fbpx

Wiadomości

    [h2]Każdy trening, nawet ten, który wydaje nam się lekki, wiąże się ze zmianami zachodzącymi w naszym organizmie. W zależności od wielkości obciążenia, możemy tych zmian nawet nie odczuć, lub wręcz przeciwnie - mogą nas zmusić do przerwania wysiłku. Bez względu na to, jak mocny był trening, organizm potrzebuje czasu i odpowiednich warunków, aby wrócił do stanu równowagi.[/h2] Okres regeneracji można podzielić na 3 fazy: Faza pierwsza, tzw. szybka, obejmuje szybką odbudowę zużytych zasobów energetycznych, normalizację tętna i ciśnienia krwi oraz systematyczne obniżenie częstości i głębokości oddechów, aż do osiągnięcia wartości spoczynkowych. Faza druga przebiega wolniej. W tym czasie dochodzi do wyrównania zaburzeń metabolicznych i wodno-elektrolitowych oraz obniżenia stężenia kwasu mlekowego we krwi i w mięśniach. Następuje także odbudowa zużytego glikogenu mięśniowego i uszkodzonych białek w mięśniach. Faza trzecia to inaczej okres tzw. superkompensacji. To kluczowy dla treningu czas, ponieważ właśnie wtedy dochodzi do wzrostu możliwości wysiłkowych organizmu w porównaniu do okresu przed wysiłkiem. Taki wzrost utrzymuje się na wyższym poziomie przez kilka dni. Jeśli chcesz osiągnąć dobre efekty treningu, Twój organizm musi mieć czas i odpowiednie warunki do wypoczynku i regeneracji. Paradoksalnie, o regeneracji trzeba myśleć już przed rozpoczęciem treningów i wspierać te procesy od pierwszych minut obciążenia. Głównymi powodami zmęczenia w wysiłkach długotrwałych, takich jak np. bieganie maratonów, są m.in. ubytek zapasów energetycznych w mięśniach, odwodnienie organizmu i narastające zaburzenia elektrolitowe oraz wzrost temperatury wewnętrznej ciała. Warunkiem prawidłowej i możliwie szybkiej regeneracji organizmu jest przede wszystkim dostarczenie odpowiedniej ilości energii niezbędnej do odbudowy zapasów oraz wyrównanie strat wody i elektrolitów. fot. Sportografia Odwodnienie Odwodnienie związane z wysiłkiem wynika głównie z utraty wody i elektrolitów wraz z potem. W czasie dużego wysiłku można stracić nawet ok. 1,5 litra w ciągu godziny, a przy obciążeniach takich, jak maraton lub wyścig kolarski nawet do ok. 4 litrów na godzinę. Już nawet niewielka utrata wody (na poziomie ok. 1% masy ciała) pogarsza wydolność układu krążenia i obniża zdolność do wysiłku o ok. 10%. Przy większej utracie płynów, pogorszenie możliwości wysiłkowych jest znacznie większe. Niestety, pragnienie jest objawem dość późnym, ponieważ pojawia się przy odwodnieniu ok. 2% masy ciała – czyli ok. 1,5 litra. Dlatego utratę płynów trzeba korygować na bieżąco. Przy wysiłkach trwających do ok. 1 godziny do uzupełnienia strat wody wystarczy zwykła woda niegazowana. Gdy wysiłek trwa dłużej – lepsze są napoje sportowe zawierające 6-8% węglowodanów oraz elektrolity. Nie są jednak zalecane napoje zawierające kofeinę. Chociaż zwiększają koncentrację i działają pobudzająco, to równolegle nasilają odwodnienie przez działanie moczopędne. Aby dobrze przygotować się do zawodów i stworzyć optymalne warunki do regeneracji, odpowiednie nawodnienie rozpocznij dzień przed startem. W dniu zawodów (ok. 2-3 godziny przed startem) wypij ok. 300-500 ml płynów, a następnie ok. 200 ml po rozgrzewce (do 30 minut przed startem). Podczas wysiłku, w zależności od jego intensywności oraz warunków termicznych panujących na zewnątrz, zalecane jest przyjmowanie ok. 200-300 ml płynów co 15-20 minut (nie przekraczając jednak 1 litra płynów na godzinę). Po zakończeniu wysiłku pij 200-250 ml napojów zawierających węglowodany i elektrolity w odstępach co 15-20 minut. W ciągu 6 godzin od zakończenia wysiłku ilość wypitych płynów powinna być o około 25-50% większa niż straty powstałe w wyniku nasilonego pocenia się. Najprościej to ocenić ważąc się przed i po biegu – różnica wagi ciała odpowiada mniej więcej utracie wody. fot. Maciej Krüger Spadek energii W czasie długotrwałego wysiłku zmniejsza się poziom glikogenu mięśniowego oraz spada wydajność enzymów komórkowych, doprowadzając do kryzysu energetycznego i spadku zdolności do dalszej pracy. Kryzys energetyczny nasilają też m.in. niewystarczający dopływ tlenu do mięśni i wzrost stężenia kwasu mlekowego. W konsekwencji może dochodzić do spadku poziomu glukozy we krwi i objawów hipoglikemii (np. osłabienia, zawrotów głowy i innych) . W zależności od czasu trwania wysiłku różne są zalecenia dotyczące spożycia węglowodanów. Przy wysiłku do 45 minut nie ma konieczności dodatkowego spożywania węglowodanów. Jednak w trakcie obciążeń wytrzymałościowych trwających 1-2,5 godzin zalecane jest spożycie ok. 30-60g węglowodanów na godzinę, a przy bardzo dużych obciążeniach – powyżej 2,5-3 godzin – do 90g na godzinę. Spożycie większej ilości węglowodanów niż zalecane w krótszym czasie nie zapewni większego dostarczenia energii do organizmu. Wynika to z ograniczeń wchłaniania przewodu pokarmowego, który jest w stanie przyswoić ok. 60g węglowodanów na godzinę. Zwiększenie tej dawki może wręcz utrudnić udział w zawodach i zwolnić oczekiwane tempo regeneracji, powodując choćby kłopoty żołądkowo-jelitowe, bóle brzucha lub biegunkę. Zapasy „energii” w mięśniach zaczynają się wyczerpywać po około 2-3 godzinach stałego obciążenia fizycznego. Dlatego węglowodany spożywane już w trakcie wysiłku zapewniają stały dopływ energii, a przyjmowane zaraz po wysiłku, umożliwiają szybką odbudowę zapasów energetycznych. Odbudowa ta trwa 10-36 godzin, a przy bardzo dużych wysiłkach, np. po przebiegnięciu maratonu, nawet kilka dni. Najszybsza jednak regeneracja ma miejsce w czasie pierwszych 2 godzin od zakończenia wydatkowania energii. Dlatego zalecane jest spożycie około 50g węglowodanów do 30 minut po zakończeniu aktywności fizycznej oraz kolejne 50g co 2 godziny przez kolejne 4 godziny. Dodatkowo, w celu przyspieszenia regeneracji warto dodać łatwo przyswajalne białka w stosunku 1:4 do węglowodanów. Bardzo ważne białko W wyniku wytężonej pracy mięśni rośnie także zapotrzebowanie na białko. Jednak nie jest ono aż tak duże, jak często sądzą zawodnicy. Ilość białka, którą musimy dostarczyć organizmowi zależy przede wszystkim od rodzaju i intensywności obciążenia, ale także stanu zdrowia i płci. Białko najlepiej przyjmować łącznie z węglowodanami, w stosunku 1:4. U osób wyczynowo uprawiających sport optymalne spożycie nie powinno jednak przekraczać 1,2-1,6 g/kg masy ciała na dobę. fot. Piotr Dymus Bóle mięśni po wysiłku Bóle, które pojawiają się 1-2 dni po wysiłku, kiedyś oceniano jako wywołane kumulacją kwasu mlekowego w mięśniach. Dziś wiadomo, że poziom kwasu mlekowego we krwi, wytworzonego przez pracujące mięsnie wraca do normy około 30-60 minutach po zakończeniu wysiłku. Jako przyczynę opóźnionego bólu mięśni wskazuje się obecnie uszkodzenia komórek mięśniowych oraz tkanki łącznej. Uszkodzenia te, na poziomie mikroskopowym, wywołują stan zapalny, który wymaga gojenia. Aby więc zapewnić odpowiednie warunki do regeneracji mięśni, po wysiłku wskazany jest ruch z małymi obciążeniami (a nie całkowity odpoczynek!). Zapewnia to odpowiedni przepływ krwi w mięśniach – a tym samym odpowiedni dopływ tlenu i zapasów energetycznych oraz usuwanie produktów przemian metabolicznych. Dodatkowo niewielki ruch utrzymuje mięśnie na odpowiednim poziomie elastyczności. Bóle ścięgien, stawów i kości Maraton jest bardzo intensywnym obciążeniem dla organizmu, dlatego często zdarza się, że układ ruchu zareaguje na niego bólem. Dzieje się tak z powodu sumowania się mikrourazów (jakim jest każdy krok w biegu długodystansowym), które wyprzedzają możliwości regeneracyjne organizmu. Dolegliwości najczęściej ustępują po kilku dniach odpoczynku, chłodzenia bolesnej okolicy, delikatnego rozciągania (do granicy bólu), a także ewentualnie przy wsparciu ogólnodostępnych leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych. Jeśli jednak nie ustępują, warto skonsultować się z lekarzem, aby wykluczyć możliwość uszkodzenia mechanicznego – przykładem czego może być złamanie zmęczeniowe kości, uszkodzenie łąkotki w kolanie lub chrząstki w stawie. Autor: dr n. med. Paweł Ambroziak – Specjalista ortopedii i traumatologii narządu ruchu, specjalista medycyny sportowej z Centrum Medycznego Gamma (PZU Zdrowie).
[caption id="attachment_56019" align="aligncenter" width="960"] fot: Łukasz Buszka[/caption] [h2]Cel od początku był jasny – przekonać się na własnej skórze jak bardzo przebiegnięcie 100 km po płaskim, do tego po asfalcie, różni się od pokonania podobnego dystansu w górach. Może nie jakichś bardzo wysokich, ale zawsze. Koledzy mówili: to żadne biegi, trochę idziesz, trochę biegniesz… tu się powspinasz, tam pozeskakujesz… samego biegania w tym tyle, co nic. Turystyka! Zapragnąłem to sprawdzić. A co![/h2] Wybór musiał paść na K-B-L w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Dystans 110 km (według tracka blisko 105 km, i tyle mniej więcej wskazał zegarek). Nazwa pochodzi od pierwszych liter miejscowości. Kudowy Zdroju, gdzie bieg się zaczyna, Barda – gdzie na 70 km następuje przepak, po Lądek Zdrój, w którym zlokalizowano metę. Przewyższenie (według danych organizatora) 3667 m. Na trasie zlokalizowano siedem punktów żywieniowych, co podobno dla prawdziwych ultrasów stanowi wypas ponad miarę. Piątek, 20 lipca, Kudowa Zdrój. Start o godzinie 20. Nim nastąpi, przebiegają zawodnicy pokonujący dystans 240 km (Bieg 7 Szczytów) oraz 130 (Super Trail). Piknikowo-deptakowa atmosfera wśród wypoczywających na Dolnym Śląsku kuracjuszy kreuje osobliwy, by nie powiedzieć surrealistyczny obrazek. Odstawione na piątkowy wieczór, majestatycznie przechadzające się między kafejkami rodziny mieszają się z biegaczami – tymi, którzy zaraz zaczną zmagania, oraz tymi, którzy są w ich trakcie lub wreszcie je kończą. Utytłani, ledwo żywi, błądzący wzrokiem… Zachwyt, podziw i uznanie na twarzach urlopowiczów mieszają się zatem z niedowierzaniem, zdegustowaniem lub zwykłą obojętnością. Cóż, każdy lubi co innego… [caption id="attachment_56020" align="aligncenter" width="960"] fot: Łukasz Buszka[/caption] Startujemy. Są nas trzy setki. W powietrzu aż lepi się od testosteronu! Podejście i zbieg połoniną, z której perspektywę możemy podziwiać dzięki wiszącemu jeszcze słońcu. Nie miną dwie godziny, a włączymy czołówki, których światełka towarzyszyć nam będą przez siedem kolejnych. Po beztroskim puszczeniu się w dół następuje długie podejście. Wtedy właśnie w głowie po raz pierwszy pojawia się wątpliwość, czy aby na pewno zapisałem się na imprezę biegową. Znak zapytania jest tym większy, że idą (idą!) wszyscy w zasięgu wzroku rywale. Maszeruję więc i ja. Schronisko Pasterka na 15 km tętni życiem. Wrażenie bliskie temu, kiedy w czasach licealnych wbijało się na obce imprezy nim nad ranem wszystkich dopadał zgon. Uzupełniam płyny i zjadam najlepszy sernik na świecie (jaka szkoda, że nie będzie go na kolejnych punktach). Od Szczelińca dzielą nas wprawdzie 3 km, ale dostajemy się tam po wspinaczce – przez skały, kamienie i korzenie. Wtedy już bliski jestem przyznania racji kolegom, którzy z lekką drwiną uspokajali (a może przestrzegali), że o żadnym bieganiu nie będzie tutaj mowy. Schronisko mijam w ekspresowym tempie, wbijając się w skalny labirynt i żałując, że nie jest mi dane podziwiać jego urody za dnia. Do schodów i kamieni dołączają drewniane kładki, a wąskie przejścia między skałami sprawiają, że o tej godzinie tworzą się jeszcze kolejki biegaczy. Na końcu języka mam kąśliwą uwagę pod adresem organizatora nazywającego tę farsę biegiem. Opatrzność każe mi jednak milczeć. I całe szczęście. Długi na 22 km odcinek dzielący nas od kolejnego punktu (Ścinawka Średnia) to droga głównie w dół. W obawie przed zgubieniem trasy (mam niby w zegarek wbity track, telefon z GPS i mapkę, ale po zmroku czuję się wyjątkowo niepewnie) łapię się z dwojgiem wymiataczy, w przypadku których mam przynajmniej graniczące z pewnością przypuszczenie, że wiedzą, dokąd biegną. Prujemy przez lasy, łąki, drogi asfaltowe i gruntowe. To znaczy oni prują, a ja próbuję się za nimi utrzymać. Poruszamy się zbyt szybko lub za rzadko przechodzimy do marszu, przynajmniej dla mnie. Ale cóż, chciałem mieć biegi – to mam! Podziwiam stabilizację i mechanikę ruchu moich partnerów, którzy bez względu na rodzaj podłoża biegną jak maszyny, intuicyjnie omijając dziury, kałuże i nierówności. Klasa i obłęd w jednym. Przypuszczalnie w tym właśnie momencie popełniam podczas zawodów największy błąd. Ale… byle do świtu. [caption id="attachment_56021" align="aligncenter" width="640"] fot: Łukasz Buszka[/caption] Ścinawka bawi się nie gorzej niż Pasterka. Uczynni wolontariusze błyskawicznie zajmują się każdym z nas do tego stopnia, że rolą zawodnika pozostaje czytanie z karty dań (przesada, ale niewielka). Jem, uzupełniam płyny, dziękuję i wybiegam w noc ochlapując już za namiotem twarz pod natryskiem (tak!). Kolejny odcinek to drugi pod względem długości, dzielący nas od punktu żywieniowego na parkingu przy Przełęczy Wilczej. Do pokonania 21 km. Półmaraton. Jeden z pięciu w trakcie tego biegu. Tym razem to jednak do mnie dołączają biegacze (chłopak i dziewczyna) i wspólnie pokonujemy ten jakże wyczerpujący odcinek. W nogach mamy już 40 km, a znacznie więcej przed nami. Gdzie warunki pozwalają, tam przechodzimy do biegu. Wszędzie indziej pozostaje marsz. Codzienność biegacza górskiego, dla mnie nowość. Podejścia jednak nie są na tyle strome, by z plecaków wyjmować kije. Mijany po drodze uczestnik dystansu 240 km rozpoznaje wśród nas koleżankę i dodaje otuchy mówiąc, że jest czwarta. Cóż, przynajmniej wiem, w jakiej części stawki się plasujemy. Wreszcie punt i jakże miła niespodzianka, bo pojawia się 2 km bliżej niż według danych organizatora. Na punkcie spotykam najpiękniejszą na świecie wolontariuszkę, którą ponownie zobaczę już w Lądku, za kilkanaście godzin. Wybiegam do oddalonego o ledwie 12 km Barda. Otuchy dodaje fakt, że kolejne odcinki pomiędzy punktami żywieniowymi będą podobne. O tej godzinie widać już całkiem dobrze. Nie muszę zatem rozpaczliwie poszukiwać towarzystwa, zwłaszcza że im bardziej zmęczony, tym lepiej mi znosić ten stan w samotności. Urokliwe, acz kompletnie puste o tej godzinie Bardo to ważny punkt na trasie. Możliwość zjedzenia ciepłego posiłku (zupa, której nie próbuję), zamiany mokrej koszulki na suchą i uzupełnienia biegowych „przekąsek”. Kilkaset metrów za punktem zaczyna się słynna, wijąca się niemal pionowo bardzka droga krzyżowa. Poszczególne stacje w postaci murowanych kapliczek prowadzą na sam szczyt, gdzie postawiono krzyż i wybudowano niewielki kościół. Jezus upada po raz pierwszy, drugi i trzeci… Na jednych działa motywująco, innym odbiera wiarę. W ruch wreszcie idą kije, bo inaczej pokonać tego nie sposób. Mijający mnie biegacz stwierdza, że wzniesienie to nie bez przyczyny nosi swą biblijną nazwę. Odpowiadam retorycznym pytaniem, jaka część odwiedzających miasteczko turystów decyduje się o tym przekonać. Uśmiechamy się do siebie i napieramy dalej. Nim dobiegniemy do ostatniego punktu, w pięknie położonym Orłowcu, pokonamy jeszcze jeden punkt (Przełęcz Kłodzka) i trzy duże wzniesienia. Najtrudniejszy okaże się dla mnie szczyt Ptasznik, z którego w dół prowadzą wielkie omszałe głazy. Mięśnie czworogłowe ud błagają już o przerwę i trudno im się dziwić. Biegacz płaski nie nawykły jest do zbiegania na tak długim dystansie. Głowa jednak odmawia zabierania jeńców i każe cisnąć dalej, o ile ciśnięciem można nazwać pełne trwogi zsuwanie się głaz po głazie w ślad za pomarańczowymi wstążkami rozwieszonymi na trasie (wzrost 164 cm na pewno nie ułatwia tego zadania!). Piękna, słoneczna pogoda oraz widoki wynagradzają cały trud. Szkoda że tak duża część rywalizacji odbyła się nocą. Pocieszam się jednak myślą, że upał da się mocno we znaki tym, którzy są za mną. Do Lądka dobiegam z czasem 16 godzin 7 minut i 47 sekund. Miejsce 70. na 269, którzy ukończyli ten bieg. Spryskują mnie wodą (na szampana przyjdzie kiedyś czas) wolontariuszki, na szyi zawisa medal, a w dłoni ląduje puszka zimnego Leszka (co z tego, że free). [caption id="attachment_56022" align="aligncenter" width="960"] fot: Łukasz Buszka[/caption] Choć na ostatnich, asfaltowych kilometrach zebrałem się w sobie by dystans zamknąć biegiem, wiem dobrze (a moje „czwórki” wiedzą to jeszcze lepiej), jak duża jego część pokonana została marszem lub nieporadnym, koślawym truchtem, z twarzą wykrzywioną grymasem najprawdziwszego bólu. Bólu, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałem, a zapewniam Was, że nadarzyła się ku temu niejedna okazja. Każda próba przejścia do biegu na ostatnich kilometrach kończyła się trudnym do zlekceważenia sygnałem ostrzegawczym. Nie szarżuj, Kuba, nie szarżuj. Przed tobą jeszcze 30, 20, 10 kilometrów… K-B-L za mną. Nieco mniej niż regulaminowe 110 km w nogach. W głowie szacunek i podziw dla tych, którzy odcinki, które ja ledwie zdolny byłem pokonywać marszem, nadal pokonywali żwawo, z gracją, a niekiedy bananem na gębie. Nie za wiele ma chyba sensu dyskusja, czy zawody, w ramach których bieg stanowi mniejszy lub większy udział, wciąż mają prawo nazywać się biegiem. To trochę tak, jakby odmawiać tego miana ostatniej z konkurencji w triathlonie, gdzie – zwłaszcza na tym najdłuższym dystansie – niejeden z mocarzy bywa, że przechodzi do marszu. Zmęczenie i teren robią swoje. Muszą! Więc jeżeli dzisiaj ktokolwiek będzie powątpiewał w to, czy biegi górskie to nadal biegi, zapytam go, czy kiedykolwiek na trasie zdarzyło mu się modlić w duchu o lekuchną choćby stromiznę, która da choćby chwilowe wytchnienie od najbardziej nieporadnego truchtu. Góry, jesteście piękne! Najwyższy punkt: Szczeliniec Wielki (919 m. n.p.m.) Najniższy punkt: rzeka Nysa Kłodzka koło Barda (261 m. n.p.m.) Różnica wysokości 658 m. Całkowite wzniesienie terenu: 3667 m. Całkowity spadek terenu: 3600 m. Strona: http://dfbg.pl/trasy/k-b-l-110km/ [yop_poll id="83"]
[h2]Niech pierwsza rzuci kamieniem ta z biegaczek, która nie chciałaby pokonać bariery 90 minut w półmaratonie. 34-letnia Cynthia Arnold zrobiła to pchając wózek z trójką dzieci i tym samym pobiła światowy rekord o prawie 20 minut![/h2] Bieg w tempie 4:13 niejednemu biegaczowi, jak i niejednej biegaczce może sprawić problem na krótszych dystansach. Tymczasem to było średnie tempo biegu Amerykanki Cynthii Arnold, która z czasem 1:29:08 pokonała półmaraton w Montanie, cały czas pchając wózek z trójką dzieci (11 miesięcy, 3 lata i 6 lat). To prawie o 20 minut szybciej od dotychczasowego rekordu Guinnessa w biegu z wózkiem i trójką dzieci. Poprzedni należał także do Amerykanki  - Ashlee Eskelsen (1:47:32). I nominate this mom for Mother-of-the-year as she pushed her three kids to a world record today at the #MissoulaMarathon half marathon. These kids have bragging rights for a long time! pic.twitter.com/BBAXyKiK8V — Deena Kastor (@DeenaKastor) 15 lipca 2018 Wózek razem z dziećmi ważył ok. 68 kg, zatem pchanie go nawet na niewielkich przewyższeniach wymagał nie tylko wytrzymałości, ale również siły. Dlaczego Amerykanka wychodząc na trening czy zawody, zabiera ze sobą dzieci? Chciałabym, żeby moje dzieci wiedziały, że jeśli ciężko pracujesz, to możesz robić rzeczy wielkie - mówiła w wywiadzie dla fleetfeet.com. Ma również kilka rad dla innych mam: To, że masz dziecko, nie oznacza, że powinnaś przestać robić to, co kochasz. Rodzice często myślą, że skoro mają dzieci, nie mogą być już aktywni. Dzieci nie powinny zmieniać twojego życia w ten sposób. Dobrze jest, jeśli maluchy widzą rodzica aktywnego, który zachęca ich do zdrowego stylu życia. Twoje treningi wykonywane z dzieckiem będą może gorzej rozplanowane, ale nie niemożliwe do wykonania. Jak można było przewidzieć, Cynthia jest w stanie osiągać świetne wyniki również w biegu bez wózka. W 2016 r. (czyli krótko po urodzeniu drugiego dziecka).maraton pokonała w czasie 2:49:18.
[h2]Wiele razy słyszałem od zawodników, że ich kariera potoczyła by się zupełnie inaczej gdyby w którymś momencie życia nie trafili, np. na odpowiedniego trenera. Paulina jest fascynującym przykładem takiej sytuacji.[/h2] Trenuje triathlon od… szkoły podstawowej. W dzisiejszym czasie może to nie jest tak bardzo zaskakujące ale Paulina obecnie kończy studia, więc (jak dla mnie) jest to dość ciekawa sytuacja. Przecież triathlon 10 lat temu to… nie wiem co, bo wtedy o nim nie słyszałem. ;) Nie pomylę się jednak jak powiem, że był mało popularny. Zapraszam wszystkich do rozmowy z Pauliną Załucką. Świetną triathlonistką i skromną dziewczyną. W tym odcinku usłyszysz: Kim jest mój gość? Od kiedy Paulina trenuje triathlon? Jak rozwijała się kariera sportowa Pauliny? Jak wyglądały treningi Pauliny w okresie gimnazjalnym i licealnym? Jaki był największy sukces sportowy Pauliny do tej pory? Kiedy Paulina zaczęła startować w połówkach? Skąd wzięła się negatywna opinia na temat Pauliny podczas zbiórki na start w Australii? Jak wyglądały przygotowania do startu w Australii? W jaki sposób Paulina poradziła sobie ze stresem przed startem w Australii? O zawodach w Australii. Jak Paulinie poszło na zawodach w Danii? Jak zaczęła się współpraca Pauliny z Kubą Czają? Dlaczego mój gość nie startuje w kategorii pro? O teamie KM Sport. Podcast pochodzi z bloga ironfactory.pl
[h2]Jeszcze nie tak dawno trening biegowy bazował głównie na samopoczuciu. Wielu trenerów z pewnością pamięta czasy, kiedy biegało się przede wszystkim na samopoczucie. Dało się tak skutecznie trenować, co potwierdzają archiwalne wyniki. Obecnie prawie każdy może monitorować swój trening za pomogą zegarka z pomiarem tempa (GPS) i tętna (pulsometr). Poniższy tekst koncentruje się na tym drugim. Jakie szanse i zagrożenia czają się na biegających na tętno?[/h2] Postęp technologiczny odcisnął piętno na treningu biegacza. Nie bez przyczyny zegarki biegowe nazywane są komputerami treningowymi. Zegarek zbiera szereg danych, które pozwalają kontrolować trening, a następnie umożliwiają szeroką analizę. Coś pięknego dla osób lubiących analitykę, porównania, zestawienia, wykresy. Trenerzy biegowi reprezentują różne szkoły. Jedni bazują wyłącznie na tempie. Drudzy tylko na tętnie, a trzeci spajają oba podejścia. Jeszcze inni posiłkują się samopoczuciem, ale ta grupa jest w zdecydowanej mniejszości. [h3]Bieganie z pulsometrem - podstawy[/h3] Na wstępie odpowiem na podstawowe pytanie: jak skutecznie trenować posiłkując się pomiarem pulsu? Pierwszym podstawowym wymogiem jest ustalenie tętna maksymalnego (HRmax). Dlaczego to takie istotne? Ponieważ na podstawie tej wartości ustalamy strefy treningowe. Trening biegowy i matematyka są mocno powiązane. W tym konkretnym przypadku obliczamy konkretne wartości. Praktyczny przykład: biegacz ma tętno maksymalne na poziomie 200. Intensywność od 70% do 79% tętna maksymalnego odpowiada od 140 do 158 uderzeń serca na minutę. [h3]Bieganie na tętno - szanse[/h3] Pulsometr to przydatne narzędzie dla początkujących (i nie tylko) biegaczy, którym brakuje wyczucia własnego organizmu. Sporty wytrzymałościowe wymagają cierpliwości i chłodnej głowy. Nie ma tutaj drogi na skróty. Wielu początkujących myśli, że jak zaczną biegać na wysokiej intensywności, to ich wytrzymałość poszybuje w górę. Nic bardziej mylnego. Zazwyczaj na początku wystarczy aktywność na niskim poziomie, aby odnieść pożądany rezultat. Ponadto, ciało potrzebuje czasu, aby przystosować się do nowej aktywności. Wskazania urządzenia pomiarowego mogą być doskonałym hamulcem. Wyczucie organizmu przyjdzie z czasem. Brzmi pięknie, prawda? W teorii wystarczy ustalić tętno maksymalne, aby móc efektywnie trenować. Niestety, praktyka pokazuje, że to nie takie łatwe. [h3]Bieganie na tętno - zagrożenia[/h3] Zagrożenia treningu z pulsometrem nie dotyczą wszystkich biegaczy. Jeżeli ktoś biega dla dobrego samopoczucia, a wskazania pulsometru są mu potrzebne, aby trzymać się zakładanej intensywności - nie musi martwić się poniższymi zagrożeniami. Poniższe akapity skierowane są do trenujących osób, którym zależy na poprawie rekordów życiowych. Pierwszym zagrożeniem jest wpływ szeroko rozumianych warunków zewnętrznych na puls. Warunki te możemy podzielić na zewnętrzne i wewnętrzne. Do tych pierwszych zaliczamy temperaturę i wilgotność powietrza, podłoże, pora dnia, wysokość nad poziomem morza. Do warunków wewnętrznych zaliczamy między innymi: stres, ilość snu, nawodnienie, potencjalne infekcje. Bywają dni, że trening idzie jak po sznurku, a wskazania pulsometru nie napawają optymizmem. Bardzo dobre samopoczucie i wysokie tętno. Co robić w takiej sytuacji? Trudno powiedzieć. Warto spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Co z treningiem w momencie nieprawidłowego wyznaczenia tętna maksymalnego? Z pewnością spada jego efektywność, bo biegamy w niewłaściwych strefach intensywności. Wiele osób idzie na łatwiznę i próbuje korzystać z podstawowych wzorów na wyznaczania HRmax. Owe wzory nie cieszą się ogromną skutecznością. Co w zamian? Trzeba się trochę wysilić i złapać tętno maksymalne w praktyce, a jak wiadomo jest to związane z dużym wysiłkiem Jak możemy to zrobić? Poprzez badania wydolnościowe, test we własnym zakresie lub na zawodach. Warto pamiętać, że najwyższe złapane tętno również jest obarczone błędem. Rzadko mamy stuprocentową pewność co do maksymalnej wartości. Kolejnym zagrożeniem nieograniczona wiara we wskazania pulsometru, która przejawia się w próbie realizacji każdej możliwej jednostki treningowej na tętno. Szybsze jednostki treningowe z powodzeniem powinniśmy realizować na czas. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, aby monitorować tętno, ale trudno mi sobie wyobrazić bieganie 200 czy 400 metrowych odcinków na tętno. Słyszałem o biegaczach, którzy próbowali trenować w ten sposób. Pulsometr to bez wątpienia świetne narzędzie, które ułatwia kontrolę treningu biegowego. Jednak korzystanie z pomiaru pulsu nie zwalnia nas z myślenia. Sam zawsze staram się wycisnąć z treningu biegowego, jak najwięcej się da. Lata treningu biegowego przełożyły się na czucie własnego organizmu, ale czasem sięgam po pulsometr. Wszystko jest dla ludzi. PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Bieganie w upale - jak zrealizować skuteczny trening?  Jak dbać o długą żywotność zegarka sportowego? Stoper, pulsometr, GPS - historia zegarka sportowego
[h2]Dotychczasowe 39 edycji Maratonu Warszawskiego to niezliczone ilości wspomnień, emocji i niezapomnianych przeżyć wszystkich uczestników. Jeśli chcecie poczuć namiastkę tej pięknej historii, zapraszamy do zapoznania się z fragmentami relacji z ubiegłych lat. W trzeciej części prezentujemy wybrane wspomnienia z lat 1989 do 1993 r.[/h2] [h3]1989 - XI Międzynarodowy Maraton Pokoju[/h3] Z XI Międzynarodowego Maratonu Pokoju zwycięzca miał wrócić nowym samochodem. Fiat 126p czekał na najszybszego maratończyka, a tym okazał się czołowy polski długodystansowiec, Jerzy Skarzyński, który mając na koncie już 3 medale krajowego czempionatu na królewskim dystansie oraz sporo doświadczenia, odniósł wówczas... pierwsze zwycięstwo w maratonie! Wynik nie był rewelacyjny (2:22:19), ale w warunkach upału i silnego wiatru nikt nie kwapił się do nadawania rekordowego tempa. Mimo tego 1 rekordowy wynik podczas tych zawodów padł - Roman Gafie pokonał cały dystans na kulach w 5 godzin 5 minut i 56 sekund. Jak wspomina Zenon Lewandowski, same zawody, choć coraz mniejsze, wciąż wywierały ogromne wrażenie na uczestnikach: Z tych biegów pamiętam tumult na starcie - odliczanie od dziesięciu do zera, hałas w tunelu i bieg. Wszystko było wtedy dla mnie fantastyczne: tłumy ludzi, zegary na kolejnych piątkach, punkty odżywiania. Nigdy nie byłem na żadnym biegu za granicą, a Maraton Pokoju był największą i najlepszą imprezą w Polsce. Na końcówce biegliśmy Mostem Syreny aż do Stadionu Dziesięciolecia, na płycie jeszcze kółko po bieżni i wreszcie finisz - poprawiłem swój czas o prawie pół godziny. [h3]1990 - XII Międzynarodowy Warszawski Maraton Pokoju[/h3] Chociaż określenie "Międzynarodowy" w nazwie imprezy widniało od wielu lat, tak naprawdę dopiero edycja w 1990 r. miała pełne prawo, żeby zostać określona właśnie w ten sposób. Obcokrajowcy startujący w Warszawie stanowili bowiem 11% wszystkich uczestników! Tylko raz w późniejszej historii imprezy udało się tę proporcję wyrównać. Tym razem nie było upału, ale warunki nie okazały się bardzo sprzyjające. W przeciwieństwie do roku 1989, biegacze zmagali się z deszczem. Podczas edycji w 1990 r. padły głównie 2 wyniki godne odnotowania - Janusz Chomontek z wsi Grzmiąca pokonał królewski dystans... żonglując piłkę! Natomiast do grupy, którą dzisiaj określilibyśmy mianem "Klubu 100", czyli zawodników, którzy ukończyli 100 maratonów, dołączył Tadeusz Dziekoński, dzisiaj znany głównie z tego, że jest chyba najsłynniejszym w Polsce, a na pewno najbardziej doświadczonym, atestatorem tras biegów ulicznych. Z tej okazji Pan Tadeusz otrzymał numer startowy 100, a na mecie za swój wyczyn został uhonorowany specjalnych pucharem ufundowanym przez PZLA. [h3]1991 - XIII Maraton Pokoju[/h3] XIII edycja Maratonu Pokoju otrzymała Honorowy Patronat Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Trasa w całości prowadziła lewym brzegiem Wisły i była rozciągnięta od Żoliborza aż po Wilanów. Jednak nawet zmiana lokalizacji okolic startu i mety oraz nagrody dla najszybszej kobiety i najszybszego mężczyzny w postaci Skody Favorit, nie uchroniły imprezy od spadku frekwencji. Po raz pierwszy w historii biegu na starcie pojawiło się mniej niż 1000 osób. Postępujący spadek frekwencji jeszcze przez kilka lat będzie spędzał organizatorom sen z powiek. Na szczęście wciąż znajdowali się zapaleńcy, którzy chcieli biegać w Warszawie. Przykładem może być zawodnik aktywny do dziś, Dariusz Wieczorek, który w 1991 r. zadebiutował na królewskim dystansie i od razu stanął na podium imprezy z czasem 2:20:50: XIII Maraton Warszawski był moim debiutem maratońskim. Miałem zaledwie 21 lat i w tamtym roku pierwszy raz pobiegłem dłuższe dystanse - 10 i 20 km. Zaczęło się dla mnie trochę pechowo, osiem dni przed biegiem pogryzł mnie podczas treningu pies - duży wilczur. Do końca nie wiedziałem, czy nie był wściekły. Byłem bardzo przejęty tym startem. Na trasie czekało na mnie sporo znajomych, którzy mieli mi kibicować. Przez ostatnią noc praktycznie nie spałem. Zacząłem wolno, na półmetku byłem dopiero trzydziesty siódmy, nie czułem wysiłku związanego z biegiem, zacząłem delikatnie przyspieszać. Na trzydziestym kilometrze byłem już w dziesiątce. Przyspieszałem coraz bardziej, na trzydziestym siódmym do pierwszego miałem już tylko 2 min 40 straty. Na 41 kilometrze minąłem leżącego na asfalcie faworyta - Tanzańczyka Simona Kamungę, byłem już trzeci. Z jednej strony byłem bardzo zadowolony z wyniku - trzecie miejsce w debiucie i wynik 2:20:50 było czymś znacznie więcej niż się spodziewałem. Ale czułem że przy bardzo dobrej dyspozycji zabrakło doświadczenia. [h3]1992 - XIV Maraton Pokoju[/h3] Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to nie do pomyślenia, ale to dopiero w 1992 r. po raz pierwszy w historii biegu uczestnicy wraz z numerem startowym odbierali drobne upominki. Organizatorzy chcieli w ten sposób wzorem innych wielkich biegów światowych uhonorować każdego biegacza i udało się to, choć zgodnie z założeniem, gdyby w zawodach udział wzięło ponad 1500 uczestników, upominków nie wystarczyłby dla wszystkich. Jednak frekwencja ciągle spadała - tym razem do mety dotarło niespełna 800 biegaczy. O ile rok wcześniej fenomenalnym debiutem zaimponował Dariusz Wieczorek, o tyle w 1992 r. debiutant nie tylko osiągnął jeszcze lepszy czas (2:17:38), ale także wygrał całą imprezę! Był nim Jacek Kasprzyk z Wawelu Kraków, późniejszy reprezentant Polski na Mistrzostwach Europy w maratonie. Ciekawe wspomnienia z XIV Maratonu Pokoju ma również Michał Walczewski: W 1992 roku pierwszy raz udało mi się skończyć maraton. Wcześniej myślałem o tym przez rok. Rok wcześniej z kolegą z klasy usłyszeliśmy, że w Warszawie odbywa się za dwa miesiące maraton i że może wziąć w nim udział każdy kto skończył 18 lat. Nie biegaliśmy, nie lubiliśmy biegać, ale pomyśleliśmy że jeśli możemy pobiec to trzeba to wykorzystać. W ramach treningu przebiegliśmy się ze cztery razy, przy najdłuższym dystansie około 10 km. I przyszedł dzień startu. O biegach nie wiedziałem nic, tym bardziej o bieganiu maratonu, zacząłem bardzo szybko i jakoś udawało mi się utrzymywać tempo. Kiedy około 32 kilometra przebiegałem obok mety, akurat finiszowali najlepsi, musiałem mieć w tym miejscu czas 2:15 - 2:17, biegłem dalej. Około 35 kilometra dopadło mnie - stanąłem. A później zszedłem z trasy i położyłem się w rowie, przespałem tam jakąś godzinę i wróciłem na metę. Nie wiedziałem, że w maratonie można iść, że po powrocie na trasę mogę kontynuować bieg. Gdybym wiedział to bym skończył. Zazdrościłem swojemu koledze - on zaczął spokojnie pobiegł w czasie ponad cztery godziny, ale był maratończykiem. Ja czekałem na swój ukończony maraton jeszcze rok. Nie żebym się przygotowywał, w kolejnym roku też pobiegłem na żywca, ale tym razem zacząłem spokojnie i skończyłem w czasie ponad cztery godziny. [h3]1993 - XV Maraton Pokoju[/h3] Tylko 560 osób na starcie i 520 na mecie pokazuje, że zainteresowanie biegiem zdecydowanie słabło. Ale maraton odbył się, pomimo zagrożenia, że impreza zakończy swoją historię. Chociaż w stawce pojawiło się jedynie 12 obcokrajowców, pierwszy raz w historii zwycięska para nie miała przedstawiciela z Polski. Wśród kobiet wygrała Rosjanka Polina Grigorienko, zaś wśród mężczyzn Julius Mitibani został pierwszym w historii Afrykańczykiem, który tryumfował w Warszawie. Zwycięzców się nie sądzi, ale styl w jakim pobiegł Tanzańczyk pozostawia trochę do życzenia, gdyż przez niemal cały dystans utrzymywał się na plecach Piotra Pobłockiego i dopiero na końcówce rozstrzygnął losy rywalizacji. Tak wspomina ten bieg sam Piotr Pobłocki: Biegliśmy razem właściwie od startu, kolejni zawodnicy odpadali, w końcu zostaliśmy na czele tylko my dwaj. Tanzańczyk nie chciał współpracować, cały czas to ja musiałem ciągnąć, on chował się za plecami. Bałem się przyspieszyć i oderwać od niego, gdyż miałem skurcze żołądka. Coś mi zaszkodziło, być może przyczyną był upał. Decydująca walka o zwycięstwo rozegrała się na ostatnich 200 metrach. Kiedy zaatakował Tanzańczyk nie miałem sił żeby odeprzeć jego atak, był świeższy po biegu za moimi plecami Wyprzedził mnie o osiem sekund. Muszę więc mieć niedosyt. Wystartowałem z zamiarem zwycięstwa, by tym samym poprawić swój byt. Nie mam szczęścia, koczuję z żoną i trzyletnią Kamilą w bursie przy klubie Gryf. Nie mam sponsora, sam jestem sobie menedżerem i trenerem. Wszystkie zdjęcia oraz cytaty i przytoczone relacje pochodzą z archiwum Fundacji Maraton Warszawski.
[h6]Fot. Crag magazine[/h6] [h2]Marka Black Diamond znana jest biegaczom (głównie ultrasom) z dwóch powodów. Pierwszy to czołówki, drugi to kije. Teraz dołączą jeszcze plecaki.[/h2] [h6]Fot. Crag magazine[/h6] Na targach w niemieckim Friedrichshafen firma Black Diamond, która specjalizuje się głównie w sprzęcie wspinaczkowym, zaprezentowała plecaki dla biegaczy lub też osób, które chcą bić rekordy czasów przejścia w górach.  Plecakowa kolekcja Running to dla nich zupełna nowość. Niestety na razie szczegółów nie znamy. Jeden z modeli będzie miał pojemność 8 litrów i nazywać się będzie Distance 8l pack. Na szczęście pierwsze zdjęcia już się pojawiły, więc można przynajmniej zobaczyć jak będą wyglądały. Widać w nich mocno wspinaczkowego ducha. [h6]Fot. Crag magazine[/h6]
[caption id="attachment_23041" align="aligncenter" width="600"] Nijel Amos ustanowił najlepszy od 6 lat wynik na 800 m, lecz ten przetrwał tylko... 2 dni! Fot. Sebastien Nogier/ PAP[/caption] [h2]Biegowy weekend na świecie przyniósł grad rewelacyjnych wyników, włączając w to rekord świata. Tak szybko nie biegano od dawna.[/h2] Podczas gdy polscy lekkoatleci szykują się do Mistrzostw Europy w Berlinie, na świecie brak w tym roku wielkiej, docelowej imprezy. Światowa czołówka wykorzystuje ten czas na śrubowanie rekordów życiowych i szybkie bieganie w mityngach. W takich przypadkach szczytem sezonu są zawody w Monaco i tak samo było w tym roku. W piątkowy wieczór padł rekord świata kobiet na dystansie 3000 metrów z przeszkodami, a także najszybsze od lat wyniki na 800 metrów mężczyzn i 400 metrów kobiet. 3000 metrów z przeszkodami to relatywnie młody dystans, ale jego poziom został obecnie wywindowany na niebotyczny poziom. Kenijka Beatrice Chepkoech poprawiła poprawiła rekord świata aż o 14 sekund, osiągając fenomenalny wynik 8:44,32. Za jej plecami doskonały czas uzyskała także Amerykanka Courtney Frerichs, poprawiając rekord USA na 9:00,85. Przed laty na przeszkodach liczyły się także Polki: Justyna Bąk, Wioletta Frankiewicz oraz Katarzyna Kowalska. Obecnie jednak światowy poziom jest już zbyt wysoki. Od czasów olimpijskiego finału z Londynu z 2012 r. na 800 metrów nie biegano przesadnie szybko. David Rudisha, który poprawił wtedy rekord świata, ostatnio walczy głównie z kontuzjami, a jego rywale byli wyraźnie słabsi. Kenijczyk w końcu doczekał się jednak następców. W Monaco pokazał się srebrny medalista z tamtego finału, Botswańczyk Nijel Amos. W ostatnich latach biegał ze zmiennym szczęściem, teraz pokazał formę sprzed lat. Jego 1:42,14 to najszybszy czas na świecie od sześciu lat, ale... przetrwał tylko dwa dni! Już w niedzielę, w kolejnym mityngu, na olimpijskim stadionie w Londynie jeszcze lepszy wynik uzyskał Emmanuel Korir - 1:42,05. Czy młody Kenijczyk zostanie następca Rudishy? Na pewno ma ku temu możliwości szybkościowe - niedawno pobiegł rewelacyjne 44,21 na 400 metrów. W biegu z Korirem na 6. miejscu rywalizację ukończył Adam Kszczot, z wynikiem 1:44,72. Natomiast w Monaco na plecach Amosa padł rekord Kanady - autorem Brandon McBride z 1:43,20, Hiszpanii - Saul Ordonez i 1:43,65 oraz Australii - 1:44,21 Josepha Denga. Co ciekawe, Amos pobiegł także dwa dni później w Londynie, ale zmęczony zajął tylko tylko czwarte miejsce z czasem 1:43,29. W Monaco swój najlepszy czas sezonu wykręcił Marcin Lewandowski - z b zajął 8. miejsce. W Monaco piekielnie szybkie było także 400 metrów kobiet, gdzie Jamajka Shaunaue Miller-Uibo, mistrzyni olimpijska na tym dystansie, pobiegła znakomite 48,97, zostając dziesiątą kobietą w historii, która na tym dystansie zeszła poniżej 49 sekund. Najlepszy czas na świecie w tym roku padł też na 1500 metrów mężczyzn - Kenijczyk Timothy Cheruiyot pokonał ten dystans w 3:28,41. Rewelacyjnie pokazali się norwescy bracia Ingebrigtsen - Filip ukończył bieg na 3. miejscu z 3:30,01, a 17-letni Jakob był tuż za nim z 3:31,18. Co ciekawe, w rodzie jest jeszcze trzeci, najstarszy brat Henrik, który ma w portfolio m.in. 5 miejsce w Igrzyskach Olimpijskich i wynik 3:31,46. Kolejny szybki dystans w Monaco to 3000 m z przeszkodami mężczyzn, gdzie Marokańczyk Soufiane el Bakkali jako 12. człowiek w historii pobiegł wynik poniżej 8 minut - 7:58,15. Tradycyjnie mocne w tym sezonie było też 800 metrów kobiet, gdzie Caster Semenya wykręciła samotne 1:54,60. Natomiast w belgijskim Heusden Amerykanka Shelby Houlihan zwyciężyła na 5000 metrów z czasem 14:34,45 - jednym z najszybszych w historii uzyskanym przez zawodniczkę urodzoną poza Afryką.
[h2]Od 2006 roku piszemy o bieganiu – jako sporcie i naszej pasji. Opowiadamy o wydarzeniach i ludziach, zarówno tych, którzy tworzyli historię biegania, jak i zapisujących jej współczesne karty. Testujemy sprzęt i dzielimy się opiniami, zgłębiamy tajniki treningu by pomóc Wam i sobie samym osiągać lepsze wyniki.[/h2] Magazyn Bieganie to portal internetowy oraz e-tygodnik dostępny w aplikacji na urządzenia mobilne. To felietony, poradniki, podcasty realizowane przez jednych z najlepszych ekspertów w Polsce! Cyfrowy magazyn (nowy numer w każdą środę) możesz  bez trudu pobrać z aplikacji mobilnej Magazyn Bieganie: Obserwuj nas również na Facebooku i Instagramie.
[caption id="attachment_23323" align="alignnone" width="881"] Krystian Zalewski wywalczył 2 złote medale podczas 94. PZLA Mistrzostw Polski. Fot. Zyruch 2014, (gj) PAP/Adam Warżawa[/caption] [h2]W ostatni weekend byliśmy świadkami interesujących wydarzeń na stadionie w Lublinie, gdzie rozegrano 94. PZLA Mistrzostwa Polski w lekkoatletyce. W konkurencjach biegowych odnotowaliśmy m.in. rekord Polski do lat 20 w biegach na 200 m i 400 m przez płotki kobiet.[/h2] Tegoroczne Mistrzostwa Polski w lekkoatletyce miały mocną obsadę. W związku z tym, że już niebawem PZLA ogłosi skład kadry na Mistrzostwa Europy w Berlinie, lubelska impreza była jedną z ostatnich okazji do uzyskania odpowiednich wyników oraz stanowiła obowiązkowy sprawdzian formy, dla tych, którzy minima już wcześniej wypełnili. Stąd wśród startujących nie brakowało największych polskich gwiazd Królowej Sportu, co dodatkowo podniosło rangę zawodów. Pierwszym biegowym finałem rozegranym w Lublinie był bieg na 3000 m kobiet z przeszkodami. Złoty medal wywalczyła Matylda Kowal, która do mety była w stanie wytrzymać mocne tempo, jakie na 3 okrążenia przed końcem narzuciła była wielokrotna Mistrzyni Polski w tej konkurencji, Katarzyna Kowalska. Kowal obroniła tytuł mistrzowski, odpierając odważną i walczącą do samej mety Alicję Konieczek. Kowalska ostatecznie zajęła 3. pozycję. Kilka godzin później krajową dominację na tym samym dystansie wśród mężczyzn potwierdził Krystian Zalewski. W biegu na 1500 m kobiet faworytka do złota była 1 - Sofia Ennaoui. I nie zawiodła, potwierdzając, że w tym roku naprawdę dobrze czuje się na tym dystansie. Wynik 4:13,32 nie należy do najlepszych w jej karierze, ale spokojnie wystarczył, by w pokonanym polu pozostawić rywalki. Srebro dla Katarzyny Broniatowskiej, brąz - Pauliny Kaczyńskiej. W tej samej konkurencji wśród mężczyzn również wystąpiła jedna z naszych największych gwiazd - Adam Kszczot. Dwukrotny wicemistrz świata w biegu na 800 m nie zawiódł i wygrał, choć z niewielką przewagą. Do samej mety naciskali go Adam Czerwiński i Michał Rozmys. Górą z tego pojedynku wyszedł doskonale spisujący się w tym sezonie tak na bieżni jak i na ulicy Czerwiński. W finałach biegów sprinterskich na 100 m osiąganiu dobrych wyników sprzyjał wiatr. W przypadku mężczyzn był on jeszcze dopuszczalny, by ustanawiać rekordy i nową życiówkę zapisał na swoim koncie zwycięzca Dominik Kopeć z czasem 10,26. W biegu pań wiało już nieco za mocno, ale wynik Ewy Swobody na poziomie 11,12 to czas w okolicach jej rekordu życiowego, co pokazuje, że nasza sprinterka jest na dobrej drodze, by powrócić do swojej najwyższej formy. Po sprintach nadszedł czas na finały biegów na 400 m przez płotki. Jeśli chodzi o złote medale to obyło się bez niespodzianek - tytuły mistrzowskie obronili Patryk Dobek i Joanna Linkiewicz. W biegu kobiet formą zaimponowała 19-letnia Natalia Wosztyl, zdobywając brąz i ustanawiając rekord Polski Juniorek z wynikiem 57,10. W płaskich biegach na 1 okrążenie stadionu doskonale zaprezentowały się nasze panie - 4 z nich pobiegły lepiej niż wynosi minimum na Mistrzostwa Europy, zaś 3 złamały barierę 52 sekund. Złoty medal okraszony nowym rekordem życiowym 51,18, zdobyła Małgorzata Hołub-Kowalik, wyprzedzając o 0,03 s Justynę Święty-Ersetic. Dodając do tej dwójki Igę Baumgart (51,73) i Patrycję Wyciszkiewicz (52,43), możemy liczyć na naprawdę silną sztafetę podczas Mistrzostw Europy. W Berlinie o medal będą walczyć także nasi panowie - nowym Mistrzem Polski został Karol Zalewski (45,53) przed Łukaszem Krawczukiem (46,04) i 22-letnim Dariuszem Kowalukiem, który w finale ustanowił rekord życiowy (46,06). Ostatni dzień Mistrzostw od mocnego biegowego uderzenia rozpoczęły sprinterki. W finale 200 m bezkonkurencyjna okazała się Martyna Kotwiła, która po raz pierwszy w karierze pobiegła poniżej 23 sekund (22,99), poprawiając 54-letni rekord Polski juniorek należący dotychczas do Ireny Szewińskiej-Kirszenstein. Wśród mężczyzn drugie złoto na tej imprezie wywalczył Dominik Kopeć. Ciekawie potoczyła się także rywalizacja w biegach na 800 m. Wśród mężczyzn zwyciężył Marcin Lewandowski przed 21-letnim Mateuszem Borkowskim i Michałem Rozmysem, zaś wśród kobiet małą niespodziankę sprawiła Anna Sabat, wygrywając z Angeliką Cichocką. Trzeba jednak pamiętać, że Sabat jest liderką tego sezonu w polskich tabelach na 800 m. W biegu na 100 m przez płotki tytuły mistrzowskie przypadły Damianowi Czykierowi i Klaudii Siciarz. Na 2. pozycjach uplasowali się bardziej doświadczeni od zwycięzców Artur Noga oraz Karolina Kołeczek. Na najdłuższych dystansach rozgrywanych na Mistrzostwach (5000 m) bardziej zacięta rywalizacja toczyła się u pań, gdzie do samego końca nie było wiadomo, która z zawodniczek sięgnie po złoto. Ostatecznie o nieco ponad pół sekundy tryumfowała Paulina Kaczyńska przed Katarzyną Rutkowską. Brązowy medal przypadł mistrzyni na 3000 m z przeszkodami - Matyldzie Kowal. U panów mistrz z biegu z przeszkodami - Krystian Zalewski - powtórzył sukces na dłuższym, płaskim dystansie. Podium uzupełnili Robert Głowala i Dawid Malina. Pełne wyniki 94. PZLA Mistrzostw Polski dostępne są pod tym linkiem.
Advertisment ad adsense adlogger