fbpx

Amator na dopingu?

Doping w bieganiu

Rys. Michał Romański

Biegacz amator na dopingu – to brzmi zabawnie. Wielce wątpliwe, że w grupie biegaczy, którzy biegną w maratonie, żeby złamać 4 godziny, ktoś „się szprycuje”. Uśmiech politowania budzi myśl, że wąsaty pan Edek przed startem raczył swój organizm EPO, czy też stojący obok nas triathlonista amator poprawiający przed startem okularki, do suplementacji w tym sezonie włączył hormon wzrostu. Jednak sport amatorski nie jest wolny od nielegalnego wspomagania.

Im wyższy poziom rywalizacji amatorów, im bliższa magiczna dwójka z przodu, zwycięstwo w kategorii wiekowej na imprezie o randze mistrzostw kraju, czy kwalifikacja na mistrzostwa kontynentu, tym bardziej doping staje się prawdopodobny. Nie chodzi tutaj o szukanie taniej sensacji i rzucanie cienia na osiągnięcia wielu biegaczy i triathlonistów amatorów, których tytaniczna praca może być tylko przykładem dla innych. Jeśli jednak w kulturystyce czy kolarstwie amatorskim doping jest zjawiskiem powszechnym, to dlaczego miałby nie istnieć w naszym środowisku?

Stosunek amatora do dopingu

W latach 2010 i 2012 uczestników dwóch największych maratonów w Polsce – Poznań Maratonu i Maratonu Warszawskiego przebadano za pomocą anonimowych ankiet. Pytania w obu ankietach były takie same i dotyczyły wiedzy na temat dopingu i stosunku do niego. Badanie przeprowadzili pracownicy Katedry Medycyny i Fizykoterapii AWF w Poznaniu i Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie.

Pięć lat temu tylko 2 procent respondentów z grupy 1354 biegaczy stwierdziło, że zaryzykowałoby zdrowie i zastosowało doping dla osiągnięcia wyniku sportowego, sławy, pieniędzy, zwycięstwa. Minęły dwa lata i takich osób było już 4 procent, a liczba przebadanych biegaczy wzrosła do 1419. Co więcej, wzrosła liczba badanych, którzy mieli styczność z substancjami zabronionymi na zawodach sportowych. W 2010 roku było ich 3 procent, a w 2012 – 13! W ciągu tych dwóch lat spadło też zaufanie do współzawodników. Jeśli w 2010 roku odpowiedź na pytanie „Czy twoim zdaniem inni zawodnicy mogli skorzystać z dopingu?” rozkładały się mniej więcej po połowie, to w 2012 roku innych biegaczy o wspomaganie podejrzewało już 70 procent badanych.

Czy to znaczy, że wraz z rozwojem dyscypliny na poziomie amatorskim rośnie też problem dopingu? Wspinamy się po krzywej Gaussa i w tej materii moment kumulacji mamy jeszcze przed sobą?

–Trudno powiedzieć, żeby taka tendencja była zauważalna. Badania prowadzone były tylko dwukrotnie, od ostatniego minęły 3 lata. Brakuje danych, żeby wysnuć taką hipotezę – mówi Michał Rynkowski z Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie, który jest jednym z autorów cytowanego raportu.

Rzeczywiście, aby wyciągać daleko idące wnioski na temat obecnej sytuacji w Polsce, posługiwanie się danymi sprzed trzech lat to trochę za mało. Jednak opublikowane w zeszłym roku badania zespołu niemieckich naukowców pod przewodnictwem profesora Peryklesa Simona z Uniwersytetu w Mainz dają do myślenia.

13 vs. 2 procent

Reprezentatywnej grupie 3 tysięcy triathlonistów amatorów podczas zawodów we Frankfurcie o randze mistrzostwa Europy na dystansie Ironman, mistrzostw Europy na dystansie 70.3 w Wiesbaden i triathlonie w Regensburgu (zawody bez żadnej rangi na dystansie 1/2 Ironmana) w biurze zawodów, przy odbiorze pakietów startowych, wręczono anonimowe ankiety zawierające dwa pytania główne i pytania metryczkowe. W badaniu nie wzięli udziału zawodnicy elity.

Pierwsze pytanie brzmiało: „Czy w ostatnich 12 miesiącach przyjmowałeś substancje, które mogą być przepisane tylko przez lekarza, są dostępne w aptece lub na czarnym rynku (anaboliki, EPO, hormon wzrostu, stymulanty), aby polepszyć swoją wydolność fizyczną?”. Drugie skonstruowane było tak samo, tylko dotyczyło dopingu kognitywnego, czyli stymulowania mózgu w celu polepszenia koncentracji. Na liście wymienionych środków znalazły się tabletki kofeinowe, ale także kokaina, metylofenidat, beta-blokery czy modafinil używany głównie w leczeniu narkolepsji.

Okazało się, że 13 procent przebadanych zażywało doping fizyczny. Przyznali się do stosowania EPO, sterydów anabolicznych i innych zakazanych substancji. Jeszcze więcej, bo 15 procent zażywało leki mające na celu poprawę koncentracji. To wszystko w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Natomiast aż 20 procent ankietowanych potwierdziło, że w całej swojej karierze brało wspomniane wyżej substancje.

To dużo. Według danych WADA, próbki z wynikiem potwierdzającym stosowanie dopingu przez profesjonalnych sportowców wynoszą 2-3 procent ogółu, a to i tak zaniżona wartość. Przecież niektórym sportowcom udawało i pewnie udaje się oszukiwać system całymi latami.

Droga na skróty

Patrząc na wyniki niemieckich badań, trudno uwierzyć, że 1/5 badanych przyszedł do głowy ten sam głupi pomysł na żart. Startujący w wymienionych zawodach to wyselekcjonowana grupa. Na imprezy o randze mistrzostw trzeba się zakwalifikować. Poza tym średnia wieku dopingowiczów z badania to 38-39 lat. Jeśli spojrzymy też na strukturę zawodową grupy, jaką stanowią triathloniści, znajdziemy tam nadreprezentację menadżerów dużych firm, a nie skłonnych do psikusów lekkoduchów.

– Nie jestem zdziwiony tym wynikiem. Sam znam przypadki stosowania hormonu wzrostu w polskim środowisku – mówi najmocniejszy w Polsce amator, Marcin Konieczny. Dodaje jednak, że to raczej margines, chociaż jak podkreśla brakuje na to twardych danych. W Polsce nikt nie prowadził takich badań.

Może rzeczywiście na poziomie, na którym obecnie triathlon i bieganie masowe w Polsce się znajdują, jest to proceder raczej marginalny. Widełki czasowe, w których mieści się znaczna większość kończących zawody, różnią się od tych zachodnich na naszą niekorzyść. Doping po prostu się nie opłaca. To nawet nie skórka za wyprawkę. Jednak kiedy podnosimy wyżej poprzeczkę, jesteśmy coraz lepsi, możemy wpaść w pułapkę swojego ego. „Jeszcze mogę” i „już mogę” złapią nas w żelazny uścisk. Żeby udowodnić coś sobie lub innym, będziemy bardziej skłonni do wybierania dróg na skróty. W sportach wytrzymałościowych liczy się przede wszystkim ciężka praca. Nie wszystkim się chce, czasem lepiej przeskoczyć kilka stopni rozwoju od razu. Skoro w życiu codziennym ludzie nie mają oporów, żeby podkładać komuś świnię, bo cel uświęca środki, to dlaczego inaczej miałoby być w środowisku sportowym, które przecież jest społeczeństwem w soczewce?

A środki dopingowe są powszechnie dostępne w internecie. Hormon wzrostu? Proszę bardzo, kuracja trzymiesięczna tylko 89,99. Jeśli nie jesteś zadowolony z wyników, dostaniesz zwrot pieniędzy. EPO? Dziesięć ampułek wyprodukowanych przez chiński koncern farmaceutyczny kosztuje 420 dolarów, czyli około 1200 złotych. Taka jest cena za oryginał. Jeśli jednak kupić podróbkę, lek kosztuje już 300 złotych, czyli mniej niż para porządnych butów do biegania. Jak zażywać? Porady z łatwością można znaleźć w internecie. Ja trafiłem na polskim forum na faceta, który brał EPO, żeby wystartować w Biegu Katorżnika i to wcale nie po to, żeby osiągnąć super wynik!

Kontrola dla amatora?

– Każdy przypadek dopingu trzeba piętnować. Uważam, że prędzej czy później na zawodach pojawi się kontrola amatorów – twierdzi Marcin Konieczny. Sam jest zawodnikiem, który do sportu podchodzi najuczciwiej, jak to możliwe i bardziej niż wynik interesuje go proces dochodzenia do niego. W zeszłym roku po Herbalife Triathlon Gdynia nie miał oporów, żeby zawodników, którzy dla urwania kilku sekund tworzyli długie jak pendolino, aerodynamiczne, rowerowe pociągi, nazwać „parówkami drafterkami”. Za jego sprawą ruszyła akcja „Say no to drafting”. – Oszukiwać dla niewiele lepszego wyniku to głupota – mówi.

Powszechne i losowe kontrole to jednak bardzo duże koszty. Analizy próbki moczu to około 1000 złotych. – Specjalistyczne analizy mogą kosztować nawet 1600 złotych, pełen pakiet z badaniem krwi to 2000 złotych – wylicza Michał Rynkowski. Komisja Do Zwalczania Dopingu w Sporcie ma ograniczony budżet i kontroluje dyscypliny olimpijskie, zawody o randze mistrzostw kraju. Na imprezach komercyjnych chęć kontroli zgłasza organizator i to on pokrywa koszty. W zeszłym roku takie kontrole zarządzili organizatorzy największych biegów w Polsce. Reszta, z różnych powodów, o wizytę kontrolerów nie poprosiła. Jedną z przyczyn mogły być finanse. Zwykle na biegu bada się w sumie pięciu najlepszych zawodników. Łatwo policzyć, że to koszt 10 tysięcy złotych. To już dużo. Gdyby do tego dodać losową kontrolę pięciu amatorów, to koszta wzrosłyby dwukrotnie.

Dlatego amatorom, choć formalnie podlegają takim samym zasadom współzawodnictwa i kontroli jak profesjonaliści, w kwestii dopingu ręce wiąże faktycznie tylko własne sumienie.

Jedno przemyślenie nt. „Amator na dopingu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger