fbpx

Wiadomości

[h2]Za nami pierwsza transmisja na żywo dotycząca przygotowań do 14. Półmaratonu Warszawskiego. Głównymi tematami poruszanymi przez prowadzących było roztrenowanie i powrót do treningów po przerwie, czyli to, przez co aktualnie przechodzi wielu biegaczy.[/h2] W naszych warunkach listopad to idealny okres na posezonową przerwę od treningów i odpoczynek zarówno dla ciała jak i dla głowy. Możemy wziąć sobie nawet kilka tygodni zupełnie wolnego od biegania. Jak zapewniali prowadzący transmisję, taka przerwa spowoduje tylko krótkotrwały spadek dyspozycji, a pozwoli naszemu organizmowi zregenerować się i przygotować na bardziej wytężoną pracę w kolejnych tygodniach. Oczywiście długość roztrenowania jest sprawą indywidualną, uzależnioną od wielu czynników, ale przyjmuje się, że 3 tygodnie przerwy pomiędzy sezonem jesiennym a rozpoczęciem przygotowań do wiosny pozwoli dobrze wypocząć i nabrać na nowo ochoty do biegania. W dyskusji pojawiły się także pytania dotyczące powrotu do treningów i tego, jak długo może trwać powrót do dyspozycji sprzed przerwy. Jak zgodnie potwierdzili prowadzący, pod tym kątem trzeba uzbroić się w cierpliwość i nie wymuszać na swoim organizmie szybszego biegania na pierwszych treningach. Od początku warto natomiast skupić się na ćwiczeniach ogólnorozwojowych i tych aspektach, na które nie mamy czasu w trakcie sezonu, jak np. trening siłowy czy rozciąganie. Takie podejście pozwoli nam nie tylko stopniowo wrócić do formy, ale także może uchronić przed przeciążeniami i kontuzjami w momencie, gdy trening biegowy stanie się intensywniejszy. Więcej ciekawych porad dotyczących roztrenowania i powrotu do biegania po przerwie znajdziecie w poniższym nagraniu: A już w grudniu zapraszamy na kolejną transmisję przed 14. Półmaratonem Warszawskim.
[caption id="attachment_52219" align="aligncenter" width="1000"] istock.com[/caption] [h2]Przebiegnięcie ultramaratonu wiąże się z ekstremalnym wysiłkiem, zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Niewiele jest badań na temat wpływu takich dystansów na zdrowie. Najczęściej cytowane są te autorstwa Martina Hoffmana, w których na podstawie ankiet przeprowadzonych z zawodnikami 161-kilometrowego ultramaratonu ustalono najczęściej występujące dolegliwości po ukończeniu biegu oraz powody przerwania. Były to nudności i wymioty, wyczerpanie, odciski oraz bóle mięśniowe. Czy to rzeczywiście jedyne przeciwności, jakim musi stawić czoła ultramaratończyk? Czy tylko z nimi walczy na trasie?[/h2] [h3]Układ sercowo-naczyniowy[/h3] Układ sercowo-naczyniowy w trakcie biegu ultra poddany jest intensywnej pracy. Do typowych objawów, jakie mogą się pojawiać, należą kołatania serca, ból klatki piersiowej czy omdlenia. Do objawów zwiastujących omdlenie zalicza się znaczną utratę siły, uczucie nudności lub wystąpienie wymiotów, bladość twarzy, sinawe zabarwienie skóry oraz zimne poty. Przyczyny takiego stanu mogą być różne, od poważnych (jeśli omdlenia pojawiają się kilka razy w trakcie biegu czy przed metą) lub łagodniejszych, np. stan przedomdleniowy na mecie, związany z nagłym zatrzymaniem i nagromadzeniem krwi w nogach, które przestały wypompowywać ją w kierunku serca. [h3]Układ oddechowy[/h3] Jakiekolwiek dysfunkcje utrudniające prawidłową pracę układu oddechowego, będą wpływały na wydolność zawodnika. Układ oddechowy dostarcza tlen do krwi i wydala z naszego ciała dwutlenek węgla. Do głównych objawów związanych z zaburzeniem pracy tego układu należą kaszel, duszność, świszczących oddech, ból lub ucisk w klatce piersiowej. Badania Hoffmana wykazują, że biegacze długodystansowi częściej chorują na astmę i alergie wziewne, niektórzy autorzy łączą ten fakt z samym wysiłkiem i zmianami w układzie oddechowym, alergie natomiast z wdychaniem przez biegaczy większej ilości alergenów. [h3]Układ pokarmowy[/h3] Intensywna praca mięśni brzucha oraz przepony, mechaniczne wstrząsy narządów jamy brzusznej, zmniejszenie przepływu krwi przez układ pokarmowy czy przewlekłe schorzenia, mogą się przyczyniać do wystąpienia różnych objawów z tego układu w trakcie intensywnego wysiłku fizycznego. Zaliczamy do nich: zgagę, refluks, nudności i wymioty, wzdęcia, nagłą potrzebę wypróżnienia, biegunki czy nawet krwawienia z odbytu. Biegunki i nagła potrzeba wypróżnienia są bardzo częstym zjawiskiem u biegaczy długodystansowych i zazwyczaj wynikają z intensywnego wysiłku i zdenerwowania, które towarzyszy biegaczowi na starcie. Aby uniknąć objawów z układu pokarmowego, wśród głównych zaleceń można wyróżnić zmniejszenie zawartości błonnika w diecie na 24 h przed startem, zapewnienie odpowiedniego nawodnienia organizmu, unikanie przyjmowania stałych posiłków na 3 godziny przed wysiłkiem. [h3]Zmęczenie[/h3] Skrajnym objawem zmęczenia jest omdlenie, natomiast zanim do tego dojdzie, potencjalnych przyczyn samego zmęczenia w trakcie ultramaratonu może być wiele. Od wyczerpania energetycznego poprzez zaburzenia pracy nerek, serca, ośrodkowego układu nerwowego, odwodnienie, infekcję i spadek odporności czy nawet stres psychiczny. Samo zmęczenie powoduje też zmiany nerwowo-naczyniowe, które objawiają się m.in. skurczami mięśni. Mogą pojawiać się halucynacje i zmiany świadomości biegacza. [h3]Nadmierne nawodnienie[/h3] Co ciekawe, zdarza się, że zawodnik startujący w upale z obawy przed odwodnieniem sprowokuje „przewodnienie” – hiponatremię, co wiąże się z opuchnięciem ciała, obrzękami, zmianami stanu świadomości, a nawet omdleniem. Badania, które wspólnie opublikowali Irving, Noakes i Buck, wskazują jako przyczynę hiponatremii przeciążenie płynami w zakresie 1,22-5,92 litrów, co jest niebezpieczne dla zdrowia. Przyjmowanie płynów w trakcie intensywnego wysiłku powinno balansować ilość tych utraconych z potem i moczem. Nie powinny to być także tylko napoje izotoniczne. [h3]Temperatura powietrza – hipotermia[/h3] Ultramaratony, odbywające się w górach lub warunkach niskiej temperatury, mogą powodować spadek głębokiej temperatury ciała do 35 stopni Celsjusza i poniżej, jest to spowodowane większą utratą ciepła niż jego produkcją. Poza wpływem ogólnoustrojowym zimno zmienia przewodnictwo nerwowo-mięśniowe powodując odrętwienie, usztywnienie ciała czy pogorszenie koordynacji ruchowej. Taka sztywność i osłabienie mięśni zwiększa ryzyko urazu. Do objawów związanych ze znacznym spadkiem temperatury ciała należą szybkie oddychanie (hiperwentylacja), apatia i ospałość, dreszcze, zmiany świadomości (amnezja, zmiany w zachowaniu) oraz wymienione pogorszenie pracy mięśni. Niestety biegacze długodystansowi są często narażeni na dolegliwości związane z niską temperaturą, wynika to z lekkiego ubioru w trakcie startu czy samotnego trenowania. [h3]Strategia i mocna głowa[/h3] Jest oczywiste, że zawodnik powinien być dobrze przygotowany psychicznie do takiego startu. Trening mentalny, wizualizacja, planowanie przebiegu, ćwiczenia relaksacyjne to wszystko bardzo przydatne elementy. Powodzenie biegu zależy na pewno od dobrej znajomości własnego ciała i umiejętności dostosowania się do odczuwanych objawów. Kiedy i co jeść, kiedy pić i jakie ilości, kiedy biec, a kiedy iść lub odpocząć, jak się ubrać, jak rozłożyć siły. Czy zbliżać się do ekstremum swoich możliwości czy raczej znać swoje ograniczenia i rozsądnie gospodarować siłami. Zawodnicy szczupli bez „izolacji” tkanki tłuszczowej szybciej tracą temperaturę ciała w górskich biegach. Lekceważenie pierwszych objawów zmian elektrolitowych, nerwowo-mięśniowych czy świadomości, idąc na maksimum swoich możliwości, może być bardzo niebezpieczne. Podobnie dolegliwości układu pokarmowego mogą skutecznie zakończyć bieg. Choć przeciwności, z którymi walczy ultra maratończyk, jest wiele i często są dosyć groźne, to istotne jest także to, że ciało sportowca przechodzi zmiany adaptacyjne związane z długotrwałym treningiem i trudno oprzeć się wrażeniu, że bieganie ultra jest zarezerwowane dla ludzi bardzo świadomych i rozsądnych, którzy mają już bogate doświadczenie biegowe. Dodatkowo, jak wykazały badania Martina Hoffmana na 1212 ultramaratończykach, są oni zdrowsi w porównaniu do populacji osób niebiegających! Dotyka ich mniej chorób przewlekłych (z wyjątkiem astmy i alergii), wykazują mniejszą absencję w pracy czy szkole z powodów zdrowotnych oraz generalnie rzadziej korzystają ze służby zdrowia. Narażeni są za to częściej na urazy związane z bieganiem, takie jak bóle stawów kolanowych (tak samo często jak u biegaczy krótkodystansowych) czy złamania przeciążeniowe kości (częściej ultramaratończycy). Badania wykazały także, że wyżej wymienione urazy dotyczą częściej młodszych i mniej doświadczonych biegaczy. Badania naukowe: 1. 1. Irving RA i Noakes TD i Buck R (Evaluation of renal function and fluid homeostasis during recovery from exercise induced hyponatremia, Journal of applied physiology 1991). 2. 2. Hoffman M.D., Fogard K., Factors related to successful completion of a 161-km ultramarathon; International Jornal of Sports Physiology and Performance 2011. 3. 3. Hoffman M.D., Krishnan E., Health and Exercise-Related Medical Issues among 1,212 Ultramarathon Runners: Baseline Findings from the Ultrarunners Longitudinal TRAcking (ULTRA) Study; https://doi.org/10.1371/journal.pone.0083867 Artykuł pochodzi z miesięcznika BIEGANIE grudzień 2017
[caption id="attachment_48889" align="aligncenter" width="1024"] fot. Piotr Dymus[/caption] [h2]Deszcz, wiatr i niska temperatura dla wielu osób są wystarczającym powodem aby odpuścić trening. Ci którzy zdecydują się stawić czoło pogodzie muszą założyć kurtkę. Oferta tynkowa jest całkiem szeroka i ciągle się powiększa.[h2] Kurtka od deszczu przede wszystkim powinna chronić przed deszczem. Niby oczywista oczywistość, ale jednak nie do końca. Współcześnie produkowana odzież wodoodporna opiera się na membranie która jest laminowana do materiału wierzchniego i to właśnie ona odpowiada za ochronę przed wodą. Membrana w kurtce od deszczu to warstwa która ma przepuszczać parę wodną ale nie wodę. Często jednak znajdziemy opis typu wodoodporność 2000 mm czy 5000 mm. Oznacza to, że w laboratorium materiał jest w stanie wytrzymać nacisk takiego słupa wody. Większości osób jednak taka liczba wiele nie mówi. Można się domyślać, że im większa wartość tym lepiej, ale jak to się przekłada nie każdy wie. Wartości do około 1500 mmm – 2000 mm to dzież water resistant, czyli odporna lekka na mżawkę. 2000 mm – 10000 mm to dzież którą już można nazwać wodoodporną (waterproof) która wytrzyma mniejszy lub deszcz. 10000 mm uznaje się za granicę może nie pełnej bo takiej prawdopodobnie nie uzyska się nigdy ale jednak wodoodporności, czyli, że kurtka wytrzyma nawet silny deszcz. Im większa wartość tym dłużej oprze się wodzie i wytrzyma silniejszy opad. Już niby wszystko jest jaśniejsze, ale trzeba pamiętać, że nie wszyscy producenci tak samo mierzą odporność na słup wody, nie wszyscy robią to według norm przez co dwa materiały o teoretycznie takiej samej wodoodporności np. 5000 mm będą w rzeczywistości różnie się sprawowały bo wartości zostały uzyskane w różnych warunkach. Gdyby pomiary wykonać według jednej normy mogłoby się okazać, że wartość obydwu modeli nie wynosi 5000 mm tylko np. 5000 mm i 3000 mm albo 7000 mm. Wodoodporność to jedna kwestia, ale drugą kwestią jest oddychalność czyli kolejna magiczna liczba która również często pojawia się w opisie kurtek. W większości produktów możemy uświadczyć napis typu 8000 g/m2/24h czyli oznacza to tyle, że metr kwadratowy materiału jest w stanie odprowadzić 8000g wody przez 24 godziny. Jak łatwo się domyślić im większa liczba tym więcej wody może zostać odparowane, a tym samym lepsza oddychalność. Oprócz takiego zapisu danych używa się również skali RET, czyli współczynnika oporu stawianego parze wodnej. W tym przypadku im mnie tym lepiej, im niższa wartość tym mniejszy opór jest stawiany parze wodnej i może ona łatwiej się przedostać na zewnątrz, RET 4 jest lepszy od RET 7. Można co prawda zarówno w przypadku jednej jak i drugiej skali uznać jakie wartość są bardzo dobre np. RET 4 czy 25000 g/m2/24h, ale po pierwsze nie ma przelicznika z RET na g/m2/24h po drugiego ciężko przełożyć to na walory praktyczne w czasie biegania w tak prosty sposób jak przy wodoodporności. [h6]Fot. Piotr Dymus[/h6] O ile odporność na wodę można przyjąć, że jest stała, to zdolność to odparowania wody jest zmienna, a to co podaje producent jest maksymalną uzyskaną w pomiarach wartością. Aby doszło do przepuszczenia pary wodnej musi wystąpić siła która tego dokona, a więc musi wystąpić różnica w temperaturze oraz wilgotności pomiędzy otoczeniem, a wnętrzem kurtki. W przypadku gdy jest ciepło, pada deszcz, a na domiar złego materiał wierzchni nasiąknął wodą pod kurtka panują bardzo zbliżone warunku i oddychalność praktycznie zanika, nawet najwyższa liczba nie uratuje sytuacji. Generalnie najdroższe modele, z najlepszymi membranami nie są w stanie poradzić sobie z tak dużą ilością potu i niemal zawsze się zapocimy. Nie wybierajmy modeli z najgorszą oddychalnością bo one będą w zasadzie cały czas jak zwyczajny worek foliowy, ale też nie ma co zabijać się dla pięknej na papierze cyfry, w praktyce różnic często nie wyczujemy, że w czasie biegania zimą podczas silnego mrozu. Niestety wielu producentów do modeli biegowych nie montuje otworów wentylacyjnych pod pachami. Co co prawda zwiększa wagę, ale to tak naprawdę jedyna skuteczna opcja wentylacji, tak istotna przy intensywnym wysiłku. Od oddychalności materiału większą uwagę należy zwrócić na podklejenie szwów. W zdecydowanej większość jest to absolutny standard o którym często się nawet nie wspomina, ale nie wszystkie modele jednak tak mają. W przypadku braku taśm na łączeniu materiału, tamtędy szybko dostanie się woda i nawet najlepszy materiał nie pomoże. Również bardzo istotną kwestią jest krój. Powinien być on dopasowany i nie ograniczać ruchów oraz nie odsłaniać ciała. Wbrew pozorom taki kompromis wcale łatwy do osiągnięcia nie jest. Często kurtka a to marszczy się na brzuchu, a to jest zbyt krótka i odsłania plecy, a to rękawy są zbyt krótkie. Znalezienie tej idealnej może zająć nieco czasu. Ostatnia rzecz to ściągacze i rzepy. Kurtki biegowe bardzo często mają niezwykle minimalistyczną konstrukcję i nie zawsze takie elementy uświadczymy. Brak ściągacza w kapturze może np. sprawić, że ten będzie notorycznie zdmuchiwany z głowy, zbyt słaba guma w mankiecie zaowocuje ściekaniem wody wnętrza, itp. Jeśli waga nie jest jedyna kwestia na jaką patrzymy, warto sprawdzić jak takie elementy się sprawują.
[h2]W środę 28 listopada o godz. 20:00 na profilu Fundacji Maraton Warszawski na Facebook'u odbędzie się pierwsza transmisja z cyklu przygotowań do 14. Półmaratonu Warszawskiego. Tematami przewodnimi dyskusji będą roztrenowanie i powrót do regularnego biegania po przerwie.[/h2] Do 14. Półmaratonu Warszawskiego pozostały już tylko 4 miesiące. Dla tych, którzy traktują ten start jako docelowy w sezonie wiosennym to najwyższy czas, by zacząć właściwe przygotowania. Ci, którzy planują np. zadebiutować na tym dystansie 31 marca 2019 r. również powinni już zabierać się za przygotowania, jeśli chcą z uśmiechem na twarzy przekraczać linię mety. Podobnie, jak przed ubiegłoroczną edycją Półmaratonu Warszawskiego, redakcja portalu magazynbieganie.pl we współpracy z Fundacją Maraton Warszawski przygotowały cykl transmisji poradnikowych z udziałem naszych redakcyjnych ekspertów - Marcina Nagórka i Jakuba Karaska. W pierwszej odsłonie, naturalnym tematem przewodnim będzie kwestia powrotu do treningów po roztrenowaniu, a także samego roztrenowania, z myślą o tych, którzy dopiero kończą jesienny sezon startowy. Z podcastu dowiecie się m.in., ile czasu poświęcić na roztrenowanie i jak wdrażać się do regularnych ćwiczeń po międzysezonowej przerwie. Zapraszamy do oglądania transmisji w środę 28 listopada od godz. 20:00 na fanpage'u Fundacji Maraton Warszawski. Jeśli macie również jakieś pytania związane z tematem podcastu, zachęcamy do spisywania ich i zadawania podczas transmisji na Fcebook'u lub do przesyłania ich na skrzynkę redakcja@magazynbieganie.pl.
[caption id="attachment_57642" align="aligncenter" width="1000"] fot: Katarzyna Milewska[/caption] [h2]Choć niektórzy powiedzą, że życie zaczyna się po 30, to ta prawda zazwyczaj nie sprawdza się w sporcie. Tomasz Sypniewski rzucił wyzwanie wiekowi i organizmowi. Choć nigdy zawodowo nie zajmował się lekkoatletyką, po skończeniu trzydziestki uznał, że jest w stanie przygotować się i pojechać na Igrzyska Olimpijskie w Tokio. W 2020 roku będzie miał 36 lat.[/h2] Marzenie o występie na IO nie wydaje mi się nienaturalne. Pewnie każdy, kto w dzieciństwie interesował się sportem, śledził w telewizji transmisje, zamarzył choć raz, żeby znaleźć się na tej imprezie. Z tej grupy tylko nieliczni mogą spełnić swoje marzenie. Jeszcze mniej jest osób, które próby realizacji tych marzeń podejmują się w tak niezwykłych okolicznościach i wieku. Jeszcze mniej to bardzo delikatnie powiedziane. Poczułem, że jest to jeszcze możliwe. To nie jest wymysł niepoparty wiarą w swoje możliwości. Dzięki temu jak sportowo prowadziłem swoje ciało i treningi, w olbrzymiej części dzięki crossfitowi, który zdominował ostatnie 6 lat mojego życia, poczułem, że to marzenie z fizycznego punktu widzenia, bo do tego to się sprowadza rozmawiając o wieku, jest możliwe. Uznałem, że trzeba spróbować, bo będę żałował, jeśli tego nie zrobię. Zapewne kilka razy pojawiała się myśl o występie na IO, ale kiedy po raz pierwszy ta myśl przerodziła się w realny projekt i wiedział Pan, że na pewno spróbuje podjąć się tego wyzwania? Decyzję podjąłem około 3 lat temu. To było jeszcze przed 31. urodzinami. W mojej głowie pojawiła się logiczna łamigłówka. Musiałem zdecydować, która dyscyplina mi to umożliwi, w czym mam realne szanse. Najpierw myślałem o sportach, którymi już się parałem – przede wszystkim piłce ręcznej. Stwierdziłem, że sporty drużynowe byłyby bardzo trudne. Po pierwsze trzeba byłoby wrócić do bardzo wysokiego poziomu, po drugie pograć w klubach. Ktoś musiałby mnie zauważyć i wziąć do reprezentacji, a ona musi się jeszcze zakwalifikować. Dużo zmiennych, które nie są do końca zależne ode mnie. Oczywiście nasza reprezentacja jest mocna i ma szansę na awans. Szybko postawiłem na sporty indywidualne, czyli takie, w których tyle ile sam zrobię i osiągnę, tyle moje. Wybrałem lekkoatletykę, która zawsze była blisko mojemu sercu. Wtedy tylko ją podziwiałem, zawsze śledziłem i się nią fascynowałem. Miałem swoich faworytów w różnych konkurencjach np. Jonathana Edwardsa czy Jana Železnego. Nigdy nie trenowałem jej w profesjonalnej formie. Biegałem jedynie rekreacyjnie. Bieżnia, bloki startowe, kolce czy płotki były mi całkowicie obce. Najpierw postawiłem na rzut oszczepem. Złożyłem w całość układankę: piłkę ręczną i siłowanie na rękę, które uprawiałem wiele lat. W obu konkurencjach osiągnąłem wysoki poziom. W pierwszej jako młoda osoba, w drugiej jako dorosły zdobyłem mistrzostwo Polski. Już na drugi dzień zrobiłem research w internecie, kto jest najlepszy w Polsce, gdzie są jakie grupy i w ten sposób znalazłem Michała Krukowskiego, który trenuje najlepszych oszczepników, w tym swojego syna Marcina. Od razu zadzwoniłem i przedstawiłem swój projekt. Myślę, że gdzieś z tyłu głowy trener wziął mnie za wariata, ale sam nie należy do osób tuzinkowych, więc zaprosił mnie na trening. Trenowałem z nimi prawie 1,5 roku, jeździłem na zgrupowania, wziąłem udział nawet w dwóch czy trzech zawodach, ale nie szło. Szybko zorientowałem się, że to specyficzna konkurencja, techniczna, w której trzeba układać ciało latami. Trening uniemożliwiały mi także kontuzje z siłowania na rękę – łokieć i bark. Było dużo bólu i była to trochę walka z wiatrakami. Płynnie przeszedłem do biegania. Nie było tak, że poddałem się nagle i uznałem, że projekt igrzyska to nie dla mnie. Dzięki trenerowi spróbowałem raz biegania na czas na 400 metrów. To miał być wytrzymałościowy test. Po biegu wiedziałem, że to jest to. Wiele szukałem, ale wiedziałem, że mój dar od Boga to nie rzucanie, ale bieganie. Zawsze czułem, że moje ciało, budowa, jest lekkoatletyczna. Nie jestem typem osiłka, nie jestem grubokościsty, tylko mam smukłe ciało, długie nogi. Zakochałem się bez reszty w bieganiu. Wybór biegania to fascynacja dyscypliną czy też kwestia kalkulacji w czym będzie więcej szans na sukces? Kalkulacją był oszczep. Bieganie po prostu poczułem. Typowa miłość i fascynacja. Teraz jest kalkulacja, ale na poziomie wyboru dystansu, czy ma to być 100, 200 czy 400 metrów. Na pewno wybiorę, któryś z nich. Ze względu na to, co już robiłem w życiu, jestem za mocno zbudowany na 800 metrów. Jestem 87-kilogramowym gościem, który ma prawie 1,90 wzrostu. Pierwsza myśl to było 400, bo tam można bardziej wykorzystać wytrzymałość. Nie trzeba być super szybkim, chociaż szybko się przekonałem, że zapas szybkości też jest tam niezbędny. Pierwszy rok biegania był rokiem 400-metrowca. Na treningu regularnie biegałem 54-55 sekund życiówki. Na zawodach pobiegłem wolniej – jak wystartowałem byłem w złej dyspozycji, lał deszcz – wyszło 56 sekund. Po roku trenowania „na chybił trafił” 400 metrów, trafiłem na AWF-ie pod skrzydła trenera Maćka Wojtkowskiego, byłego płotkarza na 110 metrów. Skupiliśmy się na sprintach, szybkości i technice. Po raz pierwszy zacząłem ćwiczyć bloki. Pierwszy rok, który skończyłem we wrześniu, skupiony był na 100 metrach. Bez względu na to, czy skończy się na 200 czy 400, muszę biegać dużo, dużo szybciej. Muszę łamać 11 sekund regularnie, żeby myśleć o kolejnych dystansach. Ten sezon też będzie treningiem bardziej pod 100 metrów. Na ile po sezonie startów jest Pan bliżej realizacji celu? Po roku treningów jest Pan bardziej zmotywowany, a może okazało się, że zadanie jest trudniejsze niż się Pan spodziewał? Bardzo dobre pytanie. Na pewno spokorniałem po tym pierwszym sezonie. Jest trudniej niż myślałem, ale nie ma to wpływu na to czy będę dalej podążał tą drogą. Na pewno się nie zniechęciłem. Wręcz przeciwnie. Treningi, atmosfera i fakt, że wierzę, iż jeśli urodziłem się do jakiegoś sportu, to jest to bieganie, powodują, że na pewno będą to kontynuował. Ile się zbliżyłem – nie wiem, w jakiej jednostce mam odpowiedzieć. Zbliżyłem się – urwałem około sekundy na 100 metrów. Tak długo jak będę się zbliżał, tak długo będę szedł. Są rzeczy, które zaskoczyły Pana w przygotowaniach? Na pewno na początku było jakieś wyobrażenie – na ile ono sprawdziło się w praktyce? Zawsze, w piłce ręcznej, arm wrestlingu czy koszykówce, byłem zawodnikiem, któremu lepiej szło na zawodach niż na treningach. Miałem duszę sportowca, który potrafił dać z siebie 110% pod wpływem stresu czy adrenaliny. Tutaj okazało się, że sprinty, które wymagają spokojnej głowy i rozluźnienia, spinały mnie na zawodach. Nie dawałem z siebie tyle, ile na treningach. Nie mogłem pokazać pełni swoich możliwości. Nie żałuję niczego, ale przyznaję, że chciałem w tym roku zbyt wiele rzeczy zrobić naraz. Uczyłem się coraz lepiej biegać, po raz pierwszy w życiu trenowałem startowanie z bloków, co jest trudne. Chciałem też zbierać dużo doświadczenia na zawodach. Zaliczyłem 11 startów na 100 metrów. To jest sporo nawet na osobę wybieganą, a ja do nich nie należałem, a poza tym mam 34 lata. Robiłem też dużo dosyć ciężkich treningów siłowych. Tego było za dużo i ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Sierpień-wrzesień, koniec sezonu, to była walka z oporem materii i bólem. Cieszę się i dziękuję Bogu, że nic poważnego się nie stało. Ból był długi, mocny, a czasem nie do zniesienia. Posypało mi się ścięgno Achillesa, plecy i kolano. Bodajże 30 września, choć już nie powinienem, po raz ostatni pobiegłem na 100 metrów. Po tym biegu zrobiłem sobie miesiąc przerwy od biegania. Robiłem tylko delikatne treningi siłowe. Od tygodnia znów trenuję i jest bardzo dobrze. Czuję, że ten miesiąc był mi potrzebny. Ile sportowo jeszcze Panu brakuje do tego, by móc marzyć o wyjeździe na IO? Wiele osób twierdzi, że na 400 metrów będzie mi najłatwiej. Nie ukrywam, że mnie najbardziej emocjonuje i rozpala 100. Podoba mi się też dystans 200 metrów. Są różni sprinterzy. Są piekielnie szybcy na 100 – np. rekordzista świata Van Niekerk czy nasz Karol Zalewski, którzy biegają niskie 10 sekund i z tego wychodzi im dobre 400. Są też wytrzymałościowcy, z niesamowitym serduchem jak Krzewina, który nie jest fenomenalnie szybki na 100 metrów, biega bodaj 10,70, a na 400 metrów osiąga wynik na poziomie minimum IO. Jak patrzeć na liczby i porównać mnie do Krzewiny, brakuje mi sekundy na dystansie 100 metrów. Czuję jednak, że mogę pobiec szybciej niż 10,70. Czekam aż się rozkręcę. Aż przestanę być crossfitowcem i armwrestlerem, bo to robiłem przez ostatnie kilkanaście lat. To był izometryczny, koncentryczny trening siłowy i duże przebodźcowanie. Czekam aż moje ciało zacznie układać się pod lekkoatletykę. Wtedy progres będzie największy. Na pewno mocno spokorniałem. Myślałem, że już w pierwszym sezonie będę łamał 11 sekund, a teraz wiem, że to było niewykonalne. Moje cele są bardziej zdroworozsądkowe. W pierwszym sezonie urwałem sekundę, a teraz z trenerem zakładamy, żeby urwać kolejne pół i złamać barierę 11,2. [caption id="attachment_57643" align="aligncenter" width="600"] fot: Katarzyna Milewska[/caption] Dużo osób z Pana otoczenia uznało pomysł za szalony lub po prostu niewykonalny? Na początku dużo. Jestem osobą z silnym i dominującym charakterem, więc nie każdy powie mi to prosto w twarz. To raczej domena internetu i Facebooka, gdzie jest więcej odważnych. Zdarza się, że czytam tam mało sympatyczne rzeczy np. że jestem pośmiewiskiem lekkiej atletyki. Nie widzę związku – chcę coś zrobić z całego serca i nie wiem, gdzie ktoś dostrzega tu takie rzeczy. Wręcz przeciwnie. Moją historią chcę zwrócić uwagę większej liczby ludzi i pokazać piękno lekkoatletyki. Jednak w Polsce, szczególnie na forach internetowych, znajdzie się zawsze kilku odważnych. Wśród najbliższych nie ma zbyt wielu takich osób, bo one dobrze mnie znają. Wiele osób mi powiedziało: „Tomek, marzenie i cel są kosmiczne, teoretycznie niewykonalne, ale jeśli ktoś ma to na świecie zrobić, to ty”. Też tak uważam i głęboko w to wierzę. Znam siebie. Nie mówimy tu o byłych sprinterach, którzy kiedyś byli w światowej czołówce, mieli 10 lat przerwy i teraz wracają. To zupełnie inny case. Nigdy nie byłem wybitnym lekkoatletą. Zacząłem od zera w wieku 31 lat. Byłem wysportowany i dbałem o formę, ale nigdy nie miałem rekordów na poziomie 10,20. Jak na Pana pomysł, jeśli w ogóle, zareagowało środowisko lekkoatletyczne? Wyobrażam sobie, że do zawodników biegających zawodowo dociera informacja o biegaczu-amatorze, który twierdzi, że w wieku 36 lat też może pojechać na IO. To dla nich bardziej ciekawostka, a może denerwuje ich, że ktoś z zewnątrz próbuje się z nimi mierzyć? Nie spotkałem się twarzą w twarz z opinią, że kogoś to denerwuje. Jedyne to wpisy pod artykułami na mój temat. Tym się nie przejmuję. Na warszawskim AWF-ie, gdzie trenuję, czuję, że parę osób patrzy na mnie spode łba, trochę prześmiewczo, ale nie skupiam się na tym, bo jestem osobą z natury pozytywną, która skupia się na dobrych, a nie złych stronach. Jestem otoczony fantastycznymi ludźmi, którzy mnie wspierają i we mnie wierzą, poczynając od mojego trenera, klubowych kolegów, kończąc na fizjoterapeutach, a także mojej żonie i przyjaciołach z klubu crossfit. Dla nich to robię, dla nich jest moja energia, a nie dla tych, którzy będą szczęśliwi, gdy nie uda mi się tego zrobić, czego kompletnie nie rozumiem. Robię to zgodnie z serduchem i doskonale wiem, że jeśli mi się uda, to lekkoatletyka, królowa sportu, tylko na tym zyska, a nie straci. Tych krytycznych opinii też jest coraz mniej i są one mniejszością. Ile osób współpracuje z Panem przy tym projekcie? W jaki sposób udaje się Panu całość finansować? Nie mam sponsorów, którzy wspierają mnie finansowo. Mam jednego partnera, który uwierzył we mnie dwa lata temu – to marka Reebok, która wspiera mnie produktowo. Jestem jej ambasadorem. Finansuję całość z własnej kieszeni, a ta kieszeń istnieje dzięki klubowi CrossFit MGW, który od 5 lat prowadzę. Gdyby ten biznes się nie kręcił, nie miałbym funduszy. Nie mam innego źródła dochodu. Zarządzam klubem, a czasem prowadzę zajęcia jako trener. Mam trenera od biegania – Maćka Wojtkowskiego. Jest ze mną trener od przygotowania fizycznego – Maciej Bielski z Sopotu, który jest moim starym przyjacielem ze środowiska crossfitowego. To fantastyczny fachowiec od przygotowania fizycznego i motorycznego. W klubie mam też gabinet fizjoterapeutyczny i dwóch chłopaków – Michała Sówkę i Pawła Szczygła, którzy się mną w miarę potrzeb opiekują. Na stale w zespole są 3-4 osoby. Jak bardzo zmieniło się Pana codzienne życie? Dziś wszystko podporządkowane jest projektowi wyjazdu na IO do Tokio? Dwa lata i rok temu wszystko było pod to podporządkowane. Bardzo dużo na tym straciłem – zdrowia emocjonalnego i w relacji z najbliższymi. Stwierdziłem, że nie tędy droga. Wiem, że stawianie tego projektu na pierwszym miejscu za wszelką cenę nie jest dobre i tylko mogłoby zmniejszyć szansę na sukces. Wrzuciłem na luz i zmieniłem swoją relację do tego celu. Nie myślę, już że muszę, zostały dwa lata i jestem już niedaleko, ale po prostu zacząłem lubić i zakochiwać się w samym procesie. To co jest tu i teraz, trening do zrobienia, jeśli nie sprawia mi frajdy, nie cieszy mnie, to nie ma to sensu. Zdarzały się takie treningi. Głęboko wierzę, że nie jest możliwe osiągnięcie mistrzostwa, jeśli nie lubi się procesu. To on wpływa na efekt, a nie jeden start za dwa lata. To złapanie dystansu, teraz procentuje. Czuję się lepiej, biegam lepiej i ciało ma się lepiej. Bardziej mi się chce. Doświadczenie sportowe ma Pan spore – od piłki ręcznej do crossfitu. Na ile to, co udało się osiągnąć i wypracować w innych dyscyplinach przydaje się w bieganiu? Nikt o to nie pytał, a lubię takie pytania. Trzeba popatrzeć na mnie przez pryzmat osoby, która od 6 lat jest trenerem crossfit i nieco wie o treningu. Patrząc z perspektywy czasu na te rzeczy, które robiłem w życiu, na szybko analizując, mogły nie mieć żadnego wpływu na bieganie. Jednak biorąc pod uwagę wiedzę i fakt, że zawsze staram się szukać pozytywów – szklanka jest dla mnie do połowy pełna – wszystko, co robiłem do tej pory, składa się w układankę, która mi dziś pomaga. Od małego, od 6-7 lat, startowałem już na wszelkiego rodzaju zawodach. Bieganie, kosz czy nawet dwa ognie. Whitney Houston od wieku 3 lat śpiewała i występowała na scenie, więc ta scena stała się jej normalnym środowiskiem. Ja od wczesnych lat adaptowałem się do sytuacji zawodów, gdzie jest sędzia, wyścig, przeciwnicy i kibice. Nie stresuje mnie to – to mój żywioł. W wieku 10 lat trenowałem już piłkę ręczną. To był sport, który uprawiałem na dość wysokim poziomie. Startowałem na zawodach ogólnopolskich, na klubowych Mistrzostwach Świata we Włoszech. Byłem bramkarzem, co jest dużą odpowiedzialnością. Koncentracja, czas reakcji, szybkość i elastyczność – już wtedy zacząłem to budować. Potem było kilka lat ciemności – chodziłem na klasyczną siłownię. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Gdy ja trenowałem jako kilkunastolatek na siłowni, inni grali na komputerze czy pili piwo. Dzięki temu podtrzymywałem i budowałem silne ciało. Następny był arm wrestling. To co na pewno z tego wyniosłem, to czas reakcji. Wszystkie starty były na komendę „ready, go”. Kto pierwszy, ten lepszy – startując lepiej w ułamku sekundy, można było narzucić swoją technikę i rodzaj siłowania. Czuję teraz, że choć na blokach nie mam techniki i mocy w nogach, czas reakcji jest porównywalny z ludźmi, którzy robią to od wielu lat. Na końcu crossfit, który podtrzymał moje ciało w dobrym zdrowiu. Dał mi olbrzymią wiedzę o systemach energetycznych, o pracy funkcjonalnej. Dzięki niemu poznałem swoje ciało. Wszystko przychodzi mi łatwiej. Moje ciało jest w niezłym stanie. Trochę w pierwszym sezonie przegiąłem, ale teraz wiem, co jest ważne, na czym się skupić i jakie mam słabości. Skąd czerpie Pan motywację? Czytając Pana wpisy, jestem pewien, że wierzy Pan w powodzenie tego projektu od początku do końca, ale na pewno przychodzą chwilę, gdy zastanawia się Pan czy ta walka ma sens. Tę siłę daje mi Bóg. Jestem osobą wierzącą. Jeśli pojawiają się złe momenty, rozmawiam z Bogiem. Biorę Pismo Święte do ręki i czytam. Na każdym kroku Bóg, który czuje, że jest ze mną, mówi, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli tylko się w niego wierzy. Mam najlepszego trenera i motywatora na świecie. W trudnych chwilach on mnie pociesza i daje mi siłę. Wiem też, że talent, który mam do sportu, nie boję się tego powiedzieć, mam od niego, sam sobie tego nie dałem. Wiara jest dla mnie absolutnie numerem jeden, jeśli chodzi o motywację. Co jeśli projekt się nie uda? Po drodze mogą pojawić się kontuzje i inne przeciwności, ale pytam o sytuację, w której z czysto sportowych względów okaże się, że jest Pan za słaby? Jeśli Pan pyta o Tokio za dwa lata, to jeśli będę w odpowiednim stanie fizycznym i mentalnym, to już podjąłem decyzję, że spróbujemy z Paryżem. Jeśli trochę mi zabraknie, głównie ze względu na zbyt mało czasu, dalej będzie mi to sprawiało frajdę i będę czuł, że chcę, to będę walczył dalej.
[caption id="attachment_57636" align="aligncenter" width="1254"] fot: istockphoto.com[/caption] [h2]Sport, siłownia, poranny czy nocny jogging w obecnych czasach na stałe wpisały się w nasz codzienny plan dnia. Żyjemy szybciej, intensywniej, chcemy osiągnąć więcej. Mamy coraz większe wymagania, w tym wymagania wzrokowe. Żyjemy również w czasach epidemii krótkowzroczności – wady wzroku, która nieskorygowana nie pozwala nam widzieć wyraźnie z daleka.[/h2] Każdy z nas raz w roku powinien zostać przebadany przez okulistę i optometrystę. Perfekcyjne pomiary narządu wzroku i prawidłowa korekcja wad wzroku, uwzględniające widzenie przestrzenne, nie tylko poprawiają komfort naszego życia i zapewniają precyzyjną ostrość wzroku oraz pozwalają na pełne korzystanie z naszego najważniejszego zmysłu, ale są też kluczowym elementem chroniącym przed kontuzjami, które niestety zdarzają się w każdym sporcie. Osoby aktywne fizycznie mogą wybrać okulary sportowe lub nowoczesne jednodniowe soczewki kontaktowe. Znakomitym rozwiązaniem są również zabiegi chirurgii refrakcyjnej. Zabiegi laserowej korekcji wad wzroku w ciągu kilkuminutowej procedury, poprzez modelowanie rogówki zgodnie z indywidualnie dobraną procedurą laserową, pozwalają zniwelować większość wad wzroku. [h3]Jak dbać o oczy podczas biegania?[/h3] To jest bardzo dobre i złożone pytanie. Podstawą dobrostanu i harmonii na powierzchni oka jest prawidłowy skład filmu łzowego, czyli naszych łez. Łzy zbudowane są z frakcji mucynowo-wodnej oraz lipidowej, ich prawidłowy skład wpływa nie tylko na komfort, ale także na dobrą i stabilną ostrość wzroku. To między innymi przez zaburzenia w składzie filmu łzowego, w trakcie biegania jedne oczy łzawią podczas wietrznej pogody, inne odczuwają dyskomfort i suchość. Każdy z nas, nie tylko osoby aktywne fizycznie, powinien stosować zarówno higienę brzegów powiek oraz indywidualnie dobrane krople nawilżające bez konserwantów. Ochrona oczu w trakcie biegania zależy od warunków pogodowych. Biegając w deszczu, należy stosować okulary ochronne (można w nich również wstawić szkła korekcyjne) z powłoką chroniącą przeciw zaparowaniu. W dni mgliste dobrym rozwiązaniem są szkła z filtrem typu „anty-fog”. W dni słoneczne, nie tylko latem, ale także zimą, niezbędne są posiadające filtry UV czy filtr polaryzacyjny (eliminujący odbicia od powierzchni płaskich) okulary przeciwsłoneczne. Czapka z daszkiem również dodatkowo poprawi nasz komfort podczas biegania. Zaawansowane technologie pozwalają na optymalne dopasowanie konstrukcji soczewek do opraw o wysokiej krzywiźnie bazowej, uwzględniając indywidualne parametry pacjenta, dzięki czemu uzyskujemy nieskazitelny obraz w soczewkach jednoogniskowych i progresywnych oraz naturalne widzenie podczas uprawiania sportu i zajęć rekreacyjnych. W celu zoptymalizowania soczewek do opraw sportowych, stosuje się nowoczesną kompensację pryzmatyczną. [h3]Przewaga chirurgii refrakcyjnej nad okularami[/h3] Każda forma korekcji wady wzroku ma swoje codzienne pozytywne implikacje. Niewątpliwą zaletą okularów jest ich nowoczesny design i precyzyjna optyka. Mogą one jednak ograniczać pole widzenia i nie spełniać naszych wymagań wzrokowych, szczególnie podczas dynamicznych aktywności fizycznych. Zaletą soczewek kontaktowych jest to, iż nie parują oraz pozwalają „ukryć wadę wzroku”, ale ich użytkowanie w sportach wodnych czy pod prysznicem w siłowni jest nie wskazane, gdyż może prowadzić do powikłań w tym m.in. groźnych zapaleń rogówki. Największą zaletą zabiegu chirurgii refrakcyjnej jest to, że oferuje nam życie bez okularów i soczewek kontaktowych. Krótki zabieg laserowy pozwala zapomnieć o wadzie wzroku, zapewniając bardzo dobrą ostrość wzroku w każdych warunkach. Należy podkreślić, iż dzięki kompleksowym badaniom kwalifikacyjnym, uwzględniającym stan powierzchni oka oraz wiedzy specjalistów, zabiegi z użyciem nowoczesnych urządzeń są w chwili obecnej procedurami w pełni bezpiecznymi i precyzyjnymi.
[h2]Ogłaszamy Plebiscyt na Biegacza i Biegaczkę 100-lecia! Spośród wielu wybitnych sportowców nominowaliśmy 12 kobiet i 12 mężczyzn, którzy zdaniem naszej Redakcji zasługują na tytuł Biegaczki lub Biegacza 100-lecia. Do Was będzie należało wyłonienie zwycięzców Plebiscytu. [/h2] Co należy zrobić? Do 30 listopada zagłosuj w Plebiscycie na sportowców, którzy Twoim zdaniem powinni znaleźć się na liście najwybitniejszych Biegaczy 100-lecia (w formularzu należy zaznaczyć po 5 nazwisk w każdej kategorii). Wiemy również, że sukcesy zawodników są ściśle związane z działalnością trenerów, dlatego ich także zapragnęliśmy wyróżnić. W związku z tym do udziału w Plebiscycie pragniemy zaangażować dziennikarzy sportowych, którzy wybiorą biegowego Trenera 100-lecia. Pełne sylwetki nominowanych do Plebiscytu sportowców i trenerów oraz ciekawostki na ich temat znajdziesz w specjalnie na tę okazję przygotowanym e-wydaniu BIEGANIA. Pobierz ZA DARMO: W Plebiscycie można oddać swój głos jeden raz w ciągu 24 godzin. Po upływie tego czasu, możesz zagłosować ponownie. UWAGA! Głosując w Plebiscycie, możesz wziąć udział w konkursie i zgarnąć jedną ze 100 nagród! Regulamin konkursu Regulamin Plebiscytu
Lonah Chemtai Salpeter, Kenijka biegająca w barwach Izraela, wygrała maraton we Florencji z bardzo dobrym czasem - 2:24:17. Wśród mężczyzn zwyciężył Ali Abdi Gelelchu, Etiopczyk reprezentujący Bahrajn - 2:11:32.
[h6]Fot. istockphoto.com[/h6] [h2]Roztrenowanie, czyli okres przerwy od reżimu treningowego, stosuje wielu zawodników bez względu na ich poziom sportowy. To czas, kiedy biegacz robi wszystko, poza bieganiem. Czy jednak każdy potrzebuje roztrenowania?[/h2] Po zakończeniu sezonu jesiennych startów słowem, które w biegowym świecie robi furorę jest "roztrenowanie". Nawet biegacze amatorzy na pewno wielokrotnie spotkali się z tym terminem i być może zastanawiają się, czy jest im potrzebne i o co w tym całym roztrenowaniu chodzi? Postaram się rozwiać przynajmniej niektóre wątpliwości. Według różnych szkół okres roztrenowania, czyli przerwy od klasycznego reżimu treningowego, może trwać od kilku dni do nawet 3 tygodni. W tym czasie zawodnik może robić w zasadzie co chce. Są tacy, którzy pomimo roztrenowania wychodzą potruchtać co 2-3 dni, inni poświęcają ten czas na inne formy aktywności, jak np. pływanie, a jeszcze inni nie robią praktycznie nic, pozwalając sobie całkowicie odpocząć od treningowego reżimu. Oczywiście w historii biegania znajdziemy też zawodników, dla których roztrenowanie to 1-2 dni przerwy, ale jest to raczej niestandardowe podejście. Dziś jednak skupimy się na roztrenowaniu z perspektywy amatora - czy w ogóle ma sens i dlaczego? Z punktu widzenia biegowego amatora roztrenowanie może wydawać się okresem zmarnowanego czasu. Na ogół i tak go nam brakuje na wykonanie regularnego planu, a nagle mielibyśmy przerwać treningi na kolejne tygodnie? Ta myśl może wydawać się niektórym nie do zniesienia. I rzeczywiście w niektórych przypadkach, zwłaszcza osób, które w ciągu roku robiły sobie regularne przerwy od biegania, albo tych, którzy trenują 2-3 razy w tygodniu, roztrenowanie w zasadzie nie jest potrzebne. Ciało takiego biegacza nie musi bowiem znosić na co dzień wielkich obciążeń, po których konieczny jest okres regeneracji, by wróciło do równowagi. Sam trening pełni wówczas najczęściej rolę drugo albo trzecioplanową, w związku z czym nie zajmuje zbyt dużo czasu ani nie jest bardzo absorbujący psychicznie. Nawet u osób, które regularnie biegają 4-6 razy w tygodniu i pokonują kilkadziesiąt kilometrów klasyczne roztrenowanie może sprawiać wrażenie straty czasu i formy. Wszak na przestrzeni całego roku średnio przynajmniej 1 dzień w tygodniu mamy zupełnie wolny od biegania, co po zsumowaniu może dać nawet 2 miesiące "wolnego" w perspektywie całego roku. Dokładanie kolejnych dni do tej puli wydaje się mijać z celem, nie mamy przecież do czynienia z zawodnikiem, który doprowadza swoje ciało do granic możliwości. Czy jednak powyższe zdanie jest prawdziwe? Jako amatorzy często zapominamy o tym, że oprócz biegania wykonujemy szereg innych aktywności, które mają wpływ na nasze ciało. I sprawa dotyczy nie tylko osób pracujących fizycznie, ale także, a może zwłaszcza tych, którzy na co dzień wiele godzin spędzają w pozycji siedzącej. W przeciwieństwie do zawodowych biegaczy rzadko dbamy o takie elementy, jak właściwe rozciąganie, wzmocnienie określonych partii mięśni, ćwiczenia sprawnościowe, itp. Te wszystkie braki oraz np. napięcia czy dysbalansy mięśniowe powstające choćby na skutek długotrwałego siedzenia powodują, że nasze ciało, a zwłaszcza niektóre jego partie, muszą znosić ponadstandardowe obciążenia. Jeśli dołożymy do tego wszystkiego wymagający a do tego monotonny trening, narażamy się na ryzyko kontuzji, która może na długi czas wyeliminować nas z biegania. Z perspektywy amatora okres roztrenowania może być doskonałą okazją do wprowadzenia tego typu nowinek do swojego treningu. Poświęcając 2 czy 3 tygodnie na aktywności niezwiązane bezpośrednio z bieganiem, jesteśmy w stanie potencjalnie pomóc sobie znosić większe obciążenia w przyszłości. Ćwiczenia wzmacniające, rozciągające czy korekcyjne, które zaczniemy wykonywać w tym czasie zamiast biegania, mogą stać się z czasem uzupełnieniem naszego treningu. To także okazja do tego, by spróbować innych aktywności, które mogą okazać się pożyteczne dla naszej formy - być może właśnie dzięki roztrenowaniu odkryjemy w sobie dodatkową pasję do pływania, jazdy na rowerze czy siłowni, a te wszystkie zajęcia mogą stać się z czasem cennym uzupełnieniem treningu. [caption id="attachment_52757" align="alignnone" width="1254"] Dodatkowe rozciąganie czy trening uzupełniający to elementy, które warto wprowadzić podczas przerwy między sezonami startowymi. Fot. istock.com[/caption] Zupełnie osobną kwestią jest odpoczynek psychiczny, jaki możemy sobie zafundować podczas roztrenowania. To kolejny obszar, który amatorzy często lekceważą. Wszak bieganie, zwłaszcza, kiedy dążymy do osiągania ambitnych rezultatów, jest pod tym kątem niezwykle absorbujące i powoduje dodatkowy stres. A z nim przecież musimy radzić sobie także na co dzień i pod tym kątem nasze zasoby również mogą ulegać wyczerpaniu. Pilnowanie regularności treningów, wykonywanie intensywnych jednostek czy planowanie poszczególnych dni tak, żeby znaleźć choć chwilę na bieganie to dodatkowe źródła nerwów, które i tak fundujemy sobie przez cały rok. Roztrenowanie może być w tej sytuacji odpoczynkiem nie tylko dla mięśni, ale także dla głowy. Dzięki przerwie możemy uwolnić naszą głowę od myśli o tym, jaki kolejny trening wykonać, gdzie wystartować i jaką taktykę obrać, żeby spełnić swoje oczekiwania. Możemy też choć na jakiś czas zdjąć z siebie presję związaną z koniecznością wyjścia na trening, nawet, gdy nie mamy na to wiele czasu i sił, bo "przecież forma mi spadnie". Uwolnienie głowy od zamartwiania się bieganiem i godzenia tej aktywności z wyzwaniami dnia codziennego pozwala nabrać nieco dystansu do swojego treningu i skorygować ewentualne błędy (np. nierealne, zbyt ambitne cele względem treningowych możliwości, niewłaściwy dobór środków treningowych, zbyt duża objętość względem jakości treningów, itp.). Klasyczne roztrenowanie nie jest koniecznością dla amatora. Wiele osób i tak w trakcie sezonu zafunduje sobie różnorodne przerwy w treningu. Nie oznacza to jednak, że nie można go zrobić i że nie okaże się korzystne. To może być czas, który, choć bez biegania, da nam podstawy do tego, by wejść w przyszłości na wyższy poziom lub po prostu odpocząć od presji, jaką na siebie nakładamy. Te kilkanaście dni czy kilka tygodni przerwy potrafi także pozwolić na nowo znaleźć w sobie motywację do treningu i pogoni za własnymi marzeniami. Nie bójmy się odpoczywać - wszak to też jest nieodłączny element treningu.
[caption id="attachment_57606" align="aligncenter" width="2000"] fot: Adam Kokot[/caption] 28 listopada - 2 grudnia, Kraków to data i miejsce 16. już edycji jednego z największych i najbardziej cenionych w Polsce wydarzeń górsko - podróżniczych - Krakowskiego Festiwalu Górskiego. W przeciwieństwie do poprzednich lat, impreza potrwa aż pięć dni, z czego dwa dodatkowe - otwierające wydarzenie - przeznaczone zostaną na projekcje w ramach Międzynarodowego Konkursu Filmowego. Po pokazach w Kinie Kijów oraz Multikinie uczestnicy Festiwalu tradycyjnie spotkają się ze sobą w gościnnych murach Uniwersytetu Ekonomicznego. Pojawią się tam również wybitni alpiniści, wspinacze górscy i skałkowi, podróżnicy czy biegacze górscy. Dojdzie do licznych spotkań, warsztatów, pokazów filmowych, konkursów czy kiermaszu odzieży i sprzętu outdoorowego. Złotym Sponsorem imprezy jest Marmot - amerykańska legenda outdooru, niezwykle ceniona w środowisku górskim. Po raz kolejny pojawi się on ze swoim stoiskiem, na którym nie zabraknie niespodzianek dla festiwalowej publiczności. Tradycyjnie zorganizuje też konkurs „Szmata za Szmatę” - wymagające zawody w podciągania na drążku. Śmiałkowie wciąż są poszukiwani! Krakowski Festiwal Górski to od lat obowiązkowa pozycja na mapie górskich wydarzeń - nie tylko w Polsce. Dzięki obecności wybitnych postaci ze świata gór i szeroko rozumianego outdooru - oraz niezwykle bogatemu programowi - Festiwal cieszy się sporą renomą również poza granicami kraju. Co roku odwiedza go około 4 000 - 5 000 osób, pragnących spotkać się z zaproszonymi gośćmi i spędzić czas w towarzystwie ludzi o podobnych im pasjach i zainteresowaniach. Festiwal oferuje im dziesiątki godzin spotkań, rozmów, prelekcji, warsztatów czy możliwości zakupu sprzętu, odzieży i obuwia w promocyjnych cenach. Choć dedykowany miłośnikom gór i podróży, jest on również doskonałą platformą komunikacyjną dla osób szukających inspiracji lub dopiero zaczynających swoją przygodę ze światem outdooru. Tradycyjnie wrażenie robi lista zaproszonych gości. Dzięki staraniom organizatorów – z twórcami portalu https://wspinanie.pl na czele - 16. edycję Festiwalu odwiedzą wybitne jednostki ze świata gór. W grupie rodzimych gwiazd znajdą się tak „gorące” nazwiska jak m.in. Adam Bielecki, Andrzej Bargiel, Piotr Schab, Aleksandra Rudzińska, Marcin Świerc czy Piotr Hercog. Nie zabraknie również legend polskiego himalaizmu, z Krzysztofem Wielickim na czele. Z gości zagranicznych organizatorzy potwierdzili obecność takich osobistości jak m.in. Dani Arnold, Jerry Moffatt, Dave Macleod czy Frederic Degoulet i Helias Millerioux. Fanom dyscyplin górskich nie trzeba ich przedstawiać - mowa tu o legendach wspinaczki sprzed lat lub zawodnikach będących w aktualnej, światowej czołówce. Krakowski Festiwal Górski to jednak nie tylko okazja do spotkania swoich idoli, ale i specjalistów w wielu dziedzinach, niekoniecznie związanych zawodowo (choć często hobbistycznie) ze światem gór. Pisarze, twórcy filmowi, plastycy, fotografowie, naukowcy czy prawnicy - stanowią oni nie tylko kopalnię wiedzy merytorycznej, ale i inspirację dla osób, które chciałyby się zapoznać z nowymi dla nich dziedzinami. Podobnie jak w latach poprzednich, niezwykle ważnymi i zarazem prestiżowymi pozycjami Festiwalu będą dwa wydarzenia filmowe. W Międzynarodowym Konkursie Filmowym o nagrodę Grand Prix 16. KFG powalczy 15 zagranicznych twórców, natomiast Konkurs Filmu Polskiego, kierowany do twórców znad Wisły, liczyć będzie 13 pozycji. Pierwszy z konkursów oceniać będzie pięcioosobowe jury, w skład którego wejdzie m.in. ceniona autorka książek o tematyce górskiej, Bernadette McDonald. Jednym z flagowych punktów imprezy będzie organizowany i sponsorowany przez Marmota konkurs „Szmata za Szmatę”. Udział w rywalizacji mogą wziąć wszyscy chętni, którzy pragną zmierzyć się z konkurentami w ilości podciągnięć na specjalnym drążku. To zawody, w których liczy się nie tylko siła fizyczna, ale i odpowiednia technika, hart ducha czy …wytrzymałość psychiczna. Podobnie jak w zeszłym roku, tegoroczna edycja przewiduje dwie kategorie, w tym jedną polegającą na kultowym w środowisku wspinaczy „dawaniem ze szmaty”, czyli podciąganiem ze zwisu na jednej ręce. Drugą kategorią będzie podciąganie oburącz nachwytem, z zawieszonym przy ciele 30 kg balastem. Eliminacje do konkursu odbywać będą się w dniach 22 - 29 listopada w siedzibie firmy Raven - wyłącznego dystrybutora marki Marmot na Polskę. W przypadku wolnych miejsc lub niedyspozycji któregoś z finalistów chętni będą mogli wykonać swoją próbę już podczas imprezy; wystarczy zapytać o taką możliwość na stoisku Marmota. Dziesięć osób, które osiągną w eliminacjach najlepsze wyniki - po pięć z obu kategorii - zmierzy się ze sobą w finałowej walce o nagrody. Te będą stanowiły vouchery na odzież i sprzęt Mamrota. Finał odbędzie się ostatniego dnia Festiwalu (ndz 2 grudnia, ok. godz. 16.45), i rozdzieli dwa gwoździe programu - spotkanie z himalaistą Adamem Bieleckim oraz wręczenie nagród w konkursach filmowych. Szczegółowy Regulamin „Szmaty za Szmatę” dostępny jest w siedzibie firmy Raven oraz na stronie Patrona Medialnego konkursu - https://wspinanie.pl/wp-content/uploads/2018/11/SZMATA-ZA-SZMAT%C4%98-2018-Regulamin-Konkursu.pdf. Oprócz licznych spotkań, prezentacji, warsztatów i prelekcji tradycyjnie nie zabraknie też kiermaszu sprzętu outdoorowego, na którym będzie można nabyć specjalistyczną odzież, sprzęt i obuwie. Swoje stoisko, obok Marmota, będzie miało m.in. włoskie Aku - producent najwyższej jakości obuwia górskiego, zarazem Brązowy Sponsor 16. KFG. Na połączonych stoiskach Marmota i Aku (wspólny dystrybutor na Polskę) nie zabraknie produktów do nabycia w mocno promocyjnych cenach, jak i konkursów z nagrodami. Wystarczy spróbować swojego szczęścia w układaniu puzzli czy wiązaniu butów na czas, a - przy dobrym timingu i odrobinie szczęścia - będzie można zostać posiadaczem świetnych, specjalistycznych butów cenionego włoskiego producenta, jakim niewątpliwie jest Aku. Szczegóły konkursów dostępne będą na stoisku. Pełny program 16. Krakowskiego Festiwalu Górskiego można sprawdzić na oficjalnej stronie eventu, dostępnej pod adresem http://kfg.pl.
Advertisment ad adsense adlogger