fbpx

Blogi > Blogi > Marta Tittenbrun > Wydarzenia > Relacje z biegów

Chudy Wawrzyniec 2013 – ultra okiem debiutantki

Na Chudego zapisałam się trochę metodą Króla Juliana: „a teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Nie udało mi się ostatecznie potrenować, ale jakoś ukończyłam swoje pierwsze ultra!

Zapisałam się trochę dlatego, że Chudego robią znajomi i chciałam zobaczyć, jak wygląda organizacja imprezy biegowej w ich wykonaniu. Trochę dlatego, że mój A. się zapisał i pewnie i tak bym pojechała. Trochę dlatego, że zapisała się moja przyjaciółka Joasia i chciałam mieć podobne doświadczenia do niej. Trochę dlatego, że zapisała się Dorka – graficzka i fotooedytorka Biegania – która, podobnie jak ja, ma problem z regularnym bieganiem.

Decyzja

W międzyczasie się poddałam. Powiedziałam, że nie startuję. Miałam potrenować i poćwiczyć kolano (od kilku lat mam z nim problem – zaczyna mnie boleć po 15. kilometrze biegu lub przy schodzeniu w górach), ale skończyło się na dwóch miesiącach w miarę regularnego biegania – ale w marcu i kwietniu. Potem skupiłam się na kończeniu studiów, pisaniu pracy magisterskiej. Nie zmobilizowałam się nawet do ćwiczenia kolana. Miałam więc pewność, że kolano zmusi mnie do zejścia z trasy. Ale jakieś 2 tygodnie przed startem pomyślałam, że i tak tam pojadę, żeby dopingować A., i po raz kolejny będzie mi przykro, że wszyscy wymieniają się wrażeniami z biegu, a ja znowu mogę się tylko przysłuchiwać. Pomyślałam: raz kozie śmierć. Wystartuję. Najwyżej zejdę z trasy, trudno!

Przygotowania

Jak już napisałam, przygotowań nie było. Moje całe bieganie to godzina w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, 9 km wzdłuż plaży, 9-kilometrowy jubileuszowy Ergo Trening oraz 11 km w Kampinosie na tydzień przed startem. Doświadczenie? Moje najdłuższe zawody biegowe w formule liniowej to bieg na… 10 km. Kiedyś startowałam kilka razy w górskich biegach na orientację, trwających nawet kilka godzin, ale intensywność była tam dużo mniejsza, ciągle się stawało, dużo maszerowało. Ultramaraton? Kosmos.

Miła sobotnia wycieczka

Właśnie z takim nastawieniem wylądowałam w Ujsołach. Wiedziałam, że 50 kilometrów po górach to długie, mozolne godziny. Nastawiałam się tylko na to, żeby ukończyć te zawody, a przy okazji po prostu miło i aktywnie spędzić sobotę. Jak się jednak okazało, na trasie było zupełnie inaczej.

Umówiłam się z Dorką, że biegnę razem z nią, choć bez zobowiązań. Dorce towarzyszył mąż Michał. Ja ze swoim A. nie umawiałam się na wspólny start – on chciał się ścigać, a ja pojechałam właściwie na wycieczkę. Joasia powiedziała, że wystartuje z nami, a potem pomknie do przodu – co prawda na co dzień trenuje 400 m na bieżni, ale kocha też biegać po górach – tak po prostu, bo doświadczenie biegowe ma podobne do mnie.

Burza, pioruny, apokalipsa

Właśnie tak wyglądała noc przed startem. W piątek, gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy, był upał nie do zniesienia. Wieczorem w Ujsołach zaczęło padać. Start był o 4:35, więc było mało czasu na spanie, a przez potworny hałas burzy – był to sen przerywany. Od 3:10 przedstartowa panika: nie wiem za bardzo, w co się ubrać, co wziąć do jedzenia, ile wziąć wody. Nigdy nie biegłam 50 km po górach! A. namawia mnie na kurtkę. Wie, że moje tempo nie będzie zbyt szybkie, więc mogę zmarznąć. Słucham się go. Na starcie trochę się przejaśnia, jest stosunkowo ciepło, chowam kurtkę do plecaka – i już nie wyjmuję jej do samej mety, super.

Peleton się rozciąga

Startuje ponad 430 osób, więc żeby nie stać w kolejce na pierwszy szczyt, początkowe 7 km prowadzi asfaltem. Wątpliwa przyjemność dla nóg, ale jedyne sensowne rozwiązanie. Biegniemy we czwórkę – ja, Dorka, Michał i Joasia. Dość wolno, w tempie ponad 7 min/km, tak miało być. Nie można się zagotować na samym początku. Zaczynamy podbiegać asfaltem w górę, Joasia mówi, żebyśmy biegli dalej, a ona poczeka na koniec asfaltu – i przechodzi do marszu. Wreszcie koniec twardej nawierzchni, zaczyna się podchodzenie. Dorka sprawnie – noga za nogą – ja boję się, że to trochę za szybko, zostaję nieco w tyle, a na płaskim i w dół trochę nadganiam. Obie bardzo chcemy zrobić wszystko, żeby ukończyć te zawody i nie być ostatnie. Ale jak to rozegrać? Co będzie za 10, 20, 30 kilometrów?

Buty, w których biegłam – Inov-8 Mudcalw. Niestety nie mogę się chwalić, że to ja tak je poniszczyłam na tych wszystkich biegach, w których brałam udział – dostałam je w spadku właśnie w takim stanie!

Góra, dół, góra, dół

Joasia w końcu nas wyprzedza – siłę w nogach to ona ma, po górach śmiga jak kozica, krzyczę tylko za nią, żeby czekała na mnie grzecznie ma mecie. My z Dorką i Michałem napieramy swoje. Pod górę marszem, w dół i po płaskim biegiem. Zgodnie ze sztuką. Pod górę oni trochę z przodu, w dół ja pierwsza. Spokojnie. Bez podpalania się. Dorka zatrzymuje się na chwilę, żeby poluźnić sznurówkę w bucie. Postanawiam nie zwalniać – przecież za jakiś czas z kolei ja będę musiała w krzaczki albo coś, więc wtedy znów się spotkamy. Nie spodziewałam się, że następny raz zobaczę Dorkę i Michała dopiero na mecie… Jakiś czas później doganiam Joasię – idzie po płaskim, co dla mnie jest jakieś bez sensu, ale taką ma taktykę. Wyprzedzam ją.

Oddech na plecach

Podejścia są ciężkie. Wszyscy mnie wyprzedzają, jeden za drugim, nawet nie nawiązuję walki. Na podejściach jestem cieniasem. Próbuję więc nadrabiać w dół – na zbiegach z kolei ja jestem szybsza od niektórych. Do biegu po płaskim i w dół mobilizuję się tym, żeby dziewczyny – przy całej sympatii dla nich – mnie nie dogoniły. Ciągle czuję na plecach ich oddech, chociaż odwracając się wielokrotnie – ani razu ich nie widzę. Po kilku ciężkich kilometrach pytam kogoś, na którym kilometrze jest ten jeden jedyny punkt odżywczy. – Na trzydziestym drugim. A teraz mamy dwudziesty trzeci, jeszcze niecała dycha – ktoś mnie informuje.  Biegnę bez żadnego stopera, GPS-a, w sumie może ze 3 razy spojrzałam na zegarek w telefonie. Nie wiem, ile kilometrów jeszcze przede mną. Już 23 za nami?! Strasznie się cieszę – to prawie połowa biegu! Dalej napieram z myślą, że już niedługo (w miarę…) punkt odżywczy, a potem już tylko (!) 18 km do mety. Spoko!

Uśmiech na widok fotografa. Fot. Piotr Dymus

Jak mnie oszukano

Syte podejście pod Wielką Raczę daje mi popalić. Mięśnie pośladkowe wzywają o pomstę do nieba, a z mojej twarzy nie znika grymas cierpienia. Przy schronisku na wielkiej Raczy kłębi się tłum zawodników, część w środku. Pytam, co tu się robi. – Można się w środku czegoś napić, odpocząć chwilę. Myślę: ale po co?! Pytam szybko, którędy dalej, i biegnę. Widzę znacznik – to 27. kilometr trasy. Jeszcze tylko 5 km do Przegibka,  na którym dadzą jeść i będzie można się na chwilę zatrzymać! Do tej pory zjadłam tylko jeden żel – i to w dodatku bardzo mało energetyczny, właściwie była to gęsta, słodka maź bez węglowodanów. Poruszam się dalej tylko z myślą, że już niedaleko do punktu odżywczego. Idę, biegnę, idę, biegnę, mięśnie bolą niemożebnie, z każdą chwilą głodnieję coraz bardziej, ale wiem, że już za chwileczkę, już za momencik ten upragniony chwilowy postój. Nie chcę tracić czasu na wyciąganie czegokolwiek z plecaka. Do biegu po płaskim i w dół mobilizuje mnie tylko to, żeby jak najszybciej dotrzeć do Przegibka. Nie wiem, ile już przebiegłam od Wielkiej Raczy, ale wydaje mi się, że 5 km już stuknęło, a schroniska ani widu, ani słychu! Mam coraz mniej sił i zaczynam lecieć na oparach. W końcu – duuuużo za późno, jak na moje oko – widzę skręt do punktu odżywczego. Okazało się, że jest na 37., a nie na 32. kilometrze! Oszukano mnie na 5 tysięcy metrów! Sytuacja ma jednak swoje plusy – do mety zostało już tylko 13, a nie 18 kilometrów. Co to jest 13 kilometrów?!

Z górki

Na Przegibku w ułamku sekundy wypijam cały kubek izotonika. Nie wiem, ile mam jeszcze wody w bukłaku, ale szkoda mi tracić czas na uzupełnianie – wciąż się boję, że dziewczyny mnie dogonią. Zaczynam wkładać do ust duże ilości wyłożonego jedzenia – głównie rodzynki i banany. Jeszcze tylko rzut oka na pięknie wyglądające, ale niestety pełne glutenu drożdżówki i biegnę dalej. Ostatnie 13 km! Wiem, że czekają mnie srogie podejścia, że jeszcze nie ma się z czego cieszyć, ale już czuję, że skończę te zawody. Po wciągnięciu sporej dawki węglowodanów i jednego ibupromu (zaczęło się odzywać kolano) jest mi dużo lepiej – przestają mnie tak boleć mięśnie i zaczynam napierać jakoś żwawiej.

Przed Wielką Rycerzową zaczyna bardziej boleć kolano i to psuje mi humor – jestem przekonana, że będzie już tylko gorzej i choć pewnie dam radę doczłapać się do mety, to zacznę drastycznie zwalniać. Jest jednak lepiej, niż zakładałam – kolano odzywa się tylko raz na jakiś czas, a ból jest słabszy od mojej determinacji.

Przy rozejściu się tras (w lewo chętni na 50+ km, w prawo – na 80+ km) słyszę, że do mety zostało jakieś 10 km. DZIESIĘĆ KILOMETRÓW! Co to jest 10 kilometrów?! Dyszka, dyszeczka. Pikuś! Wiem, że nie czekają mnie już żadne mordercze podejścia. Zaczynam lecieć jak na skrzydłach. Prawie płaczę ze szczęścia, że to już sama końcóweczka!

Ostatnia „prosta”

Na tym odcinku czuję się świetnie – mam siłę, chociaż mięśnie bolą. Przez całą trasę nie miałam żadnego psychicznego kryzysu, a tutaj czuję się wręcz tak, jakbym właśnie wystartowała i miała przed sobą jakiś krótki bieg. Łykam kolejne pagórki może nie jakoś niesamowicie szybko, ale całkiem żwawo. Wreszcie docieram na Muńcuł, który jest ostatnim szczytem na trasie – dalej już tylko w dół! Zbiegi są okej, ale na płaskim nogi wchodzą w tyłek. Myślę sobie tak: możesz iść, wtedy nie będzie tak bolało, ALE jeśli będziesz biec, to szybciej będziesz na mecie. Więc biegnę, bo szkoda mi czasu na człapanie. Ostatni zbieg jest dla niektórych zabójcą. Długi, dość stromy, wąski odcinek trasy cały czas w dół. Zero wytchnienia dla mięśni czworogłowych ud. I tu się okazuje, jakim to jestem biegaczem górskim, choć sama o tym nie wiedziałam! Mknę w dół jak szalona, bez zawahania i skromności. Na tym „morderczym” zbiegu wyprzedzam 19 osób – liczę każdą!!! I wcale nie jest tak, że wszyscy idą (biegną? ciężko poznać…) jeden za drugim, wyprzedzam ich co jakiś czas. Czemu ludzie tak boją się zbiegać?! Ja już mam dość tej trasy w dół, ale gdybym zwolniła, mięśnie bolałyby jeszcze bardziej (od hamowania).

Dobiegam w końcu do płaskiego asfaltu. Myślałam, że dalej polecę sprintem, ale okazało się, że dla mnie z kolei zabójcą jest właśnie tak krótki i łatwy odcinek. Trzy razy (!) muszę przejść do marszu, bo tak mnie tam bolą nogi. Tuż przed metą mobilizuję się do osiągnięcia fazy lotu – trochę głupio przekroczyć linię mety spacerkiem. Wbiegam przez bramę i mogę się już zatrzymać. Nie widzę A. – chyba nie spodziewał się mnie tutaj o tej porze. Nieważne. Ukończyłam swój pierwszy ultramaraton. Ale było fajnie!

Na mecie popłakałam się ze szczęścia. Fajnie jest ukończyć ultramaraton!

Refleksje

Jestem z siebie bardzo zadowolona – przede wszystkim z tego, że się nie poddałam i jednak wystartowałam. Ale nie mam poczucia, że zrobiłam coś nieziemskiego, jakiś niesamowity wyczyn. Na mecie byłam bardzo zmęczona, ale nie padłam nieżywa. Może jednak mogłam szybciej? Ale skąd miałam to wiedzieć! Mam apetyt na więcej, zdecydowanie. Aha, i na mecie pomyślałam sobie, że chyba nigdy w życiu nie przebiegnę asfaltowego maratonu. To dla mnie niewyobrażalne. Ale setkę w Krynicy – czemu nie! Może za kilka lat. Teraz, siedząc w domu, jak myślę np. o 20-kilometrowej wycieczce po górach, to mnie taki dystans przeraża. Wolałabym to przebiec!

Bardzo bym chciała wystartować w Chudym Wawrzyńcu za rok, też na trasie 50+. Świetna impreza, żadnych zastrzeżeń organizacyjnych.

Mój wynik to 7 godz. 46 min i 26 s – 119. miejsce wśród 302 zawodników na tej trasie, 11. miejsce wśród kobiet. Może jednak zacznę trenować?

Parę szczegółów

Cała trasa miała długość 52,3 km.
– Biegłam w butach Inov-8 Mudclaw – bardzo sfatygowanych, ale świetnie radzących sobie w górskim terenie (błotnistym i kamienistym).
– Miałam na sobie krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem – przez cały czas było mi ciepło, chociaż była mżawka i wiele osób zmarzło.
– Do jedzenia wzięłam banana, dwa opakowania sezamków, trzy żele (niestety niskoenergetyczne – nie przeczytałam dokładnie etykiety…), gorzką czekoladę, sporo kabanosów – wszystko oprócz jednego żelu wróciło na moich plecach do bazy.
– Do picia wzięłam niecałe 2 litry wody – starczyło akurat, cały czas miałam co pić, a na mecie wyjęłam z plecaka pusty bukłak.
– Jeszcze przed startem zakleiłam sobie stopy w tych miejscach, gdzie zwykle mi się obcierają po długim biegu – sprawdziło się doskonale, nie było żadnego dyskomfortu na trasie, a po zdjęciu plastrów zobaczyłam bąble, które wcześniej w ogóle mnie nie bolały.
– Dorka wykręciła czas 8:47:27, a Joasia 9:36:11. A. dobiegł jako piętnasty w całej stawce – rzutem na taśmę udało mu się złamać 6 godzin (5:59:45).

mm
Marta Tittenbrun

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Pandemia koronawirusa spowodowała, że w naszym życiu zaszło wiele zmian. Nie ominęły one również środowiska biegowego, bo obostrzenia wprowadzone przez rząd zablokowały organizację zawodów. Nawet po ich zluzowaniu nie jest tak jak dawniej, a wiele […]

Czy warto bronić się przed biegami wirtualnymi?

Przeciążenie w połowie przygotowania do ważnego biegu to koszmar każdego biegacza i każdej biegaczki. Co wtedy robić, jak reagować na różne objawy bólowe?

Przeciążenia w treningu – jak reagować?

Rosnąca liczba odwołanych imprez oraz próby organizacji biegów wirtualnych sprawiła, że miałem ostatnio przerażającą senną wizję przeszłości. Przyszłości, w której bieganie miało zupełnie inny wymiar i w której stałem się jednym z tych, którzy opowiadali […]

Biegowe science-fiction, czyli kilka słów o tym, jak to się drzewiej startowało w zawodach… [Felieton]

Biegacze lubią wyzwania i chętnie je podejmują. Start w maratonie, czy biegu ultra kusi wielu, bo dystans… ma znaczenie. Jednak bywają zawody, w których liczba kilometrów stanowi zagadkę. Tak zdarza się podczas zawodów o określonym […]

Jak przygotować się do biegu 24-godzinnego? Radzi Patrycja Bereznowska

Uchwalono nowe przepisy dotyczące dozwolonych butów biegowych. Koniec z dowolnością producentów.

Nowe regulacje dotyczące butów dozwolonych na zawodach

Jak co roku, w środku lata wielu biegaczy zmaga się z upałem i wysokimi temperaturami. Jak przetrwać ten okres bez większego uszczerbku dla naszych treningów? Poznaj 5 podstawowych zasad trenowania w upalne dni! Chociaż każdy […]

5 podstawowych zasad treningów w upalne dni

Ze względu na trwającą epidemię koronawirusa SARS-CoV2, 21. PKO Poznań Maraton zostaje przełożony na 17 października 2021 roku. – W organizacji naszych Imprez zawsze na pierwszym miejscu stawialiśmy na bezpieczeństwo. Nadal w tej kwestii nic […]

21. PKO Poznań Maraton przełożony na rok 2021!

Patrycja Bereznowska znów wprawiła w zdumienie biegowy świat. Nasza specjalistka od biegów ultrawytrzymałościowych wygrała rywalizację w portugalskim PT281+ Ultramarathon, bijąc przy okazji rekord trasy! Ile czasu potrzeba, by przebyć 281 kilometrów o własnych nogach? Pokonując […]

Patrycja Bereznowska znów wygrywa! Tym razem ultramaraton w Portugalii!