce zrobiło się głośno 1 kwietnia tego roku, kiedy agencje podały, że nieznana wcześniej biegaczka w czasie jednego startu w Pradze pobiła cztery rekordy świata: na 10, 15 i 20 kilometrów oraz w półmaratonie (1:04:52). Brzmiało to jak wiadomość na prima aprilis, ale okazało się prawdą. Jepkosgei na trasie półmaratonu uzyskała fenomenalne 30 minut i 4 sekundy na 10 kilometrów. Nie dość, że pobiegła dychę szybciej niż jakakolwiek kobieta w historii, to niewiele zwalniając przebiegła kolejną i jeszcze kawałek, jako pierwsza kobieta w historii łamiąc barierę 65 minut w półmaratonie. Świat sportowy patrzył na to z pewnym powątpiewaniem, mając w pamięci afery dopingowe w Kenii, w tym świeżą wpadkę Jemimy Sumgong, ubiegłorocznej złotej medalistki olimpijskiej w maratonie. Jepkosgei nie zwalnia jednak tempa. 9 września, ponownie w Pradze, pobiła rekord świata w biegu na 10 kilometrów na ulicy, uzyskując wynik 29 minut i 43 sekund. Zgodnie z tradycją po drodze 5 kilometrów przebiegła także szybciej niż aktualny rekord, w 14 minut i 33 sekundy. I wreszcie świeży start - 22 października w hiszpańskiej Walenji. Kenijka własny półmaratoński rekord poprawia o sekundę, uzyskując czas 1:04:51. W tym roku ma na koncie sześć oficjalnych rekordów. Midzyczas na 5 km w biegu na dychę nie mógł być uznany ze względu na spadkowy charakter trasy w tym miejscu. W świetle afer dopingowych w ostatnich latach zasadne wydaje się pytanie - czy to jest w ogóle możliwe bez nielegalnego wspomagania? Sam fakt bicia rekordu nie jest w lekkiej atletyce czymś szczególnym, ale w tym przypadku okoliczności są nieco dziwne. 24-letnia biegaczka pojawiła się praktycznie znikąd, nie mając na koncie żadnych znaczących wyników. W 2015 w Kenii przebiegła półmaraton w czasie 1 godziny 14 minut i 6 sekund - w Polsce jest co najmniej kilka szybszych biegaczek. Rok później wykonała pierwszy duży skok - poprawiając półmaratoński rekord na 1:09:07. To szybko, ale nadal daleko od światowej czołówki. W tegorocznym sezonie urwała z tego czasu ponad 4 minuty, zostając najszybszą półmaratonką w historii. No i ten międzyczas - po drodze rekord świata na uliczną dychę, co jest kompletnie niespotykane. Główny problem z Jepkosgei polega na tym, że nieznana zawodniczka nie podlega żadnym badaniom antydopingowym. Do tego sezonu nigdy nie była badana w okresie przygotowawczym. Ktoś, kto pojawia się znikąd i biega szybciej niż utytułowane zawodniczki, pracujące na wyniki latami, musi budzić podejrzenia. Nasuwają się skojarzenia z przypadkami takimi jak choćby Gemze Bulut. W 2012 Turczynka pojawia się znikąd jak torpeda i zostaje wicemistrzynią olimpijską oraz wicemistrzynią Europy w biegu na 1500 metrów. Nie wygrywa tylko dlatego, że jeszcze szybsza jest jej rodaczka Asli Cakir. Mija kilka lat i okazuje się, że obie Turczynki były nakoksowane po uszy. Wyniki zostają unieważnione, medale zabrane, ale polowanie na nie trwa kilka lat. [caption id="attachment_13376" align="alignnone" width="640"] Asli Cakir Alptekin. Fot. Wikimedia Commons Erik Van Leeuwen[/caption] Jest możliwe, że Joyciline Jepkosgei to ukryty talent, który nagle eksplodował. Być może jest zupełnie niewinna i popełniam grzech nadgorliwości, patrząc na jej wyniki nieco sceptycznie. Nie można jednak zapominać, że ostatnie lata to w profesjonalnych biegach wysyp afer dopingowych. Przodowała w nich m.in. Kenia, notując kilkadziesiąt wpadek. Biegaczki zapewniające o swojej niewinności były łapane jedna za drugą. Kolejne lata pokażą, jak potoczy się kariera Kenijki, na razie po prostu z niedowierzaniem można przyglądać się, co wyczynia ta zawodniczka. Czy będzie jednorazowym fenomenem czy na naszych oczach tworzy się biegowa historia? [yop_poll id="97"]
[h6]W niedzielę 29 października odbędzie się 36. edycja maratonu we Frankfurcie. Fot: www.frankfurt-marathon.com/en/press[/h6] [h2]W najbliższą niedzielę rozegrany zostanie Mainova Frankfurt Maraton - jeden z najszybszych na świecie biegów na królewskim dystansie. Swojej szansy na uzyskanie wyniku pozwalającego myśleć o kwalifikacji do reprezentacji na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy będą szukać Artur Kozłowski, Henryk Szost i Yared Shegumo.[/h2] Maraton we Frankfurcie, chociaż nie należy do serii Abbott World Marathon Majors, jest niewątpliwie jednym z najbardziej prestiżowych i najszybszych na świecie. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich 8 edycji imprezy zwycięzca klasyfikacji mężczyzn zawsze przybiegał na metę w czasie krótszym niż 2 godziny i 7 minut, a rekordzistą trasy jest były rekordzista świata - Wilson Kipsang, który w 2011 r. ukończył rywalizację z wynikiem 2:03:42. Również w rywalizacji kobiet co roku stawka jest imponująca, a rezultaty najlepszych biegaczek poniżej 2:25 nie należą do rzadkości. Wśród pań najszybsza w poprzednich edycjach maratonu we Frankfurcie była Etiopka Meselech Melkamu (2:21:01 - 2012 r.). W tegorocznej rywalizacji również nie zabraknie biegaczy z wysokiej półki. Najlepszą życiówką w stawce legitymuje się Etiopczyk Getu Fekele (2:04:50) - partner treningowy objawienia tegorocznego maratonu berlińskiego - Guye Adoli. Głównym rywalem do walki o zwycięstwo powinien być dla niego Kenijczyk Mark Korir, który okazał się bezkonkurencyjny w ubiegłorocznej edycji Frankfurt Maratonu z czasem 2:06:48, jednak jego rekord życiowy jest o 59 sekund lepszy. Spośród 14 zawodników elity aż 3 to reprezentanci Polski. Do rywalizacji przystąpią: rekordzista Polski - Henryk Szost, wicemistrz Europy w maratonie z 2014 r. - Yared Shegumo oraz aktualny Mistrz Polski w maratonie - Artur Kozłowski. Każdy z tej trójki ma ambicje, by w przyszłym roku reprezentować nasz kraj na Mistrzostwach Europy w lekkoatletyce, które odbędą się w Berlinie. Chociaż nie są jeszcze znane minima, punktem odniesienia dla naszych zawodników jest najlepszy tegoroczny czas maratoński w Polsce, należący do Błażeja Brzezińskiego (2:11:27). Wszyscy trzej mają potencjał do tego, by pobiec szybciej. Okazja ku temu jest doskonała - ze względu na obecność w stawce rekordzisty Niemiec - Arne Gabiusa, druga grupa pacemakerów powinna prowadzić biegaczy na wynik 64:15-64:30 na półmetku. Jeśli wysoka forma Niemca się potwierdzi (we wrześniu pobiegł półmaraton w Kopenhadze w 1:02:31), istnieje szansa również na współpracę na dalszych fragmentach trasy i wynik poniżej 2 godzin i 10 minut. W rywalizacji kobiet w roli głównej faworytki występuje Etiopka Feyse Tadese z życiówką 2:20:27. Jednak wśród pań grono kandydatek do zwycięstwa jest bardzo szerokie. Aż 7 z nich w swojej karierze uporało się już z barierą 2:25. Szczególną uwagę warto zwrócić na Kenijkę Vivian Cheruiyot - mistrzynię olimpijską na 5000 m i wicemistrzynię na 10 000 m z Rio de Janeiro. Wiosną zaliczyła udany maratoński debiut w Londynie z czasem 2:23:50, gdzie zajęła 4. miejsce. Ciekawostką jest, jak spisze się w swoim 2. starcie na królewskim dystansie na niewątpliwie szybkiej trasie we Frankfurcie. W gronie pań zaprezentuje się również Angelika Mach. W osiąganiu dobrych wyników biegaczom może przeszkodzić chyba jedynie pogoda. Prognozy z jednej strony są pomyślne - przewidywana temperatura na poziomie ok. 11-12 stopni powinna być sprzyjająca - z drugiej, zapowiadane silne podmuchy wiatru mogą dać się we znaki zawodnikom. O tym, jak sprawy ostatecznie się potoczą, przekonamy się w niedzielę. Relację na żywo z biegu będzie można śledzić na stronie: www.hessenschau.de.
"Zawsze do przodu!" Takie motto przyświeca produktom GO ON! marki Sante. A co Ciebie motywuje na co dzień? Wyślij nam hasło, które sprawia, że Twoje życie jest pełne biegowej pasji i wygraj specjalnie przygotowane dla Ciebie koszulki z autografem od Patrycji Bereznowskiej, rekordzistki i Mistrzyni Świata w biegu 24-godzinnym (dystans 259 991 metrów) oraz tegorocznej zwyciężczyni Spartathlonu. Dodatkowo zwycięzcy otrzymają zestawy produktowe! Na Twoje odpowiedzi czekamy do 1.11.  Zwycięzców wyłonimy w ciągu 2 dni od zakończenia konkursu. Na odpowiedzi czekamy w komentarzach pod postem konkursowym na Facebooku. Regulamin konkursu dostępny pod adresem.    
[h2]Inteligentne buty już chyba nie dziwią, co prawda w naszym kraju spotkanie ich graniczy z cudem, ale już oswoiliśmy się z ich istnieniem dzięki internetowi. Do grona producentów tego typu obuwia dołączyło Xioami.[/h2] Xiaomi to chińska firma, która specjalizuje się w produkcji elektroniki takiej jak np. telefony komórkowe oraz kamery sportowe (testowaliśmy nawet jeden model tego producenta). Niedawno producent ten całkiem niespodziewanie wprowadził do sprzedaży inteligentne buty biegowe. Otrzymały one nieco przydługą nazwę: 90 Minutes Ultra Smart Shoes i mają być częścią całej kolekcji sportowej o nazwie 90 Minutes Ultra Smart Sportswear. Rozczaruje się jednak ten, kto oczekuje niesamowitych cudów od tych butów. Posiadają one co prawdą czip intela, żyroskop i akcelerometr, ale zbierają dość podstawowe dane, takie jak tempo, dystans, kadencja czy ilość spalonych kalorii. Bateria według producenta ma starczyć na 60 dni użytkowania. Buty łączą się poprzez moduł bluetooth z aplikacją na smartphonie, na której możemy odczytać dane. W dzisiejszych czasach jednak wydaje się to niewystarczające, aby buty odniosły sukces. Tak podstawowe dane zbierają opaski i zegarki. Pocieszeniem jest cena, 90 Minutes Ultra Smart Shoes można dostać nawet za 80 $. 
Advertisment ad adsense adlogger