fbpx

Wiadomości

[h2]Chcę biegać szybciej. Będę regularnie trenować. Pobiję życiówkę w maratonie. Nowy Rok to doskonała okazja do tego, żeby biegacze podejmowali ambitne postanowienia. Ale czy wybierają je prawidłowo?[/h2] "Nowy Rok - nowy ja!" - chciałoby się zakrzyknąć, by pod koniec 2020 r. móc powiedzieć sobie: "Tak, dokonałem tego!". Z tego powodu ścieżki biegowe, siłownie, prawdopodobnie także w gabinety dietetyków będą przeżywać prawdziwe oblężenie. Nowy Rok przynosi nowe nadzieje, że stare przyzwyczajenia odejdą do lamusa i na nowo, pełni energii zaczniemy zmieniać siebie. O tym, na jak długo owej energii starcza, świadczyć może fakt, że wspomniane siłownie, ścieżki biegowe i gabinety dietetyków mniej więcej od drugiego tygodnia stycznia zaczynają świecić pustkami. Ten fenomen jest jednak konieczny do tego, by być w stanie określić, kiedy ów "Nowy Rok" staje się "Starym Rokiem" - dzieje się to wtedy, gdy zaczynamy odpuszczać noworoczne postanowienia. Ja jednak w tym roku podejdę do sprawy zupełnie inaczej, a ponieważ odkryłem rewolucyjną metodę na noworoczne postanowienia, zdecydowałem się podzielić nią z naszymi Czytelnikami, aby tych, którzy nie odpuścili już po kilku dniach stycznia było więcej. Mój pomysł wziął się stąd, że, jak zapewne większość z Was, od kilku lat podejmowałem te same wyzwania na Nowy Rok. "Będę regularnie trenował", "Schudnę", "Będę zdrowiej się odżywiał", "Pobiję życiówki na wszystkich dystansach". A w grudniu przychodził Stary Rok, patrzył na mnie i listę moich postanowień i prosto w twarz wygarniał mi, jak mogłem być tak naiwny i wierzyć, że uda mi się to wszystko zrealizować. "Jak chcesz pobić jakąś życiówkę, to lepiej sobie rękawice bokserskie kup" - śmiał się bezczelnie. "Cóż za piękna regularność w treningach - naprawdę planowałeś biegać średnio 1,08 raza w tygodniu?" - szydził. "Wspaniała dieta - nie wiedziałem, że chipsy w połączeniu z piwem mają właściwości odchudzające" - jątrzył. "No, zważ się, śmiało" - judził dalej ów Stary Rok. Przez kilka lat pozostawałem niewzruszony tymi szyderstwami i oszczerstwami, choć w pełni zasadnymi, pod moim adresem. W grudniu spisywałem listę postanowień noworocznych, a raczej zmieniałem tylko cyferkę w tytule dokumentu "Lista postanowień na Nowy Rok 201X" i z entuzjazmem, radością i dreszczykiem emocji od 1 stycznia przystępowałem do ich realizacji. Co roku w okolicach 5.-6. stycznia z postanowień pozostawało na ogół już tylko wspomnienie, a za swoje niepowodzenia obwiniałem niesprzyjające sploty okoliczności, nieznośną pogodę, atakujące mnie bakterie i wirusy, Polski Związek Lekkiej Atletyki (tylko dla zasady i z przyzwyczajenia) oraz wszelkie inne fata (liczba mnoga od fatum), pechy i losy przybierające w mojej głowie głosy marudzących ignorantów i wywrotowców z niezłomnym uporem sypiących pełnymi workami proszek gaśniczy na rozżarzony płomień buchający pod kotłem moich przyszłych biegowych sukcesów. Jednak w 2020 r. nie dam się ponownie wykiwać. Nadszedł czas na zmiany! Nie, nie odkryłem sposobu na to, co zrobić, by wytrwać w regularnych treningach przez pełne 365 dni (w 2020 r. będzie jeszcze trudniej, bo ma aż 366 dni), ani jak schudnąć jedząc chipsy i popijając piwem. Nauczony doświadczeniami lat poprzednich postanowiłem zmienić... swoje noworoczne postanowienia. Otóż ogłaszam oficjalnie, że w Nowym Roku 2020 r. będę trenował nieregularnie, oleję trening uzupełniający, przytyję, będę obżerał się niezdrowym jedzeniem, aż mi zacznie uszami wychodzić i nie pobiję żadnej życiówki! Ponieważ wiem już, że im bardziej staram się wytrwać w danym postanowieniu, tym szybciej nadchodzi jakaś katastrofa, podjąłem próbę oszukania przeznaczenia, stąd zupełnie nowe wyzwania na Nowy Rok. I Was też do tego zachęcam. Mam co prawda dziwne przeczucie, że tym razem może nam być dużo łatwiej wytrwać w tych nowych postanowieniach. Ale przecież to będzie oznaczać sukces! Dołączymy do awangardowej grupki ludzi, którym udało się przez pełne 12 miesięcy przestrzegać podjętych zobowiązań! Bezlitosne statystyki pokazują, że szanse na ów sukces są mimo wszystko minimalne. Musimy się zatem przygotować na to, że Nowy Rok 2020 przyjdzie w grudniu już jako Stary Rok, by rozliczać nas z wykonania podjętych planów i śmiać się z naszej nieudolności. "Haha! Jadłeś borówki, sałatę, kaszę, popijałeś wodą i schudłeś!", "Haha, trenowałeś codziennie i pobiłeś wszystkie życiówki: niedojda, gapa, rzuca słowa na wiatr!". Może brzmi to trochę przewrotnie, ale właśnie jak najwięcej tego typu szyderstw wszystkim nam, którzy podejmą zaproponowane przeze mnie postanowienia noworoczne, za kolejne 12 miesięcy życzę!
[caption id="attachment_58392" align="aligncenter" width="1254"] fot: istock.com[/caption] [h2]Jedynie co trzydzieste postanowienie noworoczne zostaje zrealizowane. Pomimo wielu życzeń zdrowia (i jeszcze raz zdrowia!) niewiele osób rzeczywiście robi coś każdego dnia, by tym zdrowym człowiekiem się stać. Jeśli i tobie chodzi po głowie noworoczne postanowienie: zacznę biegać od 1 stycznia 2020! przeczytaj ten krótki artykuł. Jeśli znasz kogoś, kto ma takie postanowienie noworoczne, pomóż mu także. Bo wasze szanse są prawie tak niewielkie, jak przegonić Kenijczyków na maratonie. A może nie?[/h2] [h3]Zacznij od DLACZEGO?[/h3] Większość, zdecydowana większość noworocznych postanowień nie przetrwa pierwszego bólu kolan i kolejnego sezonu serialu na Netflix. Ból kolan jest idealną wymówką, by przestać biegać po pierwszych kilku treningach (dla rekordzistów: po pierwszym treningu). Dlaczego? Bo boli TERAZ, a potencjalne nie wiadomo jakie pozytywne efekty będą może KIEDYŚ, a może i nie. Zawsze mnie zdumiewa, ilu ludzi porzuca zdrowy tryb życia, czując się gorzej po pierwszym treningu. Jednocześnie nie spotkałem jeszcze człowieka, który by mówił: aj aj, ale mnie boli wysokie ciśnienie za 10 lat, oj oj, moje niewydolne serce po pięćdziesiątce, mój wylew lub udar, aj aj, boli boli. Bo nie boli TERAZ, choć jest niebezpieczne setki milionów razy bardziej, niż wszystkie medialne wypadki w czasie biegów ulicznych. Zaraz zaraz, panie autorze: jeszcze czuć magię bąbelków sylwestrowej nocy, a pan tutaj o umieraniu! Otóż to, zasada nr 1: Niech twój cel będzie sensownie opisany z mocnym DLACZEGO i DLA KOGO to robisz. Dlaczego zaczniesz biegać, a co za tym nierozerwalnie idzie: zaczniesz dbać o swoje zdrowie, o dietę, o sen, o równowagę każdego dnia i tygodnia? Dla sprawności? Dla zdrowego siebie Za 10 i 30 lat? Za sprawnego siebie za 6 miesięcy? Dla rodziny i nowych przyjaciół? Znajdź swoje dlaczego. [h3]Co się tak naprawdę zmieni, gdy… staniesz się biegaczem?[/h3] Jeśli masz już swoje DLACZEGO, powiedz go swoim najbliższym, wyjaśnij, dlaczego coś się zmieni w twoim… no właśnie, NIE w twoim życiu (choć też, ale to zbyt górnolotne, niejasne). Opisz sobie i bliskim, co zmieni się w twoim codziennym rytuale. 30 minut każdego dnia wieczorem, a może 3 razy w tygodniu przez godzinę? Będziesz wstawiać wcześniej i wszystkich będziesz budzić? A może opuścisz dotychczasowy zwyczaj gorączki sobotniej nocy i pizzy XXXXL z boczkiem, bo w niedzielę rano będziesz biegać? Będziesz ćwiczyć w grupie zaprzyjaźnionych ludzi albo pierwsze treningi z trenerem? W bagażniku zawsze będziesz wozić buty i strój biegowy? Zasada nr 2: Opisz konkretnie i precyzyjnie, CO SIĘ ZMIENI w twoim życiu każdego dnia i tygodnia. Jeśli zmieni się twój codzienny rytuał i zwyczaje, to BYCIE biegaczem stanie się elementem twojej tożsamości i postrzegania siebie, jak mawiają psycholodzy. Oczywiście bez przesady z tą tożsamością, chyba że planujesz od 1 stycznia przejść na zawodowstwo! Ale jednak wszyscy ludzie, z którymi rozmawiam o bieganiu i z którymi biegam od 5 lat, uważają się w pewnej części siebie ZA BIEGACZY, a nie tylko za ludzi, którzy biegają. Na szczęście ta wspaniała dyscyplina sportu szybko nagradza. Jeśli zaczniesz mierzyć swoje zmiany, zobaczysz mnóstwo dobrej zmiany. Kondycja już czeka, by do ciebie przyjść! Zasada nr 3: Mierz zmiany i progres, użyj dowolną aplikację lub inną formę obserwowania twojego postępu, by nie oszukiwać siebie, ale być z siebie dumną / dumnym! Co mierzyć? Liczbę treningów, czas treningów, dystans, tempo, przyrosty w czasie tych wymienionych oraz: wagę (tutaj już niekoniecznie przyrost), poziom nawodnienia i liczbę posiłków dziennie. [h3]Magia 1 stycznia?[/h3] Czy 1 stycznia jest lepszy, żeby zacząć biegać, niż 11 października lub 6 marca? Złośliwie powiem, ze nawet gorszy, bo dosłownie 1 stycznia to chyba raczej nie przebiegniesz nic, jeśli do trzeciej w nocy ze znajomymi po raz setny ćwiczyliście DZIESIEĆ! DZIEWIĘĆ! OSIEM… scenszliweego noowego rooku! No to może 2 stycznia rano? A nie, bo do pracy trzeba iść. To może w pierwszy weekend po nowym roku? A kto pranie zrobi i kto się za mnie wypakuje… No to kiedy? Patrząc na ludzi, którzy rozpoczęli swoja drogę budowania nawyku aktywność sportowej, widzę że łączyli wytrwałość z konsekwencją POMIMO porażek a nie DZIĘKI TEMU ŻE ICH NIE MIELI. Co to jest porażka? W przypadku zawodowych biegaczy, którzy, jeśli z niewiadomych powodów czytają ten artykuł, serdecznie pozdrawiam (na mecie jesteście ZAWSZE przede mną ;-) Więc w przypadku zawodowców porażką jest przybiec na metę jako nr 2 lub z czasem o 17 sekund poniżej życiówki. Ale w przypadku tych z was, którzy zaczynają (dla was jest ten artykuł), porażką WYDAWAŁO BY SIĘ przerwanie cyklu treningowego od magicznej, ustalonej daty. Przykładowo: moje postanowienie noworoczne: od 1 stycznia codziennie biegam 10 km! Ups, 1 stycznia 2020 nie przebiegłem nawet 100 metrów, bo mnie bolała głowa. Trudno, pozamiatane, czekam na 1 stycznia 2021 i wtedy znów zacznę. Oczywiście nie! Data jest dla ciebie, a nie ty dla daty. Zasada nr 4: Ominąłeś trening POMIMO że go zaplanowałeś zgodnie z noworocznym postanowieniem? Trudno – biegniesz dalej i realizujesz plan tygodniowy POMIMO pojedynczej luki. Najwięcej ludzi odpuszcza po pierwszym odstępie od ustalonej reguły, zupełnie niepotrzebnie. Jeśli cel był zbyt ambitny, bądź elastyczny. Porozmawiaj z doświadczonym biegaczem. Najpierw wiedza, potem trening, a najlepiej równolegle wiedza i trening. Jaka wiedza? Oczywiście o bieganiu, typach treningów dla początkujących. Ale także o budowaniu nawyków. Wielu twierdzi, że wystarczy coś robić 30 dni, a stanie się nawykowe, czyli… proste. Niekoniecznie! Dobry nawyk jest wynikiem zainteresowania i wytrwałości, który przekształca się w pozytywny rytuał, który buduje twoją siłę i dodaje ci zdrowia i wiedzy. Zły nawyk jest połączeniem przyjemności i bezrefleksyjności, którzy przekształca się w twojego wewnętrznego wroga, który kradnie ci czas i zdrowie. Zasada 5: Wiedza o nawykach rozwija się tak szybko, jak na rynku pojawiają się nowe modele sportowych zegarków. Poczytaj, poszukaj i zainspiruj się – przyda ci się szybciej, niż się spodziewasz. Najgorszą rzeczą w postanowieniach noworocznych jest ich sztywność i dlatego jestem ich gorącym przeciwnikiem. Jeśli jednak ty nadal, z niewyjaśnionych powodów CHCESZ zacząć biegać od nowego roku, przyjmij ode mnie zamiast życzeń te 5 zasad: Zasada 1: Niech twój cel będzie sensownie opisany z mocnym DLACZEGO i DLA KOGO to robisz. Zasada nr 2: Opisz konkretnie i precyzyjnie, CO SIĘ ZMIENI w twoim życiu każdego dnia / tygodnia. Zasada nr 3: Mierz zmiany i progres, użyj dowolną aplikację lub inną formę obserwowania twojego postępu, by nie oszukiwać siebie, ale być z siebie dumną / dumnym! Zasada nr 4: Ominąłeś trening POMIMO że go zaplanowałeś zgodnie z noworocznym postanowieniem? Trudno – biegniesz dalej i realizujesz plan tygodniowy POMIMO pojedynczej luki. Zasada 5: Wiedza o nawykach przyda ci się szybciej, niż się spodziewasz.
[h2]Oferta słuchawek bezprzewodowych jest w tym momencie dosyć szeroka w cenie od 50 do 1000 zł. Jeśli szukasz czegoś do biegania, treningu na siłowni lub na rower, dostępne są różne rodzaje zestawów „bezprzewodowych“ - słuchawki całkowicie bezprzewodowe lub połączone ze sobą kabelkiem. Obie wersje łączą się ze żródłem dżwięku (telefonem, zegarkiem, urządzeniem mp3 ) przez Bluetooth.[/h2] Początkowo wydawało mi się, że „true wirless“ to już będzie prawdziwie szczytowe rozwiązanie technologiczne dla osoby aktywnej sportowo. Oczywiście jeśli chodzi o możliwość słuchania muzyki lub audiobooka podczas treningu. Bo czego chcieć więcej, niż mieć jak najmniejszą słuchawkę i to jeszcze bez dodatkowych plączących się kabelków. Jednak po kilku miesiącach użytkowania obu modeli doszłam do wniosku, że oba typy mają swoje plusy i minusy. Testując wzięłam pod uwagę cechy, które wydają mi się najważniejszym kryterium doboru odpowiednich słuchawek sportowych. [h3]Wygoda użytkowania[/h3] Creative Outlier Active to słuchawki douszne, które ważą zaledwie 15 g, a przewód je łączący jest miękki i płaski, żeby nie obcierał szyi. W zestawie jest kilka rozmiarów dousznych gumek i wkładek, żeby dopasować ich odpowiednią wielkość do budowy ucha. Jeśli uda się dobrać dobry rozmiar słuchawki pewnie „siedzą“ w uchu i tylko przy większych manewrach głową mogą się wysunąć. Na jazdę rowerem lub spacer ta wersja słuchawek jest wygodna. Kabelek nie przeszkadza a wręcz może być przydatny, kiedy jednym ruchem chcemy pozbyć się ich z uszu, ale pozostają pod ręką i nie trzeba ich nigdzie utykać po kieszeniach. Przy bieganiu mogą trochę irytować, kiedy kabel skacze i uderza o szyję, poza tym trochę się przesuwa podczas ruchu, więc trzeba go poprawiać. Takiego problemu nie ma z całkowicie bezprzewodowymi Creative Outlier Air. W zestawie są 2 rozmiary gumowych końcówek i jak dobrze je dopasujemy to słuchawki grzecznie układają się w uchu. Jak się na dobre zagnieżdżą, to można skakać, biegać, kręcić na rowerze i nie ma strachu, że wypadną. Ważą po 5 g każda, więc praktycznie ich nie czuć. Problemem może być tylko mechaniczne sterowanie nimi, bo poprzez docisk łatwo jest zmienić ich ułożenie a dodatkowo może to być bolesne dla ucha. Niewątpliwie jednak plusem jest brak kabelka, bo podczas aktywności nic się nie przesuwa czy ciągnie i mamy absolutną swobodę ruchu. Producent do wersji Air Sports dodał specjalną materiałową opaskę na rękę . Jeśli chcemy pozbyć się słuchawek z uszu podczas treningu, można schować je do kieszonki w opasce lub innej w swoim stroju. [h3]Jakość dźwięku[/h3] Jeśli słuchawki Outlier Active dopasujemy do ucha to potrafią się tak „wkleić“, że skutecznie wyciszają dźwięki z zewnątrz a jakość odsłuchu jest bardzo dobra. Wyposażone są w technologię ClearSpeech™, dzięki której wszystkie dźwięki są wyraźne i pozbawione zakłóceń. Podczas dłuższej jazdy rowerem lub biegu blisko ruchliwej ulicy zazwyczaj używam (na zmiane ) tylko jednej ze słuchawek, żeby mieć lepszą orientację w sytuacji i nie stwarzać zagrożenia całkowitą izolacją dźwiękową od otoczenia. Z Outlier Air Sports jest trochę inaczej. Bazowe gumki na membranę są jak uszczelki. Słuchawka dosłownie zasysa się w uchu i jesteś jak w bańce. Jeśli słuchasz muzyki siedząc na kanapie to ten efekt pozwala cieszyć się muzą na 100%. Ale na rowerze a zwłaszcza podczas biegu lub intensywnego ruchu podciśnienie tworzącę się w bębenkach jest męczące i wzmacnia pogłos każdego dotknięcia ziemi. Na szczęście wersja Air Sports ma w zestawie dodatkowe mini gumeczki. One rozwiązują ten problem rezonansu i wystarczająco kleją słuchawkę w uchu, żeby nie wypadły. Oczywiście dzięki mniejszemu uszczelnieniu lepiej docierają dźwięki z zewnątrz. Co z jednej strony jest bezpieczniejsze i zmniejszamy szansę zderzenia z TIRem, ale skutkuje też słabszym dźwiękiem. Coś za coś, ale osobiście wolę rozwiązanie z mniejszymi gumkami czyli trochę słabszy odbiór a lepszy kontakt z otoczeniem. [h3]Sterowanie, łączność, bateria[/h3] Sposób obsługi obu modeli jest bardzo prosty. Można sterować połączeniem rozmowy lub odtwarzaniem za pomocą docisku słuchawki (Air Sports) lub pilota na kablu (Outlier Active). O tym docisku w Airach już pisałam, że mógłby być trochę bardziej czuły (może poprawią w następnej generacji). Komunikacja słuchawek z nadajnikiem dźwięku poprzez BT jest bardzo dobra, jeśli oczywiście są wystarczająco blisko siebie (do 10m) i nie dzieli ich jakiś ekran. W każdym razie nigdy nie było problemu z łącznością, kiedy słuchawki były w uszach a telefon lub zegarek w zasięgu (na ręku, w kieszeni, plecaku czy mocowaniu na rowerze) Air Sports korzystają z najnowszego BT 5.0 a wersja Active z BT 4.1. Czas działania słuchawek Outlier Active na jednym ładowaniu jest tak długi, że można zapomnieć o ładowarce (do 10 godzin) Podczas całodziennej wyprawy, kiedy muzyka lub nawigacja były cały czas w uszach, nie zabrakło prądu. Ładowanie do pełnej mocy ok.2-3 godzin. Słuchawki Outlier Air Sports działają na pojedynczym ładowaniu ok. 10 h, ale przenośny futerał - akumulator zapewnia co najmniej 2x full doładowanie (1-2 godziny), więc w sumie mamy mobilny zestaw , który pozwala na 30 godzin aktywności słuchawek. Jest dobrze. [h3]Wykonanie i wodoodporność[/h3] Wygląd i wykonanie zostawiłam na koniec, bo tu nie ma za bardzo o czym dyskutować. Prosty i estetyczny wygląd, wykonane z dobrych materiałów i przyjemne w dotyku. Oba modele mają dość wysoki współczynnik odporności na pot i wilgoć. Outlier Active – IPX4 a Outlier Air Sports IPX5. Przy normalnym użytkowaniu, w średnich temperaturach otoczenia, zmiennej aurze (czasem słońce czasem deszcz) nigdy nie było problemu z działaniem. Jeśli nie będziesz ich zalewać codziennie hektolitrami potu powinny długo i dzielnie służyć. Teraz pojawia się pytanie jaki ostatecznie typ wybrać? Z tą decyzją już Was zostawiam, bo to indywidulna kwestia jakie cechy są bardziej istotne dla konkretnego użytkownika. Jaką funkcjonalność cenisz sobie w słuchawkach sportowych najbardziej. Te dwa modele to sensowna jakość w rozsądnej cenie, ale to tylko przykłady z morza możliwości jakie są dostępne na rynku. A jak już o cenie mowa, to Cretive Outlier Active można w tej chwili już mieć od 129 zł, a Outlier Air Sports od 338 zł.
[h2]Biegać zaczął, kiedy już z trudem zapinał guziki w koszuli, którą zakładał do pracy w korporacji. Miał po prostu dość przybierania na wadze. Treningi go wciągnęły i wtedy postanowił, że to całe bieganie dobrze będzie połączyć z podróżowaniem. Ukończył więc Koronę Maratonów i Półmaratonów Polski oraz World Marathon Majors. W pewnym momencie postanowił, żeby na biegowo zwiedzić cały świat. I tak narodził się projekt 249challenge.[/h2] Wojciech Machnik teraz nie biega po to, żeby osiągać coraz lepsze ,,życiówki". Nie wykonuje systematycznych treningów, gdyż realizując swoje zamierzenia, zwyczajnie nie ma na to czasu. Jego rekordy życiowe wyglądają następująco: 5 km - 21:03, 10 km - 49:01, półmaraton - 1:50:51, maraton - 4:28:26. W trakcie biegu robi zdjęcia, nagrywa filmy i zwyczajnie cieszy się atmosferą zawodów oraz podziwia okoliczne krajobrazy. Twierdzi, że jak spełni wszystkie swoje marzenia związane z podróżowaniem, to wtedy powalczy o nowe ,,życiówki". [h3]Projekt 249challenge[/h3] - Projekt 249 ma kilka założeń - opowiada Wojciech Machnik. - Powstał z połączenia dwóch pasji: podróżowania i biegania. 249, to liczba krajów oparta o standard ISO 3316 – czyli świat w wersji poszerzonej. Bo na dziś mamy 196 krajów, plus dodatkowo różne terytoria zamorskie, zależne, niezależne, rejony autonomiczne etc. To właśnie reguluje ww norma ISO i na tym oparłem mój projekt. Założenie jest proste. Chciałbym pojechać do każdego kraju świata i pobiec tam maraton. Jeżeli nie jest on w danym państwie organizowany, to chcę przynajmniej zrobić tam coś pożytecznego dla lokalnej społeczności. Pomysł powstał po ukończeniu wcześniejszych projektów biegowych (Korona Maratonów i Półmaratonów Polskich, World Marathon Majors). Zajmowały mi one od roku do dwóch lat i musiałem szukać następnych celów biegowych. Równolegle zacząłem zaliczać też kolejne kontynenty w ramach Korony Maratonów Świata. Jednak kontynentów jest tylko 7, z których 6 już mam zaliczone, więc wiedziałem, że w pewnym momencie zrealizuję ten pomysł i co dalej? Lubię mieć w życiu wszystko poukładane. Zarówno cele biznesowe jak i sportowe staram się dobrze rozplanować i konsekwentnie realizować. To taka przypadłość z pracy przy projektach wyniesiona z korporacji i przetransponowana na grunt sportowy. Od zawsze miałem marzenie, żeby pojechać do każdego kraju świata. Konsekwentnie dodaje kolejne odwiedzone państwa do aplikacji, która tworzy moją prywatną mapę świata. Maratony idealnie uzupełniły grafik podróży, bo określiły konkretne daty wyjazdów do kolejnych miejsc. [h3]Ruszyć się z kanapy[/h3] Wojciech Machnik zaczął biegać na początku 2013 roku. Po prostu w pewnym momencie spontanicznie wyszedł potruchtać. Praca w banku oraz firmach ubezpieczeniowych i siedzący tryb życia spowodowały, że coraz bardziej zaczął przybierać na wadze. - W momencie, kiedy ciężko mi było zapiąć guzik w koszuli stwierdziłem, że coś z tym trzeba zrobić - mówi. - Uważałem, że ,,PESEL" oraz dotychczasowy, statyczny styl życia nic dobrego mi nie przyniesie. Do 2013 roku miałem bardzo długą przerwę ze sportem, bo w zasadzie od ukończenia liceum wszelkie aktywności sportowe występowały tylko okazjonalnie. Bieganie początkowo było dla mnie taką odskocznią od ciągłej gonitwy, którą praca w korporacji fundowała mi każdego dnia. Chciałem też zrzucić parę kilogramów i tak to wszystko się zaczęło. Od symbolicznych kilku kilometrów pokonanych wieczorami zupełnie na luzie, aż do pierwszego startu w maratonie. Z czasem bieganie stało się moim stylem życia. Pasją, dla której rzuciłem dobrze płatną prace w ,,korpo" i przerobiłem na biznes, który stanowi dziś moje źródło utrzymania, miejsce gdzie poznałem wielu wspaniałych ludzi i coś co dostarczyło mi tyle emocji, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć – warto było. Teraz w miarę postępu projektu i coraz większej ilości spraw, które na bieżąco muszę załatwić, zwyczajnie brakuje mi czasu na treningi między maratonami. W ciągu ostatniego roku przebiegłem 64 maratony w 62 krajach i 2 terytoriach zamorskich – co daje start w biegu średnio co 5-6 dni w innym kraju. Jeszcze trzeba się przemieszczać, więc w końcowej fazie ograniczam się tylko do masażu, jak tylko jest taka okazja. [h3]Bieganie i podróżowanie[/h3] Panu Wojtkowi trudno jest dokładnie ocenić, kiedy dokładnie narodził się pomysł, żeby pobiegać we wszystkich krajach świata. Być może miał swój zalążek w styczniu 2016 roku podczas podróży do Maroka. Wtedy Machnik zrealizował swój pierwszy zagraniczny maraton w Marrakeszu. Jednak nie wymyślił jeszcze oficjalnej nazwy, loga ani założeń projektu. Zakładał tylko, że to nie będzie jego ostatni bieg zagranicą. Miały być kolejne starty w innych krajach i wiedział, że na tym jednym się nie skończy. - Projekt 249challenge sformalizował się w maju 2018 roku - wspomina Wojciech Machnik. - Wtedy oficjalnie ogłosiłem, co mam zamiar zrobić. Powstała oferta dla sponsorów, otrzymałem patronat medialny i wtedy zaczęły się pierwsze wywiady dla mediów. Lubię statystyki i cyferki. To taka kolejna przypadłość ex bankowca. Na dziś ukończyłem 82 maratony na 6 kontynentach. Natomiast jeżeli chodzi o postęp 249challenge to dziś jest 73/249 – gdyż nie każdy mój start był w innym kraju. W projekcie nie zakładam żadnych ram czasowych. Jedyne co mnie do tej pory limitowało to 365 dni, w których chciałem ukończyć jak najwięcej maratonów w różnych krajach i pobić rekord świata. 249challenge to typowy projekt lifestylowy. Ja biegam dla przyjemności, nie nastawiam się na robienie życiówek, bo wtedy umyka dużo ciekawych rzeczy. Byłem w bardzo rzadko odwiedzanych krajach jak np. Nigeria, Benin, Lesotho czy Królestwo Eswatini, do których zapewne szybko nie wrócę. Staram się więc zebrać dużo materiału, żeby po przyjeździe było co wspominać. Można stwierdzić, że projekt zabiera mnie cały czas do nowych miejsc. Na dziś byłem w 115 krajach i ta liczba ciągle rośnie. [h3]Cel charytatywny[/h3] Wojciech Machnik nie chce tylko ,,nabijać" kolejnych kilometrów i odhaczać na mapie coraz to nowe miejsca, w których pobiegł. Oczywiście kocha podróżować, uwielbia bieganie, jednak realizacja jego marzeń ma mieć głębszy wymiar. Nie zależy mu tylko na podbijaniu statystyk, ale chce przy okazji wyzwania dać innym coś od siebie. - To jest projekt wielopłaszczyznowy - przekonuje. - Na dziś koncentruję się głównie na bieganiu, dopóki są kraje gdzie organizuje się oficjalne maratony. Jednak widzę też, że w miarę postępu wyzwania szybko ubywa łatwo dostępnych krajów. W przyszłym roku na pewno odwiedzę mniej miejsc, ale za to ze względu na dostępność planuje spędzić tam więcej czasu i to będzie dobra okazja, aby wdrożyć cele charytatywne. W lutym przed maratonem w Nigerii dyrektor biegu poprosiła mnie i innych zawodników, żeby w miarę możliwości przywieźć buty biegowe i ubrania, których już nie używamy, jako wsparcie dla lokalnych biegaczy. Każdy zostawił to co mógł, a rzeczy rozeszły się w mgnieniu oka. [h3]Logistyka, wsparcie, finanse[/h3] Wojciech Machnik stara się zarządzać swoim grafikiem bardzo elastycznie. Dużo czasu zajmuje mu samo podróżowanie od jednego państwa do kolejnego. Bywa tak, że w ciągu jednego dnia ma np. 3 loty z przesiadkami. Czasami przemieszczenie się z jednego miejsca w drugie zajmuje ponad 24h. - Wtedy automatycznie skraca się czas na zwiedzanie - mówi. - Czasami przylatuję do jakiegoś kraju na 1 dzień, tylko na sam maraton. Tak robię, gdy już wcześniej odwiedziłem dane miejsce. Wtedy zaoszczędzony czas przeznaczam na podróżowanie po innych państwach, czyli tych w których wcześniej nie byłem. Ważne jest dla mnie wsparcie partnerów. Nad moim projektem patronat objął National Geografic Traveler, jak również jest kilka firm i sponsorów, z którymi współpracuję. Jednak cały czas prowadzę zdalnie firmę. Finansowanie projektu w największej części pochodzi z własnych środków. Wiele osób jako mój zdalny team, wspierało challenge z poziomu Polski i bez ich pomoc byłoby mi o wiele ciężej. Na zakończenie projektu lista podziękowań będzie bardzo długa. Bardzo trudno jest zbierać pieniądze na realizację wyzwania. Wiele osób ma ciekawe pomysły, najbardziej znane firmy sportowe dostają codziennie setki maili od osób proszących o wsparcie. Nawet nie wiem ile ja wysłałem wiadomości do potencjalnych sponsorów. Czasami był brak odpowiedzi, albo uprzejme „nie”. Realizuję projekt częściowo przy wsparciu partnerów, jednak większa część finansowania pochodzi z moich własnych środków. Wojtek prowadzi biuro podróży, które zajmuje się organizacją wyjazdów na maratony, więc na kilka etapów projektu zorganizował wyjazdy komercyjne dla innych biegaczy. I tak z różnych źródeł udaje  się realizować projekt. [h3]Cele i marzenia[/h3] Wojciech Machnik lubi wyzwania. Jasno określa cel, rozpisuje plan jego realizacji, a następnie zbiera fundusze, żeby wszystko zagrało. Jak widać jego marzenia są bardzo ambitne, jednak to nie znaczy, że niemożliwe do wykonania. Chce też zawieszać sobie wysoko poprzeczkę. Planuje napisać książkę, która będzie traktowała o jego biegowych podróżach. - Moje wyzwanie 249challenge to projekt, którym chciałbym ukończyć maraton w każdym kraju świata - opowiada pan Wojciech. - Ze względu na sprzyjające okoliczności związane z licznymi wyjazdami powstał podprojekt, który miał na celu ukończenie jak największej liczby maratonów w różnych krajach w ciągu roku. Zaraz na początku wyzwania, w sierpniu 2018 roku poznałem rekordzistę świata, który przebiegł 58 maratonów w 58 krajach w 12 miesięcy. Mnie udało się pobić jego wynik o 4 i teraz nowy rekord świata wynosi 62 maratony w 62 krajach w 365 dni. Rekord Guinnessa nie zawsze idzie w parze z rekordem świata. ,,Guinness" to niezależny biznes, który rządzi się swoimi prawami i wytycznymi. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa w moim wyzwaniu. Do końca roku planuje poprawić swój wynik i jak definitywnie zakończę ten podprojekt, to wyślę dokumenty do biura Księgi Rekordów Guinnessa. Na dziś cieszę się z tego, że udało mi się ustanowić nowy rekord świata, który został formalnie uznany. [h3]Podróż przez życie[/h3] Wojciech Machnik podróżuje już od ponad 20 lat. Przez ten czas odwiedził 115 krajów. Zdarzało się, że święta spędzał poza Polską. Mimo, że rodzina już się do tego przyzwyczaiła, to jednak najbliżsi zawsze pytają pana Wojtka o jego stan zdrowia. Przecież startowanie na dystansie maratonu średnio co 5-6 dni jest sporym wysiłkiem. Podczas wyjazdów Machnik zawsze utrzymuje częsty kontakt z rodziną poprzez komunikatory i media społecznościowe. - Przepracowałem 12 lat w korporacjach związanych z finansami, przebrnąłem całą ścieżkę kariery od doradcy, przez menedżera, aż do stanowisk dyrektorskich - mówi. - Jednak na pewnym etapie stwierdziłem, że praca w ,,korpo", to już nie jest to co chcę robić. Więcej rzeczy mnie ograniczało niż rozwijało. I wtedy podjąłem decyzję o odejściu i otworzeniu biura podróży, które da mi możliwość realizowania się w obszarach zarówno podróżniczych, jak i biegowych. Bazując na moim doświadczeniu zacząłem organizować wyjazdy motywacyjne (incentive travel) dla firm, jak również podpatrując moich kolegów z zagranicy, wyjazdy typu marathon tours, gdzie głównym punktem podróży jest udział w maratonie i dodatkowo oprócz biegania można sobie pozwiedzać. Zacząłem też współpracę w zakresie dystrybucji pakietów startowych z niektórymi organizatorami biegów wchodzących w skład World Marathon Majors. Turystyka maratonowa to jest bardzo niszowy sektor, aczkolwiek dynamicznie się rozwijający. Coraz więcej Polaków zaczyna biegać za granicą, więc widzę tu duży potencjał do rozwoju. [h3]Plany na przyszłość[/h3] - Do końca roku nadal będę biegał co tydzień. Jeżeli wszystko uda się dokładnie zrealizować, to wtedy następnym celem będzie ustanowienie nowego rekordu, czyli pokonanie w ciągu roku 66-67 maratonów, każdy w innym kraju. Potem przyjdzie czas na 100 państw. Jak się uda, to będę pierwszym w historii Polakiem, który zaliczy 100 maratonów w 100 krajach. Około kwietnia 2020 powinno się to udać. Poczynania Wojtka Machnika możecie śledzić na jego stronie internetowej: - http://249challenge.com Artykuł pochodzi z e-tygodnika dostępnego w aplikacji na urządzenia mobilne. Pobierz aplikację Magazyn Bieganie.
[caption id="attachment_64050" align="aligncenter" width="2800"] Yared Shegumo fot. Aleksandra Szmigiel/REPORTER[/caption] [h2]Kto był najszybszym polskim maratończykiem sezonu 2019? Czy dla polskich biegaczy długodystansowych jest jeszcze nadzieja? Przedstawiamy podsumowanie maratońskiego roku 2019.[/h2] Zapaść polskich biegów długich trwa, ale maraton pozostaje najmocniejszą biegową konkurencją w tej kategorii. Z oczywistych powodów: jest najbardziej opłacalny finansowo oraz wizerunkowo z wszystkich dystansów długich. Bycie najszybszym polskim maratończykiem to nadal prestiż. W roku 2019 zaszczyt ten przypadł biegaczowi, który jako jedyny w ostatnich kilkunastu latach zdobył medal imprezy międzynarodowej - Yaredowi Shegumo. Pochodzący z Etiopii, od 20 lat mieszkający w Polsce Yared w 2014 roku zdobył wicemistrzostwo Europy. W tym roku, w wieku 36 lat, wrócił do ścigania na wysokim poziomie, po roku walki z kontuzją. W grudniowym maratonie w Walencji osiągnął czas 2:11:40. Yared jest obecnie najbliżej wyjazdu na przyszłoroczne Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Jego rekord życiowy to 2:10:34 z roku 2013. Za jego plecami zostali utalentowani zawodnicy, którzy powoli zbliżają się do końca kariery. 37-letni rekordzista Polski, Henryk Szost, osiągnął w październiku w chińskim Wuhan czas 2:13:00. Na wiosnę w Londynie było niewiele wolniej - 2:13:13. Na trzecim miejscu listy znalazł się 33-letni Marcin Chabowski z wynikiem 2:13:10, uzyskanym w Warszawie. Na piątym - 39-letni Mariusz Giżyński (2:13:25). Trudno nie zauważyć, że polski maraton jest w tendencji schyłkowej, a po odejściu obecnej czołówki czeka nas prawdopodobnie kompletna zapaść. W pierwszej dziesiątce w Polsce znajduje się tylko trzech zawodników poniżej 30. roku życia. Najszybszy z nich jest 29-letni Adam Nowicki, piąty na tegorocznej liście, z czasem 2:13:28. Co ciekawe, tylko siedmiu polskich biegaczy pobiegło w tym roku szybciej niż rekord świata kobiet. Dzieje się tak w momencie, gdy rewolucja techniczna w projektowaniu butów spowodowała dramatyczny wzrost poziomu wynikowego na świecie, a także w polskim światku amatorskim. Wydaje się, że pozytywny wpływ butów z karbonowymi podeszwami nie dotyczy tylko polskiej czołówki. Jedynie czterech z dziesiątki najlepszych Polaków poprawiło w tym roku swój najlepszy maratoński wynik. Ja wyglądamy w stosunku do poprzednich lat? 2:11:40 Yareda to wynik lepszy niż zeszłoroczne 2:12:43 Błażeja Brzezińskiego. Jednak aby znaleźć na zakończenie sezonu czas słabszy od tych z dwóch ostatnich sezonów, musimy się cofnąć aż do roku 2009, kiedy na szczycie tabel z wynikiem 2:12:56 znalazł się Adam Draczyński. Ostatnie dwa lata są w polskim maratonie najsłabsze w dziesięcioleciu. To źle wróży na przyszłość, ale należy pamiętać, że statystykę nieco fałszuje obecność w tym czasie najszybszego polskiego maratończyka w historii, Henryka Szosta. Od 2010 roku zdominował on polski maraton, a wraz ze zbliżaniem się do końca kariery i obniżaniem poziomu przez Henryka spada także poziom konkurencji jako całości. W mijającym roku minęło 100 lat Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i z tej okazji statystycy wybrali najwybitniejszych biegaczy we wszystkich konkurencjach. Zwycięzcą w maratonie okazał się Jan Huruk, 4. w mistrzostwach świata w 1991 roku. W pierwszej dziesiątce sklasyfikowano tylko dwóch obecnie czynnych zawodników - na drugim miejscu Henryka Szosta, na czwartym Yareda Shegumo
Sammy Kitwara, jeden z najszybszych półmaratończyków w historii (58:48), został złapany na stosowaniu dopingu i zawieszony na 16 miesięcy.
[h2]Myślicie już o wakacjach albo przynajmniej o krótkim urlopie? Z myślą o Was przygotowaliśmy atrakcyjne vouchery o wartości 20 euro od linii lotniczych Wizz Air, które znajdziecie w każdym pakiecie startowym 3rd Wizz Air Katowice Half Marathon.[/h2] Oprócz voucherów w naszych pakietach znajdziecie koszulki biegowe (które zaprezentujemy Wam wkrótce) oraz inne niespodzianki. Dodatkowo czeka na Was moc pozytywnych sportowych emocji, ale o tym wiecie najlepiej. Przypominamy, że wszystkie vouchery, które były w pakiecie 2nd Wizz Air Katowice Half Marathon można wykorzystać do 2.06.2020 r. To kto biegnie z nami? Zapisz się: https://www.halfmarathonkce.pl/zapisz-sie/
[caption id="attachment_64032" align="aligncenter" width="4000"] 28.09.2019 Katar Doha Khalifa International Stadium Mistrzostwa Swiata w Lekkoatletyce 2019 N/z Malgorzata Holub-Kowalik, Rafal Omelko Fot. Lukasz Szelag/REPORTER IAAF World Athletics Championships Doha 2019[/caption] [h2]Jak biegać na treningach, żeby w czasie zawodów czuć euforię, a nie ból? Jak nie rezygnować zbyt szybko z realizacji swoich noworocznych postanowień? Swoimi receptami dzieli się z nami sprinterka ze światowej czołówki oraz dwoje popularnych blogerów sportowych.[/h2] Sylwester to tradycyjnie okres, kiedy podejmujemy postanowienia noworoczne, w tym także te sportowe. Kanapowcy obiecują sobie, że wstaną z kanapy i zaczną biegać, początkujący biegacze, że pokonają maraton, początkujący maratończycy, że złamią czwórkę, a ci bardziej doświadczeni, że złamią trójkę lub też ukończą jakiś bieg ultra. [h3]Szlag zamiast szlaku[/h3] Z realizacją tych postanowień potem już bywa różnie. Wiele osób próbuje biegać przez kilka tygodni w styczniu, no może jeszcze tydzień w lutym, ale później zdyszani wracają na kanapę. Początkujący biegacze ściągają sobie z sieci plan treningowy pod maraton, ale potem nie wychodzą na pierwszy, drugi i trzeci trening. Bo zła pogoda, bo zmęczenie, bo niewyspanie, bo dużo pracy. Maratończycy nadal wprawdzie biegają kilka razy w tygodniu po 10 km i raz 20-25 km, bo przecież bez tego źle by się czuli, no ale jakoś nie znajdują czasu na przebiegnięcie dłuższych dystansów. A potem nie stawiają się na starcie opłaconych już zawodów ultra, bo są na tyle doświadczeni, że doskonale zdają sobie sprawę, że nie mają szans na dotarcie do mety. Problemem, jak widzicie, bywa brak wystarczająco silnej motywacji. Jak się zatem skutecznie zmotywować, żeby wyznaczone cele osiągnąć? Zawodowi sportowcy mają trenerów, którzy pilnują, by ich podopieczni systematyczne, ciężko pracowali. A amatorzy? Może powinni związać się z kimś, kto podziela ich pasję i biegać dla tej drugiej osoby? To powinno jakiś czas działać, ale co, jeśli związek się skończy? Przecież całą motywację traf szlag i biegacz może już nie powrócić na biegowy szlak. [h3]Jeszcze jedna cegła w ścianie[/h3] Zapytaliśmy o tę motywację troje sportowców i piszących o sporcie blogerów. – Dla mnie celem numer jeden jest złoty medal na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich – nie ukrywa Małgorzata Hołub-Kowalik, sprinterka, która w tym roku wraz z koleżankami ze sztafety zdobyła złoto w biegu 4x400 m na halowych mistrzostwach Europy w Glasgow, a w roku poprzednim złoto na mistrzostwach Europy w Berlinie, również w sztafecie. – Na tym celu obecnie skupiam się najbardziej. [caption id="attachment_64012" align="aligncenter" width="540"] Fot: Małgorzata Hołub/facebook.com/MalgorzataHolubFanPage/[/caption] A motywacja? Rzeczywiście w przypadku zawodowego sportowca wystarczy opieka trenera? – Zawodowi sportowcy również miewają problemy z motywacją – uśmiecha się nasza rozmówczyni. – Jaka na to rada? Zarówno zawodowcowi, jak i amatorowi dałabym taką samą: skoncentrować się na celu cząstkowym, który możemy zrealizować w najbliższej przyszłości. – Na przykład na tym, żeby jutro wstać wcześniej, wyjść z domu i pobiec? – odgaduję jej myśli. – Nawet, jeśli pogoda nie będzie sprzyjała? A nie na tym, żeby za kilka miesięcy wygrać maraton? – żartuję. – Ani nawet nie na tym, żeby za te kilka miesięcy przebiec maraton w konkretnym czasie – odpowiada mi całkiem poważnie. – Jeśli już biegasz, skup się na tym, żeby jutro przebiec zaplanowany dystans. Jeśli dopiero chcesz zacząć biegać, skoncentruj się na tym, żeby zrobić jutro marszobieg. W ten sposób nasz trening będzie przypominał wznoszenie budowli. Będziemy dokładać cegiełkę po cegiełce i dzięki temu cały czas piąć się w górę – mówi obrazowo. [caption id="attachment_64010" align="alignnone" width="1920"] Joanna Kowalczyk-Bednarczyk na mecie Piekła Czantorii. Na zasłużony medal zapracowała litrami potu na treningach. Fot: Fot. Magdalena Późniewska, za Bieganizm.com[/caption] [h3]Zamknąć krąg[/h3] A co z bieganiem z drugą osobą? Warto, nie warto? – Z pewnością warto mieć biegowego przyjaciela lub grupę przyjaciół – nie ma wątpliwości Joanna Kowalczyk-Bednarczyk, ultramaratonka górska i autorka strony Bieganizm.com, bloga o bieganiu i wegańskim jedzeniu. – Zresztą biegacze w sposób naturalny lgną do innych biegaczy i napędzają się nawzajem. Potrzebujemy wokół siebie takich pozytywnie zakręconych, biegowych świrów – śmieje się. Joanna Kowalczyk-Bednarczyk mówi, że sama powoli wraca do biegania po ciąży i porodzie. – Bardzo motywują mnie inne matki, bo widzę, że po powrocie do biegania mają już swoje osiągnięcia, a przede wszystkim są pełne radości – wskazuje. Nasza rozmówczyni rodziła dopiero cztery miesiące temu, nie biega więc jeszcze bardzo intensywnie. Raczej koncentruje się na porannej gimnastyce, na ćwiczeniach wzmacniających mięśnie głębokie. – Poza tym staram się codziennie ruszać w taki sposób, na jaki pozwala mi moje ciało – dodaje. – Spaceruję, chodzę z kijkami, pływam, jeżdżę na rowerze. Bo po prostu źle się czuję, kiedy się nie ruszam. Mam dobre samopoczucie, kiedy moje ciało jest elastyczne. Pływanie pływaniem, rower rowerem, ale Joanna ma też już dość konkretne plany biegowe na przyszły rok. Chciałaby w kwietniu wystartować w półmaratonie w Szczawnicy. Oczywiście, jeśli pozwoli jej na to organizm. – Byłoby to dla mnie symboliczne zamknięcie okręgu, bo początkiem mojego górskiego biegania było właśnie pokonanie półmaratonu – wyznaje. [h3]Herbatka z przypominajką[/h3] Wróćmy jednak do naszej motywacji. OK, z niewielką pomocą biegowych przyjaciół można zdziałać cuda. Michał Bieliński, organizator koszalińskiego maratonu i półmaratonu o dźwięcznej nazwie Nocna Ściema, co tydzień zaprasza truchtających koszalinian na Biegowe Herbatki Poniedziałkowe. W każdy poniedziałek u stóp porośniętej lasem Chełmskiej Góry spotyka się około dwudziestu osób. Grupa ta niespiesznym tempem pokonuje potem pięć kilometrów, a nagrodą za wysiłek, jest wspólne picie gorącej herbaty z termosu. Ktoś powie, że 5 km raz w tygodniu to trochę mało. I słusznie, nikt przecież jednak nie mówi, żeby w pozostałe dni tygodnia wylegiwać się na tapczanie. Trenować można też samotnie. Jak się jednak zmotywować do wybiegnięcia z domu, skoro na zewnątrz nikt na Ciebie nie czeka? – Może warto spisać sobie plan na kartce albo włączyć przypominajkę w telefonie? – zastanawia się głośno Joanna Kowalczyk-Bednarczyk. – Dla mnie słowo dane samej sobie jest najważniejsze, co jednak nie znaczy, że mamy się załamywać, jeśli coś się nie uda i opuścimy jeden dzień treningowy. Należy wtedy zacisnąć zęby i wyjść na trening kolejnego dnia. [h3]Piękne są tylko chwile[/h3] Byle tych opuszczonych dni nie było zbyt wiele, bo zapłacimy za to wysoką cenę podczas zawodów. Coś o tym wiem, bo mój ostatni półmaraton górski w Beskidzie Śląskim przemęczyłem zamiast go pokonać. Oczywiście cieszyłem się, kiedy dotarłem na metę, ale nie czułem radości z samego biegu. – Na krótkie chwile przyjemności podczas zawodów pracuje się długo, systematycznie trenując – kiwa głową moja rozmówczyni. – Brak tej pracy oznacza potem ból na zawodach. Włóżmy w treningi przynajmniej tyle wysiłku, żeby mieć pewność, że dobiegniemy do mety w limicie czasu, o ile oczywiście nie przydarzy nam się jakaś trudna do przewidzenia sytuacja. Kiedy jesteśmy solidnie przygotowani, stres, który odczuwamy stojąc na linii startu, jest zupełnie inny – kończy z uśmiechem. [caption id="attachment_64011" align="aligncenter" width="960"] Niektórzy potrzebują planu treningowego, by zmusić się do ciężkiej pracy. Inni, wręcz przeciwnie, mogą dzięki odpowiedniej rozpisce w końcu pobiegać nie tylko powoli, ale i krótko. Ja należę do tej drugiej grupy”. Fot: Grzegorz Soczomski/Facebook.com/wluznejformie/[/caption] [h3]Racjonalizowane nieracjonalnego[/h3] A czy uwierzycie, że są też biegacze, którzy nie potrzebują jakiejś specjalnej motywacji? Należy do nich Grzegorz Soczomski, prowadzący blog „W luźnej formie”, pod adresem facebook.com/wluznejformie/. – Uprawianie sportu ma w moim wydaniu bardzo kompulsywny charakter, nie potrzebuję wiec zewnętrznych motywatorów, by zabrać się do działania, a raczej sensownego planu, by nie przedobrzyć – zaskakuje nas. – Ten wewnętrzny mus odnosi się także do celów na każdy kolejny sezon. Nie planuję ich ściśle i szczegółowo, starając się przez kilka miesięcy trzymać na tyle wysoką formę, by być w stanie realizować każdy, najgłupszy nawet pomysł, jaki przyjdzie mi do głowy. Nasz rozmówca następnie dodaje ostrożnie, że na pewno nie jest to plan działania, jaki mógłby polecić innym. Czy jednak słowa blogera nie współbrzmią ze słowami Joanny, która doradzała pot na treningach, by nie czuć potem bólu na zawodach? – Jakkolwiek nierozsądny może się wydawać mój schemat działania, to właśnie po to nieustannie poszerzam swoją wiedzę, by możliwie rozsądnie do tych nierozsądnych działań podchodzić – kontynuuje Grzegorz Soczomski. I odsyła na swoją stronę, gdzie w tym roku umieścił serię wpisów treningowych zatytułowanych „Racjonalizowanie nieracjonalnego”. – Tak właśnie wygląda moje bieganie – podsumowuje. A jak wygląda Wasze?  
[h2]Przed nami trudny okres dla biegaczy. Święta często oznaczają bowiem brak czasu na trening lub brak możliwości jego wykonania ze względu na przepełniony żołądek. Na szczęście, nawet za wigilijnym stołem nie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji - możemy realizować trening mentalny. Poniżej nasz przepis.[/h2] Alternatywne sposoby budowania formy zyskują w ostatnich latach na znaczeniu. Ważne jest już np. żeby nie tylko by biegać, ale także myśleć intensywnie o osiągnięciu celu, gdyż może to przybliżyć nas do zrealizowania marzeń. Treningi mentalne są bardzo istotne i mają niezaprzeczalną korzyść - można je realizować niemal w każdych warunkach, nawet wtedy, gdy nie możemy pobiegać. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia przy okazji kolacji wigilijnej. Aby wykorzystać ten czas na swoją biegową korzyść, możecie zrealizować biegowy trening mentalny przy wigilijnym stole. [h3]Odpowiednie przygotowanie i rozgrzewka[/h3] Jak wiadomo, do każdego treningu trzeba się odpowiednio przygotować. Należy wybrać właściwy sprzęt, strój i ewentualne gadżety do panujących aktualnie warunków. Nie inaczej jest w tym przypadku. Pamiętajmy o tym, żeby dobrze przystroić stół i postawić na nim wszystkie potrzebne elementy. Nie musimy sięgać po najdroższe materiały, ale warto postawić na te techniczne - zwłaszcza takie, które nie wchłaniają płynów, a wręcz je odprowadzają oraz nie brudzą się łatwo. Podczas kolacji wigilijnej nie da się uniknąć pobrudzenia obrusa, kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje jedynie kto to zrobi jako pierwszy i kiedy. Gdy już wszystko gotowe, nie pozostaje nic innego, jak rozpocząć nasz mentalny trening. Oczywiście zaczynamy od spokojnego rozruchu, dając naszemu organizmowi czas na to, by się rozgrzał. W tym celu warto składać ciepłe życzenia podczas dzielenia się opłatkiem. Na rozgrzewkę dobrze działa też świeżo podany barszcz czerwony. Ponieważ to sam początek naszego treningu, zwróćmy uwagę na właściwą kadencję - nie za szybką ani nie za wolną. Z doświadczenia sądzę, że ok. 8-10 obrotów łyżką na minutę jest optymalną wartością. Kolejny element rozgrzewki po wstępnym rozruchu to kilka ćwiczeń dynamicznych. Można je realizować np. w formie dynamicznych wymachów w kierunku pobliskich talerzy z pierogami, sałatką czy rybą. Jeden! Dwa! Trzy! - możemy odliczać w myślach. Uważajmy przy tym, by nie zderzyć się z innymi ćwiczącymi wspólnie z nami. Można także nieco porozciągać się, sięgając do talerzy położonych w dalszej części stołu i próbując poszczególnych potraw w celu rozciągania żołądka. Po takim wstępie jesteśmy już prawie gotowi do zasadniczej części naszego treningu. Pozostaje jednak jeszcze jeden element, którego biegacze nie lubią, ale dobrze Wam radzę, że warto go zrealizować teraz, by nie mieć później wyrzutów od współtrenujących, że go pominęliśmy. Chodzi o spróbowanie tej potrawy, której tradycyjnie nikt nie lubi - może to być kutia, zupa makowa, ryba w galarecie - cokolwiek, co na koniec wigilii i tak pozostaje niemal nienaruszone. Jest to doskonały odpowiednik ćwiczeń sprawnościowych w treningu biegacza. Zaliczmy to dla przyzwoitości i miejmy już za sobą. [h3]Zasadniczy trening i schłodzenie[/h3] Po właściwym wstępie przychodzi czas na główną część naszej jednostki - trening zasadniczy. Jak to w bieganiu, należy dostosować intensywność i rodzaj tej jednostki do naszych indywidualnych uwarunkowań. Tzw. szybkościowcy powinni postawić na trening o charakterze interwałowym. Karpia, pierogi czy wigilijny bigos, czyli cięższe odcinki, przeplatajmy momentami rozluźnienia w postaci lekkiej sałatki albo pasztecika z cieciorki. Typowi wytrzymałościowcy mogą zacząć od nałożenia sobie konkretnej porcji różnych potraw na talerz, a potem ruszyć, by w jednostajnym, mocnym tempie pochłaniać jedną po drugiej, realizując typowy trening o charakterze ciągłym. Jako alternatywę można także zacząć od mniejszych porcji i sięgać po coraz większe i cięższe, stawiając w ten sposób na jednostkę z narastającą intensywnością. Gdy zrealizujemy już właściwą część treningu, możemy pozwolić sobie jeszcze na lekką frywolność i na zakończenie docisnąć ostatni odcinek. Możemy nawet zaprosić współbiesiadników do zrealizowania go wspólnie. A na czym polega ten element treningu? Chodzi o krótki, intensywny wyścig do najbliższego drzewa. Najlepiej iglastego i odpowiednio przybranego. Gdy już do niego dotrzemy możemy rozluźnić się i cieszyć owocami naszej pracy (jeśli przez cały rok byliśmy grzeczni, rzecz jasna). [h3]Schłodzenie[/h3] Po wykonaniu takiej jednostki nie zapominajmy o ostatnim elemencie treningu - schłodzeniu. W tym celu sięgnijmy po stojący na zewnątrz lub w lodówce kompot z suszu i wlewajmy w siebie powolnymi łykami. Niska temperatura napoju sprawia, że zapach nie będzie tak intensywny (dla niektórych tak drażniący), do tego pozwoli nam przetrawić zrealizowany trening i zadbać o odpowiednie nawodnienie. Ostatnia rzecz, o której powinniśmy pamiętać, to fakt, że podczas całego tego treningu nie chcemy bardzo gwałtownych skoków tętna czy ciśnienia, dlatego unikajmy przy wigilijnym stole tematów politycznych i wywołujących emocjonalne dyskusje. Niech zamiast rzucania talerzami i krzesłami, trening przebiega w zdrowej, radosnej, iście sportowej atmosferze. I właśnie takiej z okazji nadchodzących Świąt Wam życzymy!
[h2]Przed tobą kolejny Nowy Rok, a wraz z nim nowe postanowienia. Jak zawsze po świętach powiesz sobie, że zaczniesz biegać. Wystartujesz w półmaratonie. Solidnie przygotujesz się do maratonu. Aż do felernego dnia, gdy wypowiesz znamienne: "nie chce mi się". Jednak tym razem, w 2020 roku, nie zatrzymasz się. Twoje cele, marzenia i plany staną się faktem. A my ci w tym pomożemy.[/h2] Zaraz po świętach ruszamy z Akcją Treningową, która przygotuje cię do udziału w 15. Półmaratonie Warszawskim. I nieważne, czy dopiero zadebiutujesz, czy chcesz do tego czasu solidnie wyszlifować formę. A teraz wyobraź sobie, że metę masz już za sobą. Szczęśliwy? Na pewno. Czas więc na kolejny cel - 42. Maraton Warszawski, do którego również pomożemy ci się przygotować! A to wszystko pod hasłem #NieZatrzymamSię. [h3]Co się składa na Akcję Treningową?[/h3] Od stycznia aż do września raz w tygodniu na naszym portalu będziemy publikować materiały związane z przygotowaniami do 15. Półmaratonu Warszawskiego, a następnie 42. Maratonu Warszawskiego. Wśród materiałów będą: artykuły poradnikowe dotyczące treningu, diety, sprzętu infografiki, czyli wiedza w pigułce wideo instruktażowe transmisje live na naszym Facebooku Ponadto w e-tygodniku "Magazyn Bieganie" raz w miesiącu będziemy publikować tekst PREMIUM. E-tygodnik  znajdziesz w aplikacji na urządzenia mobilne. [h3]Plany treningowe[/h3] Jeszcze przed Nowym Rokiem zajrzyj do nas na magazynbieganie.pl oraz na stronę www.pzupolmaratonwarszawski.pl - będą czekały na ciebie plany treningowe, dopasowane do twojego poziomu. [h3]Przebiegnę półmaraton i co dalej?[/h3] Gdy już spełnisz swój pierwszy, biegowy cel, nie damy ci się zatrzymać w połowie drogi. Pokażemy ci, co robić dalej, by pokonać dystans 42 km 195 m lub pobić swój życiowy rekord. Rok 2020 będzie Twoim rokiem. [h3]Nasi eksperci:[/h3] [h3]Marcin Nagórek[/h3] Redaktor portalu magazynbieganie.pl Biegać zaczął jeszcze w XX wieku. Startuje zarówno w mistrzostwach Polski wyczynowców, jak i amatorskich biegach ulicznych, notując życiówki na dystansach od 100 m do maratonu. Od lat współpracuje z „Magazynem Bieganie”, pisząc o treningu. Jest autorem najstarszego aktywnego bloga biegowego w Polsce (www.nagor.pl), aktualizowanego od 2006 roku. Jako trener osobisty współpracuje z biegaczami z poziomu początkującego oraz z wyczynowcami. [h3]Jakub Karasek[/h3] Redaktor portalu magazynbieganie.pl od 2015 roku, trener, biegacz amator i bloger w jednym. Za główny cel swoich biegowych zmagań stawia sobie ściganie i poprawianie rekordów życiowych. Lubi biegać i pisać, a najlepiej łączyć jedno z drugim. Prowadzi bloga: www.wnogi.blog.pl, na którym opisuje swoje treningowe i startowe przygody. Od kilku lat współpracuje z amatorami jako trener w Entre Running. [h3]Agnieszka Falborska[/h3] Dietetyk z wykształcenia, edukator z zamiłowania, biegacz z przypadku. Szczególnie zainteresowana żywieniem w sportach wytrzymałościowych, zaburzeniami odżywiania i psychologicznymi aspektami jedzenia. Związana z Magazynem Bieganie od 2016 roku.
Advertisment ad adsense adlogger