fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_51803" align="alignnone" width="1000"] fot: adidas[/caption] [h2]Dominika Stelmach zajęła 2. miejsce w prestiżowym Old Mutual Two Oceans Marathon w RPA. Polka ustąpiła jedynie reprezentantce gospodarzy Gerdzie Steyn.[/h2] Old Mutual Two Oceans Marathon to impreza rozrywana od 1970 r., zaś od 1975 startują w niej również kobiety. Chociaż w nazwie pojawia się słowo "Marathon" w rzeczywistości główna rywalizacja toczy się w formule ultramaratonu, a zawodnicy mają do pokonania 56 km. Bieg często określany jest mianem najpiękniejszego na świecie, a wszystko za sprawą spektakularnych widoków i pięknej scenerii, jaka towarzyszy uczestnikom na trasie. Jednocześnie usytuowanie mety na kampusie Uniwersytetu w Kapsztadzie zapewnia tłumy kibiców na ostatnich fragmentach biegu. Nie inaczej było i w tym roku. Dla Dominiki Stelmach start w RPA miał być kolejnym sprawdzianem formy po ustanowieniu 2 tygodnie wcześniej rekordu życiowego w maratonie. Polka zajęła 15. miejsce w 2018 Seoul International Marathon z czasem 2:37:09 i okolicznościach, które spowodowały, że wynik ten określiła mianem "najsmutniejszej życiówki", a wszystko za sprawą problemów żołądkowych. Przed biegiem w Kapsztadzie również uskarżała się na dyskomfort, ale do startu przystąpiła z myślą walki o czołowe lokaty. Biorąc pod uwagę historyczne wyniki i rekord imprezy kobiet, aby myśleć o zwycięstwie, konieczne było utrzymywanie średniego tempa w okolicach 3:50-3:55/km. To zaledwie o kilka sekund na kilometr wolniej niż tempo z rekordowego biegu Dominiki Stelmach w Seulu. Jednak tryumfatorka Wings For Life World Run znana jest z ogromnej wytrzymałości i umiejętności utrzymywania wysokiego tempa na długich dystansach. I znów tę umiejętność potwierdziła. PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ WYWIAD Z DOMINIKĄ STELMACH Polka ewidentnie ruszyła z myślą o zwycięstwie, w pewnym momencie nie tylko obejmując prowadzenie, ale również uzyskując kilkudziesięciosekundową przewagę nad drugą zawodniczką. Jednak dla Dominiki kłopotliwy okazał się zbieg oraz fakt, że bardzo dobrze siły rozłożyła Gerda Steyn, która na niespełna 10 kilometrów do mety minęła dotychczasową liderkę. Ostatecznie Stelmach dotarła na metę na 2. miejscu po 3 godzinach 41 minutach i 56 sekundach ze stratą 2 minut i 25 sekund do zwyciężczyni. W pokonanym polu zostawiła m.in. tryumfatorkę słynnego Comrades Marathonu z 2016 r. - reprezentantkę gospodarzy Charne Bosman. Wynik Dominiki potwierdza, że na dobre zadomowiła się w ścisłej światowej czołówce kobiet, jeśli chodzi o ultramaratony. Dla uzmysłowienia o jakim wysiłku tu mówimy wystarczą 2 liczby: 3:57 i 56. Właśnie takie średnie tempo (3:57/km) Polka osiągnęła na dystansie 56 kilometrów podczas Old Mutual Two Oceans Marathon 2018.
[h2]Jeśli przyjrzeć się historiom większości biegaczy, można dojść do wniosku, że jest to ciąg niekończących się nieszczęść. Pękające kości, naciągnięte mięśnie, choroby, depresje, urazy, anemie, gęsie stopki, łokcie tenisisty, hemoroidy i przetrenowanie. Pierwsze, co mi się nasuwa na myśl, gdy patrzę z boku: to przecież niemożliwe, żeby ktokolwiek robił to dla przyjemności![/h2] Niedawno ogłoszono, że naukowcy, prawdopodobnie amerykańscy, bo to zawsze muszą być naukowcy amerykańscy, są o krok od wynalezienia pigułki formy. Odkryto geny, hormony albo inne tajemnicze substancje, które decydują o tym, w jakim kierunku przebudowuje się ludzkie ciało. Podobno nie ma skutków ubocznych i już niedługo będzie teoretycznie możliwe, że połknie się tabletkę, a potem można leżeć na kanapie i oglądać w lustrze, jak rośnie forma. Nie trzeba nic robić, można jeść chipsy i dłubać w nosie. Tu więc szybkie pytanie do Ciebie, towarzyszu biegaczu i towarzyszko biegaczko: czy gdyby wprowadzono na rynek taki produkt, skorzystalibyście z oferty? Bo ja, po namyśle, doszedłem do wniosku, że raczej nie. Jeśli macie podobnie, to witajcie w klubie i przestańcie się oszukiwać, że biegacie dla formy, zdrowia lub przyjemności. Ten ciąg nieszczęść wymieniony z początku, to nic przyjemnego. Biegacie, bo lubicie cierpieć, ot co! Jeśli chodzi o mnie, to szczerze nienawidzę biegania. Powiedzmy to wprost: nie ma nic przyjemnego w unoszeniu ciężkich nóg, poruszaniu opornymi rękami i ogólnym męczeniu się. Gdybym miał robić coś prawdziwie dla przyjemności, leżałbym w łóżku i żarł czekoladę kilogramami. Na pewno nie miałbym problemów ze znalezieniem interesujących, pozabiegowych, pionowych bądź poziomych rozkoszy. Połowa moich znajomych twierdzi, że biega dla zdrowia, a jednocześnie ich biegowe życie to pasmo nieprzyjemnych przypadłości i ciągłe problemy zdrowotne wynikające właśnie z treningu. Kto nigdy nie miał kontuzji, niech pierwszy rzuci pękniętym piszczelem. Kontuzje i przetrenowanie są wpisane w bieganie jak szaleństwo w osobowość ministra Antoniego. Nienawidzę tego, ale i kocham nienawidzić. Druga połowa znajomych rzekomo biega dla przyjemności, ale nie widzę nic pociągającego w tym, że męczę się, dyszę jak pies i ociekam potem. Jest wręcz odwrotnie: biegnąc, zazdroszczę niebiegającym. Podziwiam dostojnych spacerowiczów, że mają w sobie na tyle odwagi i silnej woli, aby nie biegać i pozwolić naczyniom krwionośnym zarastać cholesterolem. A najbardziej irytujący są jeźdźcy konni, którzy nie tylko nie biegają, nie tylko wygodnie siedzą i nie ociekają zmęczeniem, ale dodatkowo przemieszczają się w pięknych okolicznościach natury. Niby coś robią, a w gruncie rzeczy nic nie robią, siedzą jak przed telewizorem i mają czelność twierdzić, że to czas spędzony aktywnie. Oczywiście po treningu odczuwa się coś na kształt przyjemności. To trochę jak w tym dowcipie o masochiście, który wyznaje lekarzowi, że kładzie przyrodzenie na stole i wali w nie młotkiem. - "Czy panu to sprawia przyjemność?" - pyta lekarz. - "Tak, gdy nie trafię" - odpowiada masochista. Podobny rodzaj wątpliwej przyjemności odczuwa się po maratonie. Jeśli chodzi o mnie, nigdy na mecie maratonu nie miałem myśli typu "Ale było przyjemnie, jutro zrobię to znowu". Znacznie częściej, a właściwie zawsze, jest to raczej: "Nareszcie koniec. Nigdy więcej tego szaleństwa". W przypadku spożywania czekolady takie myśli nigdy mnie nie nachodzą. Po jednej tabliczce mam chęć na następną, a potem jeszcze jedną. Gdyby jedzenie czekolady powodowało wzrost formy, byłbym absolutnie bezkonkurencyjny, lepszy od Małysza, Stocha i Justyny Kowalczyk razem wziętych. Ojczyzna byłaby ze mnie dumna, a medale na igrzyskach kosiłbym hurtowo. Ustaliliśmy już, że w bieganiu nie ma nic, ale to absolutnie nic przyjemnego. Szczególnie w Polsce, szczególnie przy pogodzie takiej jak obecnie. Jest możliwe, że Amerykanie, Francuzi czy Hiszpanie biegają z innych powodów niż my, nie potrafię ogarnąć psychiki narodów, które tak niedawno nauczyły się używać widelców. Na pewno jednak cierpienie sprawia przyjemność Japończykom. W Japonii istnieje długa i chwalebna tradycja harakiri, dlatego nasi skośnoocy bracia są tak mocni w maratonie i kochają Szopena. Bez genu autodestrukcji nawet nie ma co marzyć o maratońskich sukcesach. Nikt normalny nie poddaje się aktywności, która zamienia mięśnie w obolałą masę spazmatycznie kurczącej się, nieskoordynowanej galarety. W Polsce biegamy, bo po prostu lubimy cierpieć. Nawet nasz narodowy wieszcz pisał o tym, że cierpi za milijony. Nie na darmo jesteśmy narodem wybranym, który nie może zdzierżyć, gdy wszystko idzie zbyt dobrze i dzieje się zbyt zwyczajnie. Definiuje nas ciągły kryzys, poszukiwanie maratońskiej ściany, o którą można się z rozkoszą rozbić samolotem; nasza historia to stulecia poświęceń, umartwień, rozbiorów, egzekucji i przegranych wojen oraz powstań. Nie bez powodu celebrujemy Matkę Bożą Bolesną, a nie Matkę Bożą Zadowoloną z Życia. Szczęście w życiu doczesnym jest mocno podejrzane, silnie tkwi w nas chrześcijańska spuścizna Hioba i Szymona Słupnika, ideologia niesienia krzyża przez życie i bycia szczęśliwymi dopiero w raju. Jedynymi, którzy bez konfliktu sumienia potrafią w Polsce czerpać garściami z życia doczesnego, nie stroniąc od przyjemności, bogactwa i rozpusty, są biskupi i kardynałowie. Filozofowie od tysiącleci zastanawiają się, jaki sens ma cierpienie. Jeśli zastanawiacie się, jaki sens ma bieganie, to z perspektywy dwudziestu lat doświadczenia z tym niewdzięcznym sportem powiem wprost: nie ma żadnego. Bieganie jest kompletnie bezsensowne. To tylko nasza potrzeba bycia w ruchu, świadomości, że się przemieszczamy i coś się dzieje, każe nam sądzić inaczej. Napędza nas nieznany żar, który każe wciąż gnać naprzód, chociaż tak naprawdę zawsze i wszędzie pozostajemy w miejscu. Celnym symbolem jest tu bieganie na bieżni w siłowni. Nie ma bardziej nonsensownej i smutnej czynności - człowiek niby biegnie, rozpaczliwie kręci nogami, poci się, dyszy i cały czas pozostaje w tym samym dusznym kącie pomiędzy oknem a wyjściem awaryjnym. Równocześnie jednak bieganie jest tak samo bezsensowną czynnością jak każda inna. Weźmy takie zbieranie znaczków - czy istnieje bardziej absurdalne hobby? Prawdziwym szczytem bezsensu byłby biegający filatelista, ale nie znam żadnego - może to natężenie nonsensu zabójcze dla przeciętnego człowieka? Nie należy po prostu w bieganiu szukać sensu ani usprawiedliwienia. Nie ma go, trzeba się z tym pogodzić i kropka. Z wielu bezsensownych czynności wybraliśmy akurat bieganie, być może bezsensowne w nieco mniejszym stopniu niż zbieranie znaczków, a może tylko się tak oszukujemy. Podświadomie szukamy cierpienia, chcemy się zmęczyć i umartwiać tym zmęczeniem, kontuzjami, poświęceniem. Pewien mój znajomy zapytany, dlaczego trenuje tak ciężko, mimo świadomości, że to bardziej groźne dla jego formy niż pożyteczne, odparł, że pociąga go zawarty w tym heroizm. Po prostu sądzimy, że cierpienie uszlachetnia. A może nawet na jakiś czas poprawi to stan naszych naczyń krwionośnych i położymy się do grobu zdrowsi i szczuplejsi niż ci, którzy nie biegają? Nie należy się jednak łudzić, że bieganie jest przysługą dla zdrowia lub przyjemności. To raczej rozpaczliwe poszukiwanie sensu, na zasadzie: cierpię, więc jestem, a jeśli cierpię bardziej, to i jestem bardziej. A jeśli naprawdę nie lubisz, biegaczu i biegaczko, cierpieć, to cóż... czekaj z utęsknieniem na pigułkę formy. Zostanie stworzona właśnie dla ciebie.
[caption id="attachment_54479" align="aligncenter" width="3088"] Marek Rybiec na mecie ultramaratonu w Patagonii.[/caption] [h2]Marek Rybiec, od lat związany z sektorem inwestycji finansowych, podjął się niezwykłego, Podwójnego Wyzwania: chce do końca roku przebiec 4 pustynie, każda na innym kontynencie. Łącznie będzie to 1000 km biegu po piaskach Sahary, kamieniach Gobi, słonych skałach Atakamy i lodzie Arktyki. Jego sportowym wyczynom towarzyszy wyzwanie społeczne: biegnąc, chce zebrać środki na zakup wyposażenia medycznego niezbędnego do wykonywania zabiegów przeciwbólowych w Poradni Leczenia Bólu Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.[/h2] Fundusz Podwójne Wyzwanie, założony przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce, a zainicjowany przez Koalicję Prezesi-wolontariusze, to pierwsze w naszym kraju przedsięwzięcie typu venture philanthropy, skupiające bohaterów realizujących niecodzienne wyzwania, środowisko biznesu i projekty społeczne potrzebujące wsparcia. „Podwójne wyzwanie” łączy dwa światy: z jednej strony jest cel sportowy – np. ulatramaraton, a z drugiej społeczny – zebranie określonej sumy pieniędzy. Dwa wyzwania ma także organizacja, która jest beneficjentem - ma dalej i skuteczniej pełnić misję społeczną, a jednocześnie zyskać niezależność od wsparcia zewnętrznego, stanąć na nogi, mówi Paweł Łukasiak, Prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce. Pierwszym beneficjentem Funduszu jest powstała w 1990 r. Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa. Dzięki medycynie paliatywnej, pomocy psychologicznej i duchowej pomaga Pacjentom żyć godnie i bez bólu. Każdego roku obejmuje fachową opieką paliatywną ponad 2 tys. chorych w opiece domowej oraz ponad tysiąc pacjentów w hospicjum stacjonarnym. Nowocześnie wyposażona Poradnia pomoże Fundacji jeszcze skuteczniej realizować misję niesienia pomocy. To również szansa na większą stabilizację i samowystarczalność finansową Hospicjum, a w czasach, gdy około 30% polskich organizacji pozarządowych nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie, ratowanie najcenniejszych inicjatyw społecznych jest szczególnie potrzebne. [caption id="attachment_54478" align="aligncenter" width="2048"] Zdjęcie z przekazania CEye. Od lewej Marek Rybiec, Dariusz Pietluszenko i Basia Bagorro[/caption] Dzięki innowacyjnej metodzie venture philanthropy inicjatywy otrzymują pomoc finansową oraz doradztwo eksperckie, zapewnione przez członków Koalicji Prezesi-wolontariusze, która wykorzystując narzędzia wolontariatu kompetencji, wspiera beneficjentów w procesie osiągania samodzielności i trwałości. To innowacja w myśleniu o przedsiębiorczości społecznej, która daje nadzieję na budowę stabilnego i samowystarczalnego sektora działań pozarządowych. [caption id="attachment_54481" align="aligncenter" width="600"] Bieg przez Patagonię autor obsługa 4Deserts[/caption] Inauguracja Funduszu Podwójne Wyzwanie odbyła się 28.03.2018 r. w siedzibie Fundacji Hospicjum Onkologiczne. W skład Rady Funduszu weszli przedstawiciele największych firm i organizacji pozarządowych w Polsce: Marek Rybiec (Prezes zarządu Netfund.pl), Paweł Łukasiak (Prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce), Małgorzata Barska (Prezes zarządu NN Investment Partners TFI), Łukasz Grass (Redaktor naczelny Business Insider Polska), Marek Jurkiewicz (Dyrektor Generalny InfoPraca.pl), Marcin Konieczny (Partner w firmie House of Skills), Artur Nowak-Gocławski (Prezes Zarządu ANG Spółdzielnia), Piotr Pawłowski (Prezes Fundacji „Integracja”), Ewa Radkowska-Świętoń (Prezes Zarządu TFI Skarbiec), Marek Kuzaka (Prezes zarządu AMS S.A). Więcej informacji na stronie www.podwojnewyzwanie.com [h3]Terminy ultramaratonów:[/h3] Sahara – 26.04 – 05.05.2018 Gobi – lipiec 2018 Atakama – październik 2018 Antarktyka – listopad 2018
[caption id="attachment_54461" align="aligncenter" width="960"] fot: pixabay.com[/caption] [h2]Światowe władze lekkiej atletyki wplątały się w aferę pieniężną, która pokazuje prostą prawdę: urzędnicy i działacze sportowi na całym świecie są tacy sami, niezależnie od szczebla działalności.[/h2] Księgowy IAAF, ciała urzędniczego zarządzającego światową lekką atletyką, nie mógł się doliczyć w bilansie 135 tysięcy dolarów. Pieniądze po prostu znikły. Jak się okazało, w zeszłym roku ktoś - rzekomo przypadkowo - przelał na konto Nigeryjskiego Związku Lekkiej Atletyki 150 000 dolarów, zamiast planowego przelewu 15 000 dolarów. Czyli dopisał o jedno zero za dużo. Co jednak ciekawe, przez kilka miesięcy nikt tego nie zauważył. Gdy księgowy w końcu odkrył, że coś się nie zgadza, wyśledzenie i odzyskanie pieniędzy okazało się wyjątkowo trudne. Gdy księgowy zgłosił się do działaczy z Nigerii, okazało się, że pieniądze znikły i nikt nic nie wie. Nie ma żadnych rachunków ani dowodów wypłat, konto jest puste. Minister Sportu Nigerii powołał komitet, który ma wyjaśnić, jak to się stało, ale problem w tym, że... sam jest jednym z podejrzanych. W zeszłym roku wybrano nowe władze Nigeryjskiego Związku Lekkiej Atletyki, a w okresie przejściowym przez kilka miesięcy zarządzającym był właśnie minister. Obecnie sytuacja wygląda tak, że władze bieżące obwiniają poprzednie i uważają, że to one wypłaciły pieniądze. Poprzednie nie poczuwają się do winy i sugerują, że o wszystkim najwięcej wie minister. Dodatkowo w grę wchodzą ambicje personalne - obecny prezes Związku, Alhaji Ibrahim Gusau, który poprzednio był ministrem rolnictwa, jest atakowany przez konkurentkę z wyborów, Rosę Collins. Wszyscy oskarżają wszystkich... a pieniędzy nie ma. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że poprzedni prezydent IAAF, Senegalczyk Lamine Diack, jego syn i szereg innych działaczy oskarżeni są o przyjmowanie łapówek, których sumy idą w miliony euro, zaginione 135 tysięcy dolarów wydaje się kwotą skromną. Pewne jest jedno: działacze sportowi we wszystkich krajach świata bawią się podobnie i z upodobaniem pływają w państwowych pieniądzach. Embed from Getty Imageswindow.gie=window.gie||function(c){(gie.q=gie.q||[]).push(c)};gie(function(){gie.widgets.load({id:'Zi3pRSRfTnly6TK30VxO6w',sig:'Ji9iNPYvFbdDnpuClIbyy8L432SEQMsZTDoZAvDF9Jw=',w:'594px',h:'396px',items:'485905318',caption: true ,tld:'com',is360: false })}); Źródło: www.insidethegames.biz
[h3]Jest słodki, sycący, a przy tym zdrowy i pożywny. Obawiacie się strączków w deserze? Zupełnie niepotrzebnie. Wszystkie składniki tego czekoladowego bloku harmonijnie składają się w całość, tworząc wyjątkową przekąskę, którą możecie bez wyrzutów sumienia jeść po dobrym treningu.[/h3] Składniki: 3 szklanki ugotowanej ciecierzycy 1 szklanka daktyli 1 szklanka płatków owsianych 1 łyżka kakao garść rodzynek garść żurawiny garść orzechów włoskich nasiona z jednej laski wanilii sok z jednej cytryny szczypta soli 2 łyżki mleka roślinnego 2 gorzkie czekolady (po 100 g) figi PRZECZYTAJ TAKŻE: Szarlotka jaglana od JoKo [PRZEPIS] Przygotowanie: Jeśli nie namoczyliśmy wcześniej ciecierzycy i nie mamy jej ugotowanej, spokojnie możemy skorzystać ze słoika lub puszki. Daktyle zalewamy na chwilę wrzątkiem (wystarczy 10 min). Odlewamy z nich wodę, po czym miksujemy je z cieciorką na gładką masę. Do masy dodajemy płatki owsiane, kakao, rodzynki, żurawinę, orzechy, nasiona wanilii, sok z cytryny oraz szczyptę soli i wszystko mieszamy. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej z dodatkiem mleka roślinnego, po czym wlewamy ją do masy. Mieszamy. Przed wyłożeniem masy na blachę smakujemy, żeby sprawdzić, czy jest wystarczająco słodka. Jeśli nie, dosładzamy ksylitolem, stewią lub nawet cukrem, jeśli nam to nie przeszkadza. Masę przekładamy na blaszkę (25 cm x 20 cm) wyłożoną papierem do pieczenia. Na wierzchu układamy pocięte plastry figi i odstawiamy do zamrażalnika na 20-30 min. Przepis pochodzi z książki Vegenerata bieg przez kuchnię, czyli szalone menu ultramaratończyka wyd. Burda
[caption id="attachment_54439" align="aligncenter" width="2165"] FALMOUTH - AUGUST 16: Master runners Steve Plasencia, left, and Keith Anderson, right, came in together to finish the Falmouth Road Race. (Photo by Evan Richman/The Boston Globe via Getty Images)[/caption] [h2]Zadając pytanie, "co zrobić, by w bieganiu osiągnąć sukces?" w odpowiedzi najczęściej usłyszymy, że trzeba ciężko i regularnie trenować, dbać o zdrowie, właściwą dietę i najlepiej zacząć w młodym wieku. O ile regularny trening i ciężka praca to konieczne składniki sukcesu, o tyle pozostałe aspekty nie zawsze odgrywają najważniejszą rolę. A przynajmniej, jak pokazuje historia Keitha Andersona, nie przez całe życie.[/h2] Brytyjczyk Keith Anderson zaczął biegać w wieku 30 lat. Wcześniej nie należał do ludzi zbyt aktywnych. Pracował jako szef kuchni, co niekorzystnie odbijało się na jego tuszy, palił ponad 20 papierosów dziennie, nie stronił od alkoholu i raczej nie był wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o zdrowy styl życia. Nie wiadomo, czy był to przedwczesny kryzys wieku średniego, chęć zatroszczenia się o swoje zdrowie, czy po prostu uznał, że ma dość takiego funkcjonowania, ale pewnego dnia postanowił coś w swoim życiu zmienić. Tak właśnie zaczął biegać, wyruszając w niesamowitą podróż, dzięki której w ciągu kilku lat stał się zupełnie innym człowiekiem. Pierwsze kroki nie były łatwe. Jak sam wspominał, po prostu zakładał buty i wychodził biegać, czasami starając się utrzymać tempo bardziej doświadczonych biegaczy z okolicy. Początkowo jednak nie myślał wcale o ściganiu się, zależało mu przede wszystkim na tym, by schudnąć i zbudować kondycję. Chęć rywalizacji przyszła z czasem, kiedy dostrzegł, że bieganie dostarcza mu sporo satysfakcji. I że ma do tego smykałkę. W swoim debiucie na 10 km osiągnął wynik 31:05 i to już w pierwszym roku treningów! Tym samym Anderson odkrył w sobie żyłkę sportowca i chciał nie tylko biegać szybciej, ale także wygrywać. Ciało Brytyjczyka ulegało przemianie. W krótkim czasie zrzucił ponad 20 kg, co znalazło odzwierciedlenie w samopoczuciu. Jednak wciąż chciał więcej. Biegając często po naturalnych ścieżkach zauważył, że dobrze radzi sobie ze zbieganiem. I własnie od biegów górskich, gdzie ta umiejętność była niezwykle cenna, rozpoczął swoją wyczynową karierę. W 1991 r. po 4 latach regularnych treningów wywalczył tytuł Mistrza Wielkiej Brytanii w tej dyscyplinie. Całkiem niezły początek, jak na (jeszcze niedawno) lekko otyłego palacza po 30-tce. Chcąc rozwijać się dalej, Anderson zanurzył się w lekturze czasopism i książek na temat treningu biegowego. Zainspirowany poradami nabył pulsometr i nawiązał kontakt z dr. Tony'm Trowbridge'm z Uniwersytetu w Sheffield. Od tego czasu jego trening uległ całkowitej zmianie i był oparty o wyniki badań wszelkich parametrów, które dało się wówczas zmierzyć. Anderson miał w sobie wiele determinacji, zakupił nawet bieżnię mechaniczną, by móc realizować szybsze jednostki w jak najbardziej kontrolowanych warunkach w swoim garażu. To na niej wykonywał zdecydowaną większość swoich akcentów. Zmienił również nawyki żywieniowe i ograniczył podaż węglowodanów, chcąc spalić tkankę tłuszczową i poszukując dalszych rezerw w formie. Optymalizacja treningu i stylu życia szybko przyniosły efekty. Anderson coraz częściej zaczął pojawiać się na biegach ulicznych i popularnych na Wyspach przełajach. Okazało się, że również w takich warunkach radzi sobie doskonale. W 1994 r. zajął 4. miejsce w mistrzostwach Wielkiej Brytanii w biegach przełajowych, a rok później został Mistrzem Szkocji w tej samej konkurencji (jego rodzice pochodzili ze Szkocji). Swoje życiówki na ulicy wyśrubował do poziomu 13:46 na 5 km, 29:04 na 10 km, 48:15 na 10 mil i 1:04:20 w półmaratonie. Pierwszą poważniejszą przeszkodą w rozwoju kariery Andersona była niespodziewana śmierć jego trenera dr. Trowbridge'a. Naukowiec miał ogromy wpływ na trening stosowany przez zawodnika, dbając przede wszystkim o odpowiednią regenerację i dobierając bodźce tak, by nie przeciążać organizmu. Po latach Brytyjczyk przyznał, że brak trenera spowodował rozluźnienie kontroli nad procesem treningowym. Anderson wybrał się m.in. na obóz treningowy do Font Romeu i po powrocie postanowił zarobić nieco pieniędzy na swoim bieganiu. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że nawet pomimo późnego rozpoczęcia swojej przygody z bieganiem, w wieku 40 lat był już raczej bliżej końca swojej kariery niż jej początku. Jednak wylot do Stanów i 6 startów tydzień po tygodniu poprzedzonych ciężką pracą na obozie było dużym obciążeniem dla organizmu. Chociaż zgarnął kilka nagród pieniężnych, jego wyniki z tygodnia na tydzień były coraz słabsze. Na szczęście biegacz zorientował się, że to zbyt duży wysiłek zaczął zbierać swoje żniwo i postawił na odpoczynek oraz spokojny trening. W przerwie między sezonami 1997-1998 udał się nawet na obóz treningowy do Kenii, gdyż postanowił przygotować się do startu w maratonie. Na początku roku 1998 wrócił do USA, gdzie znów wystartował w kilku zawodach przede wszystkim w celach zarobkowych. Z tego powodu do maratońskiego debiutu w Bostonie podchodził nie w pełni wypoczęty. Mimo tego wynik, który osiągnął w pierwszym w karierze biegu na królewskim dystansie na poziomie 2:17:08 nie był powodem do wstydu. Zwłaszcza, że osiągnął go w wieku 41 lat. Występ w Bostonie zaowocował powołaniem do reprezentacji Wielkiej Brytanii na Igrzyska Wspólnoty Narodów w Kuala Lumpur. Coś, co 10 lat wcześniej, kiedy Anderson rozpoczynał swoją przygodę z bieganiem, wydawało się nie do pomyślenia, stało się faktem. Były palacz i otyły szef kuchni, pomimo braku przeszłości zawodniczej, miał reprezentować swój kraj na międzynarodowej imprezie. Do tego wyzwania podszedł bardzo poważnie, podporządkowując wszystko pod przygotowania do tego biegu. Jak wspominał, czuł, że biegnie nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich 40-latków, którzy pomimo statusu weterana marzą o udziale w tego typu zawodach. Swoją postawą chciał pokazać, że wiek nie musi być przeszkodą w realizacji sportowych celów. I nie zawiódł - zajął 10. miejsce przybiegając na metę z niespełna 4-minutową stratą do zwycięzcy. Po tym wydarzeniu Anderson uznał, że osiągnął swój prywatny szczyt i spełnił sportowe marzenia. W wieku 41 lat zakończył zawodową karierę i zajął się m.in. trenowaniem innych. Jego syn Tom Anderson również został biegaczem, jednak wciąż nie poprawił rekordu ojca w maratonie. Najlepszy jak dotąd wynik Toma w karierze to 2:19:36 (Londyn 2017). Biorąc jednak pod uwagę fakt, że ma "zaledwie" 28 lat, czasu na poprawę ma jeszcze sporo. Historia Keitha Andersona to dowód na to, że wiek czy dotychczasowy styl życia nie muszą być przeszkodą na drodze do realizacji sportowych marzeń. Nawet czynniki, które pozornie wydają się dużym obciążeniem, jak nadwaga czy nikotynowy nałóg można przezwyciężyć. W przypadku Brytyjczyka, decyzja o rozpoczęciu biegania w wieku 30 lat zaważyła na jego dalszym życiu i pozwoliła mu odkryć w sobie ogromne możliwości. Możliwości, dzięki którym napisał niezwykle motywujący i interesujący rozdział biegowej historii.
[caption id="attachment_54435" align="aligncenter" width="800"] fot: materiały prasowe[/caption] We wtorek 20 marca, we wnętrzu warszawskiego Piękna odbyła się prezentacja najnowszej kolekcji Skechers na sezon SS18. Sportowe i casualowe modele przedstawione w neonowej przestrzeni zachwyciły intensywnymi kolorami oraz nowoczesną stylistyką. Spotkanie z marką było niepowtarzalną okazją, aby poczuć energię słonecznej Kalifornii w samym sercu miasta! Modele z kolekcji wiosna-lato 2018 zaprezentowano na przyciągającej uwagę instalacji, a całość została dopasowana do dynamicznego charakteru marki. Fluorescencyjne panele i geometryczna, pełna wyrazistych barw scenografia oddawały klimat najnowszego spotu Skechers, który możemy oglądać w kampanii w telewizji. Polska jest kolejnym krokiem w globalnym planie rozwoju amerykańskiej marki, która rozpoczęła szerokie działania marketingowe 360° z reklamami w telewizji oraz outdoorze, a także działaniami PR i aktywnościami POS. Utrzymana w industrialnym i neonowym klimacie kampania stała się główną inspiracją dla eventu. Najnowsza kolekcja Skechers to komfort w miejskim, nowoczesnym wydaniu. Wśród propozycji znalazły się zarówno sportowe, jak i casualowe modele. Najważniejsza linia tego sezonu, Skechers Sport, zapewnia zupełnie nową jakość treningu dzięki nowoczesnym technologiom. Marka zaprezentowała wkładki takie jak Skechers Memory Foam oraz Skechers Goga Mat, które zapewniają wyjątkowy komfort! Buty wyróżniają się połączeniem pastelowych barw z metalicznymi elementami i klasyczną czernią i szarością. Oprócz linii YOU by Skechers oraz BOBS Sport, łączących w sobie idee lifestyle i wellness, marka zaprezentowała klasyczne, casualowe buty z kolekcji Skecher Street oraz inspirowane stylem retro modele D’Lites na platformie. Uwagę gości przykuły również kultowe Energy Lights ze świecącą podeszwą. Wśród zaproszonych gości nie mogło zabraknąć gwiazd. Na spotkaniu pojawiły się prezenterki telewizyjne: Marcelina Zawadzka oraz Paulina Sykut, a także aktorka Klaudia Halejcio. W tym sezonie kolekcja marki wprowadza świeżą, sportową energię w nowoczesnym, miejskim wydaniu. Wiosna u Skechers zapowiada się niezwykle aktywnie!
[h2]13. PZU Półmaraton Warszawski przeszedł do historii. Tych, którzy nie mieli okazji śledzić naszej relacji, zachęcamy do przejrzenia naszych wpisów oraz zapisu z transmisji. Do zobaczenia na 40. PZU Maratonu Warszawskiego![/h2] 13:43 Do mety dobiegł pan Florian Kropidłowski, który wystartował w kategorii M80. I tak oto kończymy na dziś. Dziękujemy wszystkim, którzy śledzili naszą relację. 13:41 12471 biegaczy dobiegło już do mety. Czekamy na ostatniego zawodnika! 12:54 A oto i kolejni bohaterowie 13. PZU Półmaratonu Warszawskiego: pierwsza trójka zawodników na wózkach. 12:12 A na trasie grupa Spartan, którzy tak jak i w poprzednich latach, startuje w ramach #BiegamDobrze. Spartanie Dzieciom tym razem zbierają fundusze na plac zabaw w Parku Łazienkowskim. 12:07 Prawie 7 tys biegaczy już za metą półmaratonu. To oznacza, że na trasie jest jeszcze ponad 6 tys! 11:50 Kolejni biegacze na linii mety, a wśród nich nasz dotychczasowy lider w "Walce na Dobro" - Wojciech Staszewski (1:25:48), Piotr Łobodziński, który najpewniej pobiegł treningowo (1:39:04). 11:27 I tak oto wyklarowali nam się zwycięzcy 13. PZU Półmaratonu Warszawskiego: KIPROTICH SANG EZRAH 01:01:37 KASSA MEKASHAW 01:01:52 MAIYO KIMAIYO HILLARY KIPTUM 01:02:18 Polacy: 10. BRZEZIŃSKI BŁAŻEJ 01:05:17 12. ROGIEWICZ ANDRZEJ 01:05:21 14. GOSIEWSKI KRZYSZTOF 01:06:38 Kobiety: WANJIKU NJERU POLLINE 01:10:01 MHRETU GEBREKIDAN BIRHAN 01:10:26 HAYELOM SHEGAE MAEREGU 01:10:52 Polki: 7. GOSK ANNA 01:14:49 8. KALENDAROVA-OCHAL OLGA 01:16:40 10. PILARSKA KAROLINA 01:18:38 11:14 I na mecie Marcin Świerc z czasem 01:11:51! 11:12 Na mecie pierwsza kobieta: WANJIKU NJERU POLLINE z czasem 1:10:02. Brawo! 11:11 Na finiszu trener FMW Runners - Łukasz Oskierko z czasem 1:09:13! 10:09 Jest i Błażej Brzeziński z czasem 1:05:17! Warto zaznaczyć, że Błażej wystartował z pomarańczowym numerkiem. Bo warto biegać dobrze z #BiegamDobrze! Na miejscu 12. - Andrzej Rogiewicz z czasem 1:05:21 10:03 Mamy zwycięzcę 13.PZU Półmaratonu Warszawskiego -  wygrał IPROTICH SANG EZRAH z czasem 1:01:42! 10:51 W pierwszej dziesiątce pań są Ania Gosk (miejsce 7.), zaraz za nią Olga Ochal i na 10. - Ewa Jagielska. Na czele Kenijka - WANJIKU NJERU POLLINE. 10:48 Czołówka się kurczy. Obecnie na przedzie są 4 osoby, dwóch Kenijczyków i dwóch Etiopczyków, a prognozowany czas wciąż wynosi 1:01. Panowie zatem biegną bardzo równo. Andrzej Rogiewicz dziesiąty, Błażej Brzeziński jedenasty.  Victor Kipchirchir zszedł z trasy. 10:33 Obecny prognozowany czas półmaratonu - 1:01, jednak wszystko może się jeszcze wydarzyć. Panowie mają już za sobą 10 km, z czego najszybszy jest póki co KIPROTICH SANG EZRAH - 29:14. W pierwszej dwunastce Andrzej Rogiewicz i Błażej Brzeziński. 10:22 Pierwsze 5 km ma za sobą również czołówka pań. Pierwsza kobieta - Etiopka HAYELOM SHEGAE MAEREGU przebiegła ten dystans q 16:14, z Polek Anna Gosk w czasie 17:29 (rekord życiowy 1:20:38). W pierwszej dziesiątce są również Olga Ochal i Ewa Jagielska, która na 39. PZU Maratonie Warszawskim była trzecia wśród pań.  10:17 Czołówka ma za sobą już 1/4 dystansu. Najszybsi pokonali pierwszą piątkę w 14:58. Mocno! Błażej Brzeziński - 14:49, więc póki co ma 9 sekund straty. 10:16 Czołówka narzuciła bardzo mocne tempo, Błażej Brzeziński został nieco z tyłu. Czołówka pań również składa się wyłącznie z afrykańskich biegaczek. Czy to się zmieni? 10:14 Rekord trasy Półmaratonu Warszawskiego wynosi 1:00:48. Czy uda się go pobić? Komentatorzy sugerują, że jest taka szansa. Victor Kipchirchir, jeden z faworytów, może pochwalić się rekordem życiowym 59:31. Rolę pacemakera czołówki kobiet pełni Paweł Ochal (ponownie jak w przypadku 39. PZU Maratonu Warszawskiego). Wśród pań biegnie jego żona - Olga Ochal. 10:08 Czołówka składa się obecnie z kilkunastu osób. Pierwszy kilometr pokonali bardzo szybko, bo w 2:50. Wśród nich Błażej Brzeziński. 10:01 Ruszyli! Ponad 13 tys biegaczy właśnie rozpoczęło swoją podróż przez 13. PZU Półmaraton Warszawski! Równo o godzinie 10:00 z ulicy Konwiktorskiej ruszy ponad 14000 biegaczy, by pokonać trasę 13. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Wśród nich m.in. aktualny rekordzista imprezy – Kenijczyk Victor Kipchirchir z rekordem życiowym na poziomie 59:31. Kolejni biegacze pod względem najlepszych życiówek na liście to Kenijczyk Ezrach Kiprotich Sang (1:00:36), jego rodak Hillary Kiptum Maiyo Kimaiyo (1:01:05) oraz Etiopczyk Mekashaw Kassa (1:01:16). Wśród zawodników spoza Afryki ciekawe nazwiska na liście to m.in. Amerykanin Fernando Cabada Jr (r. ż.: 1:02:00) czy Japończyk Yuki Yagi (1:01:37). Nie wolno zapomnieć także o polskim faworycie, czyli zwycięzcy 39. PZU Półmaratonu Warszawskiego – Błażeju Brzezińskim (1:03:49). Na trasie zobaczymy również Marcina Świerca, wielokrotnego mistrza Polski w biegach górskich. W gronie pań zobaczymy aktualną rekordzistkę Półmaratonu Warszawskiego – Kenijkę Polę Wanjiku Njeru (rekord życiowy: 1:08:19). Zarówno ona, jak i męski rekordzista – Victor Kipchirir aktualne rekordy imprezy ustanawiali w 2014 r. Oprócz Njeru o zwycięstwo powalczyć powinny m.in. Etiopka Birhan Mhretu Gebrekidan (r. ż.: 1:10:00) czy Kenijka Lilian Jelagat (1:10:43). Ciekawie zapowiada się walka o miano najszybszej Polki – do rywalizacji w tej kategorii staną m.in. ostatnia polska zwyciężczyni Półmaratonu Warszawskiego – Olga Kalendarova Ochal (1:12:47), Ewa Jagielska (1:16:12) czy Anna Szyszka (1:15:36). [h3]Zmiany w organizacji ruchu[/h3] W związku z rozgrywaniem imprezy, w Warszawie pojawią się czasowe zmiany w organizacji ruchu. Wszystkich, którzy dzisiaj zamierzają przemieszczać się po stolicy samochodem, zachęcamy do zapoznania się z informacjami na stronie ZTM. [h3]Trasa 13.PZU Półmaratonu Warszawskiego[/h3]
Netsanet Kebede (Etiopia) i Geoffrey Kamworor (Kenia) zostali Mistrzami Świata w Półmaratonie. Etiopka pokonała trasę w Walencji w 1:06:11, ustanawiając najszybszy w historii wynik półmaratoński w wyścigu samych kobiet. Kenijczyk osiągnął czas 1:00:02, a 5 km pomiędzy 15. a 20. km przebiegł w 13 minut i 1 sekundę - o 16 sekund szybciej niż rekord Polski na 5000 m.
Sprawdzian siły na zróżnicowanych przeszkodach czy szybkości na drodze do mety? Już za kilka tygodni uczestnicy warszawskiego biegu Reebok POWERUN by Runmageddon będą mogli dokonać wyboru. A wszystko w samym sercu stolicy - ulicami Starego Miasta i Bulwarów Wiślanych. W sobotę, 14 kwietnia, uczestnicy Reebok POWERUN by Runmageddon, zmierzą się z zupełnie nową trasą biegową w Warszawie, zlokalizowaną w najbardziej reprezentatywnej części miasta. Dla wielu będzie to pierwsza okazja do poznania Starówki i Bulwarów Wiślanych właśnie od tej strony. Trasa mierząca około 10 km będzie miała swój początek i koniec w Multimedialnym Parku Fontann. Pierwszy etap biegu będzie rozgrywał się wzdłuż lewego brzegu Wisły. Biegacze wyruszą Wybrzeżem Gdańskim w kierunku mostu Śląsko-Dąbrowskiego, gdzie zawrócą, aby Bulwarem Jana Karskiego kontynuować bieg do końca Bulwaru Profesora Zbigniewa Religi. Kolejny odcinek trasy pokonają w kierunku Centrum Nauki Kopernik, gdzie na uczestników czekać będzie specjalna przeszkoda - dla tych którzy się z nią zmierzą organizatorzy przewidują bonus czasowy. Następnie pobiegną Wybrzeżem Kościuszkowskim do ul. Bednarskiej. Scenerią dla drugiego etapu będą ulice Starego Miasta. Trasa poprowadzi uczestników przez Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy i Podwale aż do mety w Parku Fontann. Trasa Reebok POWERUN by Runmageddon została zaplanowana tak, aby w jak najmniejszym stopniu utrudniać ruch w mieście. Zasady biegu są proste: Każdy z uczestników będzie mógł spróbować pokonać przeszkody (będzie 10 przeszkód). Za każde pokonane utrudnienie biegaczowi zostanie odjęta 1 minuta od finalnego wyniku. Oznacza to, że przebycie 10 przeszkód to aż 10 minut zyskanych w finalnym czasie! Pozostali, którzy zdecydują się tylko na bieg, będą musieli postawić na szybkość. Informacje praktyczne Reebok POWERUN by Runmageddon odbędzie się w sobotę, 14 kwietnia. Impreza rozpocznie się o godz. 9:00, a całe wydarzenie potrwa do godziny 18:00. Starty będą odbywać się w seriach, co 15 minut (po 150 osób), aby dać uczestnikom maksymalny komfort biegu oraz podczas pokonywania przeszkód. W pakiecie startowym znajdą się: koszulka biegu POWERUN marki Reebok, zniżka na zakup butów Reebok FLOATRIDE, napój izotoniczny i woda. Odbiór pakietów będzie możliwy w: miasteczku biegowym - 14 kwietnia, Sklepie Biegacza na warszawskim Powiślu, w dniach 9-13 kwietnia Liczba miejsc: 5000. Na bieg zapisało się już ponad 1 000 osób! Ceny pakietów: od 01.03 do 31.03 - 109 zł od 01.04 do 12.04 - 119 zł ZAPISY www.powerun.pl Bieżące informacje w wydarzeniu tutaj
Advertisment ad adsense adlogger