fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_56476" align="aligncenter" width="1728"] fot: mat. prasowe[/caption] [h2]Marcin Świerc zwyciężył TDS - jeden z najbardziej prestiżowych ultramaratonów górskich, rozgrywany w ramach festiwalu biegowego UTMB (Ultra Trail du Mont Blanc). Tym samym został pierwszym Polakiem w historii, który stanął na najwyższym stopniu podium któregokolwiek z biegów UTMB.[/h2] Marcin Świerc pokonał dystans 121km + 7300m w 13 godzin i 24 minuty. Przez cały bieg utrzymywał się w ścisłej czołówce, a fantastyczny finisz był pokazem niesamowitej mocy i świetnej taktyki: 9 km przed metą - na ostatnim punkcie kontrolnym – wysunął się na drugą pozycję, a prowadzenie objął na ostatnim kilometrze. Drugie miejsce zajął Amerykanin Dylan Bowman (czas 13:25:02), trzeci był Rosjanin Dimitrij Mitiajew (czas: 13:25:43). Marcin Świerc, w maju 2018 roku został nowym ambasadorem Columbia Sportswear i dołączył do międzynarodowego grona biegaczy ultra, którzy testują produkty Columbii w ekstremalnych warunkach. Rafał Tyszkiewicz, Country Manager Poland, Czech Republic, Slovakia w firmie Columbia Sportswear: Jesteśmy niezmiernie dumni z wygranej Marcina w tegorocznym biegu TDS oraz z tego, że do realizacji najwyższych sportowych celów wybrał m.in. produkty Columbia Montrail. Marcin, jak mało kto, uosabia przyświecające naszym działaniom hasło „Tested Tough” i liczymy, że dzięki jego spostrzeżeniom linia Columbia Montrail stanie się jeszcze lepsza“. TDS (skrót od "Sur les Traces des Ducs de Savoie" - "Bieg śladem władców Sabaudii”) jest jednym z najtrudniejszych biegów w ramach festiwalu UTMB. Jego trasę (121 km i 7300m przewyższeń) zawodnicy muszą pokonać w limicie czasowym wynoszącym 33 godziny. Sponsorem tytularnym festiwalu UTMB jest Columbia Sportswear. O marce Columbia Columbia, flagowa marka należąca do Columbia Sportswear Company z siedzibą w Portland w stanie Oregon, od 1938 roku tworzy innowacyjną odzież, obuwie, akcesoria i sprzęt dla outdoorowych entuzjastów. Columbia stała się liderem rynku dzięki przekształceniu zamiłowania do aktywności na świeżym powietrzu w technologie i trwałe produkty, które zapewniają klientom komfort przez cały rok, w każdych warunkach atmosferycznych. Więcej informacji można znaleźć na www.columbia.com.
[caption id="attachment_56471" align="aligncenter" width="1000"] Fot: PAP/screen youtube.com/Awesome Kenya[/caption] [h2]Przyłapany na dopingu Kenijczyk Asbel Kiprop coraz bardziej wikła się w zawiłe wytłumaczenia wpadki. Ostatnio na Facebooku pochwalił się romansem z żoną kolegi, podając go jako dowód, że padł ofiarą spisku. Uwiedziona żona próbowała popełnić samobójstwo.[/h2] Asbel Kiprop, który w ostatnich dziesięciu latach zdominował światowe biegi na dystansie 1500 metrów, nigdy nie był pokornym biegaczem. Jeszcze jako nastolatek był wyrzucany z obozów przygotowawczych po tym, gdy nocami wykradał się na schadzki z biegaczkami. W Kenii ma opinię kobieciarza i problematycznego człowieka. Cztery lata temu oskarżono go o pobicie partnerki i matki jego dziecka, w tym samym czasie miał też poważny wypadek samochodowy. Wyszedł z niego bez szwanku, a wkrótce wplątał się w kolejne kłopoty - jako policjant miał pobić ochroniarza w klubie i grozić mu służbową bronią. Oskarżano go także o uwiedzenie 16-latki, która zaszła potem w ciążę. Gdy niedawno Kenijczyka złapano na stosowaniu EPO, wszystko złożyło się w interesującą całość. Kiprop dominował na świecie na 1500 metrów, ale regularnie zdarzały mu się spektakularne wpadki i obniżki formy - szczególnie na ważnych imprezach, gdzie badania antydopingowe są regularne. Jego jedyne złoto olimpijskie pochodzi z 2008 roku z Pekinu i otrzymał je... po dyskwalifikacji za doping Marokańczyka Rashida Ramziego, biegającego w barwach Bahrajnu. Cztery lata później w Londynie Kiprop był w finale olimpijskim ostatni i tłumaczył się kontuzją. W 2016 w Rio dobiegł do mety szósty. Mówimy o biegaczu, który był bliski pobicia rekordu świata i który potrafił wygrywać mityngi z przewaga kilkudziesięciu metrów. Trzykrotnie zwyciężył w mistrzostwach świata. Po ujawnieniu dopingu na jak zaczęły wychodzić interesujące fakty. Kiprop płacił kenijskim kontrolerom antydopingowym, na co pokazał dowód w postaci przelewu. Jak stwierdził, były to "przyjacielskie pożyczki", ale właściwie nie pytał, po co im te pieniądze. Rzekomo w pewnym momencie miał płacić za mało, dlatego kontrolerzy mieli sfałszować wynik badania (co jest niemożliwe, bo w próbce nie bada się obecności EPO, tylko szuka metabolitów pozostających po jego chłonięciu przez ludzki organizm). W swoich mediach społecznościowych zaczął publikować dziwne komunikaty, rodzące pytania o sprawność umysłową oraz trzeźwość. W ostatnim tygodniu przyszła kulminacja: Kenijczyk opublikował film, na którym całuje się i obejmuje z półnagą żoną swojego pacemakera - człowieka, który przez lata pomagał mu w treningach. Kiprop stwierdził, że uwiódł żonę przyjaciela i on w zemście sfingował oskarżenia dopingowe. Co znowu nie bardzo ma sens, bo EPO administruje się w postaci zastrzyku i nie da się przyjąć go nieświadomie. Po opublikowaniu filmu kobieta próbowała popełnić samobójstwo i obecnie pozostaje w szpitalu. Jej mąż w wywiadzie ujawnił kolejne szokujące fakty, m.in. to, że Kiprop miał śmiertelnie potrącić samochodem nieznaną kobietę. Wpadka Kipropa była szokiem dla sportu, ponieważ dotknęła jednego z najbardziej znanych światowych lekkoatletów, dominującego od lat w swojej konkurencji. Sam zawodnik stwierdził, że jest niewinny, ale nie będzie próbował tego udowadniać, ponieważ nie ma pieniędzy na prawników. Wydaje się, że jest to jego koniec w sporcie - chociaż sam biegacz twierdzi, że po powrocie z dyskwalifikacji (która może sięgnąć czterech lat), zdobędzie mistrzostwo świata w biegu z przeszkodami. Jest możliwe, że o Kipropie jeszcze usłyszymy, raczej niekoniecznie w dobrym kontekście.
[caption id="attachment_56467" align="aligncenter" width="900"] fot: Flicr.com/Guillaume Baviere lic: CC BY-SA 2.0[/caption] [h2]W niedzielę 16 września w Kopenhadze dojdzie do wyjątkowego wydarzenia. Organizatorzy zgromadzili w jednym miejscu prawie wszystkich najlepszych światowych biegaczy półmaratońskich i puszczą ich na trasę z jednym celem: pobicia rekordu świata.[/h2] To może być wyjątkowy bieg, bo bardzo rzadko udaje się w komercyjnych zawodach zgromadzić tak mocną elitę. Zwykle sprowadza się kilka gwiazd i wokół nich buduje całą otoczkę, rywale pozostają na średnim poziomie. Tymczasem w Kopenhadze wydano fortunę na opłacenie elity, która praktycznie nie zdarza się we współczesnym świecie. I to zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Dość powiedzieć, że w męskiej grupie jest aż 15 biegaczy z życiówkami poniżej 60 minut - a organizatorzy podają, że lista startowa nie jest jeszcze zamknięta. Co więcej, dwóch kolejnych zawodników z życiówkami 59:06 i 59:18 będzie prowadziło elitę jako zające. Daje to na starcie 17 zawodników z czasami poniżej godziny. Najszybszym jest Kenijczyk Abraham Cheroben, wicemistrz świata w półmaratonie, posiadający życiówkę 58:40. Rywale są jednak godni - Eric Kiptanui - 58:42, Jorum Okombo - 58:48, Alex Korio - 58:51. Z zawodników spoza Afryki prawdziwą gratką będzie bieg Amerykanina Galena Ruppa, który atakuje rekord USA w półmaratonie, należący do Ryana Halla - 59:43. Sam Rupp pobiegł już niewiele wolniej - 59:47. Na liście jest także niezły biegacz z Japonii - Kenta Murayama, z życiówką 60:50. Zające w Kopenhadze mają nieoficjalnie prowadzić bieg na czas 57:59 - gdyby się udało, byłby to nie tylko rekord świata, ale i pierwszy w historii bieg półmaratoński ukończony z czasem poniżej 58 minut. Dokładne tempo poprowadzenia biegu ma zależeć od pogody. Aktualny rekord świata od ośmiu lat należy do Zersenaya Tadese z Erytrei i wynosi 58:23. Wielka szkoda, że rekord Polski jest od tych wyników tak wyraźnie słabszy - wynosi 1:01:35 i ma już 18 lat, należy do nieżyjącego Piotra Gładkiego. Co gorsza, przez ostatnie 10 lat nikt się do niego nawet nie zbliżył. Najbliżsi byli w 2011 Marcin Chabowski (1:02:26) oraz Henryk Szost (1:02:35). Poza nimi nikt z polskich biegaczy nie był w stanie w ostatnim czasie sięgnąć na bliżej niż 1,5 minuty do rekordu kraju. W polskiej historii jedynie dwóch biegaczy złamało barierę 62 minut na regulaminowej trasie - poza Gładkim był to Leszek Bebło w 1990 roku. Półmaraton w Kopenhadze ma być szybki także u kobiet. Obecnie na liście startowej jest siedemnaście kobiet z życiówkami poniżej 1:10. Najszybsza z nich, Etiopka Netsanet Gudeta (1:06:11) jest rekordzistką świata w biegu samych kobiet, bez towarzystwa męskich "zająców" oraz aktualną mistrzynią świata. Mimo to na starcie spotka dwie jeszcze szybsze biegaczki: Joan Melly (65:04) oraz Edith Chelimo (65:52). Najszybsza na liście spoza Afryki jest Amerykanka Jordan Hasay, z życiówką 67:55. Rekord świata wynosi 1:04:51 i ma niecały rok, a rekordzistka, Joyciline Jepkosgei z Kenii, nie pojawi się w Kopenhadze. W męskim gronie najbardziej brakuje mistrza świata w półmaratonie, Geoffreya Kamworora, który - jak wynika z nieoficjalnych informacji - ma w Berlinie poprowadzić na rekord świata w maratonie swego przyjaciela, Eliuda Kipchoge. Z tego powodu odpuszcza start w półmaratonie, a własny maraton pobiegnie dopiero w listopadzie w Nowym Jorku.
[h2]Marcin Świerc jako pierwszy pokonał trasę TDS (Sur les Traces des Ducs de Savoie, czyli Śladami Książąt Sabaudii). To bieg organizowany w ramach prestiżowego cyklu UTMB. Trasa liczy 120 km i 7250 przewyższenia. [/h2] Marcin od początku do końca konsekwentnie biegł blisko czołówki i stopniowo przesuwał się do przodu. Na 20 km był dwunasty, na 51 - piąty, na 100 km - drugi ze stratą ok. 3 minut do Rosjanina, Dmitry Mityaeva. Prawdziwe emocje zaczęły się na kilometr przed metą, gdy okazało się, że Polak biegnie jako pierwszy. Szczęśliwie Świerc nie oddał już zwycięstwa aż do mety. Na miejscu drugim, ze stratą 1 minuty i 2 sekund, przybiegł Amerykanin Dylan Bowman. Trzeci był Rosjanin  (+1:43). Marcin - dziękujemy!
[caption id="attachment_56438" align="aligncenter" width="1254"] fot: istock.com[/caption] [h2]Wydawać by się mogło, że jak człowiek ma w nogach kilometry, nic, na co ma wpływ, nie może go zaskoczyć. Szczerze? Nic bardziej mylnego. Błędy, niekiedy bardzo bolesne w skutkach, popełnia się bez względu na biegowy staż. Oto moja złota (pożal się, Boże) dziesiątka. Jeżeli macie choć w jednej dziesiątej tak samo, tradycyjnie pod tekstem udostępnionym przez redakcję na FB wpisujcie miasta.[/h2] [h3]1. Trening techniczny na czczo[/h3] Mega idiotyczny błąd. Masz do zbicia wagę przed zawodami, trening wypada rano i nie jest specjalnie długi… Myślisz: super, zrobię go na czczo. Niestety, po rozbieganiu przypominasz sobie, że tego dnia masz do zrobienia interwały lub kilka kilometrów w tempie startowym… Efekt jest zazwyczaj taki, że robisz połowę tej jednostki, bo na więcej brakuje ci już pary. Zwłaszcza kiedy (w związku ze zbijaniem wagi) kolacja nie była specjalnie suta. [h3]2. Nieobliczenie długości trasy[/h3] Jeden z częściej popełnianych przeze mnie błędów. Szczególnie kiedy bieganie wypada w nieznanym terenie. Patrzysz na mapy Google, żeby rozkminić jaką traskę wybrać. Tu rzeczka, tam lasek, wybiegamy na polną drogę, dalej do szosy, hop na drugą stronę, znów lasek, mostek i powrót. Trochę terenu, trochę asfaltu, ładne widoki. Tylko okazuje się, że to, co na mapce wyglądało na kilometr, w rzeczywistości miało półtora, wzdłuż rzeczki nie wiedzie żadna droga, a w lasku trzeba przedzierać się przez chaszcze. Efekt? Zamiast planowych 10 km wychodzi drugie tyle. Trening schrzaniony, reszta dnia podobnie. A wystarczyło pomierzyć te odcinki, są do tego narzędzia… Ale cóż, miało być ładnie i miło... [h3]3. Niesprawdzenie baterii w zegarku[/h3] Kończysz trening, naciskasz w zegarku stop, zapisujesz dane, wyłączasz, przyjmujesz węgle… Znacie to, prawda? Ale… ręka do góry, kto sprawdza w tym momencie stan naładowania (rozładowania) zegarka! Przyznam, że ja pilnuję tego od niedawna. I też nie za każdym razem. Dlatego wciąż zdarzają mi się te jakże urocze chwile, gdy po kwadransie naprawdę-bardzo-ważnego-treningu dostaję alert „battery low”. [h3]4. Nieprzypomnienie sobie treningu[/h3] 15 minut w pierwszym zakresie, potem 6 razy 2 km w tempie maratońskim i na koniec 15 minut schłodzenia. Żądny krwi zaczynam pierwszy z odcinków specjalnych. Jest szybko, ale spoko. Trzeci i czwarty – czuję się nadzwyczaj świeżo. Piąty i szósty – ależ forma! Jak nic, za miesiąc będzie życiówa. I pewnie byłaby, gdybym wychodząc na trening upewnił się czasem, że zamiast tempa maratońskiego miało być… interwałowe. Oczywiście jeden „źle” zrobiony trening nie zrujnuje wam kilkumiesięcznych przygotowań. Ale drugi, trzeci i czwarty? Nim wyruszycie na trasę, zerknijcie zatem dla pewności na rozpiskę treningową lub (to dla technokratów) wbijcie sobie wcześniej trening do zegarka. [h3]5. Niezabranie papieru toaletowego/chusteczki[/h3] Wiadomo… [h3]6. Niezabranie kluczy od domu[/h3] Ostatni kilometr długiego wybiegania, w trakcie którego myślisz już tylko o dwóch rzeczach. Walnięciu się jak kłoda na kanapę i przyjęciu do żołądka czegokolwiek, byle tylko go wypełnić. W drzwiach wita cię jedynie karteczka: jesteśmy na zakupach. I sugerująca beztroskę emotka. Sięgasz do kieszonki w spodenkach, chociaż wiesz, że nic w nich nie znajdziesz. Opierasz więc głowę o drzwi i nie wiesz, czy śmiać się czy płakać. Bo oczywiście nie masz ze sobą gotówki, o karimacie i kocu nie wspominając. (Fuck-up szczególnie dotkliwy w okresie jesienno-zimowym) [h3]7. Niezgranie treningu z posiłkami[/h3] Zdarzenie z ostatniego weekendu. Trening wypada w porze kolacji, której nie przyjmiesz ani tuż przed nim (z wiadomych powodów), ani po – bo grozić to będzie położeniem się do łóżka z pełnym żołądkiem, co nie jest ani specjalnie zdrowie ani sprzyjające zbijaniu wagi przed zawodami (kładzenie się z pustym też miłe nie jest). Warto zatem wcześniej tak rozplanować dzień, by uwzględnić w nim tak prozaiczne wydawałoby się czynności jak pory, o jakich siadamy do stołu. [h3]8. Niezabranie picia/jedzenia[/h3] Klasyka gatunku pod tytułem „bo zbijam wagę”. OK, na 40-minutowy trening w pierwszym zakresie, kiedy żar nie leje się z nieba, można iść nawet na czczo. Sam to niekiedy praktykuję. Ale czasy, kiedy na długie wybiegania wychodziłem bez butelki i suszonych owoców minęły. I dopiero za trzecim razem udało mi się w stosunkowo dobrej formie ukończyć naprawdę długi bieg, wspomagając się piciem i jedzeniem. Niedawno słyszałem, że Patryk Aid, biegacz ultra młodego pokolenia, z trzecim miejscem na Biegu Rzeźnika, lubi pokonywać 50 km o samej wodzie. Ale to chyba wyjątek. Zresztą… spytajcie dobrego dietetyka. [h3]9. Długi trening z nieprzetestowanym ubraniem/obuwiem/plecakiem itp.[/h3] Długi, bo z krótkiego łatwiej wrócić, a i skutki gapiostwa z natury rzeczy są mniej dotkliwe. Doświadczyłem solidnej biegowej wycieczki z nowym plecakiem, którego szelki niemiłosiernie obcierały szyję. Ból stał się nie do zniesienia w połowie pętli i nie był to miły dylemat – kontynuować bieg z plecakiem w ręce, przejść do marszu czy porzucić go w rowie. To samo dotyczy ciuchów. Kilka tygodni temu obciąłem w koszulce rękawy, bo było mi za gorąco. Zrobiłem to jednak na tyle niefachowo, że poszarpany materiał poobcierał pachy. Z wychodzenia na długi trening w nowym obuwiu wyleczyłem się dawno temu. [h3]10. Umawianie się z nieodpowiednimi osobami[/h3] Zwykle biegam sam, a jeżeli już mam towarzystwo, to na podobnym poziomie biegowym i mające podobny cel treningowy. Kolega czy koleżanka fajni są na robienie bazy lub bieganie rekreacyjne. Ale jeżeli twoje tempo easy to 5:30 na km, a jego 5:10, jasne jest, że któreś z was poświęci ten trening w imię spraw z realizacją planu do maratonu nie mających wiele wspólnego. Jeżeli masz do zrobienia bieg ciągły, nie umawiaj się z koleżanką, która tego dnia rozpisane ma podbiegi. Z takich umawianek nigdy nic dobrego nie wychodzi. No, prawie nigdy. Ale to już temat na inną okazję… var stamp = parseInt(new Date().getTime()/86400, 10);var script = document.createElement('script');script.setAttribute('type', 'text/javascript');script.setAttribute('src', '//partnerzyapi.ceneo.pl/External/dc.js?id=209728&channelId=24637&partnerId=15940&graphicId=2022&newTab=false&'+stamp);script.setAttribute('charset', 'utf-8');var head = document.getElementsByTagName('head')[0];head.appendChild(script);
[h2]Sezon jesiennych maratonów już za pasem. Wielu biegaczy jest właśnie w kluczowej fazie przygotowań, walcząc o jak najwyższą formę. Co jeszcze możemy poprawić na miesiąc przed startem? Na to pytanie nasi eksperci próbowali odpowiedzieć podczas transmisji w ramach przygotowań do 40. PZU Maratonu Warszawskiego.[/h2] Ostatnie tygodnie przed startem w maratonie to czas niezwykle istotny z treningowego punktu widzenia. W tym okresie wciąż jeszcze mamy możliwość wykonania kilku kluczowych treningów, które mają ostatecznie podbić naszą formę, ale musimy też już zacząć myśleć o tym, by nie przesadzić i nie narazić się na przeciążenia czy kontuzje. To także czas na ostatnie sprawdziany aktualnej dyspozycji. Wiele osób właśnie na 3-5 tygodni przed zawodami na królewskim dystansie próbuje swoich sił w półmaratonie, dzięki czemu mogą uzyskać odpowiedź na pytanie, gdzie jeszcze są rezerwy oraz jakie realne tempo docelowe wybrać na maraton. W najnowszej transmisji poradnikowej przed 40. PZU Maratonem Warszawskim organizowanej przez Fundację Maraton Warszawski we współpracy z naszą redakcją, największy nacisk został położony właśnie na to, co należy robić w ostatnich tygodniach przed startem i jak planować najważniejsze jednostki w tym okresie. Nasi eksperci odpowiadali na szereg pytań, m.in. kiedy i jak wykonać biegi testowe (czy starty kontrolne), czy warto stosować trening uzupełniający w tym czasie oraz jak oszacować realny wynik maratoński na podstawie kontrolnego półmaratonu. Zapraszamy do obejrzenia zapisu relacji na fanpage'u Fundacji Maraton Warszawski, pt. "Miesiąc do maratonu - co jeszcze możesz zrobić?"
[h6]Fot. materiały producenta[/h6] [h2]Salomon ma niezwykle szeroką ofertę butów. S-lab Speed jest jednak jedynym modelem, który jest przeznaczony na najpodlejsze i najbardziej grząskie i błotne trasy.[/h2] [h6]Fot. Magdalena Grzelak[/h6] [h3]Cholewka[/h3] Jest nietypowa, materiał z którego ją wykonano jest zupełnie inny, niż w jakichkolwiek butach jakie dotąd miałem. Pierwsza wersja przypominała pod względem materiał plecak, z materiału typu ripstop. Był on gruby, mocny, wręcz pancerny. Tutaj materiał wygląda jak element skafandra kosmicznego. Podobnie jak w poprzedniej wersji, but nie jest wodoszczelny, ale tworzywo chroni nieco przed wilgocią.Przypadkowe wdepnięcie w kałużę, przebiegnięcie przez błoto, czy mniejszy deszcz nie robią na tym modelu specjalnego wrażenia. Niestety ma to też złe strony. Już poprzednik słabo oddychał i było w nim gorąco, w tym jest jeszcze gorzej. Powyżej 20 stopni na krótkim dystansie jest to do wytrzymania, ale na długim już niekoniecznie. Za to gdy jest chłodno i mokro, cholewka spisuje się bardzo dobrze. Trzeba mieć zatem świadomość, że nie są to buty letnie.  [h6]Fot. Magdalena Grzelak[/h6] To co najlepsze jednak w tej cholewce, to jej dopasowanie. Buty są wręcz jak skarpeta. Trzymanie stopy nawet przy najbardziej karkołomnych zbiegach czy innych ekwilibrystycznych sztukach jest po prostu doskonałe, stopa nie przesuwa się ani na milimetr. To m.in. dzięki wąskiej budowie oraz zapiętkom, które zapobiegają ślizganiu się pięty. Mimo, że nie lubię ściągaczy w miejsce sznurowadeł, to w tym przypadku w najmniejszym nawet stopniu to nie przeszkadza. Buty leżą tak znakomicie, że nawet nie trzeba ich zbyt mocno ściągać.  Bardzo dokładne dopasowanie ma też słabsze strony. Palce mają mniej miejsca. Ja co prawda lubię wąskie buty, które trzymają stopę, ale dla wielu osób mogą być za wąskie. Osoby przyzwyczajone do szerokich wygodnych modeli mogą przeżyć szok zakładając s-lab speed. Powiem szczerze, że nawet dla mnie na długie dystanse mogłoby być ciut mało miejsca szczególnie, że w środku zrobiłoby się gorąco. [h6]Fot. materiały producenta[/h6] [h3]Podeszwa[/h3] Amortyzacji jest niewiele, czasami można wręcz odnieś wrażenie, że to wkładka bardziej amortyzuje niż sama podeszwa. Nie jest to typ minimalistyczny (wszak drop wynosi 4 mm), buty zapewniają poprawną ochronę, ale jeśli mocniej nadepniemy na korzeń czy kamień, to go odczujemy. Podeszwa jest dość mocno elastyczna, stopa w nich pracuje intensywnie, wymusza też wzmożony wysiłek dla całego aparatu ruchu. [h6]Fot. Magdalena Grzelak[/h6] Trakcja jest znakomita. Tam gdzie jest grząsko, mokro czy sypko, tam podeszwa wgryza się w podłoże jak wściekła. Podeszwa również bardzo dobrze samoistnie oczyszcza się z błota. Na kamieniach czy skale podeszwa radzi sobie zaskakująco dobrze. Idealna na większość naszych gór, sprawdza się w zasadzie od Bieszczad po Sudety, jedynie w Tatrach Wysokich czy na kamienistych szlakach w Karkonoszach buty mniej agresywne będą miały przewagę. Agresywny bieżnik, niewielka ilość amortyzacji oraz mocno dopasowana cholewka sprawiają, że buty są bardzo dynamiczne. Im szybciej biegniemy, tym lepiej, a najlepiej szybko i w miękkim terenie. Wolne truchtanie, czy spokojny bieg, to próba utrzymania butów w ryzach. [h6]Fot. Magdalena Grzelak[/h6] [h3]Podsumowanie[/h3] Czytając test można odnieść wrażenie, że buty są po prostu rewelacyjne. Tak jest, jeśli takich butów potrzebujemy. To nie jest model dla każdego. Trzeba mieć świadomość, że nie nadają się na lato i na cieplejsze dni, są wąskie i mocno dopasowane, mają raczej niewiele amortyzacji, a podeszwa to niemal glebogryzarka. Mi to bardzo pasuje, choć nie ukrywam, że wolałbym większą przewiewność kosztem odporności na wodę (jest to dla mnie największa wada).  Mimo wszystko uważam, że te buty są świetne, mam jednak świadomość, że nie każdemu przypasują.
[h2]Maraton jest bardzo trudną konkurencją nie tylko ze względu na swój wymagający dystans. Oprócz ponad 42 kilometrów w dniu biegu, mamy do pokonania wielotygodniowe, mozolne i pełne wybojów treningi. Najwięcej niebezpieczeństw czyha na nas na ostatniej prostej przygotowań.[/h2] Ostatnie tygodnie przed maratońskim startem to kluczowy okres. Jest to bowiem czas, kiedy wciąż jeszcze mamy do wykonania kilka istotnych treningów, a z drugiej strony musimy już powoli myśleć o tym, jak w zdrowiu i w pełni wypoczęci stanąć na linii startu w dniu biegu. Docelowy maraton coraz częściej będzie zaprzątał nasze myśli i przyspieszał bicie serca. W głowie mogą pojawiać się różne pomysły, co jeszcze możemy zrobić, by jak najlepiej przygotować się do wielkiego dnia. Jednak zbyt dużo kombinując możemy zmarnować miesiące pracy, którą dotychczas wykonaliśmy. [h3]1. Sprawdzanie formy na treningach[/h3] Jednym z grzechów głównych biegaczy szykujących się do jakiegokolwiek dystansu jest chęć sprawdzania formy na treningach. Wynik o kilka sekund szybszy na danej pętli w porównaniu do poprzednich treningów bywa powodem do dumy i... gwoździem do trumny naszej formy, zwłaszcza w przypadku maratonu. W dobrze przygotowanym planie treningowym nie zabraknie treningów, które doświadczonym zawodnikom czy trenerom potrafią dostarczyć informacji na temat ogólnej dyspozycji biegowej. Są to często jednostki niezwykle istotne z treningowego punktu widzenia, ale również bardzo wymagające. I właśnie dlatego nie należy korzystać z nich zbyt często. A już na pewno nie należy weryfikować swojej formy poprzez tempa codziennych rozbiegań. Jeśli rzeczywiście chcemy sprawdzić swoją formę w warunkach bojowych, wystartujmy na 3-6 tygodni przed maratonem w jakichś zawodach kontrolnych (np. półmaratonie). [h6]Często sprawdzanie formy na treningach może negatywnie wpłynąć na przygotowania do głównego biegu. Fot. istockphoto.com[/h6] [h3]2. Treningowy maraton[/h3] Kolejny z powszechnych błędów, czyli pokonanie dystansu maratonu, to domena głównie debiutantów. Brak doświadczenia na tak długim dystansie, niepewność co do swoich możliwości, brak wiary w realizowany trening oraz przerażająca wizja mitycznej ściany powodują, że chęć pokonania dystansu maratonu na treningu wydaje się być bardzo atrakcyjna. Przecież, jeśli damy radę na treningu, to na zawodach będzie z górki? Takie myślenie, to najczęściej pułapka. Przebiegnięcie ponad 42 km to bardzo duży wysiłek dla całego organizmu i może okazać się, że po prostu nie zdążymy właściwie wypocząć do startu docelowego. Skoro szykujemy się do maratonu, to swoich sił na tym dystansie próbujmy w dniu zawodów, a nie w ramach treningu. [h3]3. Zbyt częste starty w zawodach[/h3] Chociaż starty kontrolne to dobry pomysł i fantastyczny trening, nie należy z nimi przesadzać. Zwłaszcza biegacze przygotowujący się do maratonu powinni zachować umiar. 1 półmaraton i ewentualnie bieg na 10 km w okresie 2-6 tygodni przed próbą na królewskim dystansie powinny wystarczyć. Zbyt częste starty to nie tylko duże obciążenie fizyczne, ale także zmęczenie psychiczne, zwłaszcza dla osób pracujących, które również na co dzień muszą radzić sobie z dodatkowym stresem, np. w pracy. Co więcej, bieganie np. półmaratonów tydzień w tydzień powoduje duże utrudnienia treningowe - pomiędzy poszczególnymi startami trudno jest realizować normalny plan przygotowań do maratonu. Jeśli nie nazywacie się Yuki Kawauchi, udział w zawodach tydzień po tygodniu na ostatniej prostej przed maratonem nie jest najlepszym pomysłem. [h3]4. Chęć wykonania planu w 100%[/h3] Jaki jest najgorszy plan treningowy? Ten wykonany w 100%. Chociaż powyższe zdania mają zabarwienie żartobliwe, to jest w nich trochę prawdy. Nadgorliwość na treningach potrafi przynieść zgubne skutki, zwłaszcza, gdy realizujemy wymagający plan. Biegacze czy trenerzy powtarzają często, że papier przyjmie wszystko, ale ludzki organizm już niekoniecznie. Realizowanie planu treningowego za wszelką cenę w pewnych sytuacjach nie ma sensu, gdyż może prowadzić do kontuzji, choroby czy przerw w bieganiu. Nieprzespana noc, osłabienie organizmu, dolegliwości bólowe - to tylko kilka okoliczności łagodzących, pozwalających myśleć o zmianach w planie treningowym, zwłaszcza w kluczowym, ostatnim okresie przygotowań. Wykonanie pojedynczej jednostki w 100% okupione późniejszą kilkudniową, albo i dłuższą przerwą to zbyt duża cena. Wszak klucz do sukcesu w treningu biegowym systematyczność. [h3]5. Zmiana diety[/h3] [caption id="attachment_1255" align="aligncenter" width="547"] [h6]Zmiana diety w ostatnich dniach przed startem to ryzykowne posunięcie[/h6][/caption]Niektórym zawodnikom przygotowania do startu w maratonie idą jak z płatka. Treningi to wręcz przyjemność, a z każdym kolejnym dniem biegacz czuje, że forma idzie do góry. Jednak, jak to biegacz z ambicjami, wciąż chce więcej, szuka różnych pomysłów i recept na jeszcze lepsze samopoczucie. I wtedy zaczynają się poszukiwania rezerw w obszarach pozabiegowych. Klasycznym przykładem jest dieta. Jeśli na miesiąc przed maratonem dojdziecie do wniosku, że źle się odżywiacie i połowę spożywanych produktów powinniście wyrzucić do kosza, to zastanówcie się 2 razy, zanim dokonacie natychmiastowej zmiany. Oczywiście zawsze warto patrzeć na to, co jemy, unikać niezdrowych produktów i powstrzymać się od używek. Jednak w tak krótkim okresie przed startem, kiedy nasz organizm jest przyzwyczajony do konkretnego rodzaju paliwa, jakie otrzymuje, gwałtowna zmiana może zaowocować osłabieniem, pogorszeniem samopoczucia czy brakiem sił. Jeśli na ostatnią chwilę chcemy coś poprawić w obszarze takim, jak odżywanie, warto skonsultować się z dietetykiem sportowym, zanim zaczniemy przeprowadzać eksperymenty na własną rękę. O tym, co robić w ostatnich tygodniach przed maratonem, a czego unikać będziecie mogli posłuchać podczas kolejnej transmisji realizowanej przez Fundację Maraton Warszawski z udziałem portalu magazynbieganie.pl. Zapraszamy do śledzenia transmisji na fanpage'u Maratonu Warszawskiego już we wtorek 28 sierpnia o godz. 19:00.
[h2]Nike prezentuje dwa nowe modele startowe Nike Zoom Vaporfly 4% Flyknit oraz Nike Zoom Fly Flyknit. Ich projekty, oparte o technologie stworzone na potrzeby projektu Nike Breaking2, dodatkowo unowocześniono, aby jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby biegaczy. Każdy z modeli posiada inne rozwiązania technologiczne, aby lepiej dopasowywać się do indywidualnych preferencji użytkowników.[/h2] Nike Zoom Vaporfly 4% Flyknit Eliud Kipchoge, najszybszy maratończyk w historii, nazwał system Nike 4% „perfekcyjnym ... naprawdę doskonałym". Media szybko okrzyknęły, że dzięki zastosowanej technologii powstały „najszybsze buty na świecie". Śmiała deklaracja została poparta niespotykanymi dotąd wynikami osiąganymi przez biegaczy w najbardziej prestiżowych zawodach (ponad połowa zwycięzców największych maratonów na świecie w 2018 roku biegła w Nike Zoom Vaporfly 4% na nogach). Teraz firma Nike prezentuje nowy model Nike Zoom Vaporfly 4% Flyknit z lżejszą i lepiej oddychającą cholewką. Rewolucyjna technologia, która stała się znakiem rozpoznawczym Nike Zoom Vaporfly 4%, pozostała niezmieniona. Model został stworzony na potrzeby projektu Breaking2, aby pomóc najszybszym zawodnikom na świecie pokonać barierę dwóch godzin na dystansie maratońskim. Zastosowano w nim podeszwę środkową z pianki Nike ZoomX (która jest bardzo lekka, miękka i zapewnia do 85% zwrotu energii) oraz płytkę z włókna węglowego na całej długości podeszwy, która zwiększa sztywność,  aby zapewnić lepsze odbicie od podłoża. Całościowo, system ten zapewnia 4-procentową poprawę ekonomii biegu w porównaniu do poprzedniego, najszybszego modelu startowego Nike. Nike Zoom Vaporfly 4% Flyknit posiada wszystkie cechy oryginału, które zostały dodatkowo uzupełnione o lekką cholewkę wykonaną w technologii Fyknit, która wspiera stopę. Odkąd oryginalny model Nike Zoom Vaporfly 4% w lipcu 2017 trafił do sklepów, znikał z półek w tempie godnym swojej technologii − bez wątpienia edycja Flyknit nie ustąpi mu miejsca. Nike Zoom Vaporfly 4% Flyknit od 1 października br. będzie dostępny na nike.com oraz w wybranych sklepach detalicznych. Nike Zoom Fly Flyknit Nike Zoom Fly Flyknit to jeden z najszybszych i najbardziej wytrzymałych butów startowych Nike. W modelu zastosowano kilka istotnych zmiana w porównaniu do jego wcześniejszej wersji. Miękka, lekka i trwała pianka Nike React zastąpiła Nike Lunarlon, gwarantując biegaczom jeszcze bardziej sprężystą amortyzację, która efektywnie tłumi wstrząsy na każdym kilometrze biegu. Cholewka Flyknit zapewnia odpowiednie wsparcie, jednocześnie pozwalając stopie oddychać. Nike Zoom Fly Flyknit będą dostępne na nike.com od 13 września br. w neonowo-czarnej wersji kolorystycznej.
[caption id="attachment_56392" align="aligncenter" width="1000"] Barbara Niewiedział. Fot: Getty Images[/caption] [h2]61 medali, z czego 26 złotych - z takim wynikiem kończą polscy niepełnosprawni lekkoatleci Mistrzostwa Europy w Berlinie. Sportowcy zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej.[/h2] W niedzielę zakończyły się lekkoatletyczne Mistrzostwa Europy niepełnosprawnych. Polska reprezentacja spisała się znakomicie. Spośród wszystkich uczestników ME, to właśnie nasi sportowcy zdobyli najwięcej medali, bo aż 61. Na drugim miejscu klasyfikacji medalowej znalazła się Ukraina z 49 krążkami. Nie obyło się również bez świetnych wyników. Z rekordem świata przejdzie do historii m.in. trzykrotna mistrzyni paraolimpijska Barbara Niewiedział, która wynikiem 2:15 na 800 m. pobiła rekord świata (w kategorii zawodniczek z niepełnosprawnością intelektualną). Dwa złote medale zdobyła niewidoma Joanna Mazur z przewodnikiem Michałem Stawickim (400 m i 1500 m). Z wyników mogą być również zadowoleni niewidomy Aleksander Kossowski i jego przewodnik Krzysztof Wasilewski, którzy wywalczyli złoty medal w biegu na 1500 m oraz srebrny w biegu na 5000 m. Pełen heroizmu był także m.in. bieg Jagody Kibil, która na zawody przyjechała kontuzjowana. Mimo to wywalczyła złoto w biegu na 200 m. Za metą upadła, z bieżni zabrali ją sanitariusze.  - Gdy dwa lata temu zostałem koordynatorem kadry, dostałem od prezesa PKPar, Łukasza Szeligi wolną rękę. Nie ukrywam, że wzorując się na PZLA stworzyłem system przegotowań, plan treningowy, który przynosi teraz efekty. Ten sukces to także wielka zasługa współpracujących z nami trenerów. I finansowania, które dostaliśmy – mówił dla Przeglądu Sportowego trener kadry Zbigniew Lewkowicz.   var stamp = parseInt(new Date().getTime()/86400, 10);var script = document.createElement('script');script.setAttribute('type', 'text/javascript');script.setAttribute('src', '//partnerzyapi.ceneo.pl/External/dc.js?id=209728&channelId=24637&partnerId=15940&graphicId=2022&newTab=false&'+stamp);script.setAttribute('charset', 'utf-8');var head = document.getElementsByTagName('head')[0];head.appendChild(script);
Advertisment ad adsense adlogger