Biegaczka i triathlonistka zdobyła ośmiotysięcznik. Joanna Kozanecka: „Przez miesiąc spałam w namiocie tlenowym”

Joanna Kozanecka

Polskiej biegaczce i triathlonistce pod koniec września udało się wejść na ósmy pod względem wysokości szczyt Ziemi. Joanna Kozanecka opowiedziała w rozmowie z Jarkiem Więcławskim m.in. o zdobyciu pierwszego ośmiotysięcznika, doświadczeniu zdobytym w bieganiu i triathlonie, które może przydać się w górach oraz kolejnych planach.

Do tematu biegania na pewno wrócimy, ale nie mogę zacząć rozmowy inaczej niż od wspomnienia ostatniego sukcesu – zdobycia szczytu Manaslu wspólnie z Moniką Witkowską. Jakie to uczucie móc znaleźć się na wysokości 8156 metrów nad poziomem morza?

To jest niesamowite uczucie, ale tak naprawdę satysfakcja i uczucie szczęścia przychodzi dopiero w bazie. Szczyt to dopiero połowa drogi. Trzeba pamiętać jeszcze o bezpiecznym zejściu. Podczas zejścia zdarza się najwięcej wypadków, dlatego trzeba być niezwykle skoncentrowanym i uważnym. Oczywiście była mała euforia na szczycie, przybiłyśmy sobie piątkę, szybko zrobiłyśmy zdjęcia, ale tak naprawdę cała radość i świętowanie było dopiero w bazie, gdy wiedziałyśmy, że jesteśmy już bezpieczne. A na szczycie wrażenie jest niesamowite. Widoki są zapierające dech w piersiach (wcale nie z powodu wysokości), poczucie spełnienia i świadomość, że dałam radę – to jest nie do opisania.

Joanna Kozanecka

Kiedy pojawił się pomysł wyprawy na Manaslu? Która z was była pomysłodawczynią?

Pomysł pojawił się rok, półtora roku temu. Trudno powiedzieć, która z nas była inicjatorką. Ja chciałam pojechać i spróbować się na niższym ośmiotysięczniku, Monika rzuciła hasło, że może Manaslu. Nasze dwa cele idealnie się zgrały, więc decyzja została podjęta. To była nasza wspólna inicjatywa.

Ile trwały przygotowania do tej wyprawy? Nie pytam o logistykę, ale kwestie treningowe. A może, gdy ktoś biega maratony, biegi ultra czy uprawia triathlon, to nie potrzebuje specjalnego przygotowania do takiej wędrówki?

Wręcz przeciwnie. Wiele razy słyszałam, że u osób, które są bardzo mocne, wytrzymałe na nizinach, biegają maratony poniżej 3 godzin (ja biegam w granicach 3:45-3:50), nie przekłada się to na wspinaczkę w górach wysokich. Oczywiście są też wybitne jednostki, które świetnie radzą sobie i w górach i na nizinach.

W przygotowanie do wyprawy włożyłam bardzo dużo pracy. W Warszawie, w której mieszkam, nie byłam w stanie przygotować się do wysokości. Jednym możliwym sposobem było wypożyczenie od znajomych triathlonistów namiotu tlenowego, w którym spałam przez miesiąc. Niestety w takim namiocie mogłam zaaklimatyzować się jedynie do wysokości 3900m., a baza, w której mieszkaliśmy, była na 4800m.

Do swojego treningu biegowo-triathlonowego dołożyłam jeszcze siłownię – 2x w tygodniu, gdzie wzmacniałam przede wszystkim nogi, brzuch, grzbiet oraz pracowałam nad mięśniami głębokimi. Do tego dodałam jeszcze schody (12 pięter, 10-15 razy), które najbardziej oddają ruch i pracę mięśniową wykonywaną w górach. Chodząc po schodach stosowałam dodatkowe obciążenie w postaci zapakowanego plecaka – 20 kg. Do wyjazdu przygotowywałam się bardzo intensywnie przez ponad rok. Weźmy też pod uwagę, że od 10 lat biegam i od 5 lat uprawiam triathlon, więc miałam dobra bazę i wydolność, na której trzeba było „tylko” zbudować siłę.

Zdobycie ośmiotysięcznika to dotychczas było największe wyzwanie? Da się to w ogóle zestawić z wyzwaniami jak triathlon, ultra czy Ironman?

Trudno powiedzieć. W tym momencie dla mnie zdobycie Manaslu, ósmej góry świata jest największym wyzwaniem. Ale gdybyś mnie spytał po pierwszym Ironmanie w 2014 roku, mimo że miałam już zaliczone góry sześcio- i siedmiotysięczne, to powiedziałbym, że Ironman jest tym największym moim sukcesem.

Zdecydowanie było to największe wyzwanie, ale szczerze nie wiem czy Ironman lub biegi na 150 km kosztowały mnie mniej i czy to był mniejszy wysiłek. To zdecydowanie były krótsze wyzwania, tutaj trwało to 3 tygodnie, a triathlony i biegi zajmują 12 czy 30 godzin. Zupełnie nie da się tego porównać.

Joanna Kozanecka

To, że wspinałyście się we dwie ułatwiało sprawę? Sportowiec, który zwykle startuje indywidualnie nie ma problemu ze współpracą?

Zdecydowanie nie. Jeśli wszystko dobrze zaplanujemy, dobrze zorganizujemy, porozmawiamy z partnerem, jak ja widzę drogę na szczyt czy aklimatyzację, to wręcz to ułatwia wspólne funkcjonowanie w tak ekstremalnych warunkach. To jest niesamowity motywator do działania, a jednocześnie taki partner to bardzo duże poczucie bezpieczeństwa. Mogę to odnieść do biegu na 150 km. Gdy biegnie się już drugą noc, to szuka się kogoś, z kim można biec razem. Można z tą osoba nie rozmawiać całą noc, można nawet nie wiedzieć, jak ta osoba się nazywa, ale świadomość, że jest obok ciebie ktoś jeszcze, powoduje, że głowa inaczej funkcjonuje. Tak samo było tutaj. Dzięki drugiej osobie czułam się bezpieczniej.

Pierwszy ośmiotysięcznik, ale nie pierwsza góra. Kiedy zaraziłaś się pasją chodzenia po górach?

Od kiedy pamiętam zawsze marzyłam, żeby chodzić po górach. Gdy byłam mała, mama zabierała mnie w góry i wtedy zakochałam się w ich pięknie.. Podczas studiów w Warszawie, ukończyłam kurs przewodników beskidzkich. Tam nauczyłam się chodzić po górach i poznałam odpowiednich ludzi. Kolejne osoby, które spotykałam na swojej drodze, pchały mnie w wyższe góry. Dodatkowo zaczytywałam się w książkach na temat polskiego i światowego himalaizmu. Prawie wszystko, co ukazało się na temat polskich bohaterów w górach wysokich, zostało wnikliwie przeze mnie przeczytane. To rozbudziło moja wyobraźnię i marzenia. Musiałam tylko trochę poczekać, zdobyć doświadczenie i wytrzymać, żeby w końcu podjąć decyzję i ruszyć w góry.

Piotr Pustelnik, gdy tłumaczył powody górskich wspinaczek mówił, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje: na tych, którym tej pasji nie trzeba tłumaczyć i tych, którym się jej nie wytłumaczy. Tłumaczenie powodów nie ma sensu, ale co decyduje o tym, że celem staje się konkretny szczyt? Niektórzy wręcz pewne góry traktują jak obsesję.

To zależy od człowieka. Ja na początku chciałam zdobyć „jakiś” ośmiotysięcznik. Nie byłam zdecydowana na konkretną górę. Jednak w momencie, gdy podjęłyśmy decyzję, to rzeczywiście trochę „weszłam” na tę górę. Czytałam wszystko na jej temat, szukałam filmików, relacji. Przed samym wyjazdem znałam dokładnie trasę. Wiedziałam, gdzie leżą obozy, jak wyglądają te miejsce, gdzie mamy je zakładać itd. Gdyby ktoś po przyjeździe do Nepalu powiedział mi, że nie wchodzimy na Manaslu, tylko pójdziemy na inną górę, to miałabym z tym problem.

Joanna Kozanecka to biegaczka, triathlonistka, która chodzi po górach czy alpinistka, która biega i bierze udział w triathlonie?

Haha. To jest bardzo dobre pytanie. Szczerze mówiąc, jest mi trudno na nie odpowiedzieć. Chyba bardziej biegaczka i triahtlonistka, która chodzi po górach wysokich. Góry zdarzają się rzadziej, a bieganie i triathlon wiodą prym w moim kalendarzu. Aczkolwiek to niedługo może się zmienić.

Co z biegania i triathlonu można wynieść w góry? Jakie elementy pomagają podczas wyprawy?

Z biegania czy triathlonu wniosłam znajomość własnego organizmu, wiedzę jak reaguje na wysiłek. Dla przykładu – jestem astmatykiem i wiem, że każdy trening i wysiłek fizyczny muszę zaczynać powoli, aby moje płuca przyzwyczaiły się do zimnego powietrza bądź szybszej wentylacji. Taka wiedza powodowała, że w górach nie miałam żadnych ataków astmy i wszystko przebiegało bardzo bezpiecznie. Wiedziałam, jak mój organizm zachowuje się w momentach, gdy mam ścianę i wiem, co powinnam wtedy robić, jak powinnam się zachowywać, żeby przetrwać kryzys i wrócić do normalności. Dzięki triathlonowi i bieganiu wiedziałam, jak organizm funkcjonuje w kryzysowych sytuacjach.

Z gór też można wynieść coś, co przydaje się w biegach?

Z gór przenoszę przede wszystkim wytrwałość i cierpliwość. Gór nie zdobywa się szybko. Trzeba być bardzo cierpliwym. Zdarza się, że schodzimy na dół, jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani, obozy są założone, szykujemy się do ataku szczytowego, a nagle przychodzi załamanie pogody i trzeba czekać. Czasami nawet tydzień bądź dwa. Nie jesteśmy w stanie wtedy nic zrobić. To można przełożyć na treningi biegania i triathlonu. Gdy wydarzy się coś, co zaburzy plan treningowy i przygotowania, trzeba po prostu przeczekać, wrócić do zdrowia i wtedy ruszyć od nowa, aby osiągnąć swój cel.

Możliwość podróżowania dzięki występom to dodatek czy może właśnie istotny element doboru tras, miejsc, w których startujesz?

Dla mnie zdecydowanie jest to istotny element mojego kalendarza startowego. Startując w maratonach czy Ironmanach staram się nie powtarzać miejsc i tras. Lubię odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi, lubię niespodzianki i przygody. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że uprawiam turystyka triathlonowo-maratonową.

Joanna Kozanecka

Bieganie, triathlon, Ironman, rower, wspinaczka. Jest w tobie chęć sprawdzania się w ekstremalnych warunkach i podnoszenia coraz wyżej poprzeczki?

Na pewno jest we mnie potrzeba adrenaliny. Oczywiście jest też chęć sprawdzenia własnych granic. Uwielbiam trenować, ale uwielbiam też startować. Najcudowniejsze jest uczucie, kiedy widzę, że ciężka praca, którą wkładam w poranne i wieczorne treningi, dzień w dzień, przynosi efekt. To niesamowity motywator do działania, do podnoszenia poprzeczki coraz wyżej i wyżej. Dreszczyk adrenaliny, który temu towarzyszy jest niesamowity.

Triahtlon czy Ironman to sporty, które jest w stanie uprawiać każdy? Czy jednak to wymaga odpowiedniego przygotowania fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego?

I triathlon i bieganie jest zdecydowanie dla każdego, ale każdego, kto jest bardzo zmotywowany. Droga do mety jest wymagająca i czasami ciężka. Jeśli tylko nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, to każdy może mieć takie marzenie i do niego dążyć. Nie wygląda to tak, że pobiega się trzy razy w miesiącu i już można startować. To ciężki wysiłek organizacyjny, logistyczny i fizyczny. Jeżeli ktoś jest na taki wysiłek gotowy, to jest w stanie to zrobić. Zdecydowanie.

Starty w triathlonie zaczęłaś dość późno. Twoja droga do biegania w ogóle jest dość nietypowa, bo dyscyplina, od której zaczynałaś, należy do tych, o których istnieniu wielu po prostu nie wie.

Dokładnie. Dyscyplina, która trenowała to korfball. Zaczęłam ją uprawiać dość późno, bo dopiero na studiach. Szybko dostałam się do kadry Polski i przez 7 lat reprezentowałam ją na zawodach międzynarodowych. A co to jest korfball? To holenderska dyscyplina, w której drużyny są koedukacyjne. Celem jest zdobycie jak największej liczby koszy, z tym ze kosz jest bez tablicy, umieszczony jest 6 metrów od linii końcowej boiska, a więc można grać dookoła kosza. Korfball uprawiałam prawie przez 10 lat, do momentu kontuzji kolana i zerwania więzadła krzyżowego. Wtedy porzuciłam trenowanie i „przesiadłam” się na bieganie, a potem też na triathlon.

Joanna Kozanecka

Skoro udało się już zdobyć ośmiotysięcznik, to domyślam się, że jest już jakieś kolejne wyzwanie na horyzoncie. Są już jakieś konkretne plany?

Plany są i to nawet konkretne, ale na razie nie chcę jeszcze o nich mówić. Daję sobie dwa lata na ich realizację. To coś, co będę chciała zrobić, jako pierwsza Polka, dlatego na razie nie chcę na ten temat rozmawiać. Najprawdopodobniej za pół roku zacznę konkretne przygotowania.

Nie wchodząc w szczegóły, to coś związanego bardziej z triathlonem czy górami?

Zdecydowanie z górami. Moje plany triathlonowe, są jawne i znane od dawna. Największym marzeniem jest występ na Mistrzostwach Świata na Hawajach i dlatego mój projekt nazywa się IRON PINK POWER – PROJEKT KONA 2026. Teraz w planach zdecydowanie jest to cel górski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger