fbpx

Wiadomości

[h2]Mnóstwo przygotowań. Regularne treningi. Staranny wybór docelowego wyścigu. Gdy w przeddzień startu meldujemy się w hotelu, wiemy już, że zrobiliśmy wszystko co się dało, aby następnego dnia pobiec po rekord życiowy. I wtedy schodzimy do restauracji i zamawiamy sobie egzotyczną potrawę, która rujnuje nasze plany na udany wyścig. To wcale nierzadki scenariusz. Czego wystrzegać się w dniu przed startem?[/h2] Kwestie związane z dietą nigdy nie dają się jednoznacznie rozstrzygnąć. Zdrowe odżywianie dla każdego może znaczyć co innego i wcale nie znaczy to, że w poszczególnych dyskusjach tylko jedna strona miewa rację. Więcej tu opinii niż faktów, bo większość zależy od naszych kwestii osobniczych, choćby tego, jak nasz organizm reaguje na poszczególne makroelementy, potrawy czy produkty. Z tego względu również odżywianie okołotreningowe i okołostartowe najlepiej przećwiczyć na sobie metodą prób i błędów. Szkoda jednak spisywać wyścigi na straty i wycofywać się z powodu problemów żołądkowych lub energetycznych albo nie osiągać rezultatów, na jakie nas stać z powodu niewystarczającego doświadczenia w tym zakresie. Są pewne zasady, których przestrzeganie wyraźnie zwiększa nasze szanse na sukces. [h3]Ładowanie węglowodanów[/h3] Podstawowa, żelazna zasada brzmi: w przeddzień wyścigu zmniejsz podaż białka i tłuszczu na rzecz węglowodanów. Celem takiego postępowania jest przede wszystkim uzupełnienie zapasu glikogenu w mięśniach, a co za tym idzie - odsunięcie w czasie zmęczenia, które każe nam zwolnić w trakcie wyścigu. Jest to szczególnie ważne w wyścigach na 10 km i dłuższych. Na temat kilkudniowego protokołu carboloadingu, stosowanego głównie przed maratonem, krążą coraz bardziej skrajne opinie. Niezależnie od tego, jakie mamy na ten temat zdanie, włączenie do jadłospisu produktów bogatych w węglowodany na pewno nie zaszkodzi nam dzień przed startem. Obniżenie podaży białka i tłuszczy ma również sens ze względu na dłuższe trawienie tych makroelementów w stosunku do węglowodanów. Chyba że... Jeśli na co dzień w naszej diecie nie ma zbyt wielu "węgli", drastyczne zwiększenie ich podaży bezpośrednio przed zawodami może być ryzykowne. Lepiej zawczasu poznać możliwości swojego organizmu w zakresie tolerancji na dany makroelement. Jeśli przeszarżujemy, a okażemy się pechowcami, istnieje ryzyko, że nasz układ pokarmowy nie znosi dobrze tego typu zmian i będziemy borykać się z uciążliwą kolką lub szukać toalety przy trasie. [h3]Jeśli jest gorąco...[/h3] Bieganie jesienią wydaje się nieco "łatwiejsze w obsłudze" niż start w upalny dzień. Jeśli na zewnątrz jest gorąco, musimy przygotować się do tych warunków już dzień przed startem. Podstawą jest odpowiednie nawadnianie - małymi porcjami przez cały dzień w ilości większej niż zwykle. Najlepiej byłoby przyjmować nie samą wodę, lecz izotonik. Można przyrządzić go własnoręcznie, dodając do wody mineralnej (najlepiej wysokozmineralizowanej) szczyptę soli, łyżeczkę miodu i - w zależności od preferencji - trochę soku z cytryny. Nie bójmy się też posolić posiłków przyjmowanych w przeddzień wyścigu. Nie chodzi oczywiście o to, aby uczynić je niejadalnymi - wystarczy odrobina soli dodawana do potraw, przy których jest to zasadne. Sól wspomoże retencję wody, która w przypadku ścigania się w wysokiej temperaturze na pewno będzie przydatna. Uważajmy jednak z innymi przyprawami, zwłaszcza ostrymi. [h3]To nie czas na nowości[/h3] Na tym punkcie wciąż koncertowo wykładają się dziesiątki biegaczy. Miła, luźna atmosfera przedednia startu w połączeniu z wspaniałościami serwowanymi w restauracjach hoteli, w których kwaterujemy się przed zawodami, sprzyjają popełnieniu błędu. Jeżeli następnego dnia mamy ważny wyścig, bardzo, ale to bardzo złym pomysłem jest zamawianie w restauracji czegokolwiek egzotycznego, czego nie jedliśmy wcześniej. Niestety, pod względem bezpieczeństwa, idealnym rozwiązaniem kulinarnym na ten dzień byłoby raczenie się własnoręcznie przygotowanym, znanym, wielokrotnie testowanym jedzeniem. Wyczynowi biegacze ze światowego topu na ważny wyścig w dalekim kraju biorą ze sobą nawet znaną sobie wodę mineralną. Jednak dla większości z nas posilanie się białym ryżem z oliwą z oliwek, podczas gdy naszym współtowarzyszom trzęsą się uszy przy pochłanianiu wymyślnych potraw, byłoby pewnego rodzaju torturą. Może uda nam się znaleźć kompromis w tej kwestii? [h3]Słodkości![/h3] Tak, to jest ten dzień, kiedy ze spokojną głową możemy pozwolić sobie na coś słodkiego. Warto jednak zachować odrobinę zdrowego rozsądku i nie przesadzić - zbyt wysoka podaż cukru może skutkować (między innymi) problemami trawiennymi i kolkami na trasie. Zwróćmy też uwagę na to, co wybieramy do zjedzenia. Herbatniki, czekolada, biszkopty, wafelki i żelki będą zdecydowanie bezpieczniejszym wariantem niż torty, ciasta z kremem i pączki smażone w głębokim tłuszczu. Obowiązuje tu podobna zasada jak przy pozostałych posiłkach tego dnia - "tak" dla węglowodanów i łatwo strawnego pokarmu, "nie" dla tłustych, ciężkostrawnych potraw. Te ostatnie zostawmy sobie na świętowanie po starcie.
[h2]Wynik na poziomie 14:26 na 5000 m nie jest może rezultatem na światowym poziomie, ale pozostaje poza zasięgiem zdecydowanej większości nawet bardzo ambitnych biegaczy. Ciekawostką jest, że właśnie taką życiówką może pochwalić się Japończyk Andy Hiraoka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest on... pięściarzem![/h2] Andy Hiraoka to młody japoński bokser, który rozpoczyna właśnie międzynarodową karierę. Po 14 wygranych walkach we własnym kraju, pod koniec listopada weźmie udział w gali rozgrywanej w Las Vegas. Przed czekającym go starciem, w ramach ciekawostki na swoim profilu na Instagramie opublikował informację, według której jest nie tylko utalentowanym pięściarzem, ale także naprawdę niezłym biegaczem. Wyświetl ten post na Instagramie. 【Throw back】 . ボクシング新人王トーナメント準決、 勝って2日後に走った5000mのレース。 ベスト20秒更新の14分26秒でゴール 周りに出場を反対された😂 出来ない事はない💪🏽 #横浜高校 #平岡アンディ #theblade #陸上 #teamjustice #boxing #lasvegas #letsgetit Post udostępniony przez 平岡アンディ Andy Justice Hiraoka (@aj_theblade) Paź 29, 2019 o 9:50 PDT Andy rozpoczął swoją przygodę z profesjonalnym boksem, kiedy miał 17 lat. Zaledwie 2 dni po swojej pierwszej wygranej walce na zawodowym ringu wziął udział w szkolnych zawodach w biegu na 5000 m. Swój bieg ukończył na 1. miejscu osiągając wynik 14:26,23. Całkiem niezły czas, jak na kogoś, kto już wówczas cały swój trening podporządkowywał pod inną dyscyplinę sportu. Jeszcze ciekawszy jest fakt, że Hiraoka wcześniej startował w różnych szkolnych zawodach biegowych, osiągając m.in. czasy 8:30 na 3000 m czy ok. 30 min na 10 000 m, ale życiówkę na 5000 m poprawił dopiero wtedy, gdy poświęcił się pięściarstwu. Rezultat 14:26 był o 20 sekund lepszy niż poprzedni najlepszy wynik w jego biegowej karierze. Wiele wskazuje zatem na to, że to właśnie trening bokserski przyniósł Andy'emu tak wymierne biegowe korzyści. Ktoś mógłby powiedzieć, że pięściarze, zwłaszcza zawodnicy w niższych kategoriach wagowych, muszą charakteryzować się bardzo dużą wytrzymałością i nie powinno być zaskoczeniem, że osiągają dobre wyniki w biegach długodystansowych. Oczywiście boks jest w dużym stopniu dyscypliną opartą na wytrzymałości, ale trzeba uświadomić sobie, że czas Hiraoki dałby mu w tym roku 4. miejsce w Mistrzostwach Polski mężczyzn w biegu na 5000 m! Nawet fakt, że rezultat japońskiego boksera pochodzi sprzed kilku lat, nie ujmuje niczego osiągnięciu Hiraoki. Niewykluczone, że dzierży nieoficjalny tytuł najszybszego na świecie pięściarza na 5000 m. Swoją drogą, ciekawe jakie czasy w biegu na piątkę osiągnęliby czołowi polscy bokserzy?
[h2]3 listopada Nancy Kiprop z wynikiem 2:26:21 zajęła 4. miejsce w nowojorskim maratonie, za co otrzymała 25 tys dolarów. Wygraną kwotę przeznaczy na rozbudowę szkoły w wiejskiej miejscowości Chesitek, pod kenijskim Iten. Dzięki temu będzie mogło uczęszczać tam dodatkowe pięćdziesięcioro dzieci. Szkoła ta powstała z jej oraz jej ojca inicjatywy.[/h2] A wszystko zaczęło się na przełomie 2014 i 2015 roku, gdy zaczęła zarabiać pieniądze w biegach ulicznych. Po konsultacjach ze swoim tatą Cletiusem, kupiła w Chesitek działkę. Razem wybudowali dwa tymczasowe obiekty, które mieli przeznaczyć na szkołę. Niestety z braku funduszy projekt został wstrzymany na dwa lata. Aż do roku 2017, gdy Kiprop wygrała Vienna Marathon i czeski Półmaraton Mattoni w Ujściu. Prace budowlane ruszyły, dzięki czemu w styczniu 2018 r. pierwsi uczniowie przekroczyli próg Nancie Cletius Academy w Chesitek. Wyświetl ten post na Instagramie. Post udostępniony przez Nichole Sobecki (@nicholesobecki) Cze 17, 2018 o 2:05 PDT Na początku pracował tam tylko jeden nauczyciel, ucząc raptem sześcioro dzieci. Z czasem kadra powiększyła się, obecnie w szkole uczy się 128 dzieci. Nancy oprócz finansowania pensji dla nauczycieli, dba o to, aby do szkoły mogły uczęszczać również dzieci niepełnosprawne oraz sieroty.  Mąż Nancy, Joseph, pracując w rodzinnej farmie, dodatkowo rozwozi dzieci szkolnym autobusem. Za pieniądze wygrane w Nowym Jorku, Kiprop planuje rozbudować szkołę oraz zatrudnić dodatkowych nauczycieli, aby mogło do niej uczęszczać dodatkowych pięćdziesięcioro dzieci. Pieniędzy starczy również na opłacenie edukacji dwóm sierotom oraz zakup nowych mundurków. Jeśli dzieci zdobędą wykształcenie, zmienią wioskę, założą rodziny, zmienią wszystko. Ta szkoła jest inwestycją długoterminową. Pomoże to kolejnym pokoleniom, wtedy, gdy mnie już nie będzie - mówi 40-letnia biegaczka. [h3]Edukacja w Kenii[/h3] Według danych z 2015 r., ok. 1 mln kenijskich dzieci nie uczęszcza do szkoły, natomiast analfabetyzm sięga 14 proc. całej ludności kraju. Ponadto ze wszystkich dzieci, którym udało się podjąć naukę w szkole podstawowej, tylko 50 proc z nich kontynuuje edukację w szkole średniej, czego główną przyczyną jest bieda. Ważną rolę w kształceniu kenijskich dzieci odgrywają osoby prywatne, organizacje non-profit i  społeczność lokalna.
[caption id="attachment_63394" align="aligncenter" width="2048"] Gdański Ośrodek Sportu, 5. Gdańsk Maraton[/caption] [h2]Jesteś doświadczonym biegaczem i planujesz właśnie swój kalendarz startów na rok 2020? A może szukasz sobie wielkiego, sportowego wyzwania na najbliższe miesiące? Od dawna chciałeś zwiedzić Gdańsk i poznać najważniejsze punkty na mapie tego pięknego miasta? W każdym z tych przypadków mamy dla Ciebie dobrą wiadomość – właśnie ruszyły zapisy do 6. Gdańsk Maratonu, który odbędzie się 19 kwietnia 2020 roku![/h2] Formularz zgłoszeniowy - http://gdanskmaraton.pl Tylko do końca roku chętni będą mogli skorzystać z najniższego progu opłaty startowej, która wynosić będzie 89 PLN. W późniejszych terminach będzie stopniowo wzrastać. Warto więc już dziś zaplanować sobie kwietniową wizytę nad morzem. Wraz z zapisami do startu głównego ruszyła także rejestracja do imprez towarzyszących 6. Gdańsk Maratonu: sztafet, biegu Gdańsk na Piątkę na dystansie 5 km oraz biegów dziecięcych i młodzieżowych. Gdańsk Maraton organizowany przez Gdański Ośrodek Sportu już od premierowej edycji stał się jedną z największych sportowych imprez na krajowej mapie biegowej, w której co roku startują tysiące zawodników z Polski i zagranicy. Najliczniejszą grupę stanowią oczywiście mieszkańcy Pomorza. Do niewątpliwych atutów biegu należą chwalona przez uczestników organizacja, ciekawa oprawa oraz świetnie przygotowana trasa, która z jednej strony sprzyja poprawianiu życiowych rekordów, a z drugiej pozwala w krótkim czasie zobaczyć największe atrakcje miasta o niezwykle bogatej, ponad 1000-letniej historii. Gdańsk Maraton to absolutnie obowiązkowy punkt w kalendarzu każdego biegacza! Wysokość opłat startowych:  do 31.12.2019 r. – 89 PLN od 01.01 do 31.01.2020 r. – 109 PLN od 01.02 do 29.02.2020 r. – 129 PLN od 01.03 do 31.03.2020 r. – 159 PLN Warto podkreślić, że Gdańsk Maraton wielokrotnie wygrywał prestiżowe nagrody w kategorii najlepszych tego typu imprez w Polsce, a przez uczestników doceniany był za poziom organizacyjny, na który wielki nacisk niezmiennie kładą organizatorzy biegu: Miasto Gdańsk oraz Gdański Ośrodek Sportu. Nie pozostaje więc nic innego, niż samemu przekonać się o wszystkich atutach Gdańsk Maratonu – tysiące zadowolonych biegaczy nie mogą się mylić!
[h2]Wszyscy doskonale to wiemy - nawyki kształtuje się trudno, ale gdy już się to powiedzie, kolejne wyzwania stają się dla nas naturalne jak poranne mycie zębów. Co więcej, zmiany które wprowadzamy w życie, nie muszą być spektakularne i wymagać od nas gigantycznych poświęceń. Przyjrzyjmy się kilku drobnym zmianom, które mogą spowodować ogromną poprawę naszych wyników sportowych i samopoczucia.[/h2] Zwykle gdy myślimy o zmianach, na myśl przychodzą nam wielkie rewolucje. A te wiążą się z wyrzeczeniami, samodyscypliną i niezachwianą wiarą w powodzenie naszego przedsięwzięcia. To wszystko sprawia, że wprowadzenie ich w życie wydaje nam się trudne i czasem rzeczywiście takim się staje. Warto jednak podejść do zmian w bardziej stonowany sposób. Poruszanie się naprzód krok po kroku, wyznaczanie sobie drobnych celów pośrednich w drodze do tego głównego pozwoli nam na skuteczniejsze monitorowanie postępów oraz zadziała na nas zdecydowanie motywująco. Pracujmy nad drobnymi nawykami, które spowodują, że łatwiej będzie nam obierać coraz większe cele oraz wzmocnią naszą wiarę w siebie i własną sprawczość. [h3]Biegaj z samego rana[/h3] Poranne bieganie ma mnóstwo zalet: nastawia nas optymistycznie na cały dzień (ach, to euforyzujące działanie endorfin!), pozwala prawdziwie się odstresować (nikt, naprawdę nikt nie przeszkadza nam o piątej czy o szóstej rano) i obserwować miasto dopiero budzące się do życia, co dla każdego o chociaż trochę artystycznej duszy ma niebagatelne znaczenie. Faktem jest, że każdy z nas ma określony chronotyp, który predestynuje nas do wstawania wcześnie lub późno. Jeśli jesteśmy "skowronkami", zrywanie się przed świtem będzie po prostu odpowiedzią na naturalną potrzebę naszego organizmu. Jeżeli są z nas "sowy", powodzenie we wczesnym wstawaniu będzie dla nas tym większym sukcesem. Pamiętajmy jednak, że naturalne predyspozycje w tym zakresie bez uszczerbku na zdrowiu możemy naginać o około dwie godziny. To znaczy, że jeśli bez budzika wstawalibyśmy o 9, to forsowanie się do wstawania o 5 będzie dla nas zawsze mordęgą. Bądźmy dla siebie dobrzy! [h3]Po bieganiu - ćwiczenia i rozciąganie[/h3] Możemy mieć mnóstwo wymówek, aby tego nie robić - zwykle jest to po prostu argument niedoboru czasu. Ale poczekajmy - każdy, absolutnie każdy ma do dyspozycji 24-godzinną dobę! Decyzja o robieniu bądź nierobieniu czegoś to - właśnie - kwestia decyzji. Czy wprowadzenie regularnych ćwiczeń i rozciągania po treningu biegowym jest dla nas ważne? Powinno, bo nie tylko chroni nas przed kontuzjami, lecz także pomaga wrócić organizmowi do równowagi, potrzebnej na cały dalszy dzień pełen wyzwań i zadań. Nie musimy spędzać na macie więcej czasu niż spędziliśmy na samym treningu biegowym - nic z tych rzeczy! Jeśli do tej pory nie rozciągaliśmy się wcale, już włączenie 5 lub 10 minut ćwiczeń rozluźniających może przyczynić się do wymiernej poprawy samopoczucia. Uwaga! Jeśli wróciliśmy właśnie z intensywnego treningu - interwałów, podbiegów czy serii sprintów, które w wyraźny sposób "naruszyły" nasz komfort mięśniowy, zrezygnujmy z rozciągania bezpośrednio po powrocie. Wówczas możemy jedynie pogłębić mikrourazy mięśni, co spowoduje wydłużenie okresu superkompensacji. [h3]Korzystaj z treningu uzupełniającego[/h3] Ćwiczenia grupowe w klubie fitness, joga, pilates, ścianka wspinaczkowa, pływanie, taniec... Możliwości jest mnóstwo. Jeżeli akurat nie przygotowujemy się pilnie do pobijania rekordu życiowego w jakimś biegu, warto abyśmy rozważyli możliwość uczęszczania na zajęcia pozabiegowe. Owszem, to nieco "zmęczy materiał", ale jednocześnie będzie dla nas miłą odskocznią od rutyny oraz możliwością na rozwój w innych płaszczyznach niż tylko biegowa. W dobie, w której możemy dopasowywać rodzaj ćwiczeń do swoich upodobań, dostępności czasowej oraz opcji transportowych, uczestniczenie w różnego rodzaju treningach będzie dla nas czystą przyjemnością. [h3]Odłącz się... przynajmniej raz w tygodniu[/h3] Ten punkt, na przekór, nie będzie nakłaniał do budowania, lecz do porzucania nawyku. Wielu z nas lubi biegać z muzyką, podcastami czy audiobookami, które nierzadko sprawiają, że czas mija w mgnieniu oka. To bardzo konstruktywne, lecz mocno bodźcujące - nasze głowy nie odpoczywają wówczas tak, jakby mogły, gdybyśmy pozwolili im przez chwilę po prostu nic nie robić. Jeśli tylko możemy sobie na to pozwolić, wyjdźmy na trening bez telefonu. Żadnych powiadomień, żadnego odbierania połączeń i słuchania podcastów przez tę godzinę czy dwie. To od czasu do czasu dobrze nam zrobi; pozwoli dostrzegać elementy, które mijaliśmy bezrefleksyjnie i wpadać na pomysły, które w innych okolicznościach pojawiałyby się z trudnością. [h3]Gotuj w domu[/h3] Masz dwie lewe ręce i uważasz się za kompletne beztalencie kulinarne? Nie szkodzi! Przygotowanie zdrowych, zbilansowanych i - co nie mniej ważne! - smacznych posiłków nie wymaga od nas kuchennej ekwilibrystyki. Nie jest również specjalnie czasochłonne, bo przecież nie musimy wciąż doglądać gotującego się ryżu czy piekącego kurczaka. Być może na początku będzie nam się wydawało, że zabiera nam to zbyt dużo czasu, wymaga fatygi i pomysłowości, którą wolelibyśmy pożytkować w inny sposób. Jednak nasze samopoczucie oraz portfel odwdzięczą się nam, gdy zamiast kolejnego obiadu na mieście, sięgniemy po własnoręcznie przygotowany w domu obiad.
[caption id="attachment_63387" align="aligncenter" width="1202"] Diety białkowe, poza potencjalnymi problemami zdrowotnymi powodują drastyczną i natychmiastową obniżkę formy.[/caption] [h2]Dieta to element życia, w którym nadzwyczaj często pojawiają się różnej maści szarlatani oraz oszuści. Wymyślają magiczne sposoby na to, jak się odżywiać, bo przeciętnym ludziom trudno uwierzyć, że zdrowa dieta nie ma w sobie nic spektakularnego i opiera się głównie o zdrowy rozsądek. A w bieganiu błędy są niewybaczalne: powodują spadek poziomu wynikowego. Oto 5 najgłupszych diet dla biegaczy.[/h2] [h3]1. Dieta białkowa[/h3] Różnego rodzaju diety, w których eliminuje się bądź ogranicza węglowodany, pojawiają się niezmiennie od dziesięcioleci. To niewiarygodne, że wciąż znajdują się naiwniacy, którzy łapią się na te odgrzewane, tłuste kotlety. Dieta pilotów, Atkinsa, Dukana czy Kwaśniewskiego to te same, co najwyżej lekko modyfikane obietnice cudów, które cyklicznie wypływają jako nowość i gwarancja zbawienia. O ile w normalnym życiu brak węglowodanów jakoś da się przeżyć, podobnie jak życie bez ręki czy nogi, w sporcie jest to praktycznie niemożliwe. Diety białkowe, poza potencjalnymi problemami zdrowotnymi powodują drastyczną i natychmiastową obniżkę formy. Dlatego w sporcie wyczynowym tego typu pomysły nie mają racji bytu, a najlepsi biegacze świata, Kenijczycy i Etiopczycy, opierają swoje posiłki głównie o węglowodany. Warto brać z tego przykład w treningu amatorskim. [h3]2. Głodówki[/h3] Idea postu jest stara, jak wiemy, występuje już w Starym Testamencie. Asceza pociąga swą prostotą i surowością, dlatego głodówki mają cały czas wiernych wyznawców. Niestety, w sporcie reguły są brutalne. Trening polega na kontrolowanym zniszczeniu ciała, a potem szybkiej odbudowie przy pomocy dostarczanych obficie składników odżywczych. Zaniedbanie któregoś z elementów, w tym wypadku dostarczenia pokarmu, powoduje obniżkę formy. Stosowanie na długą metę grozi drastycznymi niedoborami, anemią czy zmniejszona gęstością kości. Należy jednak zwrócić uwagę, że tu pojawia się potencjalny konflikt interesu. Udowodniono, że głodówki mogą wydłużać życie i prawdopodobnie jest to jedna z przyczyn, dla której ci więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy przeżyli, często dożywali potem sędziwego wieku. Nie ma jednak nic za darmo - przedłużenie życia odbywa się kosztem obniżenia metabolizmu, spadku energii, popędu, czyli również jakości życia. To swoista hibernacja, dla formy sportowej zabójcza. [h3]3. Odkwaszanie[/h3] Odkwaszanie jest bardzo popularne i intuicyjnie atrakcyjne: wszak kwas kojarzy się z czymś potencjalnie niebezpiecznym, żrącym. Mało kto wie, że kwasem jest choćby popularna witamina C, a także aspiryna. Co jednak najważniejsze, normalny człowiek nie może być "zakwaszony". Organizm na bieżąco usuwa szkodliwe produkty przemiany materii. Co ciekawe, dieta rzekomo "odkwaszająca" nie jest szkodliwa sama w sobie. Głupia jest po prostu jej naczelna idea, o czym można przeczytać tutaj. [h3]4. Odtruwanie[/h3] Podobnie jak w odkwaszaniu, wszelkie diety odtruwające nie mają sensu z tego samego powodu: organizm odtruwa się na bieżąco sam. Wątroba, nerki, układ pokarmowy - od tego one są, od tego są one. Ciało na bieżąco pozbywa się niekorzystnych substancji, a jeśli nie może, powoduje to gwałtowną i łatwo zauważalną reakcję. Wystarczy spożyć muchomora, aby przekonać się, jak wygląda prawdziwe zatrucie. Wszelkie odtrucia i detoksy realizowane przy pomocy soków, wody życia, eliksirów i zaklęć, są tylko szamańskim bajdurzeniem. Sensowna dieta sama w sobie nie jest ani zatruwająca, ani odtruwająca. Po prostu zapewnia zaspokojenie potrzeb organizmu. [h3]5. Inne diety eliminacyjne lub wzbogacające[/h3] Jak wynika z powyższych punktów, nie bardzo ma w diecie sens nadmierne dodawanie lub odejmowanie jakichkolwiek produktów. Prawda jest okrutna: zdrowa dieta jest spokojna, pokorna, zbalansowana i mało spektakularna. Istnieją różnice indywidualne, pojawiają się choroby czy alergie, które wymagają bardziej restrykcyjnego podejścia, ale ogólna zasada jest taka, że proste, urozmaicone posiłki i produkty zaspokajają ludzkie potrzeby z naddatkiem. Korygowania wymagają jedynie pewne niekorzystne trendy, np zbyt małe spożycie warzyw i owoców czy zbyt duże prostych cukrów. Natomiast wszelkie samowolne pozbawianie się jakichkolwiek produktów czy dodawanie innych w nadmiarze nie ma sensu ani wytłumaczenia naukowego. Zrozumiała jest rezygnacja z pewnych produktów ze względów ideologicznych - to wszystko. W tym sensie ryzykowna jest także nadmierna suplementacja, często pojawiająca się w sporcie. Spożywanie większości reklamowanych związków nie ma sensu i nie daje żadnych korzyści. Co do zasady zdrowa dieta to niezbyt obfite, urozmaicone, częste posiłki, a także picie odpowiedniej ilości wody oraz wysypianie się. Nie ma tu miejsca na szamaństwo. POBIERZ TAKŻE APLIKACJĘ "MAGAZYN BIEGANIE". TO TAM ZNAJDZIESZ NASZE NAJLEPSZE TEKSTY.
[h2]6 listopada ruszają zapisy na Zimowy Ultramaraton Karkonoski . To memoriał Tomka Kowalskiego, który zginął w 2013 roku podczas zimowej wyprawy na Broad Peak.[/h2] To już siódma edycja biegu, który rozgrywany jest na dystansie 54 kilometrów. Meta oraz centrum zawodów znajdują się w Karpaczu. Trasa przebiega przez cały grzbiet Karkonoszy, gór, które zimą są nie tylko wyjątkowo piękne ale i bardzo wymagające. Warunki pogodowe w ubiegłym roku okazały się tak ciężkie, że trasa musiała zostać skrócona do 21 km. Było naprawdę ekstremalnie.. Organizatorzy liczą na to, że pogoda w 2020 roku będzie bardziej łaskawa, ale wszystko okaże się przed samym biegiem. Co roku do udziału w biegu jest dużo więcej chętnych niż dostępnych miejsc. Podobnie może być również przy siódmej edycji. O tym, kto pobiegnie w marcu w ZUKu prawdopodobnie zadecyduje losowanie. Bieg na przestrzeni kilku już lat zyskał miano wyjątkowej imprezy, jak podkreślają uczestnicy. W biegu może wziąć udział tylko 400 zawodników. Najważniejszą kwestią jest zapewnienie bezpieczeństwa na trasie, ale Organizatorzy podkreślają, że utrzymanie kameralnego rodzinnego klimatu, a co za tym idzie wyjątkowej atmosfery wydarzenia, jest dla nich równie ważne. Chętnym do udziału w biegu przypominamy, że aby móc przystąpić do zapisów trzeba wykazać dwa ukończone biegi górskie na dystansie minimum maratonu. To wyjątkowy wymóg, który podyktowany jest głównie kwestiami bezpieczeństwa na zimowej, trudnej trasie. Data biegu to 7 marca 2020. Zapisy potrwają do 12 listopada. Zapraszamy do obejrzenia wyjątkowej, zimowej galerii zdjęć. Więcej informacji na stronie: www.ultaramaratonkarkonoski.pl
[caption id="attachment_63371" align="aligncenter" width="2083"] Krystian Zalewski (POL) Credit: James Lang-USA TODAY Sports[/caption] [h2]W przyszłorocznej Diamentowej Lidze, serii najbardziej znanych mitingów lekkoatletycznych, zabraknie konkurencji, w których Polacy i Polki odnoszą największe sukcesy: rzutu młotem, rzutu dyskiem i biegów na 3000 metrów z przeszkodami. Czy to antypolski spisek?[/h2] Diamentowa Liga, czyli seria 14 najmocniejszych mityngów świata, to wyznacznik tego, co w lekkiej atletyce na stadionie popularne i chętnie oglądane. Po obecnym sezonie organizatorzy mityngów oraz IAAF, czyli światowe władze lekkoatletyczne, przeprowadziły obszerne badania popularności poszczególnych dyscyplin, a także reorganizację całego formatu. Jak się okazuje, intuicyjne przewidywania okazały się prawdą, a niektórych konkurencji, np rzutu dyskiem, niemal nikt nie chce oglądać. Najpopularniejszymi dyscyplinami w ramach zawodów Diamentowej Ligi są: bieg na 100 metrów, skok w dal, skok wzwyż, skok o tyczce oraz biegi na 200 i 400 metrów. Z przyszłorocznego programu Diamentowej Ligi usunięto rzut dyskiem, trójskok oraz bieg na 3000 metrów z przeszkodami. Już wcześniej w programie nie pojawiał się rzut młodem, nie ma także sztafet, a dodatkowo wycięto od przyszłego roku bieg na 5000 metrów. Warto zauważyć, że to w większości konkurencje, w których Polska odnosi największe sukcesy i posiada największe gwiazdy lekkiej atletyki. Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek, Wojciech Nowicki i Joanna Fiodorow (rzut młotem), Piotr Małachowski i Robert Urbanek (rzut dyskiem), a potencjalnie także Krystian Zalewski (bieg na 3000 ma przeszkodami) oraz zawodniczki i zawodnicy sztafet 4x400 metrów nie będą mogli startować w najbardziej prestiżowych mityngach świata. Z prostego powodu: mało kto chce oglądać ich konkurencje. A z drugiej strony, w najpopularniejszych konkurencjach nie mamy żadnego reprezentanta oraz tylko jedną reprezentantkę, Kamilę Lićwinko, skaczącą wzwyż. W kontrze do tego trendu, Polski Związek Lekkiej Atletyki najbardziej stawia właśnie na rzuty,w tym rzut młotem. Nie tylko wspiera te konkurencje, ale też w największych mityngach w Polsce, np w Memoriale Janusza Kusocińskiego, to rzuty znajdują się w centrum wydarzeń. Czy słusznie? Nowy format rozgrywania Diamentowej Ligi zakłada 90-minutowe, szybkie mityngi, podczas których cały czas coś się dzieje. Skracanie konkurencji ma miejsce od lat - wyeliminowano falstarty, karząc je natychmiastowymi dyskwalifikacjami, zmniejszono liczbę skoków i rzutów oddawanych w czasie zawodów. Jednocześnie jednak organizatorzy cały czas mają wolną rękę, jeśli chodzi o rozszerzanie programu i dodawanie dodatkowych konkurencji poza czasem antenowym. Mogą je wykorzystać choćby do promowania lokalnych gwiazd. W związku z tym konkurencje spoza oficjalnego programu nadal będą rozgrywane na niektórych zawodach. Co więcej, IAAF obiecuje, że zorganizuje kolejną serię zawodów kontynentalnych, bez globalnej transmisji telewizyjnej, aby zawodnicy i zawodniczki mieli możliwość startowania i uzyskiwania wyników. Konkurencje wykluczone z Diamentowej Ligi nadal bowiem pozostają w programie zawodów mistrzowskich, takich jak mistrzostwa świata i Europy czy igrzyska olimpijskie. Jednocześnie trudno nie zauważyć jak mocno polskie władze lekkoatletyczne odstają od trendów światowych. Zamiast promować konkurencje oglądane i popularne na świecie, w PZLA stawia się na nisze. Z prostego powodu: skuteczność związku w Ministerstwie Sportu jest rozliczana ilością medali. A medale najłatwiej zdobyć w konkurencjach niszowych, np rzucie młotem kobiet. Nikogo w Związku nie interesują popularne na świecie sprinty czy oglądane przez miliony widzów maratony. Z jednej strony trudno nie promować rodzimych gwiazd, takich jak Anita Włodarczyk czy Paweł Fajdek. Ale z drugiej - oparcie rozwoju lekkiej atletyki o konkurencje, które mało kto chce oglądać, a które dodatkowo są niemożliwe do uprawiania rekreacyjnego oraz niezrozumiałe (mało kto rozumie, dlaczego metalową kulkę na łańcuchu nazywa się młotem), to skazywanie się na coraz mniejszą bazę widzów i kibiców. Dobrze by było, gdyby w reformie przeprowadzanej przez IAAF polskie władze sportowe dostrzegły nie spisek, ale realizację globalnych trendów, pod które trzeba się podpiąć, aby przetrwać. POBIERZ TAKŻE APLIKACJĘ "MAGAZYN BIEGANIE". TO TAM ZNAJDZIESZ NASZE NAJLEPSZE TEKSTY.
[caption id="attachment_63365" align="aligncenter" width="1024"] (c) Wszelkie prawa zastrze¿one,fot: www.sportografia.pl; www.aktywer.pl;www.pzumaratonwarszawski.com[/caption] [h2]12 listopada, w samo południe, ruszają zapisy do udziału w 42. Maratonie Warszawskim. Bieg, zaplanowany na 27 września 2020 roku, będzie fetowany jako święto królewskiego dystansu! W związku z tym, organizatorzy przygotowali dla uczestników mnóstwo niespodzianek, a pierwsza z nich zostanie ogłoszona w dniu rozpoczęcia zapisów.[/h2] Zgodnie z wieloletnią tradycją, najstarszy otwarty dla amatorów maraton w Polsce odbędzie się w ostatnią niedzielę września. W kalendarzach fanów biegania ta data powinna zostać zakreślona na czerwono, bo będzie to wyjątkowa impreza! Liczba 42 jest magiczną dla fanów królewskiego dystansu - właśnie tyle kilometrów trzeba przebiec, żeby móc z dumą nosić miano maratończyka. Właśnie dlatego 42. Maraton Warszawski będzie celebrowany, jako święto królewskiego dystansu! W związku z tym, na biegaczy czeka wiele atrakcyjnych niespodzianek. Pierwsza z nich zostanie ogłoszona równo ze startem zapisów na przyszłoroczną imprezę: 12 listopada w samo południe. Warto zachować czujność i być jedną z pierwszych osób, które wykupią pakiet startowy. [h3]Gratka dla doświadczonych[/h3] 42. Maraton Warszawski będzie wyjątkowy nie tylko ze względu na święto dystansu. Nie lada gratką dla tych bardziej doświadczonych uczestników będzie również fakt, że stołeczny bieg spośród 175 imprez na całym świecie, jako jedyny w Polsce, uzyskał status imprezy kwalifikującej do maratońskich mistrzostw świata kategorii Masters, w których udział wezmą najlepsi biegacze długodystansowi po 40 roku życia. A wszystko to dzięki zaproszeniu do współpracy, jakie otrzymała „Fundacja Maraton Warszawski” od Abbott World Marathon Majors. – Od lat robimy co w naszej mocy, żeby stale podnosić poziom organizacyjny Maratonu Warszawskiego. To wyróżnienie jest dla nas kolejnym dowodem na to, że obraliśmy dobrą drogę. Cieszę się, że w ten sposób bardziej doświadczeni biegacze mają kolejny powód, żeby wystartować w najstarszym polskim maratonie – mówi Marek Tronina, dyrektor Fundacji Maraton Warszawski. Maraton Warszawski to najstarsza i największa impreza biegowa na królewskim dystansie w Polsce. Odbywa się nieprzerwanie od 1979 roku. Na stałe wpisała się do sportowego kalendarza naszego kraju i jego stolicy. Biegacze regularnie chwalą wysoki poziom organizacyjny, jak i ciekawą trasę, umożliwiającą zwiedzanie Warszawy w najlepszy możliwy sposób – biegiem! Więcej informacji na temat 42. PZU Maratonu Warszawskiego znajdziesz na stronie organizatora.
[caption id="attachment_11912" align="alignnone" width="846"] Fot. PAP[/caption] [h2]Jednym z popularniejszych środków budowania formy biegowej jest sięganie po treningi interwałowe. Biegacze mają jednak tendencję do wykonywania ciągle tych samych jednostek. Czy to dlatego, że brakuje nam wyobraźni? A może są to po prostu najlepsze możliwe propozycje treningowe?[/h2] 12x200 m, 10x400 m, 6x1000 m, 4x1200 m, Yasso 10x800 m, 4x1600 m - nie ma chyba biegacza, który nie wykonałby lub przynajmniej nie czytałby o którejś z tych jednostek. To klasyczne propozycje wybranych treningów interwałowych, mających przynieść biegaczowi określone korzyści. Czy są skuteczne? Tak. Czy są sprawdzone? Oczywiście, przez tysiące biegaczy na całym świecie od wielu lat. Czy są niezastąpione? Zdecydowanie nie. [h3]Tabelaryczna wizja biegacza[/h3] Pewnym problemem, jaki rodzi się w przypadku treningów interwałowych, jest chęć naukowego uzasadnienia stosowania takiego a nie innego zestawu interwałów. Najlepiej widać to na przykładzie treningu Jacka Danielsa, gdzie przy treningach interwałowych określony jest cel danej jednostki (poprawa VO2Max), tempo z jakim należy biegać (tempo "I" z tabeli Danielsa, odnoszące się do naszej aktualnej formy) i czas trwania odcinków (3-5 minut). [h6]Rys. Getty Images[/h6] Biorąc pod uwagę powyższe zasady można stwierdzić, że np. dla zawodnika biegającego 10 km w ok. 42:30 trening 6x1000 m pokonanych po ok. 4:20 z przerwami 400 m trucht będzie doskonałym środkiem treningowym. I rzeczywiście trudno cokolwiek proponowanej jednostce zarzucić. Pytanie jednak, co stanie się, gdy zwiększymy liczbę powtórzeń? Albo zaproponujemy inne tempo? Albo dokonamy manipulacji przerwą? Czy podobne efekty treningowe można uzyskać, stosując inny układ treningu? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Chyba najbardziej obrazowym przykładem będzie bieg tempowy. Załóżmy, że zawodnik ma do wykonania bieg tempowy na dystansie 5 km po 4:00/km (tempo progowe). Co by było, gdybyśmy zaproponowali mu wykonanie treningu np. 5x1000 m z przerwami 200 m, gdzie szybkie odcinki pokonałby właśnie w tempie ok. 4:00/km? Uzyskalibyśmy bardzo podobny bodziec, choć ten drugi trening byłby dzięki przerwom lżejszy. Możemy zatem dorzucić jedno powtórzenie i wykonać 6x1000 m w tempie 4:00/km, dzięki czemu zawodnik pokona łącznie 6 km w tempie progowym, bo umożliwią mu to przerwy. Ale zaraz, zaraz, czy nie mówiliśmy wcześniej, że na treningu 6x1000 m należy biegać w tempie "I", bo ten trening ma podnosić VO2Max, a nie być jednostką progową? [h3]Nie wszystko trzeba klasyfikować[/h3] Tu właśnie leży problem w klasycznym podejściu. Stosujemy dane rodzaje treningów i niemal automatycznie przypisujemy je do celu, jaki rzekomo mają spełniać. Wpadamy w pułapkę klasyfikowania jednostek, nie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie dany bodziec jest dla nas (naszego zawodnika) najlepszym w danym momencie. Właśnie dlatego tak często spotykamy się z identycznymi jednostkami treningowymi i wykonujemy znane, sprawdzone, tytułowe 10x400 m czy 4x1200 m. A nie wszystkie interwały muszą mieć taką postać. Przy przedstawionym powyżej podejściu zupełnie zapominamy o tym, iż mamy możliwość modyfikacji wielu zmiennych. Wystarczy sięgnąć do przeszłości i spojrzeć na kreatywność takich trenerów, jak Mihaly Igloi,  Franz Stampfl czy Woldemar Gerschler, którzy stosując interwały potrafili zrealizować niemal każdy rodzaj treningu - od łagodnego, czysto wytrzymałościowego przed mocno wyczerpujący, o charakterze tempowym aż po szybkościowy. Wspomniany Woldemar Gerschler twierdził na przykład, że całe przygotowania zimowe biegacza długodystansowego do sezonu można oprzeć wyłącznie o odcinki o długości 100 czy 200 m! W najnowszym numerze e-tygodnika Magazyn Bieganie znajdziecie kolejny ciekawy przykład treningu interwałowego zupełnie różnego od klasycznego podejścia. Chodzi o Danny'ego Hendersona, zawodnika z życiówką na poziomie 13:23 na 5000 m, którego przygotowania przypominały zdecydowanie bardziej jednostki wykonywane przez pływaków niż przez biegaczy. Owszem, miał w swoim planie treningi takie jak 10x400 m, ale było to zupełnie inne 10x400 m niż to, o którym najczęściej myślą biegacze. Więcej na ten temat przeczytacie w numerze 45 (171) Magazynu Bieganie.
Advertisment ad adsense adlogger