fbpx

Bieg Rzeźnika 2015 – relacja Magdy Łączak

Autor: Redakcja • 08.06.2015

Magda Laczak i Pawel Dybek Fot Fundacja Aktywne Trzemeszno

Magda Łączak i Paweł Dybek podczas Biegu Rzeźnika. Fot. Fundacja Aktywne Trzemeszno

Pięć lat temu wbiegali na metę jako drugi zespół w klasyfikacji generalnej z nowym rekordem trasy teamów mieszanych – z kobietą i mężczyzną na pokładzie. Ich czas – 9:32 – zwalał wówczas z nóg. Otarli się o zwycięstwo i przez pewien czas przed końcem przewodzili stawce. Lepszy był tylko jeden męski zespół. W tym roku Magda Łączak i Paweł Dybek znowu stanęli na starcie w Komańczy. Z czasem 8:22:56 wpadli na metę jako pierwsi. Zostawili za sobą dosłownie wszystkich. Oto relacja Magdy ze startu.

Godzina 0:30 dzwoni budzik, wstaję, odruchowo nastawiam napełniony wodą wieczorem czajnik. Kładę się jeszcze na chwilę. Gdy woda wrze, budzę Pawła. Siadamy do śniadania. Płatki owsiane, orzechy, żurawina. Jemy, a ponieważ wszystko mamy przygotowane, po śniadaniu kładziemy się jeszcze na chwilę odpoczynku. Lubię dobrą organizację, takie skrzywienie.
Zakładamy na ręce nasze sunciaki. Ja odpowiadam za ewentualną komunikację – w telefonie mam w ulubionych wszystkie ważne numery na zawody no i za pilnowanie czasu posiłków. Paweł nosi ciężary, czyli jedzenie. Jak się okaże w trakcie zawodów – pozbawi mnie również telefonu…

Wyjazd na start zaplanowaliśmy na 2:10, bo do linii startu mamy nie więcej niż 20 minut drogi. Ruszamy o czasie. W oddali widzimy długi wąż świateł samochodowych. Dojeżdżamy do Komańczy około 2:45. Jest chłodno. Zdecydowaliśmy się nie zakładać kurtek, ale mamy założone na rozgrzewkę rękawki. Około 3 nad ranem po przesłuchaniu bardzo fajnej płyty „Wiewiórka na drzewie”, którą dostaliśmy w pakiecie startowym decydujemy się ruszyć na rozgrzewkę. Po trzaśnięciu drzwiami auta słyszymy znajomy dźwięk wystrzału. Dziwne, próbują strzelbę przed startem? Zaczynamy truchtanie ubrani w ciepłe bluzy. Jeszcze nie widzimy miejsca startu. Po 2 minutach widzimy most, gdzie miał być start, ale nie ma tam ludzi. Trochę dalej widzimy nieliczne osoby wbiegające w drogę prowadzącą do Duszatyna. Przechodzi mnie dreszcz. Patrzymy na siebie i już wiemy… błyskawicznie zrywamy z siebie bluzy. O rękawkach nie myślimy. Wrzucamy ciuchy przez okno do auta i gnamy. Ja włączam zegarek od razu, co prawda start jest dalej, ale o tym już nie chcę myśleć.

Szybka decyzja – trzymamy się prawej. Tego jeszcze nie było. Ruszamy z około 700-setnej pozycji. Ostatni zawodnicy idą. Pewnie muszą, bo droga choć szeroka jednak się korkuje. Ja biegnę przodem – tak ustaliliśmy przed zawodami. Regularnie mówię „przepraszam, z prawej”, za mną Paweł dodaje „dziękuję”. To fascynujące biec w tak dużej grupie ludzi. Mijamy wielu znajomych, życzymy sobie powodzenia, ale nie zwalniamy. Przepraszam, że nikogo nie wymieniam, ale byłaby to niezła lista startowa. Nie możemy popełnić głupoty jaką byłoby zbyt mocne tempo, ale zwalniać bez potrzeby tym bardziej nam nie wolno. Nie patrzę na zegarek, liczby nie mają znaczenia, trzeba zrobić swoje. Paradoksalnie myśl, że gorzej przecież być nie może, dodaje mi otuchy. Przed końcem drogi jesteśmy już w okolicy pierwszej dziesiątki. Trasę z treningów i poprzedniego startu znamy nieźle, ale nawigacja w sunciaku pracuje pełną parą. Jesteśmy spokojni. Przed przełęczą Żebrak, Paweł zarządza: oddaj latarkę. Wydaje mi się, że jeszcze mogłaby się przydać, ale wiem, że dla niego tempo jest lajtowe i ma lepszy ogląd sytuacji, więc bez dyskusji oddaję latarkę. W plecaku mam tylko picie. Telefon już mi w biegu zabrał…

Pierwsze trzy godziny mijają niepostrzeżenie. Dobiegamy do Cisnej, gdzie przy torach czeka na nas „Wiewiórka na drzewie” z idealnym bitem. Dzięki chłopaki! Wiem, że granie tyle godzin to też niezły czelendż. Doceniamy. Za bramką z pomiarem czasu widzimy Marcina, który zgodnie z wytycznymi podaje nam ekspresowo plecaki i mówi, że musimy wbiec na orlik. Czas 3:10. Paweł ma małą zamotkę, bo musi kilka rzeczy przełożyć, ale szybko opuszczamy punkt i jesteśmy na lubianym przeze mnie z ostatnich treningów odcinku na Jasło i Okrąglik. Spoglądam na zegarek, choć nie liczę „ile szybciej”, „o której na mecie”…

Wiem, że w stosunku do Pawła jestem słabiak pod górę, więc robię wszystko żeby się nie nudził. Ponieważ daję z siebie wszystko Paweł przejmuje moje zadanie pilnowania czasu posiłków. Nie mam kiedy patrzeć na zegarek. Wydaje mi się, że jeszcze nie skończyłam jeść jednego żela, a bufetowy z tyłu pyta: „Jaki smak sobie życzysz?”. Coca-colowy ETIXX jest moim faworytem, ale wciągam jak leci, to znaczy jak „bufet” wydaje. Do Smerka biegniemy w towarzystwie Jacka Michulca i Tomka Klisza. Trochę się mijamy. Zazdroszczę im wody, ale nic nie mówię, bo pewnie by mnie poczęstowali, a nie chcę ich opijać. Tutaj Paweł mnie wyprzedza, żeby osłonić mnie od wiatru, który wieje w twarz.

W Smerku zgodnie z planem wymiana plecaków i lecimy. Okazuje się, że odrobiliśmy do prowadzących 3 minuty, a więc lecimy podobnym tempem. Dołącza do nas Kuba z Beskid TV, która towarzyszy nam aż na Połoninę, bo tam są ładne ujęcia. Fajne towarzystwo sprawia, że droga szybko mija i już widać łąki na Połoninie. Wspominam ubiegłotygodniowy trening, jak spotykałam zawodników Ultra Rzeźnika, jak biegłam z Pawłem Pakułą, a potem mijałam goniących go jeszcze w tym czasie pozostałych zawodników. Czas mi szybko płynie. Wieje mocny wiatr, więc muszę z nim walczyć. Dlaczego ten łobuz tak bardzo chce mnie wypchnąć z grani?! Paweł próbuje biec obok, żeby osłonić mnie od wiatru ale to niewiele daje. Na Połoninie wyprzedzamy Roberta Gacki i Dominika Włodarkiewicza. Poznajemy się, chwilę rozmawiamy, życzymy sobie powodzenia i lecimy swoje. Połonina mija ekspresowo. Ludzie na szlaku są rewelacyjni. Kibicują, robią miejsce. Jest bardzo miło. W oddali widać Chatkę Puchatka gdzie mijamy kolejną wielką falę kibiców. Dzięki wielkie, może tego czasem nie widać, ale to co dla nas robicie naprawdę działa. Na tym przebiegu nasza strata do prowadzących topnieje do 13 min. Osiem minut nadrabiamy na Połoninie Wetlińskiej, czyżby liderzy słabli?

W Brzegach Górnych wymieniamy ostatni raz plecaki. Ruszam bez ociągania, ale słyszę za nami głos Agnieszki Kuczewskiej i jej super dzieciaków, którzy nas żywo dopingują. Dostajemy info, że pierwsi „odsiadują” w Brzegach karę 30 minutową za niewbiegnięcie na początku zawodów na Chryszczatą. Ruszamy na Caryńską, ostatnie 30-35 min podejść i podbiegów. Potem, grań Połoniny, jedyny nie przebiegnięty przeze mnie w ostatnim miesiącu odcinek trasy. Połonina Caryńska jest jednak dla nas łaskawa, podbiegi są „w sam raz”. Paweł zarządza, „Magda spokojnie, jeśli nic nie schrzanimy, to wygraliśmy”. Ja nie myślę tak trzeźwo, ale dla otuchy zaczynamy sobie podśpiewywać. Wiatr szaleje, ale mnie już nie przeszkadza tak bardzo. Jeszcze tylko jedna mała wywrotka, bo wiadomo, że „zawody bez gleby to zawody stracone” i mkniemy w dół.

Matko, jak ja lubię zbiegać.

Turyści są cudowni, kibicują, gratulują schodzą z drogi. Jak zwykle trochę mnie to rozczula, coś tam pochlipuję, ale szybko biorę się w garść, bo łzy w oczach wróżą glebę. Zadaję turystom ulubione z rajdów pytanie „daleko jeszcze”? To taka forma głupawki zmęczeniowej, ale też możliwość odezwania się. Pojawia się Kuba z Beskid TV i wiemy już, że to końcówa. Paweł spogląda na zegarek i pyta: łamiemy 8:20? Mówię, że „diabli wiedzą ile właściwie te zawody trwają”, więc dajemy sobie spokój. Jest tak przyjemnie, że kontempluję chwilę. No teraz to czuję euforię zbliżającej się mety. Oczywiście, że czuję jak mnie niesie, choć nie gnamy, bo nie jest to start z gatunku „niech to się już kończy”. W Ustrzykach czekają kibice, jest zimne piwo – ogólnie nie lubię, ale teraz wypijam rekordowe ilości. Potok, zwany przez wszystkich lokalnym spa, jest szalenie przyjemny. Potem masaże od SALCO i sól w prezencie (pisząc to jesteśmy już po pierwszym moczeniu w soli – dzięki – rewelka). Atmosfera jest tak fajna, że spędzamy mnóstwo czasu czekając na przyjaciół i znajomych, którzy jeszcze biegają. Dużo miłych spotkań, niektóre po wielu latach. Niespodziankę robią nam Pawła rodzice, którzy przyjeżdżają osobiście pokibicować. Ale ponieważ wszystko co dobre, musi się skończyć, nadchodzi czas powrotu do pensjonatu i drzemki.

Dziękujemy wszystkim, którzy nie szczędzili nam, mimo nie zawsze łatwego oddechu, dobrego słowa na trasie. Dziękujemy kibicom na punktach i bardzo miłej obsłudze. Dziękujemy organizatorom i kamerzystom, którzy towarzyszyli nam na trasie.
Dziękujemy Marcinowi – który supportował nas w punktach, kawał dobrej roboty.
Dziękujemy sponsorom, bez których ten start nie byłyby możliwy.

Start w liczbach:

Zjedliśmy około 40 żeli (guarana, cytrynowy izo i coca-cola)
Wypiliśmy 4 l rozpuszczonych izo żeli z dodatkiem magnezu i 3,5 l rozgazowanej coli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger